Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Zbigniew Wawszczak, ROZMOWA Z PROF. DR. HAB. MACIEJEM MATWIJOWEM

Panie Profesorze, jak mogło dojść do pominięcia sprawy dóbr kultury w umowach ­polsko-sowieckich w 1945 r.

Nie wynikało to z zaniedbania strony polskiej. W 1945 r. dobrze zdawano sobie sprawę, że tzw. repatriacja polskich dóbr kultury z ziem odstąpionych ZSRR w zakresie odpowiadającym polskim dezyderatom i oczekiwaniom może zostać załatwiona tylko w powiązaniu jej z przesiedleniem stamtąd ludności polskiej na teren państwa polskiego. Było to jedyne rozwiązanie gwarantujące sukces – trzeba bowiem pamiętać, że prawo międzynarodowe nie znało sytuacji, aby państwo cedujące część swojego terytorium na rzecz innego państwa (tak jak uczyniła Polska na rzecz ZSRR) miało prawo zabrać stamtąd swoje dobra kultury. Ale też sytuacja z lat 1944–1946 była wyjątkowa – dokonana wówczas cesja terytorialna połączona była przecież z przesiedleniem ludności w skali, której dotąd nie znano. Logiczne i uzasadnione więc było, że w sytuacji, gdy tereny te opuszcza ludność polska, miała ona prawo zabrać z sobą dobra kultury przez nią stworzone i dzięki niej zgromadzone w instytucjach przez nią powołanych do życia.

Takie rozwiązanie oczywiście nie przypadło do gustu stronie sowieckiej, która też nie okazała jakiejkolwiek woli włączenia sprawy dóbr kultury do sprawy przesiedlenia ludności polskiej. Jej stanowisko można łatwo zrozumieć – o ile zainteresowana była opuszczeniem tych ziem przez Polaków (pozbywała się w ten sposób dużej i niepotrzebnej dla siebie mniejszości narodowej), to nie była zainteresowana wyzbywaniem się dóbr kultury. Wszelkie więc (nienatarczywe zresztą) próby polskiej dyplomacji zbywała ona po prostu milczeniem. Nie można też zapomnieć, że strona polska występowała z bardzo słabej pozycji – państwa już uzależnionego ekonomicznie, politycznie i militarnie od wschodniego sąsiada, które nie mogło stawiać warunków Związkowi Sowieckiemu. Nie zapomnijmy też, że sprawy dóbr kultury na ziemiach wschodnich były niejako traktowane drugoplanowo przez władze polskie – nie należały one w ówczesnej sytuacji powojennej do pierwszoplanowych. Efekt był więc taki, że do podpisania formalnej umowy w tej sprawie, będącej niejako odpowiednikiem umów o przesiedleniu ludności polskiej, nie doszło. W chwili więc formalnego zakończenia w lecie 1946 r. akcji przesiedlenia ludności polskiej, Polska straciła nieodwołalnie najważniejszy argument na rzecz repatriacji dóbr kultury.

 

W jakich miejscowościach znajdowały się polskie dobra kultury w 1945 roku?

Rozmieszczenie polskich dóbr kultury, tj. dóbr wytworzonych przez Polaków lub dzięki ich inicjatywie i wysiłkom zgromadzonych, po zakończeniu II wojny światowej znacząco różniło się od stanu sprzed 1939 r. Wystarczy przejrzeć dzieło Edwarda Chwalewika z 1927 r., żeby się przekonać, że wówczas to rozmieszczenie było bardziej zdecentralizowane – oczywiście dominowały Lwów i Wilno, ale cenne nieraz zbiory znajdowały się na prowincji, w rękach arystokracji, ziemiaństwa i klasztorów. Po upadku państwa polskiego i zajęciu ziem wschodnich przez ZSRR w 1939 r. władze sowieckie na szeroką skalę przeprowadziły nacjonalizację dóbr kultury znajdujących się w rękach prywatnych i dokonały ich skomasowania w dużych ośrodkach administracyjnych – we Lwowie i w Wilnie. Trudno mi szacować, jaki procent polskich dóbr kultury znalazł się po II wojnie światowej w obu tych miejscowościach, ale w przypadku zbiorów o dużej wartości historycznej i artystycznej może nawet w 90%? Oczywiście, w niektórych większych miejscowościach pozostały regionalne placówki muzealne z bardzo wartościowymi zbiorami (np. Grodno). Nie można przy tym zapomnieć, że wraz z tymi przemieszczeniami zmianom podlegały też instytucje gromadzące dobra kultury – po 1939/1940 r. zniknęły takie instytucje jak Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Muzeum Narodowe im. króla Jana III – we Lwowie czy Biblioteka Wróblewskich oraz Biblioteka, Muzeum i Archiwum Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Wilnie, inne zostały gruntownie przekształcone. Bez wątpienia największymi „depozytariuszami” polskich dóbr kultury stały się po 1945 r. Lwowskie Państwowe Muzeum Historyczne, Lwowska Państwowa Galeria Obrazów, Lwowska Biblioteka Akademii Nauk USRR i Lwowska Biblioteka Uniwersytetu im. Franki, a w Wilnie Biblioteka Litewskiej Akademii Nauk i Muzeum Sztuki.

