Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Rafał Żebrowski, HERBERTOWIE JADĄ DO KRAKOWA

Zbigniew Herbert i jego najbliższa rodzina po prostu czuli się wygnańcami, owymi egzulami z wiersza Dlaczego klasycy. Przecież pierwszym etapem tego wiecznego oddzielenia od miejsca, w które tak serdecznie wrośli, było całkiem niebrzydkie, pełne zabytków miasteczko, ukoronowane Wawelem. Przed wojną podróż doń nie była wcale długa. Mieli też tam rodzinę, a więc kuzynów, z którymi nie utrzymy­wali ściślejszych stosunków. Co innego dom kapitana Edwarda Herberta (por. Guziki). Wbrew swej specjalności wojskowej całkiem nie przypominał archetypu rycerza, wręcz zachował rodzaj miękkości charakterystycznej raczej dla lirycznego artysty niż pancerniaka. W wybudowanym w spółdzielni wojskowej mieszkaniu królowała Ciocia Mila, osoba, która niegdyś musiała posiadać cnoty nieprzeciętne, o czym opowiem Państwu kiedy indziej.

Związków z tym miastem familia Herbertów miała znacznie więcej. Jednym z ciekawych tego śladów jest metryka chrztu najstarszego brata ojca Zbigniewa, a mego dziadka – Bolesława Herberta. Mój pradziadek Józef Franciszek był jednym z sekretarzy prześwietnego magistratu nadpełtwiańskiej stolicy Galicji. 29 stycznia 1889 r. poślubił w katedrze lwowskiej o czternaście lat młodszą Marię Bałabanównę, córkę Józefa i Anny z domu Haller. Zięć i teść najprawdopodobniej poznali się w ratuszu, bowiem obaj działali we władzach miejskich. Rok po ślubie przyszło na świat ich pierwsze dziecko, syn Zdzisław Józef, trzymany do chrztu przez dr. Ferdynanda Weigla (1826–
–1901) i Angelę Müller. Najprawdopodobniej więc jego ojcem chrzestnym został wybitny prawnik i polityk, poseł na Sejm Krajowy, a w przeszłości również wiceprezydent i prezydent Krakowa, będący m.in. „budowniczym” wodociągów i konnego tramwaju pod Wawelem. To, że młodzi rodzice mogli zaprosić na „kuma” tak wybitnego człowieka, świadczy o dość wysokiej pozycji Józefa w światku samorządowców galicyjskich. Niestety pierwsi dwaj jego synowie zmarli rychło, ale to już inna historia.

Rodzina przyszłego Poety była nie najgorzej sytuowana. Ojciec kierował od 1924 r. Małopolskim Bankiem Kupieckim, kilka lat wcześniej powstałą spółdzielczą instytucją finansowo-kredytową. Starał się ją nie tylko rozwinąć i ochronić w czasie gwałtownych perturbacji gospodarczych kraju, ale przede wszystkim traktował swe zajęcie jako służbę społeczną. Toteż rychło włączył się w działania zmierzające do rozwoju spółdzielczości – najpierw w Małopolsce Wschodniej, a później na forum ogólnokrajowym. Musiał więc mieć dość rozbudowane kontakty ze środowiskiem animującym spółdzielczością w Małopolsce Wschodniej, której stolicą był Kraków, co miało poważne znaczenie dla naszej opowieści.

