Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Janusz M. Paluch ROZMOWA Z KASPREM PAWLIKOWSKIM

Jest pan autorem bardzo ważnej i interesującej książki wspomnieniowej Z Medyki. Wspomnienia rodzinne wydanej w roku ubiegłym przez SIW Znak. Jej fragment udało nam się zamieścić na łamach naszego kwartalnika. Dlaczego musieliśmy na tę książkę tak długo czekać?

Przez prawie siedemdziesiąt lat mieszkałem za granicą. Z Polską miałem kontakt nieczęsty i pośredni. Za czasów PRL-u i później przyjeżdżałem tu czasem na krótko. Moje życie zawodowe i towarzyskie upływało więc głównie w języku francuskim i angielskim. Dopiero gdy powróciłem do kraju w 2007 roku, zacząłem odświeżać swe literackie zainteresowania w języku rodzimym. Duża zasługa w tym mojej żony, która – pracując jako redaktor – jest biegła w literaturze i dawała mi cenne komentarze. Dzięki niej mogłem się poczuć dość swobodnie w pracy z tekstem. Książka, o której pan wspomniał, powstawała już w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, niektóre jej części pisałem po angielsku. Później tłumaczyłem je na polski. Na szczęście polszczyznę zachowałem w całkiem dobrej formie. W końcu to był mój pierwszy język, ojczysty. Poza tym rodzina i polskie tradycje nie pozwoliły mi całkiem go zapomnieć. Nie ukrywam, że dla mnie było to upewniające, że potrafiłem po polsku napisać i wydać swe wspomnienia. Wprawdzie niektórzy twierdzą, że moja polszczyzna jest trochę staromodna…

 

Ale ma przecież swój urok, a w końcu opisuje pan czasy dla współczesnych dość odległe… Jak powstawała ta książka? Czy jest wynikiem kwerend rodzinnych dokumentów, czy opiera się głównie na pańskich wspomnieniach?

To był miły spacer po mojej przeszłości i losach tych, którzy pojawili się w moim życiu. Starałem się przywołać nie tylko wydarzenia z czasów mego dzieciństwa i młodości. Zrobiłem wszystko, by pokazać tamten świat oczami dziecka. To dość trudna sprawa po tylu latach. Gdy człowiek staje się dorosły, nabiera doświadczeń życiowych i trudno mu opisywać przeszłość, nie uwzględniając nabytych później doświadczeń. Kiedy miałem bodaj dziesięć lat, podczas wakacji spędzanych w Kosowie, zetknąłem się z problemami wydawałoby się prozaicznymi – rozpłodu i zabijania zwierząt, dla dziecka szokującymi. Jakoś to musiałem skomentować, zapominając, że pisze to człowiek, którego dzieli osiemdziesiąt lat od tamtego czasu.

 

 

Beata Obertyńska (z prawej) i Lela Pawlikowska na Zaświeciu. Na ścianie widoczny portret ­Wandy Monné, pędzla Grottgera (1926)

 

Mam nadzieję, że te wspomnienia były dla pana tylko literacką rozgrzewką, wstępem do kolejnych książek, literackich czy może tylko wspomnieniowych.

Kiedy dzisiaj patrzę na tę książkę, chciałbym ją napisać od początku, zupełnie inaczej. Ale to już zamknięty rozdział. Inaczej poprawiałbym pewnie jeden tekst do końca życia… Teraz pracuję nad nowym cyklem wspomnień z czasów wojny, II Korpusu. Będzie to rodzaj felietonów opartych na przeżyciach dorosłego człowieka, rozważającego zagadnienia lojalności, wierności, tolerancji, patriotyzmu, rozumienia procesów psychologicznych. To będzie rzecz na innym poziomie niż moje wspomnieniach z Medyki.

