Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Anna Madej ROZMOWA Z BOŻENĄ BLICHARSKĄ

Z Bożeną Blicharską,

córką Czesława E. Blicharskiego – tarnopolanina,
rozmawia Anna Madej

 

Redakcja Cracovia-Leopolis przez kilka lat próbowała namówić Ojca Pani na rozmowę. Konsekwentnie odmawiał. W końcu w grudniu 2014 r. zadzwonił do mnie i oznajmił, że przemyślał sprawę i zgadza się na przeprowadzenie tej rozmowy. Uzgodniliśmy, że redaktor Janusz Paluch odwiedzi Go 3 lutego 2015 r. Niestety 3 lutego telefon od Pani, żeby nie przyjeżdżać, bo Czesław Blicharski jest w szpitalu. Do rozmowy tej już nie doszło, gdyż Ojciec Pani zmarł 21 marca 2015 r. Ponieważ wiemy, że Pani kontynuuje dzieło Ojca, chcielibyśmy z Panią porozmawiać o majorze Czesławie E. Blicharskim, lotniku-bombardierze z Dywizjonu 300, ale przede wszystkim tarnopolaninie, który pamięci swego rodzinnego miasta poświęcił prawie 30 lat swego życia.

Tak, w łagrze pod Workutą tata poprzysiągł sobie, że, jeśli ocaleje i wróci do domu, opisze ludzi i miasto, nadając im historyczną pamięć. Ocalał, nie wrócił do domu, ale po latach oddał się służbie kronikarskiej Kresów, szczególnie Tarnopola.

 

 Bożena Blicharska z fotografiami rodziców

 

Mówiąc o moim tacie mjr. Czesławie Blicharskim, mam pełną świadomość, że wśród współczesnych „Tarnopolan”, bo tych z krwi i kości już prawie nie ma, wraz z upływem czasu wyblakną wspomnienia i opadną emocje związane z jego misją i nim samym, choć dla nich poświęcił niemal 30 lat swego i naszego życia.

Przeczuwając, jak dalej potoczy się Sprawa Tarnopolska i jakie będą losy Archiwum Tarnopolskiego, wzywał przy każdej okazji do utworzenia Muzeum Kresowego, by ocalić od zapomnienia to, co jeszcze z Kresów ocalało, by pamięć o zawsze wiernych nie odeszła w zapomnienie. To byłoby uwieńczeniem jego pracy!

Nie był „celebrytą” czy poczciwym staruszkiem, z którym wprost wypadało zrobić sobie zdjęcie przy okazji oficjalnego spotkania. A było tych spotkań u schyłku życia wiele: Kraków, Częstochowa, Gorzów Wielkopolski, Katowice, Gliwice, Zabrze… Budził szacunek. Chciał i umiał mówić, nie dla samego mówienia, lecz by słuchacze zapamiętali jego słowa o Tarnopolu, tarnopolanach, ich miejscu w historii Rzeczypospolitej. Nie drżał mu głos, nie powtarzał się; a jeśli mówił i o sobie, to zawsze w kontekście „Sprawy Tarnopolskiej”. Inspirował do międzypokoleniowego działania w upamiętnianiu losów zwykłych ludzi, bohaterów swoich czasów, kolorytu kresowej stolicy, wszystkiego, co składało się na niezwykłość tej ziemi przesiąkniętej krwią Polaków, ziemi, na której polskość odradzała się po każdym pogromie.

O dzieciństwie, młodości i przeżyciach wojennych i powojennych ojca pani możemy przeczytać w jego dwóch książkach, które można określić, jako autobiograficzne, Są to; Tarnopolanina żywot niepokorny (wydanie pierwsze w 1996, drugie w 2013) oraz W służbie mojej Małej Ojczyźnie Tarnopolem zwanej (2011). Ta druga jednak koncentruje się też na tym, w jaki sposób powstawało Archiwum Tarnopolskie rodziny Blicharskich, które w 2002 r. zostało przekazane Bibliotece Jagiellońskiej. Przejście ojca pani na wcześniejszą emeryturę było przemyślaną decyzją o poświęceniu czasu, jaki mu pozostał, tej kronikarskiej służbie dla Tarnopola. Efektem tej mrówczej pracy, niezliczonych kwerend w różnych bibliotekach, a także kontaktów z żyjącymi jeszcze i pamiętającymi czasy II Rzeczypospolitej tarnopolanami jest 9 publikacji poświęconych Tarnopolowi. Czy może je pani krótko scharakteryzować.