 

Jak ocenia Pan zmiany przeprowadzone przez Sowietów w latach 1940­–1941 w organizacji zbiorów lwowskich?

Na zmiany te należy patrzeć jako na typowo komunistyczne dążenie do budowania wszystkiego od nowa. Miały one swoje racjonalne jądro – organizację muzeów wg rodzajów zbiorów, ale nie to było chyba głównym celem, lecz zatarcie polskich tradycji placówek muzealnych, stworzenia od podstaw nowych instytucji, tak jak od podstaw budowane było państwo sowieckie. Tam bowiem, gdzie stronie sowieckiej na tym nie zależało, takiej reorganizacji nie przeprowadzono – wskazuje na to pozostawienie Muzeum Narodowego ukraińskiego. Według mnie przeprowadzenie takiej akcji nie było w istocie potrzebne – reorganizowanie i scalanie zbiorów muzealnych czy bibliotecznych, wchłanianie instytucji mniejszych przez większe odbywa się zawsze i wszędzie, jednak nie powinno się to odbywać drogą odgórnych decyzji administracyjnych. W przypadku Lwowa, w latach 1939–1941, przekształcenia te odbywały się w nieodpowiednich zupełnie warunkach, pośpiesznie, co prowadziło niekiedy do strat w zbiorach.

 

Panie Profesorze, jak można wyjaśnić zastosowaną przez sowietów zasadę przynależności terytorialnej dóbr kultury?

Rzeczywiście taką zasadę sowieci zastosowali, uznając, że przekazaniu Polsce podlegają tylko dobra kultury wytworzone i odnoszące się do Polski w jej granicach powojennych (z 1945 r.), wszelkie inne mają pozostać we Lwowie. Można powiedzieć, że przyjęta przez nich zasada nie miała swojego odpowiednika w obowiązujących normach prawnych (z wyjątkiem archiwalnej zasady pertynencji terytorialnej) i opierała się na kryteriach uznaniowych, ale też ówczesny casus polskich dóbr kultury nie miał analogii w prawie międzynarodowym dotyczącym restytucji takich dóbr. Chodziło o to, aby „dar” ograniczyć do niewątpliwych i bezdyskusyjnych poloników, bardzo wąsko i uznaniowo pojętych, wyłączyć z niego wszystkie inne dobra kultury stanowiące część polskiego posiadania, zgromadzonych w ciągu dziesięcioleci w takich polskich instytucjach jak Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Biblioteka Wróblewskich w Wilnie, Muzeum Narodowe im. króla Jana III, w rękach prywatnych posiadaczy.

 

Dlaczego Polska nie otrzymała z lwowskich muzeów żadnej zabytkowej broni, mebli i wyrobów staropolskich manufaktur w Korcu i Baranówce?

O tym, jakie obiekty miały być przekazane do Polski, decydowała dobra wola strony ukraińskiej. Zrozumiałe, że strona ta w swoim dobrze pojętym interesie starała się zminimalizować zawartość „daru”, dążąc do zachowania wszystkich najcenniejszych obiektów u siebie, zwłaszcza tych reprezentujących najlepszy poziom artystyczny i wartość historyczną czy ogólnokulturową. Zabytkowa broń czy wyroby przemysłu artystycznego są właśnie takimi obiektami, a ich znaczenie jako dorobku polskiej kultury bardzo łatwo podważyć jako wytworu właśnie rzemiosła czy przemysłu artystycznego i to jeszcze stworzonego w dużej części na ziemiach ukraińskich (Korzec!), a nie części intelektualnego dorobku narodu polskiego jak w przypadku np. autografów polskich wieszczów narodowych. Tutaj potrzebny był jakiś gest ze strony ukraińskiej, a tego niestety zabrakło. W mojej opinii natomiast o wiele bardziej negatywnie należy oceniać nieprzekazanie Polsce w całości pamiątek narodowych, w tym zwłaszcza pamiątek po wybitnych Polakach, w które obfitowało zwłaszcza Muzeum Narodowe im. króla Jana III we Lwowie. Zabytki te zupełnie nie były potrzebne Ukraińcom i, jak się wydaje, w dużej części uległy one zaprzepaszczeniu, natomiast w Polsce byłyby one ważnym i pożądanym rodzajem zbiorów. Przypomnijmy, że Lwów to nie tylko pomniki Mickiewicza czy Głowackiego oraz groby Grottgera i Konopnickiej na cmentarzu Łyczakowskim, ale także wiele innego rodzaju pamiątek.

