Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Sławomir Gowin, MELANCHOLIA I MUZY

Przyjechał do Lwowa po miłość i pieniądze.
Wyjecha
ł niekochany, ubogi i... wielki.

 

Ogień pamięci

Pewnej jesieni 1926 roku w skromnym mieszkaniu na drugim piętrze przy ulicy Batorego 7 we Lwowie, pośród niezliczonych szpargałów, pamiątkowych bibelotów i pożółkłych konterfektów zdarzyło się coś niezwykłego. Nobliwa dama, dobiegająca 85. roku życia, uniósłszy wzrok znad książki, zasępiła się, spąsowiała i drżącą ręką sięgnęła po panieński dzienniczek z roku 1868. Westchnąwszy rytualnie, wydarła zeń kilka kart i cisnęła zmięty papier do pieca. „I tak macie dość zamieszania w biografiach poetów” – powiedziała. Świadkiem tego wydarzenia był popularny pisarz Stanisław Wasylewski, który przyniósł jej w podarunku głośny wtedy tom szkiców Ferdynanda Hoesicka „Miłość i miłostki w życiu wielkich ludzi”.

Dama nazywała się Zofia Romanowiczówna, pochodziła z zacnego lwowskiego rodu, sama zaś była naonczas jedną z najsłynniejszych i zasłużonych kobiet w mieście. „Romantyczka bez teki. Ani pisała, ani grała, ani malowała. Tylko wionęła. Wionęła poetycznością. Zawsze wysoko, na najwyższy ton strojona. Chodziła po świecie niby wcielony ideał romantycznej panienki. Dziewczątko z orłem białym tak poetyczne i tak żądne ekstazy, że się go aż bali poeci!” – charakteryzował ją Wasylewski, opowiadając jak to w powstaniu styczniowym „lała kule, znoiła się w szpitalach aż do końca. A potem chciała w łzę jedną się przemienić, by za cały naród płakać. Ślubowała sobie uroczyście nigdy nie zdjąć żałoby narodowej.” Trwała w tych ślubach niezłomnie, czcząc wielkie chwile historii, których świadkiem była w młodości, a które ubarwiały jej monotonię staropanieństwa.

Na kartkach sztambucha, które gwałtownie zmięła tego popołudnia, niemal sześćdziesiąt lat wcześniej Adam Asnyk pozostawił wiele płomiennych wersów. Co sprawiło, że prawdziwy ogień strawił je dopiero teraz? Oto z opowieści Hoesicka przyniesionych przez Wasylewskiego wynikało, że w tym samym czasie identyczne słowa kierował do innej kobiety, podczas gdy Zofia latami wierzyła w swoje wyłączne prawo do tamtych poetyckich duserów. Właśnie ta, powiedzmy, ekonomia słowa, doprawdy zastanawiająca u poety, którego muzy szczodrze przecież obdarzały mnogością metafor, zdołała tak pospolicie wzburzyć dostojną nestorkę, dzielną działaczkę Ligi Kobiet, porucznika-weterana Wojska Polskiego, bohaterską damę Polonia Restituta.

 

Spiskowiec na dorobku

Adam Asnyk przyjechał do Lwowa 21 września 1867 roku. Chciał tu osiąść na stałe. Kilka dni wcześniej rozpoczął trzydziesty rok życia i był, można rzec, na zakręcie losu. Miał za sobą maturę w Kaliszu, trochę studiów rolniczych, a później medycznych w Warszawie, nauki społeczne we Wrocławiu, potem w Paryżu i doktorat z filozofii w Heidelbergu. Jednak żadna z tych dziedzin nie pochłaniała go, nie nadawała sensu najbliższej przyszłości. Więcej energii i wiary wkładał we wcześniejszą działalność spiskową, z powodu której trafił do warszawskiej cytadeli, a po uwolnieniu wyjechał z kraju, by wrócić na czas powstania styczniowego, po czym znów, w poczuciu klęski i beznadziei, emigrować do Niemiec, Holandii, Włoch i Szwajcarii.

Nie było jeszcze powodów, by uważać go za poetę par excellence. Wprawdzie juwenilne utwory pisywał już jako chłopiec, ale publikować zaczął dopiero po upadku powstania, do połowy 1865 roku ogłaszając kilka wierszy w lwowskim „Dzienniku Literackim”. Przez dwa lata milczał i dopiero 8 października 1867 roku opublikował niewielki utwór.

