Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Piotr Boroń, POCZĄTKI KONFEDERACJI BARSKIEJ BYŁY TEŻ WE LWOWIE

Pisząc ten tekst w roku jubileuszowym 250-lecia zawiązania konfederacji barskiej, nie kryję szacunku dla tego wielkiego wybuchu patriotyzmu. Nie mogę też nadziwić się, że nawet po tylu latach i w wolnej Polsce ma ona tak wielu przeciwników. Niewdzięczność, sąsiadująca z ignorancją, musi prowokować zarówno do walki o przywrócenie wiedzy o niej, jak i należnej czci, jaką cieszyła się przez ponad pół wieku w polskiej tradycji, zanim poglądy na nią, wypływające z Petersburga i od polskich służalców Katarzyny II, zdały się przeważyć w ocenach, które dziś pokutują.

Konfederacja barska była pierwszym ogólnonarodowym zrywem powstańczym przeciwko rosyjskiej dominacji w Rzeczpospolitej. Świadczyła o podjęciu realnych działań w kierunku odzyskania suwerenności. Nie wiemy dokładnie, jakie uczucia towarzyszyły ówczesnym politykom i możnym. Nie wiemy, jak faktycznie wszyscy oceniali ówczesną korupcję polityczną, przejawiającą się w tzw. jurgieltach, czyli podarunkach pieniężnych, które ambasador Katarzyny II rozdawał w celu wykonywania dla niego konkretnych przysług. Znamy nieco konkretnych zdarzeń, które mogą być podstawą do wyciągania wniosków z tamtych lat. Na jednym z posiedzeń sejmu Najjaśniejszej Rzeczpospolitej w 1767 roku wszechwładny i arogancki ambasador imperatorowej Mikołaj Repnin, znudzony obradami, zwrócił się do jednego ze swoich zauszników słowami „Skaży temu posłu, niechaj tak mnogo ne gawory, bo wozmiet w sraku w piwnicziu”. Innym razem krzyknął nawet osobiście do przemawiającego posła: „Pan Bohomolec, paszoł ty precz na swajo miesto!” Znamy detale z jego „sjekrietnych rozchodów”, że w 1767 roku dał niejakiemu Grabowskiemu osiem tysięcy dukatów na finansowanie konfederacji słuckiej, Brzostowskiemu tysiąc dukatów na deputacje konfederackie, a posłowi kijowskiemu Radziwiłłowi „na życie” 200 dukatów. Skorumpowanemu ks. Nauszczyńskiemu wypłacił 40 dukatów za szpiegowanie. Wiemy nawet, ile kosztowało go sławne porwanie najwyższych dostojników polskich (biskupa Kajetana Sołtyka, hetmana Rzewuskiego i in.), którzy nie chcieli mu się podporządkować. Wynajem trzech karet dla ich porwania kosztował go 150 dukatów, 492 wydał na „koszta ich podróży”, 163 dukaty zaś na „bieliznę i naczynia” dla tychże.

Takie postępowanie u niektórych budziło rezygnację, przejawiającą się w abstrahowaniu od życia politycznego i przyjęciu konsumpcyjnego stylu życia, jak to opisał Franciszek Dzierżykraj Morawski w zgrabnej satyrze pt. Magnat:

 

Pewien z magnatów, słowem, że magnat nie lada,

Co dobrze pije, jeszcze lepiej jada,

Chcąc po obiedzie użyć przyjemnego chłodu

Zszedł do ogrodu.

I gdy tam się widokiem przyrodzenia poił,

Tak sobie roił:

Jak mnie też bawi ta tłuszcza uliczna,

Co ją martwi byle zmiana polityczna.

Co do mnie, zdania nie odmienię,

Strawność żołądka ponad wszystko cenię.

I każdy z rozsądnych przyzna,

Że owo bóstwo Ojczyzna

Jest to czyste urojenie!

