Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020 | 2021

Hanna Wietrzny, OPOWIADANIE MOJEJ MAMY

 

Prezentujemy fragment książki Hanny Wietrzny, która zawiera wspomnienia jej mamy. Hanna Wietrzny pisze opowiadania i wiersze. Jej pasją i zawodem było aktorstwo, jest absolwentką Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Zawodowe życie związała ze scenami krakowskich teatrów. Występowała w Teatrze Ziemi Krakowskiej w Tarnowie, Teatrze im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach, Starym Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, Teatrze Ludowym w Nowej Hucie, a także Teatrze Akne. Jej wiersze publikowaliśmy na łamach naszego kwartalnika.

 

Wracając do spraw po 1915 roku, dostałam się z moją młodszą siostrą Jadwigą (gdyż starsza siostra Zosia została w domu i uczyła się prywatnie) do klasztoru Benedyktynek. Było nam tam bardzo dobrze. Nabrałam wielkiej ochoty do nauki i do przodowania, tak że świadectwo z ósmej klasy dostałam bardzo ładne, a z dziewiątej już rzeczywiście niezwykłe. To była piąta klasa wydziałowa. Liczyła trzynaście uczennic i prócz jednej uczennicy, która miała zadowalające dwie noty, reszta uczennic miała noty celujące i chwalebne. Moje świadectwo tak wyglądało: celujące, celujące aż do końca, jedno chwalebne. Zostałyśmy zapisane w złotej księdze tej szkoły klasztornej jako wybitnie zdolne i pilne uczennice. Uczyłyśmy się rzeczywiście jedna przed drugą. Po prostu chciałyśmy zrobić przyjemność naszej matce przełożonej, która nas uczyła pedagogiki, historii kultury i sztuki, bo bardzo, bardzo ją lubiłyśmy. To była niezwykle miła kobieta, matka nas wszystkich, która martwiła się najmniejszym naszym wykroczeniem, jakimś wybrykiem niewielkim. Tak się martwiła, że żal było patrzeć na nią. Dla niej uczyłyśmy się z całej duszy.

Później mama umieściła mnie w pensjonacie Strzałkowskiej. Prywatne seminarium, gimnazjum i szkoła podstawowa. Tam byłam na pensji, a ponieważ dyrektorka wiedziała, że skończyłam 5 klas wydziałowych, powiedziała, że mogę od razu pójść na drugi rok. Niemądre to posunięcie, dlatego że nie miałam pojęcia o matematyce, która przypadła na pierwszy rok i to był mój późniejszy mankament. Miałam profesora, który pisał na tablicy wzór i według tego wzoru kazał uczyć się i pisać zadania. Wykułam na pamięć wzór i potem mogłam dobrze odpowiadać. Ale matematyki do dzisiejszego dnia nie rozumiem i nie chcę mieć z nią nic do czynienia, mimo tego, że jako dziecko bardzo ją lubiłam. No, ale to były rachunki, a nie matematyka.

Moje rodzeństwo: siostra Zosia, młodsza ode mnie Jadwiga, po czterech latach urodził się Tadeusz, późniejszy lotnik, major lotnictwa RAF-u w Anglii, Władziu, który zmarł, i Józiu. Zosia miała zdolności do gospodarstwa domowego, do szycia, do robienia kapeluszy, haftowania. W ogóle nadawała się doskonale na dobrą panią domu. Ja miałam zdolności do nauki. Najmłodsza siostra Wisia również. Tadziu był zdolny, lecz mniej pilny, no i Józiu też.

Bardzo dobrze się czułam u Pani Strzałkowskiej, ale mając lat piętnaście zaczęłam palić papierosy. Namówił mnie do tego kuzyn i moja niby pierwsza miłość i pierwszy narzeczony, Zdzisław. Uczył się wtedy w gimnazjum, zdaje się w siódmej czy ósmej klasie. Wszyscy nas już uważali za narzeczonych, zwłaszcza jego matka i ojciec. Trochę może podśmiewali się z nas, ale w każdym razie uznawali nasze narzeczeństwo.

