Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020 | 2021

Beata Bednarz, ZA TAMTYM LWOWEM

 

Lwów, 30 kwietnia 1913

[…] W ogrodzie wielkie zmiany zaszły. Ponieważ przed brzoskwinią od Kaleczej ku Asanowej budzie ma się robić ulica, więc zabrało się wszystkie lepsze krzewy i kwiaty na stronę północy, tj. od strony dużej sosny i tam na stokach posadzone zostały maliny, agresty, porzeczki, tarniny, głogi, zaś na płaszczyźnie przed jadalnym pokojem i dużem salonowem oknem posadzono Kaziowe piękne bzy i resztę waszych, między innemi i ten twój śliczny ciemnowiśniowy. […] Całą tą przeprowadzką kwiatów i przenosinami ławki kierował Lubiś [Luk], który sobie wziął za zadanie tę połowę ogrodu, podczas gdy Kazio z Dziopą i Maryną pracuje na inspektach. Na około kamiennego stołu i trzech białych ławek przed salonem jest dany nowy ganek, bo tamten był spróchniały, wygląda tak samo jak dawny, tylko się stała przy robocie wielka szkoda, bo stolarze złamali tę boczną starą gałąź bluszczu, która się zakręcała nad ławką. Strasznie nam żal było, ale może jakoś z czasem narośnie znowu. […]

(List Maryli Wolskiej do syna Juliusza, cyt. za: Katarzyna Szczepańska-Kowalczuk, Szuflada,

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018, s. 133–134)

 

 Maryla Wolska, ok. 1895 (źródło: Polona.pl)

 

„Zaświecie”… We wspomnieniach i wierszach Maryli Wolskiej i jej córki Beaty Obertyńskiej lwowska willa jawi się jako miejsce mitologiczne wręcz, pełne idealnego zespolenia artystycznej atmosfery z prozą codzienności. „Zaświecie”, jego dawni mieszkańcy i goście powinni […] pozostać na zawsze w pamięci najdalszych nawet polskich pokoleń jako jedna z piękniejszych kart historii i kultury Lwowa – napisał wybitny historyk literatury polskiej, urodzony we Lwim Grodzie, Artur Hutnikiewicz. Okazuje się, że to miejsce nie pozwala o sobie zapomnieć, że duchy jego przeszłości kłębią się w zakamarkach domostw potomków Maryli Wolskiej i oddziałują na kolejne generacje nie tylko Wolskich, lecz także Pawlikowskich, Szczepańskich, Szumanów i Turowiczów. Opublikowana pod koniec ubiegłego roku książka Szuflada Katarzyny Szczepańskiej-Kowalczuk odsłania sekrety „Zaświecia”, odziera go do pewnego stopnia z pięknoduchostwa, odwraca naturalny porządek wyobrażeń o tym domu. Życie każdej postaci zasłużonej, kiedy się je ogląda i rozważa z pewnego już oddalonego punktu w czasie, staje się w oczach potomnych żywotem symbolicznym ze względu na stopienie się w niej prądów intelektualnych, artystycznych czy narodowych danej epoki. Tak też było chyba ze spojrzeniem Katarzyny Szczepańskiej-Kowalczuk na Marylę Wolską. Po znalezieniu w szufladzie rodzinnych epistołów i innych pamiątek prawnuczka musiała zrewidować swoje myślenie o sławnej poetce, szczególnie w odniesieniu do prywatnej sfery jej egzystencji. W trakcie styczniowego spotkania w szczelnie wypełnionej czytelnikami krakowskiej Księgarni pod Globusem autorka powiedziała, że jej celem było odtworzenie historii jej dziadków, ale cała przygoda z odkryciem ich listów doprowadziła do czegoś więcej, do lepszego poznania jej matki, w której odnalazła cechy Maryli Wolskiej. Padła opinia, że jest to książka wielowątkowa, ale przede wszystkim, jak uzupełniła autorka, opowiada o kobietach, w szczególności o jej matce Danucie Wolskiej. Wyznała również, że jej ojciec, Jan Józef Szczepański, często mówił: „No, tak, panowie Wolscy”, przywołując cechy ujawniające się u mężczyzn należących do rodziny Wolskich jako zły przykład, bo mają zgubny gen, polegający na słabości charakteru. Martwił się tym, że jego syn też go odziedziczył, o czym świadczy przywołany przez córkę w jej książce fragment Dziennika pisarza.

 

Z powojennej szuflady

 

Nic się nie kończy, nic się nie zaczyna.

My, ziemia – słońce – ptak, czy ozimina.

W żywota wielkim, wiecznym kołowrocie,

Jedno jesteśmy! Jeden wątek pasma,

Które ta mądrość, co na wszystko czas ma,

Tka wciąż – i zwija znów i nie przecina –

I nigdy w swojej nie stanie robocie.

