Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020 | 2021

Stanisław Grodziski ...I ZOBACZĘ MIASTO LWÓW...

Wakacje 1969 roku zaczęły się dla mnie niebłahym sukcesem: udało się uzyskać trzy miejsca – dla żony, córki i dla mnie – w wycieczce uniwersyteckiej do Bułgarii, do Sozopola, ale przez Lwów (a o to nie było łatwo). Trzydniowa podróż autokarem z Krakowa wiodła przez Lwów właśnie, Tarnopol, dalej szosą o smutnej sławie z 1939 roku, przez Czerniowce, Braszków, Bukareszt, Ruszczuk (zwany obecnie Ruse), przez słynny most na Dunaju, do Sozopola nad Morzem Czarnym. Tam dziesięciodniowy pobyt i powrót, ale już przez Budapeszt.

 

 

 

Warunki były surowe. Bezwzględne posłuszeństwo niezbyt fachowemu kierownictwu wycieczki, czyli przedstawicielowi związku zawodowego. Własne wyżywienie, zakaz odłączania się od grupy, brak opieki lekarskiej. Po przyjeździe do Sozopola okazało się, że kwater dla wycieczki po prostu nie ma... Pierwszą noc koczowaliśmy w budyneczku biura turystycznego i na pobliskim skwerku, na ławkach. Rozlokowano nas dopiero nazajutrz. Późniejsze wrażenia: Nesebar, rzeka Ropotamo, cudownie ciepłe morze – były wspaniałe.

Z Krakowa wyjechaliśmy nieco już wysłużonym „Jelczem” o godzinie 6 rano, by przez Tarnów, Przemyśl i „Gorodok” (czyli Gródek Jagielloński) dotrzeć do Lwowa. Starania uczestników wycieczki, by tam właśnie był pierwszy nocleg, spotkały się z kategoryczną odmową organizatorów. Ale dano nam cztery godziny, kierownictwo wycieczki chciało sobie trochę „zahandlować”...

 

 

 

Było już popołudnie, kontrola graniczna zajęła bowiem sporo czasu. Autobus zaparkował w ścisłym centrum, obiad (bardzo mierny) zjedliśmy w dawnym ­George’u, wtedy w hotelu Inturist. Pamiętamy ten kiepski obiad, a towarzyszka podróży, Tereska Romanowska, wspomina fatalny stan wnętrz słynnego ongiś hotelu. A potem, pośpiesznie i przypadkowo, w miasto, by zobaczyć co tylko możliwe. Katedra tylko z zewnątrz, bo była zamknięta, Kaplica Boimów, Rynek, Ratusz, gmach Uniwersytetu, niestety już nie Jana Kazimierza, Teatr, św. Jur i cerkiew Wołoska. Zwracały uwagę ulice i ich bruk, pamiętający czasy sprzed wojny. Tramwaje koloru zielonego, bodaj czy nie te same, które jeździły w 1939 roku. Zmienione nazwy ulic, i my w pośpiechu poszliśmy ulicą (dla nas) Teatyńską, do naszej Kurkowej, by przynajmniej rzucić okiem na dom, gdzie mieszkała nasza rodzina i gdzie spędziła dzieciństwo moja żona, Tosia.

 

 

 

Wszyscy pragnęli jeszcze choćby tylko wstąpić na chwilę na cmentarz Łyczakowski. Niestety nie powiodło się, trzeba było jeszcze tego dnia zdążyć na nocleg do Czerniowiec.

Tylko: po tej krótkiej wizycie we Lwowie w autokarze zapadło milczenie. Nastrój uczestników oddawany był przez atmosferę tych kilkunastu zdjęć, jakie udało się podczas pośpiesznego oglądania miasta ukradkiem wykonać, a które dziś, pięćdziesiąt lat po opisywanej wizycie, oddają jej smutek i stan ukochanego miasta.