Pisanie wierszy w pewnym sensie należało wtedy do „dobrego tonu”. Chętnie chwytano za pióro i rymowano, by odpowiednio wzniośle wyrazić jakiś pogląd, zatem nieliczne publikacje Asnyka nie wyróżniały go na razie z tłumu wierszokletów. Kontakty z lwowską prasą literacką sprawiły jednak, że szukał przystani właśnie tu. Urodzony w dalekim Kaliszu, tu w Galicji wciąż czuł się wygnańcem, bowiem jako emigrant polityczny z cesarstwa rosyjskiego, zabiegający o obywatelstwo austriackie, musiał zachowywać wszelki umiar i ostrożność, jeśli chciał, by władze uznały go za element godny względnego zaufania.

Literackie ambicje nie były wówczas dla niego najważniejsze. Dotąd utrzymywany przez rodziców, nade wszystko chciał się usamodzielnić materialnie, pomnażając skromny kapitał powierzony mu przez ojca, a Lwów, świeżo podniesiony do rangi stolicy autonomii, stwarzał lepsze perspektywy niż Kraków zdegradowany do imperialnych peryferii.

 

W mroku duszy

Mimo tak racjonalnych pobudek pierwsza jesień we Lwowie pogrążyła go w melancholii. Zyskał kilku znajomych i przyjaciół, w tym najbliższych – Władysława Łozińskiego i Juliusza Starkla. Ten ostatni, wpływowy pisarz i publicysta, był jego żarliwym promotorem. Adam pisał i publikował coraz więcej, uchodził za estetę, eleganta, znawcę dobrej kuchni i wina, w czym pomagało mu europejskie obycie. Obracał się w kręgu „Dziennika Literackiego”, wydawanego właśnie przez Starkla, miał więc prostą drogę do każdego towarzystwa, a jednak nie należał do najtęższych lwowskich, nomen omen, lwów salonowych.

„Był zadziwiająco skromny, hołdów nie lubił, o sobie nie mówił nigdy i bardzo rzadko zdradzał się z istotną treścią swej duszy. Subtelny, wytworny esteta, zrażał się łatwo najmniejszym brakiem w tym kierunku. Pesymistą był, ale nie skrajnym, i skłaniał się do ironii i szyderstwa, ale łagodnego, dalekiego od cynizmu”. Tak zapamiętała go Romanowiczówna, dodając kilka słów o mężczyźnie: „Postać wysoka, lekko pochylona, szczupła twarz blada, niepiękna, ale pełna wyrazu, tak ogromnie odrębna, niepodobna do żadnej innej. Bardzo miły, a rzadki uśmiech i zamyślone, w jakieś głębie patrzące mądre i dobre oczy.”

W wieku gdy ówczesnemu mężczyźnie wypadało się ustatkować, Asnyk był wciąż samotny. Od najwcześniejszej młodości nie miał szczęścia do kobiet. Jako czternastolatek zakochał się w Walerii Nawrockiej, starszej o dwa lata, co wtedy stanowiło przepaść. Nie przeszkadzało to chłopcu w rymowaniu gorących wyznań, pannie zaś kusząco flirtować. Sielanka przerodziła się w młodzieńczy melodramat. Rodzice Asnyka czynili nawet plany na przyszłość, ale ojciec Walerii uznał Adama za gołowąsa i wydał córkę za swojego faworyta, dojrzałego i do tego zamożnego. Przyszły poeta, zaproszony na ceremonię, na widok ukochanej w ślubnej sukni dostał dreszczy, a po powrocie do domu groźnego krwotoku. Zdecydowano, że ze względu na marne zdrowie powinien spędzić życie na wsi i wysłano go do szkoły rolniczej. Ta kuriozalna terapia nie pomogła – Asnyk ani nie został rolnikiem, ani nie wyzwolił się z mitu pierwszej miłości, a obok kompleksów materialnych przetrwała w nim obsesja niewłaściwego wieku. W powracających lękach będzie to zbyt młody, to znów za stary. Walerię spotkał raz jeszcze, ponad ćwierć wieku od jej zamążpójścia. Choć nie rozpoznali się od razu, to w końcu rozmawiali długo i Asnyk, już doceniony i sławny, powtarzał z żywą goryczą, że „mrok, który ogarnął jego duszę” z chwilą odtrącenia, nie opuścił go nigdy.

 

Tajemnice serca

Czy dorosłe lata przyniosły mu jakieś miłosne zrywy? Nie wiadomo. Pisał wprawdzie, że:

 

wiele kwiatów egzotycznych

widział, pełnych piękności i woni.

Dużo heroin znał poetycznych,

niosących uśmiech, łzy i serca w dłoni,

cierpko te wyliczenia kwitując:

 

A przecież żaden z tych kwiatów rozlicznych

I z tych postaci wzniosłych, eterycznych

Od melancholii żadna mnie nie broni!

 

Cokolwiek przeżył na tułaczce, do Lwowa przyjechał jako kawaler do wzięcia. Wśród tutejszych panien, poznana na tańcującym wieczorze u Starklów, Romanowiczówna była świetną partią dla byłego spiskowca i początkującego poety. Nie dość, że ze świetnego lwowskiego rodu, to skończyła 26 lat, a więc, jak mawiano we Lwowie, „biła jej godzina” i adorator starszy ledwie o cztery lata mógł się czuć „w sam raz”.

