Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Piotr Tymiński, ORLĘTA LWOWSKIE

Prezentujemy fragment książki Piotra Tymińskiego, współczesnego pisarza średniego pokolenia, który powieścią „Lwowski Ptak” składa hołd dzieciom i młodzieży lwowskiej, które w godzinie prawdy, w listopadzie 1918 roku, potrafiły zdać egzamin z obywatelskości i patriotyzmu. Bohaterką powieści jest kilkunastoletnia dziewczyna, Tońka, która chcąc włączyć się do walk w obronie Lwowa przebiera się za chłopaka. Przyjmuje imię Hipolit, a dowódca nadaje jej pseudonim Szpak. Barwnie napisana książka zaskakuje czytelnika znajomością terenu, na którym toczy się akcja. Nie można nie zauważyć jasnego opisu strategii prowadzonych walk, działań obronnych. Przecież Lwów sto lat temu wyglądał zupełnie inaczej niż dzisiaj. Autor musiał dokonać rzetelnej analizy nie tylko wspomnień i relacji z wydarzeń. Autor książki, z wykształcenia historyk, musiał być też znawcą strategii wojskowych, czego dowiódł już w poprzedniej książce „Wołyń. Bez litości”, poświęconej samoobronie na Wołyniu. Na stronach książki pojawiają się prawdziwi bohaterowie, choćby kpt. Czesław Mączyński, komendant obrony Lwowa i dowódcy podległych mu odcinków obrony, Antoś Petrykiewicz – najmłodszy kawaler orderu Virtuti Militari, Artur Schroeder, którego kilka opowiadań poświęconych małym obrońcom Lwowa publikowaliśmy w poprzednim numerze naszego kwartalnika. Jest uczestnikiem najważniejszych batalii, jakie stoczyli obrońcy Lwowa – w szkole im. Henryka Sienkiewicza, na Poczcie Głównej, w Szkole Kadetów, na Górze Straceńców. Jestem przekonany, że lektura fragmentu tej książki zachęci Państwa do sięgnięcia po powieść „Lwowski Ptak”.

 


 

Poczułam, jakby powietrze wokół zgęstniało, wszyscy szliśmy w napięciu. Moi towarzysze kroczyli pewnie, gotowi podjąć wyzwanie. Ukraińcy poszeptali między sobą i najwyraźniej postanowili zostawić nas w spokoju. Stefan zatrzymał się i z rękami w kieszeniach płaszcza spoglądał groźnie na mijających nas żołnierzy. Stał tak, aż zniknęli za rogiem.

 

 

*  *  *

 

Zbliżając się do stacji radiowej, rozglądałam się uważnie. Byłam tu może drugi raz w życiu. Z oddali widziałam antenę radiową, teren nadajnika chroniony drutem kolczastym obsadzonym na betonowych słupach. Ogrodzenie w kształcie prostokąta zabezpieczało kilka drewnianych baraków stojących w środku. Zauważyłam kilkunastu krzątających się chłopców w cywilnych i gimnazjalnych ubraniach. Niektórzy z nich pracowali przy okopach od strony bramy wejściowej, inni szykowali stanowiska strzeleckie w obrębie zabezpieczonego terenu. Kiedy tylko znaleźliśmy się w pobliżu, w naszą stronę skierował swoje kroki mężczyzna w mundurze austriackim. Na głowie miał szarą maciejówkę z orzełkiem legionowym.

– Melduję dostawę benzyny – wyrwałam się i ugryzłam w język.

Mężczyzna obrzucił mnie groźnym spojrzeniem. Po czym odezwał się do Stefana:

– Ile paliwa?

– Obywatelu komendancie, mamy sto litrów.

– Jestem kapitan „Wiktor” – powiedział dość ostentacyjnie. – Dziękuję, choć wasz trud jest daremny. Odkryliśmy defekt stacji. Jeśli dostarczą nam potrzebny podzespół, będzie sprawna. – W międzyczasie lustrował wzrokiem przybyłych skautów. – Potrzebuję ochotników – oznajmił.

– Ja się zgłaszam – powiedział jeden z niosących bańkę.

– I ja – oznajmił drugi.

– Ja również – powiedziałam.

Kapitan „Wiktor” spojrzał na mnie dość chłodno.

– Nie mam żadnych środków medycznych, więc funkcja sanitariuszki będzie bez zabezpieczenia medycznego.