 

 

Przed Zakładem Naukowym Zofii Strzałkowskiej we Lwowie. Mama autorki w górnym rzędzie, trzecia od lewej

 

Paliłam papierosy u Strzałkowskiej w sypialni. Miałyśmy stoliczek nocny i naturalnie tam je sobie gasiłam. Pamiętam, że kiedyś przełożona szukała po szafkach, czy mamy porządek i znalazła całą stertę tych zduszonych papierosów. To był kochany człowiek, zresztą ona sama paliła, przyszła do mnie i powiedziała:

– Janka, jeżeli chcesz palić, to pal, ale nie zanieczyszczaj szafki nocnej.

Zawstydziłam się wtedy okropnie.

Nauka w seminarium (poza matematyką, której nie lubiłam, ale noty miałam dobre) szła mi dobrze. Lubiłam język polski, przedmioty pedagogiczne, biologię, historię i fizykę. Z języków nadobowiązkowych wykładano język francuski, a z obowiązkowych – niemiecki i ruski. Niemiecki szedł mi bardzo dobrze, bo w okresie wojny miałam możliwość rozmawiania z oficerami stojącymi u nas na kwaterze, a po rusku chłopi mówili, choć byli Polakami, gdyż język ruski uważali za chłopski, a język polski za pański.

Nadeszły lata 1917–1918 i powstała Polska po ponad stu latach niewoli. Ale najpierw w Rosji wybuchła rewolucja. Lenin chciał za wszelką cenę uniknąć dalszego wyniszczania narodu rosyjskiego i głosił hasła pokoju. Niemcom było to na rękę, bo całą siłę swej armii mogli skierować na zachód. Podpisali w Brześciu Litewskim układ z Rosją, bardzo niekorzystny dla Polaków. Wywołało to straszliwe wrzenie całego społeczeństwa polskiego. We Lwowie spontanicznie zaczęły się demonstracje przeciw Niemcom. Do Strzałkowskiej wpadło kilku studentów żądając, by cała szkoła poszła wziąć udział w demonstracji. Pani Strzałkowska gdzieś zniknęła, dyrektor Bogusz również się schował, a my biegałyśmy od klasy do klasy nawołując, by wszystkie uczennice wychodziły ze szkoły, żeby przeciwko Niemcom wystąpić. Wpadłam do sąsiedniej klasy, gdzie uczył Niemiec, którego nazywali wszyscy pomidorem, dlatego że się okropnie czerwienił na policzkach i twarz miał okrągłą rzeczywiście jak pomidor. Obraził się. Później dowiadywał się, kim jestem, prawdopodobnie poszedł na skargę do Strzałkowskiej, ale jakoś nic z tego nie wyszło. Nikt mi nawet wymówki nie zrobił.

Naturalnie cała szkoła spontanicznie, w wielkim porządku, wyszła. Poszliśmy przez ulicę Zieloną, Batorego, na plac Akademicki, gdzie stoi pomnik Mickiewicza i tam zatrzymała nas austriacka policja konna. Właściwie wszyscy tam byli Polakami. Więc oficer krzyknął do nas, żebyśmy się wycofali, rozeszli, bo ma rozkaz strzelać. Naturalnie dostało mu się od pachołków austriackich i pachołków niemieckich. Dziewczyna, która szła z Niemcem, dostała patykami. A myśmy szli wszyscy i śpiewali pieśni: Nie rzucim ziemi skąd nasz Ród, Jeszcze Polska nie zginęła i Oto dziś dzień krwi i chwały. Na drugi dzień dowiedzieliśmy się, że na ulicy Fredry, gdzie była ambasada czy konsulat niemiecki, cała masa ludzi demonstrowała i tam posypały się strzały. Niemcy strze­lali do ludności. Jeden student został ranny w głowę, a drugi zabity. To wywołało okropne wrzenie. Pogrzeb był manifestacyjny, po prostu cały Lwów wziął w nim udział.

Pamiętam, że już byłam na górze, na ulicy Janowskiej (a Janowska łączyła się z Kazimierzowską) i daleko, daleko na Kazimierzowskiej jeszcze nie widziałam końca pochodu. Mówiono, że cały cmentarz został obstawiony żołnierzami z karabinami maszynowymi, na wypadek gdyby jakiś tumult się zrobił. Ale wszyscy z wielką powagą uczestniczyli w pogrzebie.