Wiosna czyniła wszakże swoją powinność – Asnyk bywał u Romanowiczów coraz częściej i w towarzystwie uważano, że uderza w konkury. Ona również to widziała, skoro 12 kwietnia 1868 roku zapisała w dzienniku: „on cierpiał przeze mnie. Zamarzył o szczęściu, a domyśliwszy się tajemnicy mego serca, natychmiast cofnął się i uciekł. Stało się, chociaż z pewną słodyczą i dumą myślę o tym, że ten człowiek mógł mnie był kochać.”

W owej „tajemnicy serca” pogrążyła się przyszłość obojga. Zofia, choć nie brakowało jej adoratorów, to sama, jak przystało na żarliwą romantyczkę, zakochiwała się zbyt młodo i nieszczęśliwie. Jako trzynastolatka darzyła uczuciem wybrańca, którego jej despotyczna matka odprawiła tłumacząc, że „za młody, za bogaty, zbyt marzący, a niepraktyczny”. Zwróciła się więc ku starszemu o 30 lat i ze wszech miar praktycznemu ziemianinowi. Ten nie wychylił się jednak poza salonowe konwenanse. Gdy swe niefortunne awanse czynił Asnyk, Zofia była platonicznie acz obsesyjnie zakochana w Bolesławie Lutostańskim, który jako powstaniec, więziony, zmuszony do emigracji, był dla niej legendarnym herosem, nieświadom, że jest miłosną fantazją.

Kobiecy los Zofii upłynąć miał na obcowaniu z fantazjami, a jedną z największych stał się wkrótce zniechęcony domniemaną konkurencją Asnyk. Kilka miesięcy po odkryciu „tajemnicy jej serca” odnotowała w dzienniku: „Powiedzieli mi, żem »grymaśna kiedym takiego człowieka nie chciała«. Odpowiedziałam, że jemu się o mnie nie śniło. »O! Już niech pani da spokój, bo wiemy z pewnością, że z tą myślą bywał, a pani dała mu uczuć, że to daremne.«”

Wtedy było to już daremne także dla Asnyka.

 

Mgliście i lubieżnie

Może czuł, że do Zofii bardziej niż uczucie skłaniałby go środowiskowy konformizm? Wykształcona, nienagannie wychowana, bogobojna i „oddana sprawie” Romanowiczówna to niezastąpiona żona zarówno heroicznego bohatera, jak uśpionego spiskowca, a zarazem pogubionego w życiu wędrowca, estety i erudyty. Taki mariaż byłby, i owszem, naturalny towarzysko, ale jakże daleki od namiętności. Tymczasem Asnyk trwał w rozognionym konflikcie z własną naturą. „W kobiecie cenię najwięcej przymioty temperamentu. Są one ważniejsze w codziennym obcowaniu od cnót charakteru...” – zwierzał się po wielu latach Lucynie Kotarbińskiej. Błąkał się w marzeniach pomiędzy kobietą „dla niego właściwą”, a „upragnioną”. W swojej poezji wciąż zgłębiał te sprzeczności, czyniąc to tym gorliwiej, czym głębsza ogarniała go samotność.

W lwowskiej samotni napisał wiersz „Publiczność i poeci”, uważany za głos w sporze romantyków z pozytywistami, ale jeśli zabawić się literacko, można w nim dojrzeć także różne wizje miłości. Oto bowiem gdy „publiczność” wyrzuca poetom „melancholię mglistą a lubieżną”, poeta przyznaje, że „miłość jest piękną bez wątpienia rzeczą, i ma w poezji stare jak świat prawa”, dorzucając pogląd, iż „trzeba, żeby miała twarz człowieczą. Śmieszną się staje, gdy ją okaleczą, i kiedy wyjdzie wybladła i krwawa. Co by na to Afrodyta rzekła”, widząc te „piekła”. Jako „stronnik” Afrodyty zapewnia, iż miłości przebranej w romantyczne szaty bogini „nie zrozumiałaby wcale”. Widząc jej piewców „w jakimś Orestowym szale, z spojrzeniem błędnem, pochmurnem i dzikiem, na samobójców chwiejących się skale” nie pojęłaby, że właśnie „przemawiają miłości językiem”.