(Maryla Wolska, Z przedwojennej szuflady, w: Dzbanek malin, Biblioteka Medycka, Medyka 1919, s. 58)

 

O tym, że w starych kątach i sprzętach domostw może zastygnąć czas i drzemać cień dawnego życia przodków, o czym pięknie napisała młodopolska poetka w wierszu pod tytułem Na dnie zwierciadeł, przekonała się w 2009 roku jej prawnuczka, Katarzyna Szczepańska-Kowalczuk. W krakowskim mieszkaniu Szczepańskich przy ulicy Helclów, w dużej szufladzie położonej na dole potężnej i ozdobionej lustrem szafy, jej matka, Danuta z Wolskich, przechowywała najpierw muszle i korale przywożone z egzotycznych podróży, a potem potajemnie zamieniła te przedmioty na listy swoich rodziców. Za symbolicznie sprzęgnięty z tym nieoczekiwanym zdarzeniem można uznać fakt, że babcia Danuty, Maryla Wolska, nadała zapisanym przez siebie wspomnieniom tytuł Quod­libet. Pisanie przerwała jej śmierć w wieku pięćdziesięciu siedmiu lat. Dokończyła je córka, która także została poetką, Beata Obertyńska, dorzucając do nich swoje, pod nazwą Quodlibecik. Co oznacza to słowo? Quodlibet to jakby płytka szuflada, wieszana na gwoździu jak obraz, pokryta szkłem. Dno bywa wyścielane atłasem, do którego przyszpila się lub zawiesza na gwoździu bliskie sercu drobiazgi. Na dnie takiej czy innej szuflady wielu z nas trzyma pamiątki swoje lub należące do krewnych. Zawarty w tytule zacytowanego wiersza wspomnień młodopolskiej poetki mebel staje się po odkryciu Katarzyny Szczepańskiej-Kowalczuk jeszcze silniej przemawiającą do wyobraźni metaforą. Szuflada chowała „pożółkłe, dawne listy”, w których czaiły się rodzinne sekrety. Znalezisko to stało się dla córki Jana Józefa Szczepańskiego początkiem wyjątkowej, niepozbawionej kolców, podróży w głąb swojej tożsamości. Z szuflady wydobyła klucz do zamkniętych przez jej matkę drzwi. Od razu domyśliła się, kogo za nimi znajdzie, i że będzie już mogła, a nawet musiała, podzielić się tym, co zobaczy po drugiej stronie.

 

 

Fotografia ślubna Beaty i Józefa Obertyńskich, 1918

 

Katarzyna Szczepańska-Kowalczuk nadała swojej książce formę szkatułkową, jakby na wzór mebla, z którego wydobyła niezwykłe znalezisko. Luźne zestawienie niejednorodnych segmentów stanowi właśnie nieszablonową zasadę kompozycyjną. Nie stoją owe segmenty osobno ani nie wpadają na siebie bezładnie, ale w sposób celowy przenikają się, odsyłają do siebie, dopełniają wzajemnie, jedne w drugich znajdują przedłużenia i echa. Są częściami tej samej, choć na pozór fanaberyjnej, skonstruowanej całości – quodlibetu. Posiłkując się i manewrując specjalnie takimi formami narracyjnymi jak reportaże z podróży w czasie i przestrzeni, osobiste refleksje, komentarze do cytowanej korespondencji dziadków, jak elementy klechdy domowej, jak urywki zeszycika, kalendarzyka, dokumentu czy autobiografii, obrazki, zapiski, stare zdjęcia, jak okruchy rozbitego zwierciadła, autorka dokonuje rodzinnej wiwisekcji, by poznać lepiej siebie i swoich przodków. Z tego pieczołowicie poskładanego puzzle wyłania się nie tylko nieznane dotąd oblicze toczącego się na początku XX wieku życia w słynnej willi, lecz także uniwersalna opowieść o odwiecznie ludzkich problemach, zawsze jakoś skandalicznie zagmatwanych.

 

Zaświecie

 

Im dłużej się przyglądam tej rodzinnej historii, tym lepiej widzę, ile ma w niej udziału Maryla Wolska – nieprzenikniona dama z fotografii na maminej półce z książkami. I znów, by to zrozumieć, trzeba zrobić krok w tył i przypatrzyć się tej postaci.

(Katarzyna Szczepańska-Kowalczuk, Szuflada, Kraków 2018, s. 206)

 

Autorka tych słów wtargnęła do środka „Zaświecia” przez szufladę. Razem z nią zatem przyjrzyjmy się postaci wybitnej poetki w świetle znalezionej korespondencji i innych archiwaliów, a także życiu, które toczyło się na ulicy Kaleczej 20 na przełomie XIX i XX stulecia…