Bo gdy spoczywam pod tym drzewem,

Pod tym chłodem,

Gdy mi ta ziemia jak wprzódy chleb rodzi,

Co mi do tego, kto tam po niej chodzi

I kto tam rządzi narodem.

Wtem świnia, co w pobliskiej kałuży leżała,

Gdy już wszystko wysłuchała,

Rzekła: „Jasny Panie!

Słowo w słowo moje zdanie!”

 

Wśród rosnącego oburzenia na panoszenie się carskiego ambasadora w Polsce doszło pewnego razu do charakterystycznego spięcia pomiędzy buńczucznym Repninem a nastawionym patriotycznie Józefem Pułaskim, uchodzącym za jednego z najlepszych adwokatów w Warszawie. Według relacji Stanisława Lenkiewicza, Pułaski miał w ostrej dyskusji na pogróżki Repnina odpowiedzieć: „Mości książę raczy się mylić! Niech stanie i 100 tysięcy, naród wolny krew przeleje! Nasze stare, z trzynastego wieku zawołanie głosi, że należy raczej dom spalić i z bronią w ręku po lasach się poniewierać, niźli samowładnej mocy się poddać!” Repnin odburknął: „Jednym kopnięciem usunę takich przeciwników!”, a Józef Pułaski zakończył: „Strzeż się książę, aby ostatnia na was nie wybiła godzina!”

Sprzeciwienie się Repninowi oznaczało w tamtych czasach bardzo realną groźbę utraty życia lub uprowadzenia do Rosji przez rosyjskich zbirów. Józef Pułaski, rozumiejąc to, był zmuszony do ukrycia się przed zemstą wrogów. Ponieważ jednak znał on różnych ludzi, wyznających jego hierarchię wartości oraz podzielających jego oburzenie na Repnina i króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, więc postanowił skupić patriotów wokół obrony ojczyzny i wiary katolickiej. Udał się zatem z Warszawy do Lwowa, gdzie umówił się na naradę z późniejszymi przywódcami konfederacji barskiej. Możliwe, że pierwotnie nawet planowali, że ogłoszą konfederację właśnie we Lwowie (teza Janusza Roszki), ale ponieważ stacjonowało tam zbyt wielu zwolenników króla i carskiego ambasadora, a przede wszystkim komendant załogi zamku lwowskiego Korytowski oraz generał Kreczetnikow z rosyjskim wojskiem, więc postanowili, że będą kontynuować działania w niedalekim Kukizowie (majątku patriotki Anny Jabłonowskiej), a następnie w przygranicznym Barze, gdzie będą mieli więcej czasu na ukonstytuowanie się spontanicznego ruchu i zgromadzenie wojsk, zanim organizacja mogłaby być zduszona w zarodku.

Za realny początek konfederacji możemy uznać jednak naradę jej późniejszych przywódców we Lwowie. Zjazdowi zwolenników szerokiego zorganizowania się antyrepninowskiej opozycji sprzyjały coroczne targi we Lwowie, które odbywały się po święcie Trzech Króli. Przybycie nawet setek ludzi do metropolitalnego Lwowa w tym czasie nie powinno było budzić podejrzeń, bo „rozpływali się” oni wśród gości tzw. „kontraktów lwowskich”. Nowy Rok spędził Józef Pułaski u ks. arcybiskupa Sierakowskiego w jego rezydencji pod Lwowem, a tymczasem jego synowie Franciszek i Kazimierz rozesłani zostali z poleceniami przygotowań wojska i sojuszników.

We Lwowie zasiedli zatem do przygotowań przede wszystkim Michał Hieronim Krasiński (późniejszy marszałek konfederacji), Józef Pułaski (późniejszy marszałek związku zbrojnego konfederacji), abp Sierakowski, a i prawdopodobnie charyzmatyczny przywódca duchowy konfederacji barskiej ojciec Marek Jandołowicz, karmelita z Berdyczowa.