Wychowaniu dzieci państwo Herbertowie poświęcali bardzo wiele uwagi. Toteż można z dużym prawdopodobieństwem założyć, iż co najmniej parokrotnie bywały one na wycieczkach w dawnej stolicy kraju. Niestety nie znam relacji na ów temat. Wszakoż jedna wyprawa zapisała się w pamięci familijnej na tyle mocno, że i ja o niej usłyszeć mogłem. Było to po śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego, kiedy dla uczczenia jego pamięci w grodzie Kraka sypano kopiec. Co ciekawe, Bolesław Herbert nie był szczególnym admiratorem tej postaci historycznej. Jako prawnik, politolog, człowiek o poglądach liberalno-konserwatywnych nie akceptował lekceważenia mechanizmów demokratycznych. Uważał też, że legenda Marszałka zdominowała ówczesną narrację oficjalną o odzyskaniu niepodległości ze szkodą dla prawdy historycznej. Rozmawiał też o tym z dziećmi np. wyjaśniając, dlaczego nie uczestniczy w wyborach parlamentarnych, zwanych dziś brzeskimi. Jednak najwyraźniej nie był doktrynerem, a i musiał brać pod uwagę, że jego potomkowie chodząc do szkół publicznych spotykają się tam ze zgoła innym przekazem. Poza tym, jakże mógł się oprzeć zapałowi dzieci do tej wyprawy i uczestniczenia w dziele historycznego upamiętnienia Marszałka. A swoją drogą jedną z najważniejszych przyczyn entuzjazmu młodych Herbertów do całej eskapady była perspektywa zdobycia pamiątkowych łopatek, które mogły stać się ich łupem po przepracowaniu jakiegoś czasu przy sypaniu kopca. Skądinąd wiemy, że ów suwenir przyjmował różne formy – od mosiężnego znaczka wpinanego w klapę do niewielkiej szufelki mającej kształt szpadla. Niestety rodzicielka ma już nie pamiętała, czego dumnym posiadaczem stał się każdy z uczestników ówczesnej krakowskiej wyprawy Herbertów. Natomiast z całą pewnością nie korzystali wówczas z gościnności rodziny, a wizyty składali li tylko kpt. Edwardowi Herbertowi.

A potem – jak sam autor Pana Cogito napisał w Lekcji łaciny – przyszli barbarzyńcy. Bolesław Herbert z pewnością był znakomicie poinformowany o tym, jakie na jego rodzinę mogą czyhać zagrożenia pod sowieckim zaborem. Rychło też stał się posiadaczem osobistych w tej materii doświadczeń. Jako dyrektor banku został wezwany przez władze bezpieczeństwa okupanta. Dość skutecznie wytłumaczył swym „interlokutorom”, że nie jest żadnym bankierem, a administratorem instytucji społecznej. Jednak dobrze wiedział, że nie należy przywiązywać zbyt dużego znaczenia do faktu, iż puszczono go wolno. W przesłuchaniu nie pojawiło się bowiem wiele istotnych wątków, np.: służby w Legionach, udziału w obronie Lwowa przed Ukraińcami i konarmią Budionnego w 1920 r., różnego typu działalności na niwie ekonomicznej, prowadzenia zajęć na wyższej uczelni. Toteż Herbertowie postanowili skorzystać z możliwości oficjalnej wymiany ludności pomiędzy oboma agresorami, którzy zniewolili Polskę w 1939 r. Bardzo sumiennie i praktycznie się do tego przygotowywali. Wówczas wszakże nic z tego nie wyszło. Dowiedzieli się bowiem, że zdarza się nierzadko, iż formalnie zakwalifikowani do przeprowadzki pod okupację niemiecką bywają poddawani – najdelikatniej mówiąc – dość okrutnym szykanom ze strony sowietów. Ryzyko wydawało się im zbyt duże, więc zrezygnowali. Niestety nie wiem, gdzie się wówczas chcieli udać, ale istnieje spore prawdopodobieństwo, że celem ich „emigracji” – tak jak w 1944 r. – mógł być Kraków.