Willa położona była w starym, pięknym sadzie, na stokach cytadeli lwowskiej, w pobliżu Ossolineum. Kupił ją w 1898 roku dla młodziutkiej żony Maryli z Młodnickich prężny w tamtych czasach przedsiębiorca, wizjoner, idealista, poliglota i jeden z twórców galicyjskiego przemysłu naftowego – Wacław Wolski. Z okresu największego powodzenia jego nafciano-patentowego interesu pochodzi zabawny wątek o tym, jak jeden z kanadyjskich milionerów, z którym współpracował, przesyłał zaskakujące upominki. Katarzyna Szczepańska-Kowalczuk przypomina rodzinną anegdotę o tym, że naj­osobliwszym prezentem było ogromne koło szwajcarskiego sera, które odznaczało się tak mocną wonią, że użyto go wreszcie jako zapory przeciw złodziejom, wieszając prezent w odległej części domu, gdzie „własną piersią” miał nieproszonym gościom zagradzać drogę. Duszą, ozdobą i panią domu od pierwszego dnia objęcia tej posiadłości stała się Maryla Wolska. Ponieważ była z natury istotą marzycielską i poetyczną, od razu dostrzegła wyjątkowy urok domu skrytego w gąszczu rozległego ogrodu, na zacisznej ulicy, więc go nazwała „zaświeciem”, bo leżał naprawdę jakby za światem. Z czasem dopiero miasto podpłynęło do nas tak blisko, że znaleźliśmy się w śródmieściu – jak napisała we wspomnieniach jej córka Beata. Dom znajdował się niejako poza zgiełkiem świata, ale nie panowały w nim tylko spokój i sielskość. Toczyło się w nim wartkie, niepozbawione poważnych trudności życie. Oprócz Maryli Wolskiej artystyczną atmosferę willi przez okres trzech lat tworzyli jej przyjaciele, których ochrzciła mianem płanetników: Leopold Staff, Józef Ruffer, Władysław Orkan, Ostap Ortwin, Jan Kasprowicz. Czytali kolejno swoje utwory, śmiali się, dyskutowali, a z nami bawili się w „żandarma i zbója” – zapamiętała córka poetki Beata. Przez pobudzające klimat twórczy „Zaświecie” przewijali się także przyjaciele i koledzy akademiccy ojca Maryli, Karola Młodnickiego: Jan Matejko, Henryk Rodakowski oraz brat Albert (Adam Chmielowski), któremu Maryla Wolska poświęciła jeden ze swoich pełnych uroku wierszy. Opiewa w nim swój dom, gdy: Jeszcze widok daleki, wesoły / Z naszego ganku / Na kopiec i wszystkie kościoły, / Aż po cesarski lasek, / Nie zarósł jak dziś dachami. O ganku, z którego roztaczał się widok na Wysoki Zamek, Ratusz i całe miasto, wspomina z rozrzewnieniem także w Qudlibecie. Niektórzy poeci staną się szczególnie bliskimi przyjaciółmi rodziny, jak na przykład Władysław Bełza, o którym Maryla Wolska napisze, że należał on do takich ludzi, o jakich Tatko mawiał: „Wiecie, on jest nadzwyczajny, ale takich już nie ma…”. Bełza zostanie ojcem chrzestnym najstarszego syna poetki. Dedykował mu swój najsłynniejszy wiersz Katechizm dziecka polskiego. Podczas wojny polsko-ukraińskiej Ludwik zostanie rozstrzelany wraz z grupą dwudziestu czterech Polaków na zamku w Złoczowie.

Matką Maryli Wolskiej była Wanda Monné, a ojcem malarz Karol Młodnicki, on zaś – serdecznym przyjacielem Artura Grottgera. Twórca cenionych cyklów patriotycznych Polonia i Lithuania zmarł bardzo młodo na gruźlicę, a Karol Młodnicki ożenił się z jego narzeczoną Wandą. Nieszczęście ocieniające młodość Wandy znalazło po latach swoje odzwierciedlenie w albumie Artur i Wanda, wydanym w 1928 roku z inicjatywy Maryli i Wacława Wolskich. Kult pamięci Grottgera uprawiała Wanda Monné przez całe swoje życie, do czego włączała rodzinę. Miała w tym szczególnego sprzymierzeńca, swojego męża, który w ten sposób czcił przyjaciela i wspierał żonę. Jak zapamiętała Maryla Wolska, gdy kartony z albumu Mamy szły na wystawę którąkolwiek, Ojciec sam wkładał je pod szkło i nigdy żaden introligator nie tknął ram z nimi. […] Gdy ciężkie położenie materialne i niedomaganie Ojca skłoniło Mamę do rozstania się z szeregiem tych rysunków w roku 1894, odczuł to Ojciec jako moralną katastrofę, której nie przebolał nigdy.