Pierwsza, wydana w Londynie w 1991 r., to Harcerstwo Tarnopolskie 1911–1944; następne:

♦   1992 – Tarnopol zatrzymany w kadrze pamięci – album starych fotografii miasta

♦   1993 – Tarnopol w latach 1809–1945 – historia miasta

♦   1994 – Tarnopolanie na starym ojców szlaku – wojenne losy tarnopolan i ich upamiętnianie

♦   1994 – Miscellanea tarnopolskie t. 1 – Miasto, ulice, budynki użyteczności publicznej, życie kulturalne

♦   1995 – Miscellanea tarnopolskie t. 2 – Kościoły, życie polityczne, organizacje społeczne, szkolnictwo powszechne

♦   1996 – Miscellanea tarnopolskie t. 3 – Historia gimnazjów i seminariów

♦   1997 – Miscellanea tarnopolskie t. 4 – Cmentarze tarnopolskie. Campo Santo przypomina

♦   1998 – Miscellanea tarnopolskie” t. 5 – „Petruniu ne ubywaj mene” – ukraińska eksterminacja Polaków na Ziemi Tarnopolskiej.

Dzwoniąc czasem do Czesława Blicharskiego chciałam zasięgnąć informacji o którymś z tarnopolan. On sprawdzał to w swoim słowniku tarnopolan i zdawał mi relację, kto to był. Wiem, że słownik zawierał około 15 tysięcy nazwisk. Jest to nieskończone dzieło pani ojca. Wiem też, że pani podjęła się dokończyć to dzieło i przygotować je do publikacji. Co może pani o tym powiedzieć?

Przygotowany do druku i złożony „w szufladzie” jest Tarnopolanin w PRL-u. Z tejże „szuflady” wyjęłam po śmierci taty sześciotomowy Słownik biograficzny tarnopolan z zamiarem przygotowania go do druku, co obiecałam tacie, który przewidział, że za jakiś czas, a zakończył pracę nad Słownikiem w 1990 r., dostępne będą materiały źródłowe umożliwiające uzupełnienie już istniejących biogramów i stworzenie nowych. I tak się stało… Najpierw, dzięki uprzejmości prof. K. Karczewskiej – tarnopolanki, córki oficera WP zamordowanego przez NKWD w Katyniu, wykorzystałam księgi cmentarne Polskich Cmentarzy Wojennych w Katyniu, Miednoje, Charkowie i Kijowie-Bykowni. Potem były: Ukraińska i Białoruska Lista Katyńska, wykaz jeńców obozu w Griazowcu, uaktualniony Wykaz poległych i zmarłych żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na obczyźnie 1939–1946, wykazy poległych i zmarłych żołnierzy II Korpusu pochowanych na cmentarzach we Włoszech, Lista poległych na polu chwały 1942–1947 i długi szereg publikacji historycznych. Rzuciły one światło na wojenne losy uczniów i profesorów tarnopolskich szkół, żołnierzy i korpusu oficerskiego, m.in. 54 pp w Tarnopolu, żołnierzy KOP, funkcjonariuszy PP w woj. tarnopolskim, pracowników kontrwywiadu, tzw. „dwójki”, urzędników, lekarzy, prawników, kolejarzy, społeczników i ich rodzin po 17 września 1939 r.

Do dziś opracowanych jest ponad 8000 biogramów od A–N. Starałam się zachować język i emocje, tak charakterystyczne dla wypowiedzi taty. Oczywiście spotkałam się już z uwagą, że powinnam Słownik, tylko przepisany, przekazać w ręce fachowców sprawnie redagujących biogramy, poprawiających błędy, jakie tata, niebędący historykiem, popełnił(!). Miał na tym również „ucierpieć duch Taty”. Cóż, wydanie słownika na pewno jeszcze długo poczeka, ale „duch Taty” pozostanie w nim na zawsze.

 

 

 Czesław Blicharski (w pierwszym rzędzie drugi od prawej) na lotnisku z kolegami

 

Oczywiście jako małe dziecko nie była pani w pełni świadoma, że rodzice wyznają inne poglądy niż ogólnie przyjęte w PRL za poprawne i pożądane. W jaki sposób rodzice kształtowali tę pani świadomość i kiedy w pełni świadomie włączyła się pani w ich tok myślenia i dołączyła aktywnie do „sprawy tarnopolskiej”?