Później nauka szła swoim trybem aż do ostatniego września, kiedy zachorowałam. Pamiętam, że zapytała mnie przełożona z lekcji, ja wstałam, poczułam jakiś dziwny zawrót głowy i mówię:

– Nie wiem, co się ze mną dzieje, jestem słaba.

I w tej chwili ona kazała mi pójść na górę do sypialni. Rozebrały mnie i przeniosły do izolatki. Zastałam tam trzy koleżanki. Okazało się, że to grypa. Słynna grypa hiszpanka. Naturalnie grypa się rozprzestrzeniała momentalnie. Wszystkich wygłodziła wojna, bo przecież porcje jedzenia były minimalne, choć ja nie mogę narzekać. Mama moja wysyłała nam chleb, mięso, cielęcinę, cukier, masło, rozmaite wiktuały, jajka, więc jadłam nie najgorzej i nawet Strzałkowska starała się przynajmniej jarzynami i owocami uzupełniać nasz posiłek.

Bardzo ciężko przechodziłam tę grypę. Miałam ognisko zapalne w prawym płucu i wielką gorączkę. Leczył nas lekarz, kuzyn pani Strzałkowskiej. W końcu jakoś zaczęłam się ruszać, wysłali depeszę do mojej matki i mama przyjechała. Równocześnie brat mój Tadziu, najstarszy z chłopców, przebywający w internacie, również zachorował na hiszpankę. Wszystkie szkoły zostały zamknięte i rozpuszczono nas do domów. Wróciłam do Świrza ostatniego października.

W tym czasie Zosia wyjechała do Lwowa, mijając się z nami. 1 listopada dowiedzieliśmy się, że Ukraińcy napadli na Lwów. Austriacy dali im broń przeciw Polakom (jak zwykle „dziel i rządź”). Austria zawsze w ten sposób postępowała. Zaczęła się wojna polsko-ukraińska. Siostra Zosia już się przedzierała do Lwowa przez okopy ukraińskie. Wysiadła na Łyczakowie (stacja Lwów-Łyczaków) i przez front ukraiński dostała się do tej części Lwowa, który pozostawał w rękach polskich. Oczywista rzecz, cała rodzina babci – prócz dziadka i babci, starszych ludzi – poszła walczyć o Lwów. Brakowało broni, brakowało amunicji, a mimo wszystko walka trwała dość długo. Ja już się dostać do Lwowa nie mogłam.

A w Świrzu Ukraińcy wyrzucili nas ze szkoły. Dobrze, że znaleźliśmy locum w pałacyku na błotach, który postawiono dla młodszego hrabiego Mieczysława Lamezana, żeby pilnował robót przy odbudowie zamku. Wyjechał, więc było wolne mieszkanie. Ich kamerdyner otworzył nam i tam zamieszkaliśmy. A tymczasem w szkole zasiadła ukraińska nauczycielka. Walki we Lwowie trwały aż do kwietnia, 1 listopada się zaczęło, a w kwietniu Lwów został uwolniony.

We Lwowie zginęła moja ciotka od bomby czy granatu ukraińskiego, kiedy szła na cmentarz z córeczką na grób męża. Mnóstwo znajomych zginęło wtedy we Lwowie. Siostra Zosia poznała tam późniejszego mojego szwagra, zaręczyli się i przyjechali do Świrza, kiedy Świrz został uwolniony. Cieszyliśmy się bardzo, ale był już maj i ja cały rok miałam stracony. Od października do maja nie chodziłam do szkoły.

Moje koleżanki już w kwietniu znalazły się w szkole i uczyły się. Nie wiedziałam co robić. W każdym razie pierwszym pociągiem, jakim mogłam się dostać do Lwowa (wzięli mnie oficerowie do swojego wagonu, bo szły wojska do Lwowa z rozmaitych stron Polski), dojechałam tam. U Strzałkowskiej dowiedziałam się, że matura będzie za trzy dni. Zrozpaczona nie wiedziałam, co robić. Poszłam do przełożonej i mówię, że absolutnie nie zdam matury. A ona:

– Byłaś zawsze bardzo dobrą uczennicą, więc na pewno zdasz, a jeżeli nie zdasz teraz, to zdasz po wakacjach, ale próbuj.