Z małżeństwa Maryli i Wacława Wolskich zrodziło się pięcioro dzieci: Ludwik, zwany Lukiem, Kazimierz, Beata (Dziodzia), Juliusz i Aniela (Lela). Jaką matką była Maryla Wolska? Według Beaty Obertyńskiej, pozbawiona była talentów pedagogicznych i sama musiała to czuć. Mama miała z naszym najmłodszym dzieciństwem, a może dzieciństwem w ogóle, najmniej do czynienia. Nie „wodziła” sama swoich kurcząt. Choć nas bardzo kochała, choć miała do nas duży zmysł (zwłaszcza optyczny), choć się nami cieszyła, lubiła nas popieścić i uściskać – nie podścieliła się naszemu dzieciństwu, jak wiele matek już wtedy, a chyba wszystkie już dziś – napisała najstarsza córka w Quod­libeciku. W epoce Maryli Wolskiej matki, jeśli mogły sobie na to pozwolić i jeśli tak wolały, nie musiały same niańczyć swoich piskląt, zwłaszcza gdy mogły mieć pewność, że ktoś zrobi to daleko lepiej od nich – dodaje Beata Obertyńska. Wszystkie dzieci odczuwały, że są z matką mało zżyci, za mało spoufaleni. Ujawniona w książce Szuflada korespondencja dopełnia obraz Maryli Wolskiej jako matki, która, jak się okazuje, nierówną miarą obdarzała uczuciem swoje dzieci. Troski, wyrozumiałości i cierpliwości z jej strony pozbawiony był szczególnie Juliusz, najmłodszy z synów (urodzony 19 września 1899), z powodu kłopotów w nauce. Zacytowane w książce listy napisane przez jego o dwa lata młodszą siostrę Lelę oraz starszą siostrę Dziodzię wskazują, że w wieku dwunastu lub trzynastu lat został przez rodziców wysłany w celach edukacyjnych aż do Niemiec, do tamtejszego „zakładu dla dzieci trudnych”. Po latach z całego rodzeństwa tylko Dziodzia mogła wyjaśnić przyczyny oddalenia chłopca od rodziny i – czując taki obowiązek wobec bratanicy Danuty – napisała na maszynie tekst i w latach siedemdziesiątych przysłała go do niej pocztą. Jak tłumaczy w tym tekście Beata Obertyńska, Juliusz „był dzieckiem niepożądanym”, czwartym z kolei, a ponieważ okres ciąży Maryla spędziła w depresji, po urodzeniu synka Wacław Wolski na osłodę podarował żonie parę złotych kolczyków z turkusami oprawionymi w brylanty. Poetka prześle je potem jako prezent ślubny Stefanii – żonie Juliusza – w sierpniu 1925 roku, ze słowami wyjaśnienia: Jak wiesz, na ślubie Twoim mnie nie było – dziś więc, gdy już masz córeczkę i gdyście się osiedlili może na czas dłuższy i żal Twój niesłuszny minął, posyłam Ci tę pamiątkę, którą ongiś otrzymałam od Tateczka, abyś ją nosiła, wspominając nas obojga – a kiedyś przekazała Waszej dziewczynce, którą ucałuj ode mnie. Z tych kolczyków powstanie pierścionek noszony potem przez prawnuczkę Danutę Wolską.

Od niemowlęctwa Juliusz chorował, a w wieku szkolnym jego kłopoty zaczęły dotyczyć dodatkowo nauki, gdyż nie mógł opanować umiejętności poprawnego czytania (w tym nut mimo posiadania doskonałego słuchu muzycznego), pisania i mnożenia. Rodzice uważali, że te braki są wynikiem lenistwa, zawziętości i niechęci, dlatego stracili do syna cierpliwość i wysyłali do różnych szkół. Beata Obertyńska, portretując w Quodlibeciku młodszego brata, wprost stwierdziła, że jeden Julek był na osobnych, żałosnych zresztą prawach. Po szeregu w niemowlęctwie przebytych konwulsji miał wielkie trudności z nauką. Poza tym był najkompletniej normalny, sprytny, dowcipny, ładny, wyrośnięty, wyjątkowo muzykalny i wyjątkowo dobry. Dziś łatwo ustalić, że źródło doświadczanych przez niego problemów w nauce tkwiło w zaburzeniu, jakim jest dysleksja. Ciągłe utrapienia przeżywane z powodu syna przeobraziły się u Maryli Wolskiej w trwały uraz do niego. Jako matka dużo uwagi nie poświęcała wszystkim swoim dzieciom, ale tylko z najmłodszym synem nigdy nie nawiązała nici porozumienia. Babcia Wanda Młodnicka potrafiła dostrzec jego zalety, ale też bywała wobec Julka uprzedzona i surowa. Po odesłaniu wnuka do specjalnej placówki w Niemczech żaliła mu się w liście napisanym 19 października 1912 roku: Jaka to szkoda, żeś się nie chciał uczyć w domu, w Ojczyźnie, tylko trzeba dla Ciebie było zagranicznej szkoły! Weź że się choć teraz do pracy, aby Tatko kochany za wszelkie koszta jeszcze dalszego nie miał zmartwienia. Maryla Wolska zaś pisze do synka rzadko, ale kwieciście, jak na poetkę przystało. Obficie opisuje toczące się na „Zaświeciu” kolorowe życie oraz wplata między wierszami swoją matczyną gorycz: A wiesz przecie, żebyśmy woleli wszyscy, abyś mógł być z nami jak inne dzieci. Tej zimy jednak dobrze, że Cię nie było we Lwowie. […] Kocham cię za to, że się lepiej uczysz. Beata Obertyńska we wspomnianym wyżej tekście z lat siedemdziesiątych XX w. zauważa, że owa „niedomoga”, polegająca na braku właściwej koordynacji między mózgiem a mową, całemu szeregowi dzieci utrudniło, opóźniło czy uniemożliwiło naukę, a często nawet płynne czytanie. Juliuszowi Wolskiemu na pewno uniemożliwiło, gdyż nie zrobił matury, a bez niej jedną z niewielu szans pozwalających wtedy mężczyźnie bez wykształcenia na samodzielny byt stanowiła praca na roli. Taką drogę zresztą podsuwała mu rodzina, bagatelizując jego kłopoty ze zdrowiem i brak zainteresowania rolnictwem. Choć przejawiał talent do muzyki i do języków, nie mógł w pełni z nich skorzystać, bo z trudem przekładał je na transkrypcję.