 

 Legitymacja Bolesłąwa Herberta wydana w 1945 r. przez Urząd Wojewódzki w Krakowie

 

Podczas okupacji niemieckiej we Lwowie Bolesław Herbert założył niewielką kasę zapomogowo-pożyczkową. O ile mi wiadomo, dążył do wznowienia działalności jakiejś formy banku spółdzielczego, który byłby oddziałem tego typu instytucji krakowskiej. Choć oba miasta wówczas należały do Generalnego Gubernatorstwa, to jednak Niemcy nie pozwolili na takie rozwiązanie w stolicy Dystryktu Galicja. Niemniej mój dziadek zdołał wydębić jakieś fundusze pochodzące właśnie z Krakowa, które wystarczyły na rozpoczęcie w bardzo ograniczonej skali kredytowania miniprzedsięwzięć gospodarczych, właściwie bardziej zasługujących na miano „samo­pomocowych”. Ojciec przyszłego Poety podśmiewał się, że finansuje wyłącznie „inspektorów”, czyli osoby uprawiające w inspektach pietruszkę, marchewkę i temuż podobne dobra, wówczas luksusowe. Była to w sumie taka pozytywistyczna walka o zachowanie narodowego vis vitalis, co rodzina „bankiera” rozumiała dobrze, gdyż sama zaznawała dotkliwego niedostatku żywności, a matkę zmuszało do podejmowania bardzo ryzykownych eskapad poza miasto w celu zdobycia wiktuałów. Jako dziecko słuchałem z wypiekami na twarzy jej pełnych niekłamanej dumy opowieści o swych przewagach na tym niedocenianym, ale jakże istotnym froncie światowego konfliktu.

Herbertowie wyjechali ze Lwowa wczesną wiosną 1944 r. Nie była to decyzja łatwa. Wówczas w społeczeństwie polskim dość powszechnie uważano, że to niegodne. Nazywano to ucieczką, wręcz dezercją. Rzeczywiście nietrudno było wówczas tak uważać. Chyba niewielu lwowian wówczas zakładało, że los ich miasta jest już przesądzony i nie ma takiej siły, by zatrzymać nielitościwy wyrok. Przecież włożyli tyle wysiłku i nie szczędzili ofiar, by wytrwać w swym kresowym grodzie, zachować go dla odrodzonej Polski. Także swój niemały udział w tym dziele miał ojciec tej rodziny, o czym już wspominałem. Co prawda działy się rzeczy straszne. Wschodnia Małopolska stała w ogniu, a mordy dokonywane przez ukraińskich nacjonalistów, przy czynnym udziale czasem dotąd serdecznych sąsiadów, docierały do coraz bliższych okolic. Zdarzały się także wypadki rozlewu krwi w mieście, ale przecież już kiedy do lwiego grodu wkraczali Niemcy, niejeden świadomy powagi chwili lwowianin wstrzymywał oddech. Należał do nich i Bolesław Herbert, ale jego najbliżsi zdawali się to całkiem lekceważyć, zapatrzeni w legendę kresowej twierdzy, o której mury rozbijały się przez wieki fale kolejnych najazdów. Nie zmienili zdania nawet wówczas, kiedy 12 września 1943 r. w niewyjaśnionych okolicznościach został zastrzelony profesor Andrij Łastowećkyj, dziekan na Kursach Zawodowych, na które uczęszczała Halina Herbert, siostra przyszłego Poety, moja Mama. W akcie zemsty prof. Bolesław Jałowy, były dziekan medycyny w latach 1940–1941, został zastrzelony na ulicy we Lwowie pod wieczór 1 października. Pogrzeb tej ofiary był wielką demonstracją społeczności polskiej.

Stało się to zaledwie dwa tygodnie po zgonie najmłodszego dziecka Herbertów, Januszka. Śmierć tego nastoletniego skrzata, dziecka największych nadziei, do której z całą pewnością w normalnych warunkach by nie doszło, pogrążyła całą rodzinę w depresji. Kiedy malec konał, jego rodzeństwo leżało krzyżem w szpitalnej kaplicy, błagając o ratunek. Prawdopodobnie to wówczas moja matka zdecydowała, że będzie pediatrą, a i w drodze do twórczego powołania jej brata był to ważny moment.