Moje zaangażowanie w „Sprawę Tarnopolską” jest oczywiste. Oboje rodzice w równej mierze zaszczepili mi miłość do Kresów. Wychowałam się w tym kresowym klimacie, dorastałam w nim, to była moja karma.

Rodzice byli już bardzo dojrzali, gdy przyszłam na świat. W PRL-owskiej rzeczywistości, z dala od rodzinnych stron, czuli się źle. Uciekali we wspomnienia z lat szkolnych, młodości, a ja się z nimi identyfikowałam. Jako dziecko byłam nieco obca we własnym środowisku, a w liceum wprost niepoprawna politycznie. Nie miałam szans na studia na wymarzonym kierunku, na realizację swoich marzeń. Naturalnie przejęłam ich marzenia, sposób widzenia świata. Byliśmy samodzielnym TERCETEM. Choć rozdzieliło nas 13 lat mojej pracy na rubieżach PRL, nie zmieniło to naszych stosunków w kwestii Tarnopola. Pomagałam w wywiadach, spisywałam relacje, robiłam korekty tekstu, uczestniczyłam w oficjalnych zjazdach tarnopolan zainicjowanych przez tatę. Kryzys nastąpił po śmierci mamy w 2004 r. Zostałam dla taty specjalistą ds. logistyki. I tak było do końca.

Wiem, że Czesław Blicharski po wojnie nigdy do Tarnopola nie pojechał. Mówił: „Bałbym się takiej podróży i tego, co tam zobaczę – ale mój Tarnopol trwa mocno w mojej pamięci…”. Pani jednak pojechała.

W Tarnopolu byłam 2 razy w latach 90. Pamiętam szczegóły, ulice, budynki. Chodziłam prawie jak po swoim mieście, które, choć było inne, nie było obce. Był za to szok kulturowy… Przywiozłam rodzicom zdjęcia i opowieści. Chciałam poznać kraj dzieciństwa moich rodziców, nie tylko Tarnopol, ale i Podole. Udało się mi nie rozczarować krajobrazem, zabytkami mówiącymi o odwiecznej naszej tam obecności. Wiadomo, ponad 50 lat sowietczyzny uczyniło swoje, ale została „kładka” nad dworcem kolejowym, gdzie spotykała się Kazia z Ceśkiem, żeby pomaszerować do Parku, został Park oszpecony okrutnie, ale wciąż żywy, „domki kolejowe”, gdzie mieszkała brać kolejarska, w tym dziadkowie Blicharscy z piątką dzieci, został dom dziadków Michalików, rodziców mamy, zostały zapadłe w pamięć i ulicę gmachy gimnazjów i kościół oo. Dominikanów, do którego chodzili oboje rodzice, i … ostała się pokrywa kanału na byłej ulicy Podolskiej Niższej z herbem miasta i datą 1936. To dużo jak na miasto zrównane z ziemią, podolską ziemią. Takie, je opuszczała moja mama. Tacie to zostało zaoszczędzone…

Należy powiedzieć, że to Tarnopolskie Archiwum Rodziny Blicharskich powstało też dzięki tarnopolanom, którzy odpowiedzieli na apel pani ojca, aby przeszukać swoje domowe archiwa i przekazać je do wykorzystania przez TERCET... Jak to wyglądało?

Przez nasz dom w tamtych latach przewinęło się ok. 1270 osób związanych z Tarnopolem. Ożyły stare i nawiązały się nowe znajomości – dłuższe, krótsze, ale zawsze wnoszące coś w tworzenie Archiwum ­Tarnopolskiego. Najczęściej były to miłe spotkania. Ale, jak to w życiu, nie zawsze finał znajomości czy współpracy wart jest wspominania. Tata był pochłonięty „sprawą” bez reszty. Nikt aż tak się nie angażował, chyba że widział w tym swój interes... Mama, bystra obserwatorka, realistka obdarzona niebywałym poczuciem humoru, tak skomentowała kolejne bohaterskie opowieści: AK jest jedyną konspiracyjną organizacją, która w 50 lat po wojnie liczy więcej członków niż w czasie wojny.