– No dobrze, ale czy mnie wszyscy puszczą?

– Idź do profesorów i zapytaj.

Poszłam do mojej wychowawczyni, doktor Bergerowej. Ona mówi:

– Pomogę ci w ruskim.

Ale ja ruski pamiętałam. Poszłam do profesora Medyńskiego, historyka, który uczył nas też geografii, a on mówi:

– Ja bardzo dobry ci daję bez niczego (czy „pani” daję, bo oni do nas wszyscy mówili „pani”), bo przecież pani zawsze powtarzała moje wykłady, zawsze u mnie miała pani bardzo dobrze, więc daję na świadectwie końcowym bardzo dobry.

No i na maturalnym, bo nie musiałam już zdawać tego przedmiotu. Poszłam do wszystkich i wszyscy mówili, że jako bardzo dobra uczennica nie powinnam się obawiać. Ale poszłam do profesora Rybarczyka. Nie wiedziałam, że to Ukrainiec. Mówię:

– Bardzo przepraszam, panie profesorze, co ja mam zrobić? Chcę zasiąść do matury, ale w czasie wojny byłam w Świrzu i to mi przeszkodziło w nauce.

– A cóż ja mam pani poradzić – on na to.

– Proszę, panie profesorze, o jakąś notę, przecież miałam zawsze dobrze albo bardzo dobrze z fizyki.

– Najwyżej mogę pani wpisać dostatecznie. Jak pani przy maturze zda, to w porządku. Nie mam nic przeciwko temu.

No więc zaliczenia już miałam. Ale za co ja mam się wziąć? Za matematykę absolutnie nie, bo ja nic nie rozumiałam, a jeżeli chodzi o fizykę, to sobie przeglądałam i okazało się, że bardzo dużo zapomniałam, ale mimo wszystko, ponieważ lubiłam ten przedmiot, zdawało mi się, że odpowiem dobrze.

Przyszła matura. Najpierw pisemna. Dostaliśmy temat, który zapamiętałam: „Zadania kobiety w obecnej dobie”. Na ten temat mogłam napisać bardzo dużo. Miałam taką zapaloną głowę: ile trzeba zrobić, bo przecież Polska powstała. Uważałam, że kobiety powinny wziąć udział w każdej pracy, żeby tylko Polska się rozwinęła. Byłam straszną patriotką po ojcu i po matce.

Napisałam pierwsza zadanie i oddałam, a wtedy siedział tam ksiądz nasz, który je przeczytał. Powiedział, że jest wspaniałe. Potem ruskie i niemieckie. W niemieckim pomogła mi koleżanka, chociaż ja napisałam na brudno nieźle, ona mi poprawiła. Dostałam z tego bardzo dobrą notę, potem ruski i to samo. Matura pisemna poszła mi zupełnie dobrze. Przyszła matura ustna. Tutaj miałyśmy już tydzień czasu. Zaczęło się od geografii i historii. Zdałam. Potem język polski. Traf chciał, że profesor dał mi przeczytać z Kollokacji bal u państwa Płachtów. Ta książka była u nas w domu u babci i zawsze przy obiedzie ją czytałam. Strasznie mi się podobała, zwłaszcza ten bal u państwa Płachtów, tak komiczny, przedstawiający rodzinę udającą arystokratów. Po prostu umiałam to na pamięć. Kazał mi przeczytać fragment. Czytałam, on mówi:

– Dość. Opowiedz ciąg dalszy.

Opowiadam i tak komicznie i dokładnie przedstawiłam scenę z książki, z taką ironią, z takim zacięciem aktorskim, że cała komisja maturalna się zaśmiewała. Kiedy skończyłam, profesor powiada:

– Dziękuję pani, a teraz może trochę z gramatyki.