 

Katarzyna Szczepańska-Kowalczuk jako nastolatka poznała osobiście ciocie, czyli dwie córki Maryli Wolskiej: Beatę Obertyńską (Dziodzię) i Anielę (Lelę) Pawlikowską. Ciocie odwiedzała w Londynie, dokąd wygnała je wojenna zawierucha. Siostry gnieździły się w mieszkanku na poddaszu na Clifton Gardens. Nie przyszło do głowy młodej wówczas Katarzynie Szczepańskiej zapytać je o swojego dziadka Juliusza Wolskiego, a one same nigdy nie wspomniały w jej obecności o ich bracie. Wokół Juliusza, a także Ludwika (Luka), panowało w rodzinie od dawna milczenie, które musiało wykluć się wcześniej, w innym domu. Nosił nazwę Zaświecie i mieścił się we Lwowie. Tam urodził się dziadek Julek jako czwarte z pięciorga dzieci Wacława Wolskiego (inżyniera, wynalazcy i współwłaściciela pól naftowych na Ukrainie) oraz Maryli z Młodnickich – młodopolskiej poetki. Tam też pewnego razu zjawiła się Stefania. W tym momencie dzięki szufladzie, której zawartość poznajemy za sprawą książki prawnuczki poetki, wkraczamy w nieznany dotąd skrawek świata rodziny mieszkającej we Lwowie, w „starym domisku, obrośniętym bluszczem”, jak określi swoją posiadłość Maryla Wolska w liście do krytyka literackiego Artura Górskiego.

 

„Po hrociczku i buzi posyłam na listeczku” – historia miłości między Juliuszem Wolskim a Stefanią Hrachowiną

 

Kiedy wybucha pierwsza wojna światowa, Juliusz ma piętnaście lat i wraca do domu, który opustoszał bez sióstr i braci. Gospodarzy jego dawna niania, Emilia Strowska, zwana w rodzinie Wolskich „Panomcią”, która zawsze opiekowała się nim z największą czułością. Pomaga jej pochodząca ze Skolego (tej górskiej miejscowości, gdzie Wolscy mieli dom zwany Storożką) Hucułka Stefania, która być może liczyła wtedy osiemnaście lat. Julek zna ją jeszcze właśnie ze „Storożki”. W niespokojnym czasie, kiedy bieda nie omija także domu Wolskich, Juliusz i Stefania zbliżają się do siebie, o czym świadczą odkryte w szufladzie na ul. Helclów w Krakowie przez ich prawnuczkę liściki adresowane do Wielmożnej Pani Stefanii Hrachowiny, Lwów ulica Kalecza 20. Wszystkie zdradzają jego kłopoty z ortografią. Po odsłużeniu wojska wysłano Juliusza do Goszyc, by tam pod okiem ciotki Marii (Mimy) Zawiszyny (siostry ojca) uczył się na agronoma. To właśnie między innymi z Goszyc pisał do Stefanii, którą w pierwszym liście, wysłanym prawdopodobnie wiosną 1920 roku, tytułuje „Tusiątkiem Najmilszym”. Wieżę Ci bardzo, że Ci się to nie może w głowinie pomieścić lecz w mojem telepiącym jeszcze sercu ty się tylko jedna mieścisz i to od dawna – wyznaje Jul. W kopercie ze zdjęciami autorka książki Szuflada znajdzie dwie fotografie Stefanii wykonane w atelier. Jedno z tych zdjęć wykradł Juliusz mężczyźnie, z którym była ona przez pewien czas związana, a warto dodać, że od lwowskich adoratorów nie mogła się opędzić. Widzimy na nim niepospolitej urody kobietę, siedzącą w dostojnej pozie, o melancholijnym spojrzeniu dużych i skośnych oczu. Stefania wrosła w dom na „Zaświeciu” do tego stopnia, że jakby zapomniała o pochodzeniu i zerwała więzy ze swoją rodziną. W ciągu dziesięciu czy jedenastu lat z „pokojowej” przeistoczyła się w domownika, a dla Maryli Wolskiej, do której zwracała się czule, mówiąc tak jak prawdziwi członkowie rodziny: „Mau” albo „Mameczku”, była, jak zauważa Beata Obertyńska, „podporą, pomocą, wyręką”. Maryla Wolska obdarzała Stefanię dużym zaufaniem i przywiązaniem. Jednak nie mogła wiedzieć (zbyt zajęta była własną osobą i poza tym zakochani starannie trzymali sekret w tajemnicy), że jej syna Juliusza i pracującą w jej domu Rusinkę Stefanię łączy silne uczucie. Jako zabawny można potraktować fakt, że nie zdając sobie z tego sprawy, od pewnego momentu sama zaczęła aranżować tej parze małżeństwo. W jej wizji Stefcia miała zostać zawieziona na ślub karocą. Poetka, która bardzo lubiła mieć kontrolę nad otoczeniem i pragnęła, aby ludzie i sprawy zgadzały się z jej wyobrażeniem, z dezaprobatą przyjęła wiadomość o potajemnym ślubie jej syna Juliusza ze Stefanią, mimo że ją ceniła i na dodatek sama zaplanowała ten związek. Dopóki wszystko układało się po jej myśli, potrafiła być dla ludzi wielkoduszna. Gdy w jej odczuciu sprawiali jej zawód, a scenariusz nie układał się po jej myśli, stawała się oschła i zrywała kontakty.