Można powiedzieć, że pod urokiem Afrodyty kształtował poglądy na kobietę, na pozór stanowcze i przemyślane, choć ich istota tkwiła w ekscytujących sprzecznościach. „Kobiet oddanych tak dalece sprawom społecznym, że aż to graniczy z zaniedbaniem spraw ich kobiecości, nie lubię”, powiadał dodając: „ale nie jest dla mnie kobietą pełną ta, która nie interesuje się wszystkiem, co obchodzi jej społeczeństwo. Ta jest dopiero dla mnie prawdziwą kobietą, która cieszy się, lub cierpi razem z ogółem, i która odczuwa wszystkie szczęścia i nędze ludzkie.”

Asnykowskim ideałem byłaby więc istota o wszelkich przymiotach Romanowiczówny, zarazem wyzwolona jak lwica paryskich buduarów, a wigor skrywająca słodkim uśmiechem nastoletniej trzpiotki. Ta misterna teoria, poręczna poetycko, już wkrótce miała runąć z hukiem w uczuciowej praktyce.

 

Rozkoszny sen

Latem 1868 roku poeta pojechał do Szczawnicy. Zbliżył się tam z towarzystwem zebranym wokół pań Grudzińskich, bogatej ziemianki spod Rawy Mazowieckiej i jej 16-letniej córki Anieli. Obie panie – atrakcyjne, roześmiane, uradowane życiem – skupiały uwagę kuracjuszy, z młodym Henrykiem Sienkiewiczem na czele. Asnyk dołączył do tego grona tym chętniej, że spacery spędzał odtąd służąc ramieniem młodszej z pań, sypiąc bon motami i bawiąc ją opowiastkami z podróży. Szczawnickie wieczory były dalekie od pompatycznych uniesień. Panna Grudzińska przybywała z innego, dawno przezeń zapomnianego świata naiwnej beztroski. Asnyk rozpoznał w sobie znów owego czternastolatka zadurzonego w bujnej dzierlatce.

Kiedy wybrano się na wycieczkę łodzią po Dunajcu, napisał wiersz, w którym płynął „w krainę cudów, marzeń i mgły”, śniąc, że ona „ujmuje silniej braterską dłoń” i drży „w jego serca spojrzawszy toń”.

 

I w księżycowych blasku promieni,

Rwąc kwiaty marzeń na srebrnej mgle,

Uwierzym, żeśmy sercem złączeni

W pierwszej miłości rozkosznym śnie 

– snuł sentymentalne wizje, konstatując jednak, że gdy łódź przybije „wreszcie do brzegu, rzucając miejsce czarownych scen, poznamy wkrótce, że to był sen.”

Odtąd co wieczór budził podziw młodziutkiej muzy. „Mam jeszcze w pamięci chwilę, w której Henryk Sienkiewicz swoim melodyjnym głosem czytał dźwięczne strofki »Podróży Dunajcem«. Byliśmy wszyscy oczarowani: brzmiało to jak najpiękniejsza muzyka” – tak po latach przedstawi to Aniela.

 

Komedia salonu

Panie Grudzińskie miały w sobie wiele powabu, różniły się od świetnie znanych Asnykowi szacownych żałobnic, hałaśliwie okazując także to wszystko, co wkrótce zwać się będzie filisterstwem. Starsza z pań ceniła przy tym pieniądze jako najlepszą ozdobę mężczyzny, co Asnyka, pomnego pustki w swym portfelu, raniło do żywego. Z końcem lata, wśród gwaru pożegnań, oprócz „Dunajca” Adam wręczył Anieli „Wiersz karmelkowy”, „praktycznych” aluzji:

 

... trocha serca w kobiecie

Świetnej kariery na świecie

Nie może psuć.

 

Lecz dziś komedię salonu

Jak człowiek dobrego tonu

Na wylot znam;

Z serca pożytek niewielki,

Więc mam w zapasie karmelki

Dla dam.

 

Oprócz tej „zabawki wierszem” ofiarował dziewczynie prawdziwy klejnot – utwór pod nieśmiertelnym tytułem „Gdybym był młodszy”, który dla nich okazał się proroctwem, a dla kolejnych pokoleń miłosnym przebojem. Iluż to późniejszych amantów powtarzając te frazy mierzyło się uczuciowo z żywiołem młodości i żalem, że pozostaje im „pić jedynie wino” zamiast „najsłodszego nektaru jej spojrzeń”.

 Upłynęło czternaście lat od chwili, kiedy „za młody” Adam składał chłopięce rymy dla Walerii. Teraz, dla Anieli, był już o czternaście „za stary, by mógł zażądać serca ofiary”. Mógł zatem „bawić się tylko piosneczką, pełen tęsknoty uciekać” i „z dala” opowiadać jak „śmieje się i pije wino, mieszane z łzami, i patrzy w swą przeszłość pokrytą mgłami. I pije wino.”