Nie można zapominać, że pod koniec okupacji sowieckiej ciężkiemu wypadkowi narciarskiemu uległ sam Zbigniew Herbert. Choć opiekował się nim prof. Adam ­Gruca, ojczym jego ówczesnej sympatii, po zdjęciu gipsu okazało się, że ze ścięgnami jest coś nie w porządku. Nastąpiła bardzo długa i niezwykle bolesna próba ratowania pełnej sprawności młodzieńca. Była ona bezskuteczna, a wycie, dosłownie wycie, rekonwalescenta podczas wizyt rehabilitanta wypędzało nieraz najbliższych z domu nawet w największe mrozy. To potem Januszek musiał ku swemu żalowi powrócić do dziecinnego łóżeczka, gdyż miejsca na jego „dorosłym posłaniu” potrzebował okaleczony, niestety już na zawsze, brat. W czasie tych wszystkich traumatycznych wydarzeń do Lwowa zbliżał się front niemiecko-sowiecki. Na przełomie stycznia i lutego 1944 roku zaczęła się ewakuacja zakładu profesora Rudolfa Weigla, gdzie pracowały dzieci Herbertów. Tak więc Halina i Zbigniew wówczas utracili wszystkie przywileje związane z zatrudnieniem przy wytwarzaniu szczepionki antytyfusowej, a przede wszystkim wynikające z tego względne gwarancje bezpieczeństwa. W międzyczasie także unicestwione zostały możliwości kształcenia się dzieci: Haliny na Medycznych Kursach Fachowych, czyli w praktyce na konspiracyjnym Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Jana Kazimierza, a w przypadku przyszłego Autora Pana Cogito, absolwenta podziemnej matury z 1943 r. – na kompletach tejże uczelni. I oto lwowski lekarz, którego nazwisko trudno odcyfrować, 16 marca 1944 r. wystawił zaświadczenie, iż Zbigniew ma chorą prawą stopę i będzie ją musiał leczyć przez osiem tygodni. Jest to dowód na to, że już wówczas Herbertowie myśleli co najmniej o tym, jak uchronić pozostałego przy życiu syna przed wyciągnięciem z domu do robót fortyfikacyjnych lub wręcz zapewnić możliwość wyjazdu.

O wszystkim jednak zadecydować miało zdanie ojca. Charakterystyczne jest to, że choć po zgonie najmłodszej latorośli mój dziadek trwale powadził się z Bogiem, to równocześnie wyjaśniał bliskim, iż nie należy Stwórcy prowokować, lecz wręcz koniecznością jest uszanowanie cudu, który sprawił za tzw. pierwszych sowietów ocalenie tej familii przed zsyłką do łagru lub przynajmniej w stepy Kazachstanu. No i stało się. Wedle mojej oceny, w niedzielny ranek 26 marca 1944 Herbertowie zamknęli za sobą drzwi swego mieszkania przy Obozowej. Każdy z egzulów (matka, ojciec, siostra i przyszły Poeta) dźwigał dwie walizki, z tym że jedno z nich niosło dość poważnych rozmiarów rulon ze zdjętymi z blejtramów obrazami. Dostanie się do pociągu wcale jeszcze wówczas nie było zagwarantowane, gdyż do zbawczego środka komunikacji prowadził prawdziwy bieg z przeszkodami: ku bocznicy poprzez rozjazdy kolejowe; potem atak, by wedrzeć się do wnętrza; wreszcie zdobycie miejsc siedzących, które jeszcze trzeba było obronić przed rozmaitymi mundurowymi funkcjonariuszami, posuwającymi się często do bardziej drastycznych metod niż karczemne wrzaski.