 

Korespondencja nie jest kompletna – brakuje na przykład listów pisanych przez Stefanię do Goszyc, ponieważ albo je Juliusz Wolski zniszczył, albo w trakcie wielu swoich wędrówek za pracą pogubił. Stefania jednak zachowała epistoły od Jula. Zanim ich związek zaczął nabierać poważniejszych kształtów, rozważała propozycje małżeństwa od innych mężczyzn, a Juliuszowi ojciec i ciotka szukali najlepszej partii, którą miała być panienka z sąsiedztwa Goszyc. Epistoły z 1921 roku wskazują, że rozumieli daremność wzajemnych uczuć, nie wie­rzyli, że uda im się połączyć, mając akceptację rodziny Wolskich. Dlatego każde z nich próbuje ułożyć sobie życie pod dyktando obowiązujących konwenansów i przypisanej im przez otoczenie roli. Losy ich obojga zaczną zmieniać się w lecie 1922 roku. To wtedy ponoć pojawia się pomysł Maryli Wolskiej, by ich ze sobą zeswatać. Układa swój scenariusz, nie wiedząc, że oboje w swoich marzeniach już dawno próbowali taki sam tworzyć. Ten sekret początkowo nie wychodził poza ściany zaświeckiego salonu. Z listów Juliusza wybrzmiewa nadzieja na wspólne życie z ukochaną Tufcią, później jednak wyłania się z nich coraz częściej niecierpliwość z powodu przedłużającej się niemożności zrealizowania planów, aby po ślubie mogli zamieszkać na „Storożce”, ponieważ nie ma on żadnej trwałej pracy ani stanowiska. Dużą rolę we wcielaniu pomysłu Maryli Wolskiej w życie odgrywał Michał Pawlikowski (zwany Szuszundrą), jej przyszły zięć. Po śmierci męża stał się głową lwowskiego klanu Wolskich. Przyjaźnili się od 1903 roku, kiedy młoda poetka pojawiła się na zakopiańskim Kozińcu na zaproszenie Pawlikowskich. W korespondencji wyjętej z szuflady Michał Pawlikowski wzmiankowany jest na początku lat dwudziestych bardzo często – jako przyjaciel domu i narzeczony Leli. Odkrywczyni tych epistołów przypuszcza, że po wojnie, po śmierci Luka i utracie Wacława, a potem matki Maryla powierza w jego ręce zarówno zabagnione finanse domu, jak i całą swoją bezradność i że ślub młodszej córki znów po części jest scenariuszem, za pomocą którego próbuje zaklinać nie dość przychylną sobie rzeczywistość. Plan matrymonialny dwóch aktorów tego scenariusza przeciąga się, o czym żali się Jul w liście wysłanym w grudniu 1922 roku do Tufka z Perepelnik, gdzie ulokował się w nadziei objęcia posady w organizowanym tam młynie. Niepewna sytuacja doskwiera narzeczonym, tym bardziej że odczuwają, jak niewiele zależy od nich samych, a dużo od sprzyjających układów czy działań rodziny. Na początku 1923 roku pojawi się dodatkowy problem, który pogorszy położenie Juliusza. Bez ceregieli i lekkim tonem informuje w liście narzeczoną o próbie sprzedaży swojego (?) dziecka, które urodziło się w wyniku romansu z niejaką Marynką. Dzięki wyjętej z szuflady korespondencji dowiadujemy się zatem o kolejnym sekrecie zaświeckiego domu. Stefania jednak przyjmuje te rewelacje z godnym podziwu spokojem jako nieprawdziwe oskarżenia lub wybryk z kategorii pospolitych psot kawalerskich. Skandal ten nie psuje wzajemnych relacji narzeczonych.