 

Mimoza i befsztyk

Jesienią 1868 roku wiersze napisane w Szczawnicy ukazały się drukiem. Asnyk okrzepł we Lwowie jako poeta. Publikował dużo i regularnie, niebawem miał się ukazać pierwszy tomik „Poezji”, o którym Kazimierz Wóycicki powiadał, że „pochwały jakie pozyskał, pchnęły Asnyka w szeroki świat i zdobyły mu przodujące stanowisko wśród rzeszy ówczesnych poetów polskich.”

We Lwowie wiodło się poecie, ale czy mężczyźnie? Jesień i zimę spędził błądząc pamięcią po szczawnickich ścieżkach. Stronił od ludzi za cenę kąśliwych uwag w satyrycznym portrecie skreślonym przez Kazimierza Chłędowskiego pod tytułem „El-y. Poeta mimoza”. „Szuka czasem zielonej trawki i jasnych oczek w górach” – ironizował autor nawiązując do historii z Anielą, co oznacza, iż rzecz się upubliczniła. „Befsztyk źle garnirowany może w poecie wywołać oburzenie na brak zmysłu estetycznego w teraźniejszym stuleciu. Słowem drażliwy, kapryśny jak kobieta, bardzo często w sarkastycznym nastroju” – dodawał Chłędowski, człowiek znaczący we Lwowie, a na pewno „wszystkowiedzący”.

Romanowiczówna zaś w czerwcu 1869 notowała rozdrażniona: „Był u nas Asnyk – młody, szyderski, dziwaczny, sprzeczny sam z sobą..., a jego pieśni, ach! Jakie cudne, z kwiatów, z rosy, z uśmiechu jutrzenki przezroczyste i jasne jak poranne łzy Nieba w maju. Zakochałam się w jego pieśniach, pragnęłam, żeby jasny poeta stanął obok mnie jako przyjaciel, brat... Ale on zrobił inaczej – naprzód zajął się, jak mówią ludzie, czego nie chciałam, a potem się odwrócił, czego także nie chciałam – a zresztą tak inny jak ten, którego sobie wymarzyłam po pieśniach. »Requiescat in pace!« spoczywaj w pokoju, uśnij już raz na zawsze myśli twoja młodzieńcza, gorąca...”

Wbrew mglistym pragnieniom Zofii „wymarzony po pieśniach” poeta nie był kimś innym niż mężczyzna imieniem Adam piszący te wiersze. Wiele wyjaśnia rzut oka na obraz, jaki Chłędowski skreślił po wizycie w domu Romanowiczów w czasie, gdy bywał tam również „szyderski Asnyk”: „Matka siedziała na kanapie jak bogini żałoby, w czarnej sukni, z wielkim krzyżem zawieszonym na piersiach. Jako broszka służył jej srebrny orzełek. Panna Romanowiczówna, z załzawionym spojrzeniem, dosłownie w ten sposób jak matka ubrana, robiła wrażenie dziewicy, która przysięgła nigdy się nie roześmiać, nigdy nie pocieszyć”. „Uciekałem – wyznał pamiętnikarz – bo młodość moja nie umiała się zasklepić w zastoju, w martwocie, ale pragnęła życia, rozmaitości, barwy”.

 

Więcej niż za wiele

Czy przed tym samym uciekał Asnyk, któremu w słotnym Lwowie nieustannie towarzyszył inny obraz? „Warkocze miała wspaniałe, w pełnych wyrazu modrych oczach Kupido trzymał całym pękiem najeżone strzały, a cała główka o nadzwyczaj regularnych rysach, o ślicznie wykrojonych różanych ustach, o jasnej delikatnej cerze uderzała nie tylko urodą, ale wdziękiem i dystynkcją” – taki konterfekt Anieli Grudzińskiej, pióra Ferdynanda Hoesicka, to najlepsza ilustracja drążących poetę wspomnień.

Chcąc się wyzwolić z beznadziejnej udręki na kolejne wakacje wybrał inny modny kurort, Krynicę. Wtedy powstał słynny sonet, który w połowie XX wieku za sprawą Czesława Niemena będzie międzypokoleniowym hymnem wielkiej, a niespełnionej miłości:

 

Jednego serca! tak mało, tak mało,

Jednego serca trzeba mi na ziemi!

Co by przy moim miłością zadrżało,

A byłbym cichym pomiędzy cichemi...

(...)

Jednego serca i rąk białych dwoje!

Co by mi oczy zasłoniły moje,

Bym zasnął słodko, marząc o aniele,

 

Który mnie niesie w objęciach do nieba;

Jednego serca! Tak mało mi trzeba,

A jednak widzę, że żądam za wiele!

 

  Aniela Grudzińska

 

Poetycka terapia nie pomogła – w ostatnich chwilach lata pojechał do Szczawnicy żądać znacznie więcej niż za wiele.