– Ja się zgłaszam do szeregów bojowych.

– Mam kilka wolnych karabinów, ale jak panienka będzie wyglądała? Wróg z oddali pomyśli, że jaka czarownica z miotłą stoi – zaśmiał się.

– Może to i dobrze, wtedy się wystraszy. Bo patrząc na was, z daleka się widzi, że tu same dzieciuchy – odparowałam.

– Ha, ha… – roześmiał się głośno. – I jeszcze pyskata. Przyjmuję na sanitariuszkę – powiedział tonem niedopuszczającym dyskusji. – Proszę w baraku radiowym wybrać miejsce na punkt sanitarny. Następnie udać się na stację w Persenkówce, powinni tam mieć jakieś medykamenty.

Weszłam do budyneczku, którego wnętrze również przygotowano do obrony. Z niemałym trudem przewróciłam dębowy stół i przeciągnęłam go do rogu pomieszczenia. Pomyślałam, że to dodatkowo zabezpieczy ewentualnego rannego. Rozpięłam płaszcz i zdjęłam pas z pistoletem. Chwilę stałam niezdecydowana. Dać mu teraz? Nie, wręczę go kapitanowi później – stwierdziłam. Tymczasem schowałam broń do szafki. Wyszłam na zewnątrz i poczułam delikatny powiew chłodnego wiatru. Z drzew przylegającego do ogrodzenia lasku upadło na ziemię kilka suchych liści. W blasku słonecznych promieni okolica wyglądała sielankowo.

– Na stację to w którą stronę? – zapytałam kapitana „Wiktora” instruującego trzech ochotników, jak należy załadować karabin.

– Tam – burknął, wskazując kierunek.

Dziarsko pomaszerowałam przed siebie. Idąc, po lewej miałam ścianę lasu, drzewa liściaste jeszcze nie wszystkie ogołocone, w barwach od żółtej, przez czerwień, do brązu. Szłam drogą, którą niedawno zmierzałam wraz z „benzyniarzami”. Teraz przypomniałam sobie, że przecież widziałam stacyjkę kolejową. Schodząc z lekkiego wzniesienia, miałam przed sobą otwartą przestrzeń, więc wyraźnie widziałam nasyp kolejowy. Kiedy znalazłam się na miejscu, zapukałam do drzwi dyżurnego i weszłam do środka. Szybko przedstawiłam sprawę i kolejarz zaczął grzebać w szafce.

– Mam tu trochę opatrunków i gdzieś jeszcze powinna być jodyna – mówił, drapiąc się w głowę. Na stole położył dwa zwinięte w rolkę opatrunki. Schowałam je do kieszeni płaszcza. – Niech panienka zgłosi się do akuszerki. Na folwarku proszę rozpytać, ludzie pokierują.

W tej chwili zadzwonił aparat.

– Tak – powiedział do telefonu dróżnik, następnie pobladł. Odłożył słuchawkę trzęsącą ręką. – Zaraz wjedzie pociąg ze Strzelcami Siczowymi – zdążył wypowiedzieć te słowa i usłyszeliśmy parowóz.

Wychodząc, spojrzałam mimochodem na zegar, minęła trzynasta. Skład właśnie wjeżdżał na stację. Kilkunastu żołnierzy jeszcze w biegu wyskoczyło na peron i skierowało się do nas.

– Żadnych telefonów – krzyczał jeden z nich.

Z wagonów wysypywała się chmara wojskowych. Natychmiast zaczęli ustawiać się w szeregu i oficerowie zarządzili odliczanie. Na koniec zobaczyłam wyładowywane karabiny maszynowe. Podbiegł do mnie siczowiec, zarzucił karabin na plecy i zaczął mnie obmacywać. Trzasnęłam w czerwony pysk na odlew, aż mu wąsiki opadły z wrażenia. Zamachnął się na mnie pięścią. W tym momencie oficer schwycił go za rękę.

– Nie bij! Toż to dziecko jeszcze.

– Pie… szm… brr – zabulgotał.

Poczułam nieprzyjemną woń alkoholu pomieszanego z potem i czymś jeszcze.

– Piłeś? – zapytał oficer.

– Nie!

– Tę szmatę – wskazał na mnie – trzeba przeszukać.

– Już sprawdzałeś – zaśmiał się oficer.

Odchyliłam poły płaszcza.