 

Co ze współczesnością? Pojawia się pan w Polsce po tylu latach, pańskie obserwacje i przeżycia byłyby dla nas bardzo ciekawe…

Nie mam dystansu, nie mogę, nie odważyłbym się pisać o współczesności, która się jeszcze dla mnie nie dokonała. Tamte lata stanowią zamknięty okres. A moje polskie doświadczenia wciąż trwają, ewoluują. Nie tylko jestem urzeczony Polską XXI wieku i jej rozwojem, ale również moje patrzenie okiem doświadczonego, starego człowieka obraz ten wzbogaca. Zaskakuje mnie bogate życie intelektualne, zainteresowania historią i publicystyką, poczytność. Jednocześnie zróżnicowanie kulturowe i uświadomienie polityczne między prowincją a metropoliami wydają się znaczne. Za wcześnie jednak, by o tym pisać. Na razie będę się starał dokonać rozliczenia z czasami mej młodości i dojrzałości. To czasy dzieciństwa, II wojny światowej, mojej obecności we Włoszech, Anglii czy Kanadzie. Może zdążę…

 

 

 Jan Gwalbert Pawlikowski z wnukami; od lewej stoją: Iwa Pawlikowska, Kasia Woźniakowska, Jacek Woźniakowski, Kasper Pawlikowski, Lula Pawlikowska (ok. 1933)

 

Pański kontakt z Polską, która na skutek wojny w 1939 roku trafiła pod okupację niemiecką i rosyjską, urywa się w latach czterdziestych…

W 1942 roku dzięki różnym przedwojennym włoskim kontaktom udało się ojcu wyrwać nas spod okupacji niemieckiej. W tym właśnie miejscu zaczyna się moja nowa książka. Z okupowanej przez Niemców Polski wyjeżdżaliśmy – matka i my, czworo dzieci – pociągiem do Rzymu z przesiadką w Wiedniu, bez większych problemów, niemal jak na wakacje… Nikt z nas nie zdawał sobie sprawy z tego, że już nie zobaczymy Lwowa i że na zawsze opuszczamy znaną nam Polskę. Nie mówiłem jeszcze po włosku, francuski znany od wczesnego dzieciństwa i trochę łaciny były mi bardzo pomocne w nauce włoskiego. W Rzymie chodziłem do gimnazjum polskiego, które zorganizował w 1942 roku Teodor Feliks Domaradzki. W lecie 1943 roku alianci wylądowali na Sycylii. Nie muszę mówić, jak przeżywaliśmy ten fakt w naszym uchodźczym życiu we Włoszech. Dla mnie, kilkunastoletniego podrostka, zmiana sytuacji na froncie stała się krytyczna. Nie mogłem wręcz wytrzymać! Tam, na południu Włoch, nasi walczą z Niemcami, a my siedzimy w ławie szkolnej w Rzymie jak gdyby nigdy nic! Uknuliśmy z kolegą Stasiem Janikowskim, synem przedwojennego konsula polskiego w Rzymie, że uciekniemy z domu, żeby dołączyć do polskiego wojska po tamtej wyzwolonej już stronie. Nie pamiętam już szczegółów, jak wyobrażaliśmy sobie przekroczenie ­linii frontu… Niósł nas entuzjazm, optymizm i przekonanie, że jakoś to będzie. „Jakoś” miewa przecież wiele opcji (śmiech).