Wszystko skończyło się dobrze, o ile takiego eufemizmu można użyć. Nasi uchodźcy dojechali do Krakowa następnego dnia. Pierwsza przystań była dla nich przygotowana. Stało się to za sprawą odległego kuzynostwa Bolesława Herberta, państwa Pawłowskich. Jeden z nich, Tadeusz, prowadził elegancki sklep w Stanisławowie, a będąc tam świadkiem strasznych rzeczy, kupił zawczasu małe mieszkanie właśnie w Krakowie przy ul. Wielopole, niedaleko od poczty głównej, i przeniósł się jeszcze wcześniej z rodziną do względnie bezpieczniejszej ówczesnej stolicy Generalnej Guberni. Tu Herbertowie, co z całą pewnością zostało uprzednio uzgodnione, zna­leźli pierwsze schronienie. Również wspólnie z Pawłowskimi przygotowywali i obchodzili swe pierwsze święta wielkanocne „na wychodźstwie”. Tutaj też dzięki przedwojennym kontaktom ojciec miał mieć zapewnione odpowiednie stanowisko w spółdzielczej bankowości, o czym już napomykałem. Sprawa ta się przeciągała, co było bardzo frustrujące, bo przywiezione ze Lwowa środki ledwie starczały na opędzenie najniezbędniejszych wydatków i nawet nie dawały szansy na wynajęcie mieszkania, ale po kilku miesiącach i ta bariera została pokonana.

Szczęśliwie odpowiedzi na pytanie o pierwsze wrażenia z „krakowskiego wygnania” może udzielić sam Zbigniew Herbert. Jego ówczesny najbliższy przyjaciel Zdzisław, syn zamordowanego prof. Stanisława Ruziewicza, przedstawiciela lwowskiej szkoły matematycznej, ostatniego przedwojennego rektora Akademii Handlu Zagranicznego, pozostawał wówczas z matką we Lwowie. Przyszły Poeta nie zaniedbywał żadnej okazji, by wspierać go listami oraz nie przestawał myśleć o tym, jak mu pomóc, a przede wszystkim ściągnąć do Krakowa. A że owa korespondencja się zachowała, to możemy oddać mu głos:

 

[29 III 1944]

Samym miastem jestem zdumiony, jak objawieniem, i do dziś nie mogę sobie z nim dać rady, jak młodzieniec, który pierwszy raz ubrał sztywny kołnierzyk. Otóż zastanawiający jest tu spokój (w zestawieniu z ruchem we Lwowie), a przez Starowiślną (jedna z głównych ulic) w ciągu całego dnia nie przejeżdża tyle pojazdów, ile przez Łyczaków w ciągu 1 godziny. Nastrój miasta, od którego wojna toczy się [o] 1000 km, atmosfera odmienna niż u nas, rozpanoszone burżujstwo, wypoczęte twarze, elegancki tłum (przed kinami), coś, co nas od nich zasadniczo różni. Wieczór, miasto jasno oświetlone, znów elegancki tłum (ci ludzie nie widzieli bolszewików), bardzo dużo sklepów, powaga zapięta na ostatni guzik, coś przedwojennego, ale dla nas bardzo dziwnego i śmiesznego zarazem. Całymi dniami włóczę się po Krakowie (lubię go bardzo jako całość architektoniczną, nie jako skupisko ludzi) i gryzie mnie, jak wesz śp. Weigla[1], tęsknota za Lwowem naszym kochanym. Tu panny (skądinąd nawet ładne, choć do naszych się nie umywały), nawet panny śmieją się sztucznie i wymuszenie. Nie widziałem nikogo, kto by szedł przez ulice i nucił sobie, kto by się uśmiechał do nieba, czy choćby idąc przez ulicę, kopał (ot, tak dla sportu) kamień. W krakowskich tramwajach (niebieskich jak karawany) nie ma nikogo, kto by się tak zabawnie kłócił jak u nas. Jest zatem jakoś smutno. Jeden plus, i to olbrzymi, to to, że jest się między swoimi w Polsce, wśród Polaków, których się rozumie i z którymi się można dogadać. Na ulicy słychać niemal wyłącznie [mówiących] po polsku. Łapanek czy innych obozów, którymi tak straszyli bracia we Lwowie, nie ma[2]. Co jeszcze? Ale chyba tylko tyle, że jest tu moc wróbli, które są jedynymi obywatelami cieszącymi się życiem, jak przykazał św. Franciszek.