– A co ja tu mogę chować – żachnęłam się. – Armatę?

– Wolna jesteś. Do domu, wynocha – powiedział oficer, odwracając się do kolejarza. – Stacja telegraficzna daleko?

– No będzie trochę, to w tamtym kierunku. – Pracownik kolei wskazał w inną stronę.

Oficer zmienił się na twarzy.

– Panie Polak, ja wiem, gdzie jest, bo ja ją zaraz będę zdobywał. Pytam się grzecznie, jaka odległość? A może mam poprosić tego tu kaprala, żeby was zapytał? – Poklepał po ramieniu śmierdziela z czerwoną gębą.

Wycofałam się, aby nie zmienili zdania na mój temat. Skierowałam się w stronę folwarku, tak by stracili mnie z oczu. Szybko przebiegłam pomiędzy budynkami i przez łąkę, w kierunku lasu, szłam powoli. Mijając po prawej jakieś zabudowania, spostrzegłam idącego w moją stronę mężczyznę ubranego w uniform leśnika.

– Panienko! Proszę poczekać!

Stanęłam. Człowiek zbliżający się do mnie był gajowym.

– Widziała panienka, co to za transport przygnało?

– Tak. Ukraińscy Strzelcy Siczowi.

– Trzeba powiadomić naszych.

– Jestem z załogi radiostacji, właśnie tam zmierzam. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

– Tamtędy proszę pobiec. – Wskazał. – Nawet przez lornetkę nie wypatrzą.

– Dziękuję. Szczęść Boże.

– Daj Boże, daj – odpowiedział posępnie i zawrócił do domu.

Kiedy tylko znalazłam się pomiędzy drzewami, pognałam co tchu. Teraz nie musiałam się wdrapywać pod górkę, więc było szybciej. Zbliżając się do naszej „fortecy”, zobaczyłam, jak kapitan „Wiktor”, wyższy od podwładnych o głowę, musztrował swoje wojsko.

– Panie… kapitanie… – zawołałam, wbiegając przez bramę. Zadyszana stanęłam przed obserwującym mnie dowódcą.

– No!… Wykrztuś to z siebie wreszcie – powiedział oschle.

– Pełen pociąg Strzelców Siczowych… – sapałam. – Melduję, że co najmniej setka żołnierzy i karabiny maszynowe mają. Widziałam trzy.

– To ich przywitamy. Chlebem i solą. – Wyprostował się i po chwili przemówił do swych podwładnych:

– Obywatele, przyjdzie nam zaszczyt jako pierwszym obrońcom Lwowa stoczyć bój z elitarną jednostką wroga. Pewien jestem, że okażecie się godni miana żołnierza polskiego. Damy odpór nieprzyjacielowi. Pierwsza drużyna do okopów przy bramie, druga wzdłuż płotu.

Chłopcy, podochoceni nadchodzącym bojem, sprawnie zajęli wyznaczone pozycje. Kapitan „Wiktor” chodził wzdłuż stanowisk.

– Będziemy oszczędzać amunicję. Dlatego podpuścimy ich blisko. Strzelać spokojnie i do pewnego celu. Nieprzyjaciel nie wie, z kim ma do czynienia. Pamiętajcie, że jesteście pierwszą linią obrony w naszym Lwowie. Niech połamią sobie zęby – dodał zawzięcie.

Jakoś tak chodziłam za nim krok w krok. Spojrzał na mnie i kiwnął głową. Podeszliśmy do budynku.

– Panna może uciekaj? – szepnął.

– Jak to tak?! – powiedziałam zaskoczona.

– Tu będą jatki – oznajmił.

– Ja potrafię strzelać.

– Lepiej, aby nie zobaczyli kobity z karabinem. Jeśli już, to z budynku.

– Mam się kryć?

– Albo lepiej idź z meldunkiem do komendy. Niech wiedzą. I to weź. – Wręczył mi zawiniątko.

– Co to?

– Serce stacji. Dopiero co dostarczono, ale fachowiec już nie zdąży.

– Zostaję z wami! – zdecydowałam.

Kapitan „Wiktor” wyprostował się i zajrzał mi w oczy. Teraz z jego twarzy nie biła oschłość i pobłażliwość, czy co to było wcześniej.

– Dziewczyno… Ruszaj!