Zapakowaliśmy do plecaków niezbędne według nas rzeczy i wymknęliśmy się z naszych domów jeszcze przed świtem. Całe przedsięwzięcie było nader naiwne. Z tego, jak bardzo było to ryzykowne, zdawaliśmy sobie sprawę tylko częściowo i to dodawało nam „szwungu”. Szybko, bo już w Ardei pod Rzymem, gdzie alianci mieli wysunięty przyczółek. Niebawem zostaliśmy zatrzymani przez oddział niemiecki na linii przyfrontowej. Nie było to miłe, ale wciąż mieliśmy uczucie, że sprawa się rozwija i jest postęp w naszym przedsięwzięciu. Zaczęło się od indagacji. Żołnierze w tych jednostkach przyfrontowych byli to młodzi ludzie, nieinstruowani w metodach śledczych i niewdrożeni zbyt silnie w ideologię nazistowską, chłopcy mało co starsi od nas. Jednak dochodzenie, kim jesteśmy i co tu robimy, przeprowadził ich dowódca. I nie odbiegało ono od zwykłych metod, włączając bicie, aby wydobyć z „ofiar” ich sekrety. Udawaliśmy miejscowych, powracających do rodzin poza linią frontu. Zrewidowano nasze ubranie w plecakach, szukając metek producentów. Siódmy pot mnie oblał, gdy uświadomiłem sobie, że jedna kurtka w plecaku miała metkę krawca w Zakopanem. Na szczęście akurat tej nie zauważyli. Za to ich podejrzenia wzbudziło wtrącanie przez Stasia angielskich słówek w nasze włoskie wypowiedzi. Postawili nas obu pod ścianką domu i kazali nam tam tkwić.

Przyjęliśmy to jako niechybny znak, że nasza patriotyczna misja tu się zakończy. Staś zaczął się po cichu modlić. Potem zdjął okulary potłuczone podczas przesłuchania i użył ich jak lusterka, by podpatrzeć, co się za naszymi plecami dzieje. Po dwóch godzinach zawiedli nas do jednego z przyległych pomieszczeń i wyznaczyli nam pracę w kuchni polowej, pod władzą plutonowego z Wehrmachtu. Pojawiła się iskierka nadziei, że przeżyjemy. Nosiliśmy wodę z rzeczki, obierali ziemniaki itd. Co było nie mniej pozytywne, to, że przy kuchni było jedzenie, którym także nas nakarmili. Noce dzieliliśmy w bunkrze razem z uzbrojoną załogą. Po kilku dniach przydzielono nas do pomocy w transportach amunicji z magazynów pod Rzymem na front. Podczas jednej z tur udało nam się uciec z transportu. Z nosami na kwintę wróciliśmy do domów. U siebie w domu spodziewałem się awantury. Ale od strachu mocniej przenikała mnie sromota wstydu z powodu nieudanej naszej akcji. Tymczasem ojciec z nieukrywanym wyrzutem powiedział: Słuchaj, jak coś się zaczyna, to się też i kończy… albo lepiej wcale nie zaczynać. Nie pozostałem mu dłużny i odpowiedziałem: Ach, jakby mnie tak rozstrzelali, to byłbyś chyba bardziej zadowolony! Nie wiem, czy wtedy nie wolałbym usłyszeć od ojca bury…

Na prawdziwą wolność trzeba było czekać jeszcze cały rok. 4 czerwca 1944 Rzym został wyzwolony spod okupacji niemieckiej. Euforia ludności nie miała granic, czego boleśnie doświadczył jeden faszysta powieszony na haku rzeźniczym w odwecie za jego faszystowskie bestialstwo. Tydzień później, oczywiście nie informując o tym rodziców, ponowiłem próbę i zgłosiłem się do polskiej komendy uzupełnień II Korpusu Armii Polskiej gen. Władysława Andersa. Miałem 17 lat i byłem strasznie dumny, że zostałem przyjęty do polskiego wojska.