 

W następnym liście dodawał:

 

[1 IV 1944]

Siedzę oto sobie w wygodnym i przyzwoitym saloniku (na ścianie Grottger, Axentowicz, Kossak, Sichulski – ten ostatni wspaniały) i rozmyślam o smutnym losie wygnanych i wydziedziczonych. Jestem przy tym potężnie najedzony i subtelnie melancholijny (nucę bez przerwy, co rozstraja nerwy wszystkim naokoło, popularne piosenki lwowskie; np. Ten drogi Lwów...).

Dzisiaj jest niedziela[3]. Byłem w kościele Mariackim na mszy (ołtarz zrabowany, b[ardzo] przykre wrażenie, tak że przez całą „służbę bożą” kląłem wszystkich Szwabów z Frankiem[4] na czele). Potem widziałem zmianę warty przed Wawelem (z orkiestrą i karabinami maszynowymi). W tym miejscu chciał mnie trafić, wyrażając się po lwowsku, szlag[5]. Poszedłem wobec tego na Skałkę i rozmawiałem sobie dobrą godzinkę z Wyspiańskim; mówiłem coś o sile narodu, że wytrwamy, że historia się powtarza; i zdało mi się, że szumiała nade mną Nike z Wyzwolenia, a może to był stary wiąz, rosnący na podwórzu kościoła. Dalej szedłem szukać głosu złotego rogu – nad Wisłą. Pętałem się po bulwarach, właziłem na stołki i patrzyłem się, patrzyłem (śliczna rzeka, jak Boga kocham, nasza rzeka, polska). W końcu wróciłem do domu (nie swego), zjadłem obiad i na odmianę zacząłem myśleć o Lwowie i o Tobie, Stary Druhu. Myśli moje płynęły szeroką rozśpiewaną, wielką Wisłą, tylko że ta Wisła wpadała do Pełtwi...

 

Nic dodać nic ująć! No, może ów słynny i dla mnie przejmujący fragment wiersza Dlaczego klasycy:

 

… ponieważ Tutykides spóźnił się z odsieczą

 

zapłacił za to rodzinnemu miastu

dozgonnym wygnianiem

 

egzulowie wszystkich czasów

wiedzą jako to cena (…)

 

A może ów z Raportu z oblężonego miasta:

 

… i jeśli Miasto padnie a ocaleje jeden

on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania

on będzie miasto (…)

 

Rzeczywiście w twórczości Herberta słowo „miasto” pada nader często i zawsze znaczy ono Lwów lub Ojczyzna, tak jak dla starożytnych Greków.

 

Prof. dr hab. Rafał Żebrowski, historyk, eseista, siostrzeniec Zbigniewa Herberta. Autor fundamentalnej książki o rodzinie Herbertów Zbigniew Herbert. „Kamień na którym mnie urodzono”.

 



[1]    Profesor Rudolf Weigel był wówczas pośród żywych, więc albo Herbert opierał się na krążących wówczas pogłoskach, albo też miał na myśli to, iż był niegdyś w jego zakładzie zatrudniony jako karmiciel wszy. Siostra Halina, jako adeptka medycyny, rychło awansowała na preparatorkę.

 

[2]    Podkreślenie Herberta oraz wyraz dość złudnego mimo wszystko poczucia bezpieczeństwa, które jednak było pochodną nastroju, jaki panował pod Wawelem.

 

[3]    Pomyłka, albowiem 1 IV 1944 przypadał w sobotę.

 

[4]    Hans Frank (1900–1946), generalny gubernator Generalnego Gubernatorstwa, rezydujący na Wawelu, później stracony jako zbrodniarz wojenny na mocy wyroku Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze.

 

[5]    Herbert pisze „szlak” i rzeczywiście znana mi jest co najmniej jedna lwowska piosenka, w której słówko to pojawia się właśnie w takiej formie.