Panie Grudzińskie szykowały się już do wyjazdu. Pełen obaw zaprosił na spacer ciotkę Anieli i jej pierwszej zdradził cel wizyty, a ta, uprzejmie acz bez namysłu, oświadczyła, że to „bajeczne awanse”. „Któż opisze zdziwienie mej ciotki, gdy Asnyk zwierzył się jej, że ma zamiar oświadczyć się o mnie” – mówiła Aniela po latach.

Lato mijało i lada dzień, chcąc nie chcąc, trzeba było wrócić do Lwowa. Wobec takiego upokorzenia przyszłość zapowiadała się mrocznie. Mimo to 26 października 1869 Asnyk napisał list, w którym cokolwiek nerwowo i arogancko zaznaczał, że choć zaskakuje adresatkę, to „zdziwienie to nie będzie przykrem” dla niego. „A to z tej prostej przyczyny – wyjaśnił – że go ani widzieć, ani roztrząsać nie będę. Tym sposobem mam nawet zapewnioną niejaką bezkarność dla mego fantastycznego przedsięwzięcia i nie potrzebuję rozważać zbyt ściśle: Czy jestem więcej natrętnym? Czy śmiesznym?”

 

Płomienna nuda

Pośród zawiłych tyrad wyjawił w końcu, co działo się z nim w tamtych dniach. „Moje niebo lwowskie jest tak smutne i szare, próżnia, w której tonę, tak zupełna, że rad bym zyskać dla serca mego jakie choćby czysto urojone oparcie i zaczepić się w locie myślą o kilka chwil jaśniejszych, a minionych. Dlatego też wędruję ciągle myślą po świecie zamkniętym dla mnie, a więc idealnym, i szukam gościnności tam, gdzie mi jest dobrze w marzeniu!”

Z tonów rozpaczliwych i łzawych wpadał w autoironię i sarkazm, przedstawiając się nieco pompatycznie, lecz celnie: „Stało się ze mną, jak z owym bajecznym Tirezjaszem, któremu Jowisz dał moc widzenia rzeczy zaziemskich, a Junona odebrała mu za to ów prosty, zwykły, a konieczny wzrok śmiertelnika”.

Rzeczywiście, wzrok śmiertelnika zawodził go często, o ile w kontaktach z ludźmi bywał niezręczny, to w przypadku pań Grudzińskich zdawał się wręcz ociemniały. Obcowanie z poetą schlebiało im, jednak naiwnie było wierzyć, że poezja wzniesie ich wrażliwość „ponad poziomy”. Asnyk uwiązł w obsesyjnym zauroczeniu młodą panną, na racjonalne przebłyski zdobywając się jedynie w poezji, bo na tle całej historii dołączony do listu „Zwiędły listek”, datowany 12 października 1869, brzmiał doprawdy racjonalnie:

 

I pożółkł listek wiotki,

Zatarł się marzeń ślad,

I zniknął wyraz słodki,

Com jej chciał posłać w świat...

Ani list, ani tym bardziej wierszyk nie wywołały reakcji. Poeta grał niejako we własnej sztuce, czyniąc ją to melodramatem, to znów sardoniczną komedią, a na marginesie odnotowywał i takie uczucia jak w wierszu „Sentymentalnej”, z tej samej jesieni 1869 roku. To zgryźliwa parodia romantycznego wyznania, w której „smutny i blady upiór z niemieckiej ballady” „w czułym serduszku współczucie chce wzbudzić”, puentując jednakże szyderczo, że owa „miłość czysta i anielska” na „śmierć go pewnie zanudzi.”

 

Coś nieokreślonego

Gdyby w miłosnych wierszach Asnyka z tamtych lat szukać biograficznych poszlak, wystarczyłoby ich na kilka przeróżnych bohaterek. Nie idzie wszakże o to, by wybitną twórczość przenicować na sercowy diariusz. Być może Aniela była najbujniejszą, ale nie jedyną jego fantazją? Może targała nim namiętność do niej tym gwałtowniejsza, im bardziej okazywała się nierealna? Może w tym wypadku życie nie splatało się z poezją tak wdzięcznie, jakbyśmy chcieli i toczyło się według własnych, prozaicznych prawideł? Zastanawiają słowa Romanowiczówny, jakoby Asnyk zamierzał kupić Snopków pod Lwowem i ożenić się. „Tymczasem majętności tej nie kupił, gdyż wciągnięto go w jakieś fatalne obroty finansowe, w których stracił niemal cały majątek, a ta, którą wtedy kochał piękną choć krótkotrwałą miłością nie podzielała jego uczuć – kochała wtedy innego”. Zofia dodaje, że następnie „przeżył nową miłość, która go jak tamta zawiodła, tylko w inny sposób, bo panna była mu wzajemną – była to panna Aniela Grudzińska.” Czyżby Zofia się nie myliła, i nastoletnia Anielka „była mu wzajemną”, a dojrzałej już Anieli nie godziło się upowszechniać młodzieńczych żądz stłamszonych przez matkę? Czy może była jeszcze inna „krótko­trwała miłość”?