– Rozkaz! Tylko zostawię te dwa bandaże – powiedziałam, wyjmując z kieszeni ofiarowane przez dróżnika opatrunki. Wbiegłam do budynku, położyłam je na półce i z szuflady wyciągnęłam pistolet. Zdjęłam płaszcz i zapięłam pas przez pierś. Koalicyjką tak się opięłam, aby broń przylegała do ciała. Nałożyłam płaszczyk i zapięłam guzik. Rękoma sprawdziłam, czy nic nie wystaje. Niczego nie widać. Wyszłam na zewnątrz. Kapitan „Wiktor” uczulał swoich ludzi na moment otwarcia ognia. Kazał również rozdzielić amunicję. Spojrzał na mnie.

– Ruszaj, panna, z meldunkiem – powiedział głośno. – Tamtędy. – Wskazał na drzewa przylegające do rogu ogrodzenia.

– Tak jest.

Szybkim krokiem dotarłam do lasku i szłam jego brzegiem, byłam chyba w najwyższym punkcie wzniesienia. Wówczas zza pleców, od strony stacji, doszły mnie nietypowe dźwięki. Odwróciłam się i moim oczom ukazała się dwuliniowa tyraliera. Wtedy kątem oka zobaczyłam po prawej kolejne szeregi schodzące z pagórka od osady Kozielniki. Tam nacierało dwa razy więcej żołnierzy. Posuwali się równym tempem, wszyscy w stalowych hełmach, krok za krokiem, byli coraz bliżej. Kilku młodych chłopców nie wytrzymało tego napięcia i dało drapaka w kierunku lasu. Zamurowało mnie na ten widok. Jak to – uciekli? Porzucili kolegów? Ja też uciekam! Mogłam się zbuntować, mogłam zostać. Jeszcze mogę wrócić.

– Wracam – powiedziałam sama do siebie, ale nie postąpiłam kroku. – Już za późno, zresztą mam rozkaz – dopowiedziałam na usprawiedliwienie.

Kiedy Ukraińcy byli już bardzo blisko stanowisk obrońców stacji radiowej, rozpoczęła się strzelanina. Nasi oddawali sporadyczne, ale bardzo celne strzały. To ostudziło pierwszy zapał atakujących, zalegli. Otworzyli niesamowicie silny ogień. Cała okolica huczała. Siczowcy poderwali się znowu, ale o dziwo, te doskonale wyszkolone oddziały znów zostały zatrzymane przez garstkę strzelców. Coraz częściej kule zaczęły świszczeć w pobliżu, to był ogień Rusinów nacierających od czoła. Zajazgotały karabiny maszynowe, huknęły granaty ręczne i pod tą osłoną podjęli jeszcze jedną próbę zdobycia radionadajnika. Patrzyłam i myślałam, że ten widok to sienkiewiczowski atak janczarów albo fale rosyjskiej piechoty zalewające Redutę Ordona.

– O Boże, nie poradzą – wyszeptałam.

Jednak i tym razem obrońcy powstrzymali napastników. Walka przybierała na sile i po słońcu oceniłam, że trwa już ponad godzinę. Znowu powietrze przeciął wzmożony jazgot karabinów maszynowych i do ataku ruszyli Ukraińcy, również z lasu po mojej lewej. Cała okolica zaroiła się wojskiem. Żołnierzy było kilka setek. Zgniotą naszych. Kryjąc się za krzakiem, obserwowałam nadal. Chłopcy zaczęli wycofywanie do budynku, jednak nie wszyscy. A więc byli zabici. Teraz Strzelcy Siczowi otoczyli zabudowania i prali do nich z maszynek i z karabinów, oprócz tego rzucali granaty. Spróbowali dostać się do środka, ale zostali odparci. Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy ostatni polscy żołnierze przestali strzelać. Wówczas Rusini poderwali się do ataku i wdarli do drewnianego budynku. Słyszałam wrzaski i zobaczyłam, jak wyciągnęli ze środka kilku bojowników. Bijąc ich i popychając, wypędzili na środek placu. Czyżby zamierzali ich rozstrzelać? Na szczęście jakiś oficer uspokoił żołdaków, najwyraźniej wściekłych z powodu strat, jakie zadała im garstka młokosów. Teraz byłam wreszcie w stanie opuścić miejsce obserwacji. Wstałam i ostrożnie stąpając, by nie hałasować, ruszyłam przez gąszcz.