Porozmawiajmy jeszcze o tej drugiej po Tarnopolu pasji ojca. Było to polskie lotnictwo w Wielkiej Brytanii w czasie II wojny światowej. Sam był bombardierem w Dywizjonie 300. W 2010 r. w krakowskim „Dzienniku Polskim” ukazał się artykuł Jacka Świdra, gdzie Czesław Blicharski opowiada o swoich odczuciach, gdy jako bombardier w lutym 1945 bombardował m.in. Drezno. Mówił: – Nie będę teraz fałszywie opowiadał, że lepiej było uniknąć tego nalotu. Byliśmy żołnierzami. Wykonywaliśmy rozkazy, walcząc z wrogiem, jakim były hitlerowskie Niemcy. To była wojna, a ja wcześniej widziałem Coventry zbombardowane przez Niemców. Wtedy nie miałem wątpliwości. Czy w domu ojciec często wracał wspomnieniami do tych wydarzeń? Czy też chciał to w jakiś sposób utrwalić w pamięci?

Tata łagier przeżył cudem. Wyszedł z ZSRR do Armii Andersa z ostatnią grupą uwolnionych. Wybór formacji prosty: lotnictwo lub marynarka. Wyobraźnia podpowiedziała rozwiązanie, o którym większość młodych chłopaków marzyła. Wzorce z I wojny światowej, jak najszybciej samotnie i skutecznie niszczyć wroga. Rzeczywistość była inna. Barierą był język, subordynacja i niestety zależność od obcych w ich, nie jego, świecie. Tata ze swoją brawurą i temperamentem nie długo pociągnąłby w lotnictwie myśliwskim… Przeszedł szkolenie i niemal wykończył instruktora, czym spowodował przydział do lotnictwa bombowego… Droga „na wojnę” wydłużyła się bardzo, ale opanował język, przeszedł kolejne szkolenia w Kanadzie, zgrywanie załóg i zdążył „na wojnę”. Wielogodzinne loty, bezustanne zagrożenie, odpowiedzialność już nie tylko za siebie, ale i za kolegów, a przede wszystkim za wykonanie zadania. To nie była młodzieńcza fascynująca przygoda. Pasja latania i służba, dla dzisiejszego pokolenia mogąca być horrorem, które powracały w snach i wspomnieniach, towarzyszyły tacie do końca. Poświęcenie się tej pasji zbyt długo odkładał „na potem”, sam z żalem się do tego przyznając: – Zbyt mało czasu, a tak wiele do powiedzenia o fajnych chłopakach, ich odwadze i poświęceniu, sojuszniczej zdradzie, zawiedzionych nadziejach i wierze, że jednak Polska znów powstanie z ich udziałem.

Ktoś powiedział, że ojciec pani „urodził się, jakby symbolicznie, niemal tuż przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości” (5 lipca 1918 r. w Tarnopolu). Czy może to pani jakoś spuentować?

Przysłowiową „wisienką na torcie” w całej historii mojego taty – rówieśnika Niepodległej Polski jest to, że w 100. rocznicę Niepodległości i jego urodzin lokalna zabrzańska gazeta „Nowiny Zabrzańskie” wydrukowała obszerny artykuł o nim pod tytułem Potyczka z losem; reszta milczała. Sympatia i szacunek taty dla Don Kichota Cervantesa pozostają więc w pełni uzasadnione.

Ja bym jednak trochę inaczej podsumowała to, czego dokonał Pani Ojciec, cytując znowu kogoś, kto na stronie http://www1.neon24.pl/post/17715,kustosz-pamieci-narodowej-2011 napisał:

„Czesław Blicharski – człowiek instytucja. Nazwisko ma dziś szerzej nieznane, ale przyszłe pokolenia będą je znać, doceniać i wychwalać. Dzięki jego ogromnej pracy zachowała się pamięć o przeszłych pokoleniach żyjących na Kresach, w Tarnopolu i okolicy. Sam jeden, z własnych środków, bez żadnego wsparcia materialnego ani też organizacyjnego stworzył instytucję – skarbiec Archiwum Tarnopolskie”.

Dziękując Pani za rozmowę, z całego serca życzę, aby tak było. Nie tylko Pani, tarnopolanom, ale przede wszystkim tym „przyszłym pokoleniom”.