Jesienią 1923 roku „Zaświeciem” wstrząśnie jak grom z jasnego nieba nowina o cichym, samowolnym ślubie Stefanii i Juliusza. Państwo młodzi pobrali się 17 września w kościele św. Mikołaja, znajdującym się za rogiem ulicy Kaleczej, przy której stoi dom klanu Wolskich. Maryla poczuła się oszukana, szczególnie przez Stefcię, której ufała, bo na Julku położyła krzyżyk już dawno. Co więcej, tak misternie tworzony przez nią projekt ożenku zakończył się fiaskiem. Miało być zgodnie z jej wyobrażeniem, a wyszło inaczej, mniej wzniośle i poetycko.

Małżonkowie próbują znaleźć swoje miejsce na ziemi, zapuścić korzenie jako rodzina. Pierwszą gwiazdkę spędzają w Trościańcu, gdzie jednak nie na długo pozostaną z powodu braku perspektyw i odczuwanej biedy do tego stopnia, że Juliusz zastanawiał się nad emigracją do Ameryki, od czego próbuje bratanka odwieść ciotka. W czerwcu 1924 roku w Złoczowie przychodzi na świat córka Danuta. Dziecko rodzi się z przywiązania najczulszego i najgłębszego ze wszystkich. […] Serca ojca i matki są najpiękniejszym dziełem rąk Bożych – zapisze Stefania ołówkiem na odwrocie listu Michała Pawlikowskiego, odnalezionego w szufladzie. Obietnica użyczenia młodym „Storożki” oddala się, a zamiast tego Maryla postanawia przyznać synowi niewielką rentę. Aby podreperować domowy budżet, Stefania i Juliusz uczą się introligatorstwa, które stanie się później źródłem ich zarobku, a nawet poczucia dumy, bo w tej dziedzinie zdobyli uznanie, zwłaszcza ze strony rodziny. Korespondencja prowadzona w 1926 roku ujawnia, że Beata Obertyńska (Dziodzia) o mało nie przypłaciła życiem operacji, która miała „umożliwić płodność”. Nieszczęście zostaje zażegnane, ale wzmiankowany rok okazał się dla klanu Wolskich traumatyczny także z innego powodu. Nie dane było bowiem Stefanii i Juliuszowi długie wspólne pożycie małżeńskie, a właśnie wtedy wszystko zaczynało im się układać. W swoim notesiku (również wyjętym z szuflady) Stefania pod datą 20 marca 1926 roku zapisze: „zachorował”. Juliusz Wolski umiera przedwcześnie, 28 marca 1926 roku, z powodu zapalenia płuc, którego nabawił się w trakcie polowania w Perepelnikach. Tam zostanie pochowany. Stefania była wtedy w drugiej ciąży. Dzięki odkrytym listom Katarzyna Szczepańska-Kowalczuk mogła poznać ostatnie chwile życia dziadka. Jej matka po śmierci ojca wychowywała się z młodszym bratem w podkrakowskich Goszycach. Tak zapamiętał ją brat cioteczny Kasper Pawlikowski: Dziewczęta nie tworzyły zwartej grupy, choć w nowym dworze było ich wiele. Wśród nich była Danusia Wolska, siostra Julka. Nie należeli do napływu wojennego. Oboje byli sierotami po bracie mojej matki, Juliuszu, grubo przed wojną przygarniętym wraz z żoną przez ciocię Kernową, która dała im osobny dom do zamieszkania. Juliusz zmarł wkrótce potem, zaś po śmierci jego żony ciocia wzięła dzieci do siebie i roztoczyła nad nimi opiekę. Kuzynka Danusia – i wtedy, i później – zajmowała w moim życiu ważne miejsce. […] Nasz stosunek był silnie zabarwiony zrozumieniem, intymnością uczuć, jej wielką dobrocią. Dunda, jak ją nazywaliśmy, była stworzeniem wielce uduchowionym, o bogatym życiu wewnętrznym, którego nie dzieliła z innymi. Była jakby wyzuta z siebie – uosobienie altruizmu i szczególnej godności. Miała bliskie duchowe pokrewieństwo z moją matką, a także z Wandzią Wolską, matką Marcina i Krzysztofa (oraz czterech córek) czy z Turowiczami. Wyciszona, delikatna jak motyl, tolerancyjna wobec innych, a przede wszystkim dobra. Później została żoną pisarza Jana Józefa Szczepańskiego.