Wojna nadal trwała, front przesuwał się na północ Włoch, a ja odbywałem podstawowe szkolenia wojskowe. Ojciec (tym razem) w obawie, że może stracić syna na froncie, interweniował u gen. Andersa, robiąc mu wyrzuty, że Komisja Poborowa przyjęła do wojska niepełnoletniego. Musiałem wrócić do domu, skończyć szkołę i dopiero wtedy trafiłem do prawdziwego wojska, w którym służyłem do rozwiązania II Korpusu. W Rzymie wśród Polaków wszyscy byli uskrzydleni zwycięstwem nad Niemcami pod Monte Cassino. Polska była daleko, nie mogliśmy do niej wrócić, tymczasem w postaci swoich żołnierzy Polska przyszła do nas! To było coś niezwykłego! Obdarci, niedożywieni, styrani zesłańcy wywiezieni do Rosji i ci z Brygady Strzelców Karpackich gen. Stanisława Kopańskiego znaleźli się wtedy w Rzymie. Wtedy też z dnia na dzień status naszych uchodźców uległ zmianie. Byliśmy dotychczas uchodźcami, ale w chwili wyzwolenia i mojego wstąpienia do wojska stałem się częścią sił, które uwolniły Włochy spod okupacji niemieckiej. Tu muszę oddać honor włoskiemu społeczeństwu, które w czasie wojny miało wobec nas humanitarne i wielce przychylne podejście. Jakkolwiek oficjalnie Włochy stały po przeciwnej stronie wojennej barykady niż Polska, ludność była jednak po naszej stronie, udzielając wszelkiej pomocy, co w warunkach wojennych nie zawsze było łatwe.

 

Z jednej strony to bardzo dramatyczne czasy, z drugiej był pan świadkiem tworzenia nowego ładu powojennego, spotykał pan ludzi, o których pisał w swej książce Monte Cassino Melchior Wańkowicz, a o których nie wolno było w powojennej Polsce wspominać…

Rzeczywiście sporo takich postaci miałem możliwość poznać, z wieloma się zetknąłem. Pułkownik Faliszewski, generałowie Maczek, Anders i Kopański, ks. Cieński – kapelan II Korpusu, inspektor pani Wysłouchowa, wspomniany przez pana Melchior Wańkowicz. Nasza rodzina była zaprzyjaźniona z Tadeuszem Romerem, ambasadorem rządu polskiego m.in. w Japonii i Rosji, przez którego otrzymywaliśmy w Rzymie cenne informacje o naszych bliskich, a szczególnie o ciotce Beacie Obertyńskiej. Jego żoną była Zofia Wańkowiczówna, siostra pisarza Melchiora.

 

 

 Medyka, widok dworu od północy (lata 20. XX wieku)

 

Wróćmy do czasów pana dzieciństwa… Pańską babcią była młodopolska poetka Maryla Wolska, a matką chrzestną jej córka, również poetka Beata Obertyńska, siostra pańskiej mamy Anieli Pawlikowskiej…

Nazywanej w domu Lelą… Babka Maryla Wolska miała zahamowane instynkty macierzyńskie. Tak samo zresztą jak jej matka, Wanda Monné. Maryla była wychowywana na artystkę, co też miało zapewne niemały wpływ na jej osobowość. Interesowała się głównie literaturą, teatrem i światem kultury, natomiast instynkty macierzyńskie nie mieściły się w jej horyzontach. Dla Leli, najmłodszej córki, która coś tam pacykowała pod okiem Władysława Witwickiego, miała niewiele zrozumienia. Najlepszy kontakt miała z Beatą, która posiadała prawdziwy talent poetycki i miała z matką stosunek koleżeński. Siostry różniły się też charakterami. W rodzinie to Obertyńska przyciągała do siebie wszystkie dzieci, spokrewnione i nie. Wśród nich była Iwa, córka mojego stryja, dzieci Woźniakowskich, trzy Romerówny i oczywiście moje rodzeństwo i ja. Jako jej chrześniak byłem bardzo blisko z nią związany, również dlatego że mieszkając we Lwowie w internacie, często zachodziłem na Zaświecie, gdzie piętro zajmowali moi dziadkowie, a parter ciotka Beata, w rodzinie zwana Dziodzią. Nasza komitywa była bardzo przyjacielska. Można było z nią rozmawiać na wszelkie tematy, o wszystkim. Pamiętam taką rozmowę, podczas której zadałem jej pytanie: Dlaczego ciocia nie ma dzieci? Coś tam kręciła w odpowiedzi, że musiałaby mieć męża (była już wtedy w separacji), ale na pewno nie unikała tematów. Jej sytuacja istotnie była skomplikowana. Jej mężem był ziemianin Józef Obertyński, właściciel majątku Odnów. Był koniarzem, fascynatem jeździectwa. Uwielbiał polowania, gospodarowanie, życie na wsi. Nie miał jednak zrozumienia dla spraw rodziny i niewiele pojęcia o zagadnieniach literatury i kultury. Nie mogli mieć dzieci, co być może zaważyło na ich decyzji o rozstaniu. Był to rok 1937. Rozeszli się w bardzo cywilizowany i można powiedzieć polubowny sposób, co potwierdza fakt, że w swoim testamencie Józef Obertyński zapisał żonie swój majątek.