Z pewnością można powiedzieć tyle, że na przełomie lat 69. i 70. Asnyk po serii nierozważnych przedsięwzięć znalazł się w tragicznej sytuacji finansowej. W lutym opublikował „Karnawałowy lament poety przy 30 stopniach mrozu”, wymawiając sarkastycznie: „O poezjo! Ty nie grzejesz!”.

Pół roku później wygrzebał jednak grosz, by spędzić kolejne lato w Szczawnicy. W początkach sierpnia panie otrzymały bukiet i wiersz „Posyłam kwiaty...”, z finezyjną aluzją w ostatniej strofie:

 

Szczęśliwe kwiaty! mogą patrzeć śmiele

I składać życzeń utajonych wiele,

I śnić o szczęściu jeden dzień słoneczny...

Zanim z tęsknoty uwiędną serdecznej.

Na brak odpowiedzi zareagował listem do starszej z pań, w którym spisał „historię dwóch lat.” „Wrażenie, jakie wywarła na mnie panna Aniela, było za silne, żebym nie poznał, że mi się go strzec należy. Nie było to jeszcze wprawdzie uczucie, ale było przeczucie czegoś nieokreślonego. Kilka dni zachwytu wystarczyły jednak, żeby mi odjąć wszelką nad samym sobą władzę.”

 

Nic nie było

Epistołę kończył słowami: „Ośmielam się wyznać, że Ją kocham i że byłbym najszczęśliwszym, gdyby mi pozostał choć cień prawdopodobieństwa pozyskania jej ręki w przyszłości”. Mogło się zdawać, że łagodny, jak gdyby zrezygnowany ton tych oświadczyn zapowiada upragnioną ciszę po uczuciowej burzy, podobnie jak słynny wiersz napisany już w kwietniu tego roku:

 

Między nami nic nie było!

Żadnych zwierzeń, wyznań żadnych,

Nic nas z sobą nie łączyło

Prócz wiosennych marzeń zdradnych.

Cisza okazała się pozorna, Asnyk wysłał bowiem jeszcze kilkanaście „ostatnich listów”, domagając się „rzeczowej odpowiedzi”. Nie porzucając starań pisał i ogłaszał wiersze, w których rozładowywał emocje coraz zjadliwiej. Trudno było liczyć na życzliwość, jeśli Aniela lub jej matka znały choćby wiersz „Przestroga”:

 

Bardzo rozsądnie robi twa matka

Łamiąc kaprysik twój idealny...

Miłość – to jakaś ciemna zagadka,

Majątek – ten jest widzialny!

 

I będziesz wdzięczna swej matce potem,

Na bal w poczwórnej jadąc karecie,

Żeś zaślubiła worek ze złotem,

Dawszy odkosza poecie.

Ów „worek ze złotem” bolał go tym bardziej, że sam pogrążał się w ruinie. W październiku 1870 wymówił mieszkanie przy Sykstuskiej i wyjechał na stałe do Krakowa, gdzie zamieszkali jego rodzice, opuściwszy Kalisz, żeby być bliżej syna. Ale i tam nie miał się najlepiej. „Gdyby nie rodzice, to bym nie wysiedział w Krakowie i powróciłbym ze wstydem do ogadywanego przeze mnie Lwowa. Jeżeli tam żyłem jak bosy karmelita, to tutaj niezawodnie jak trapista” – pisał wkrótce do Władysława Łozińskiego. W tym „trapistycznym” położeniu otrzymał od Grudzińskich formalną i ostateczną odmowę ręki jej córki.

Aniela wyszła niedługo za mąż i zniknęła z jego życia bezpowrotnie, pozostając w osobliwym panteonie muz, o których nie sposób powiedzieć, czy trafiły tam same dzięki niezrównanym przymiotom czy tylko prowadzone przez zbłąkaną fantazję poetów.

 

Poezja i kapitał

„Światowych uczuć nicość i obłuda już mnie nie porwie swym chwilowym szałem” – takie kredo rzucił w którymś z późniejszych wierszy. Mimo to rok po wyjeździe ze Lwowa, będąc w Zakopanem, pisał do przyjaciela: „poznałem dużo aniołów, rozserdeczniły mnie do tego stopnia, żem się o mało trzem naraz nie oświadczył.” Wspominano, że Asnyk „gdyby chciał, mógł zbierać miłość jak szarlotkę. Wiele panien i nie panien wzdychało do niego”. Jednak wszystko grzęzło na melancholijnych mieliznach, jak w ostatnich słowach listu o „wielu aniołach”: „koniec końcem znudziła mi się ta rola głupiego, sentymentalnego Yorricka i zaczynam powracać powoli do zwykłej mizantropii”. Prędzej czy później postrzegał życie jako „brudne ludzi śmiecisko”.