Zrobiłam taki ryjek do księdza, „O Boże”, a w tym czasie ksiądz pokazywał moje zadanie wizytatorowi. Wizytator spoglądał spod oka na mnie, aprobował, widziałam, że mu się bardzo podobało. Jak ksiądz zobaczył, że mam minę niewyraźną, powiada do profesora Prószyńskiego:

– Panie kolego, proszę zostawić już pannę Łukaszkiewiczównę, przecież tak pięknie nam opowiadała, proszę już jej więcej nie męczyć. I Prószyński, chociaż nie lubił księży, przystał na to.

– No jak ksiądz prosi..., dziękuję pani.

Chwała Bogu, skończyło się. Teraz zaczęła się matematyka. Przychodzę do tablicy, profesor dyktuje, ja piszę zadanie. Naturalnie zaraz wzór na górze, tak jak on kazał. To było skomplikowane zadanie, matematyka z geometrią. Widziałam, że to specjalnie wybrane, dlatego że ja o Ukraińcach z przekąsem mówiłam. Napisałam wzór, ale potem próbuję rozwiązać zadanie, coś mi nie idzie, a byłam już zdenerwowana, bo wiedziałam, że matematyka może mi pójść źle. Stoję tak trochę bezradnie, próbuję, wizytator pyta:

– Dlaczego pani nie robi dalej?

Mówię na chybił trafił:

– No bo tutaj czegoś brakuje.

Podszedł do tablicy i zobaczył – no naturalnie, w trójkącie brak połowy wysokości – mówi.

Matematyk zmieszał się okropnie, bo wizytator był specjalistą matematykiem i fizykiem. Pisał książki matematyczne i fizyczne i jego podręczników używano w szkołach. Skończyłam to zadanie. Zaczęła się fizyka. Przepytał mnie z wszystkiego, od ruchu począwszy aż do aeroplanów. Przy jednym się tylko zakałapućkałam trochę – o ogniwach Leclanche’a i chromowych. No, ale w końcu poszło jakoś i już resztę doskonale zdawałam. Matura moja się skończyła. Powiedziano mi, że brakowało tylko jednego bardzo dobrego z matematyki do świadectwa z wyróżnieniem. Ucieszyłam się. Wszystko jedno czy z wyróżnieniem czy nie. Zdałam maturę! Na korytarzu chwycił mnie wizytator pod rękę i pyta, czy jestem córką Łukaszkiewicza ze Świrza.

– Naturalnie, że tak.

Okazuje się, że on kiedyś w Przemyślanach był inspektorem szkolnym i że ojca i mamę zna. Wypytywał o nich, kazał pozdrowić. Urosłam we własnych oczach, przecież z wizytatorem spacerowałam pod rękę! Po południu przyszła moja siostra ze szwagrem i chcieli mnie wziąć ze sobą na jakieś ciastka do cukierni. Jak się dowiedzieli, że ja już jestem po maturze, wprost wierzyć nie chcieli. Jeszcze w dodatku, że tak dobrze zdałam. Poszliśmy rzeczywiście do cukierni i na koszt mojego szwagra podjadłam sobie dobrych rzeczy, których w czasie wojny nie zaznałam. Na skrzydłach motyla leciałam do domu, to znaczy wracałam do Świrza, uszczęśliwiona, ze świadectwem, które, gdy mi dawała pani Strzałkowska – powiedziała:

– Tobie nie potrzebuję nic mówić. Wiem, że będziesz świetną nauczycielką.

I tak się też stało. Zostałam nauczycielką, tak jak przewidywała. Miałam wprawdzie jako dziecko marzenie, by zostać lekarką, ale mimo że tatuś popierał moje marzenia i całe wakacje poświęcił, żeby ze mną przerobić łacinę z klasy pierwszej gimnazjalnej (licząc na to, że po wakacjach mama zgodzi się na moje studia), nic z tego nie wyszło. Uważała, że dziewczyna wśród mężczyzn rozbierająca trupy (a w tym czasie sporadycznie zdarzały się wypadki studiów medycznych wśród kobiet), to narażanie córki na ciężki żywot. I nic z tych marzeń nie zostało.