Nie udało się do dzisiaj i może nigdy już nie uda się ustalić, gdzie powstały pierwsze dokumenty konfederacji, a gdzie je udoskonalano, z czym przyjechali do Lwowa, a co dopiero tam sformułowali. Z dużym prawdopodobieństwem można jednak uznać, że właśnie we Lwowie zebrane pomysły ułożyły się w akt, który przed 29 lutego 1768 roku szlachta skrycie podpisywała pod tytułem Konfederacja prawowiernych chrześcijan katolickich rzymskich, deklarując przystąpienie do szczytnego przedsięwzięcia. Co ciekawe, w rocie przysięgi zawarto stwierdzenie, że z raz podpisanej nie może zwolnić nawet spowiednik.

Rycerstwo zobowiązywało się: „wiary świętej katolickiej życiem i krwią bronić!”, a skoro się jest rycerzem Chrystusowym, to: „żadnych gwałtów, rabunków między katolikami, żydami, lutrami nie czynić”, „komendy choćby z hazardem życia słuchać”, „chorągwi z wizerunkami Pana Jezusa ukrzyżowanego i Matki Najświętszej bronić do ostatka” nawet „trup na trupie padając”. Ponadto „żadnej korespondencji ani porozumienia nie mieć z nieprzyjaciółmi wiary tudzież z niesprzysiężonymi katolikami”.

Mundur miał mieć na lewym boku znak krzyża świętego, by przypominał, że „płaca nasza Chrystus i Opatrzność Jego najświętsza”. Czapki miały mieć stary wzór tatarski (z czasem nazwano je „konfederatkami”.) Każdy konfederat miał obowiązek zgłosić się z parą koni, pistoletami i bronią białą (najlepiej pałaszem) oraz proporczykiem. Za barwę mundurów obrano ciemną zieleń lub czerń, ale każdy miał sprawić sobie własny mundur, więc organizatorzy liczyli na przybycie we własnych strojach. Zalecano, aby nie brać ze sobą wozów, gdyż przewidywano marsze komunikiem (bez taborów) dla sprawniejszej mobilności.

Każdy rycerz miał czuć się zobowiązanym do pomocy drugiemu, gdy ten będzie potrzebował wsparcia. Hasłem generalnym konfederacji ustanowiono: „Jezus – Maryja”. 

Wiemy skądinąd, że w tym samym czasie zwolennicy króla i ambasadora kaptowali dla swoich zwolenników i także zbierali rewersy na wierność. Z tego wynika, że i oni przewidywali szeroki zasięg walk o kształt ideowy Rzeczpospolitej i jej suwerenność. Styczniowe ustalenia przywódców konfederacji dały po miesiącu efekt w postaci zjazdu braci szlacheckiej, ale i innych stanów do Baru, gdzie 29 lutego 1768 roku uroczyście zawiązano konfederację. Z listu Michała Krasińskiego do Józefa Pułaskiego dowiadujemy się, że spotkali się oni w Barze dopiero w przeddzień zawiązania konfederacji, a zatem to małe miasto naznaczono w ostatniej chwili albo do końca bardzo skutecznie utajniano o nim wiadomości.

Decyzja o oficjalnym zawiązaniu konfederacji w przygranicznym Barze była podyktowana wieloma względami bieżącymi, ale z dalekiej perspektywy historyka można snuć i taki wniosek, że gdyby udało się właśnie Lwów uczynić jej centrum i wzięłaby nazwę od tak sławnego miasta, to jej autorytet i wówczas, i w oczach potomnych zyskałby niepomiernie na znaczeniu, a i przy okazji uniknięto by śmiesznych skojarzeń z „barem”.

Lwów stał się jeszcze w późniejszym czasie areną zmagań konfederackich, ale to już całkiem inna historia…

 

 

Piotr Boroń – absolwent i nauczyciel V LO w Krakowie, historyk (UJ), przewodniczący Sejmiku Małopolskiego (2002–2005), senator RP 2005–2007, minister prezydenta Lecha Kaczyńskiego w KRRiT (2007–2010).