Córka Danuty Wolskiej wyznaje w swojej książce, że są takie momenty w tej historii, kiedy wolałaby raczej z powrotem schować ją do szuflady, ponieważ w rodzinnej korespondencji wyczytała poczucie krzywdy, żal i pretensje, ułomne stosunki, a przede wszystkim nieczułość i niechęć wobec „nieudacznika”, za jakiego uważano jej dziadka. Zrozumiała, dlaczego jej matka Danuta schowała tę historię głęboko na dno szuflady i nigdy jej w obecności swojej rodziny nie otworzyła. Swoim milczeniem próbowała w piasku zapomnienia pogrzebać przeszłość, która rzucała długi cień także na nią. Okazuje się, że nie wszystko może być zapomniane, ponieważ – jak napisała w wierszu jej babka – Nic się nie kończy, nic nie zaczyna. […] W żywota wielkim, wiecznym kołowrocie, Jedno jesteśmy! Rodzinne sprawy, nawet osłonięte welonem głębokiej tajemnicy, tkają „jeden wątek pasma” i „nigdy w swojej nie staną robocie”.

Zaświeckie obyczaje oraz metody wychowawcze stosowane w rodzinie Wolskich były typowe dla zwyczajów zakorzenionych głęboko w dziewiętnastym stuleciu. Poprzez ujawnione listy można im się przyjrzeć bliżej i dzięki temu lepiej pojąć zawiłości losu najmłodszego syna Maryli Wolskiej. Po narodzinach wnuczki Danusi w jednym z listów skierowanych do młodych rodziców poetka radziła: Ciekawam, czy ją krótko trzymacie, czy nie zanadto pieścicie? Bardzo gorąco Wam to zalecam! Wzmianka o tresurze i nieokazywaniu dzieciom czułości nie powinna dziwić, gdy zna się realia epoki, jednak trochę szokuje nawet z dzisiejszej perspektywy. Szuflada ukrywała też inny sekret, który musiał być bolesny dla Danuty Wolskiej i być może także z tego względu rodzinne dokumenty chowała przed bliskimi. O tej sprawie wspomniała tylko jednej osobie. Złożony we czworo arkusz papieru zawiera „oświadczenie” skierowane 25 listopada 1927 roku do Stefanii z Hrachowinów Wolskiej, wdowy, przez Annę i Kazimierza Wolskich z propozycją przyjęcia dzieci do ich rodziny za cenę „rozłączenia z niemi”. W pudełku z listami Katarzyna Szczepańska-Kowalczuk znalazła długą i poruszającą odpowiedź Stefanii na tę ofertę, ze stanowczymi słowami: nie zgodzę się na wypuszczenie ich ze swojej opieki.

Chcąc nadać odkrytym listom topograficzną konkretność, autorka wyruszyła tropem rodzinnych historii wyłaniających się z wyjętych z szuflady listów dziadków, jak również ze Wspomnień Maryli Wolskiej i jej córki Beaty. Adres domu Kalecza 20 zapisany na dziesiątkach kopert poskładanych w szufladzie „wezwał” Katarzynę Szczepańską-Kowalczuk do odbycia ponownej podróży (w czerwcu 2010 roku i w maju 2011 roku) do Lwowa, tym razem z siostrą, aby zobaczyć, czy stoi jeszcze „Zaświecie”, odwiedzić groby przodków na cmentarzu Łyczakowskim oraz kościół św. Mikołaja, w którym ich dziadkowie: Stefania Hrachowina i Juliusz Wolski, wzięli potajemnie ślub. Katarzyna Szczepańska-Kowalczuk wyprawiła się z siostrą także do Skolego, gdzie odnalazły łąkę, na której stała „Storożka” (dom będący umykającym marzeniem ich dziadków), oraz Perepelnik, gdzie ich mama Danuta spędzała wakacje u mieszkającego tam wujostwa Wolskich (wuja Kazia, cioci Andzi i gromady kuzynów). Do czasu odkrycia listów dziadków dla Katarzyny Szczepańskiej-Kowalczuk, jak pisze w książce, te miejsca zrośnięte z rodziną jej matki figurowały w zaświatach i nie wzbudzały większego zainteresowania czy emocji. Wycieczki, na które siostry udały się po odkryciu zawartości rodzinnej szuflady, przemieniały się w wędrówkę duchową, w pełne krytycyzmu spojrzenie wstecz, rozmowy z przodkami i ich prochami, w próbę odnalezienia skrawków dawnego świata, aby go odczarować i zdemitologizować. Nie były jedynie sentymentalnymi turystkami, nawiedzającymi dawne polskie Kresy Wschodnie. Dzięki opisanym w Szufladzie eskapadom oraz przytoczonym obficie listom i innym dokumentom rodzinnym związanym z „tamtym Lwowem” możemy ponownie nasiąknąć dawnością rodzinną i dawnością lwowską, i dawnością ojczystą.

 


 

Źródła:

Katarzyna Szczepańska-Kowalczuk, Szuflada, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018

Maryla Wolska, Dzbanek malin, Biblioteka Medycka, Medyka 1929

Maryla Wolska, Beata Obertyńska, Wspomnienia, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1974

Kasper Pawlikowski, Z Medyki. Wspomnienia rodzinne, Znak, Kraków 2017

Artur Hutnikiewicz, Lwowskie „Zaświecie”, www.lwow.home.pl/semper/maryla.html (dostęp: 2.02.2019).