Ceniono jego talent literacki, stał się bodaj najważniejszym poetą epoki, uchodził za wielki autorytet, ale piętno melancholika nosił zawsze, zwłaszcza że sława nie chroniła od nieszczęść. Matka, oddana mu ponad wszystko, umarła wkrótce po osiedleniu w Krakowie. Ojciec, zubożały w giełdowym krachu, nie wspierał go już realnym groszem. Żył więc z pisania, niezmiennie drżąc o przyszłość i licząc, że świat pary i elektryczności okaże mu wspaniałomyślność. Szukał szczęścia w nafcie i innych dobrodziejstwach epoki – nie znalazł.

Dobiegając czterdziestki ożenił się z 19-letnią Zofią Kaczorowską. Z listów i wspomnień wynika, że bardziej niż poryw serca był to konwencjonalny ożenek, zrealizowany za sprawą nieustępliwości zakochanej panny. Gdy po roku żona umarła tuż po urodzeniu syna, Asnyk na dobre pogrążył się w depresji, z której uciekał w podróże po Europie. Przez 22 lata, jakie dzieliły go od śmierci w 1897 roku, nie związał się już z żadną kobietą.

Z jego bogatej, ambitnej twórczości – jak na ironię – najżywotniejsze okazały się utwory, które sam miał za ulotne płody uczuć przeżytych we Lwowie, dokąd przybył z nadzieją na lepszą przyszłość. Wyjechał bogatszy tylko w poezję i bolesną przeszłość, które okazały się najtrwalszym kapitałem.

 

Szkoda pereł

A cóż Romanowiczówna? Asnyk długo jeszcze błądził po kartach jej dziennika. „Ona szczęśliwa... – notowała na wieść o jego ślubie – Mój Boże, a czyż ja nie mogłam być tą szczęśliwą, gdybym była chciała, gdybym przyjęła jego serce wtedy... I wiem, że sto innych na moim miejscu nie byłoby się zawahało: rozumny i dobry, wysoko ukształcony, bardzo miły, majętny, salonowy, delikatny, szlachetny charakterem, poeta – czegóż więcej żądać można?”.

Zaskakująco gorliwie uwieczniła też złośliwostki zasłyszane o przyszłej pani Asnykowej: „mówią, że jest lekkomyślna, gorącego temperamentu tylko a zimnego serca, zalotna, kapryśna i egoistka”. Kilka dni później roztrząsała z coraz większym rozżaleniem „Boże, za co tak? Czemu właśnie moje serce, dlatego że tak głębokie, tkliwe i wskroś kobiece, skazałeś na samotność życia i twardą dolę? Lada lalka zimna i bez serca budzi miłość wielką, a ja? Już mam być niegodna takiego uczucia? Czym nie lepsza?”.

Ofiara, jaką złożyła z życia, miała jak widać swoją cenę i Romanowiczówna nie płaciła jej z chłodną pokorą, co ujawnia dziennik pisany przez nią od 17. roku życia. Przejmująco ukazuje tam despotyczny charakter matki, która uczyniła z niej żywy model własnych przekonań. Zofia, szczera i wrażliwa romantyczka, latami gasiła swój iskrzący temperament w „potokach łez dziewiczych”, jak gdyby sam Grottger malował jej los. Nie miała dość siły, by te ramy opuścić i nie spotkała nikogo dość silnego, by ją z tych ram wyrwać. Takim siłaczem na pewno nie okazał się Asnyk. Po pierwszym spotkaniu napisał w jej sztambuchu, mimo woli przepowiadając przyszłość:

 

Szkoda kwiatów, które więdną w ustroni,

Szkoda pereł, które leżą w mórz toni...

 

  Zofia Romanowiczówna

 

Wychowano ją na „tę właściwą”. Ale czy potrafiła być mu „upragnioną” wtedy, gdy on właśnie za pragnieniami podążał?

Jedna została wierną muzą przeszłości, zjawą romantycznych nadziei, które go tak boleśnie zawiodły. Druga była złudną muzą świata, który nadchodził i oddalał się zarazem. W żadnym z tych światów nie znalazł sobie miejsca. Obu kobietom ofiarował te same wiersze, w każdej widząc kapłankę toczącej go niemocy.

Zofia, ociemniała, dumna i samotna przeżyła jeszcze dziesięć lat od dnia, w którym obróciła w popiół niegdysiejsze marzenia. Z wojskowymi honorami odprowadzano na Łyczaków narodową heroinę, ostatnią kobietę-powstańca styczniowego, a czy ktoś pożegnał zaklętą w niej dziewczynę i jej zniewolone tęsknoty.