 

Czy sądzi Pan, że dostęp do zamkniętych ciągle archiwów ukraińskich i rosyjskich, nie sowieckich, bo ZSRR od 25 lat nie istnieje, mógłby przynieść nowe fakty?

Nie można mówić, że obecnie archiwa są ciągle zamknięte. To uproszczenie, przenoszenie do obecnych czasów sytuacji z okresu ZSRR. Inną sprawą jest, na ile te archiwa zawierają pełną dokumentację dotyczącą interesujących nas spraw – niestety moje doświadczenia wyniesione z pracy w archiwach zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie (w Kijowie) świadczą raczej o tym, że wiele akt zostało po prostu wybrakowanych, z różnych zresztą przyczyn. Tak np. podczas kwerendy przeprowadzonej przed wielu laty nie znalazłem w dokumentacji archiwalnej Ministerstwa Spraw Zagranicznych wielu materiałów, które powinny się tam znajdować, dotyczących właśnie rokowań polsko-radzieckich w zakresie dóbr kultury. Wydaje mi się jednak, że sporo tutaj mogłoby przynieść rozpoznanie archiwów moskiewskich – w Moskwie zapadały bowiem zasadnicze decyzje w sprawach nas tutaj interesujących, więc mogłyby się tam znajdować ważne dokumenty. Ciekawa by była choćby korespondencja między władzami centralnymi w Moskwie a poszczególnymi republikami w sprawie polskich dezyderatów. Ale czy takowe akta się zachowały, to już inna sprawa.

 

Co pozostało na dawnych ziemiach wschodnich?

W zasadzie ogromna większość tych zbiorów, które znajdowały się tam w 1939 r., no może z wyłączeniem dużej części Biblioteki Ossolineum. W przypadku Wilna przede wszystkim zbiory dużej Biblioteki Wróblewskich, polskiej biblioteki fundacyjnej stworzonej na początku XX w. Oczywiście do tego można dorzucić przynajmniej część zbiorów Biblioteki Uniwersytetu Wileńskiego bogatej w polonika, a także zbiory Towarzystwa Przyjaciół Nauki w Wilnie, bardzo ważne z punktu zebranego tam do 1939 r. polskiego dziedzictwa kulturowego. Co do zbiorów sztuki, Wilno nigdy nie było w nie zasobne w takim zakresie jak Lwów. Tutaj zgromadzone są najcenniejsze polonika, na czele z pozostałością Biblioteki Ossolineum (zwłaszcza rękopisy i stare druki, oraz zbiory grafiki i rysunku), Biblioteki Baworowskich, Biblioteki Uniwersytetu Lwowskiego. Najcenniejsze według mnie są jednak lwowskie zbiory muzealne, zwłaszcza zbiory malarstwa, zgromadzone obecnie w Lwowskiej Galerii Obrazów, a pochodzące z kolekcji przedwojennej Galerii, jak i różnych kolekcji prywatnych, z prestiżowymi polonikami (np. obrazy Jana Matejki i całej plejady polskich artystów z XIX i początków XX wieku, malarstwo historyczne). A dochodzą do tego innego rodzaju zbiory, jak przedmioty przemysłu artystycznego, zabytki dawnej broni, nieewakuowana w 1944 r. ze Lwowa numizmatyka ze zbiorów Muzeum im. Lubomirskich itd.

 

Dziękuję Panu Profesorowi za rozmowę.

 

 

Prof. dr hab. Maciej Matwijów, ur. w 1958 r., historyk, absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego, wieloletni pracownik Działu Rękopisów Biblioteki Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, a od 2008 r. pracownik Instytutu Informacji Naukowej i Bibliotekoznawstwa Uniwersytetu Wrocławskiego. Autor m.in. książek: Walka o lwowskie dobra kultury w latach 1945–1948 (Wrocław 1996), Zakład Narodowy imienia Ossolińskich w latach 1939–1946 (Wrocław 2003), Mieczysław Gębarowicz (1893–1984) – uczony i opiekun narodowych dóbr kultury (Warszawa 2013).