Kiedyś zauważyłem w gablocie, w której trzymała za szybą książki, dużą kopertę z wykaligrafowanym napisem: „Mój testament, Beata Obertyńska”. No i jak mogłem jej nie zapytać: Dlaczego ciocia napisała testament? Spojrzała na mnie z zadumą i odpowiedziała: Bo niedługo ma być koniec świata. Nie słyszałeś? Lubię pisać testamenty i napisałam już ich kilka. Nie tak łatwo było się mnie pozbyć. Wdałem się w dyskusję: Jak będzie koniec świata, to komu testament zostawisz? Uśmiechnęła się smutno odpowiadając: A tak na wszelki wypadek… Niebawem rzeczywiście ten koniec świata przyszedł, ale w innym – wojennym – wymiarze. We wrześniu 1939 roku Lwów zajęli Rosjanie. W 1940 roku Beata Obertyńska trafiła do więzienia, potem na Syberię. Do cywilizacji wróciła z armią gen. Andersa i na zawsze już pozostała w Londynie. Ciocia traktowała dzieci racjonalnie, na ich poziomie. Nie znaczy to, że koniecznie z powagą, gdyż dowcip w rodzinie był w cenie. Zawsze wdawała się z nami w dialog, zawsze odpowiadała na pytania. Starała się dotrzeć do umysłu swego małego rozmówcy. To było u niej coś nadzwyczajnego! Poza tym opowiadała bajki! Cudowne bajki, które wiła „na pniu”! Można było jej słuchać godzinami. Miała niesamowitą fantazję.

 

Domem pańskiego dzieciństwa była jednak przede wszystkim Medyka.

To było rodzinne miejsce. Medyka była jakby piętnem pokoleń. Był tam duży park, mnóstwo książek do oglądania i czytania. Ukochany pies… Dużo wolności, choć w dość ścisłych ramach. Ale jednocześnie było nudno, bo mieliśmy zakaz bawienia się z miejscowymi dziećmi ze wsi, a w domu ich nie było. Czułem się tam bardzo samotny. Siostry, Lula i Agnieszka, jak to dziewczynki, interesowały się zupełnie innymi sprawami. Dorota, która pojawiła się na świecie w 1937 roku, była jeszcze za mała, by wycisnąć piętno swojej osobowości. Później, kiedy zacząłem edukację, do Medyki przyjeżdżałem na dłuższe lub krótsze wakacje. Wolałem Zakopane, dokąd często jeździliśmy. Było tam zawsze wesoło i gwarno; do naszego domu przyjeżdżała bliższa i dalsza rodzina. Tam życie towarzyskie toczyło się pełną parą. Zawsze ktoś przyjeżdżał, wyjeżdżał, wpadał z wizytą. Poza tym były góry do odkrywania. A w Medyce duży dom, kilo­metrowy staw – i cisza… Z rzadka ktoś tam z gości się pojawiał. A jeśli już byli, to o zainteresowaniach, które jeszcze do mnie nie dochodziły. Z dziadkiem Janem Gwalbertem i starszymi toczyli rozmowy, których tematyka zaczęła mnie interesować dużo później. Chłonąłem ją jednak, chociaż nam dzieciom nie wolno było brać w tych rozmowach aktywnego udziału. Jedynie słuchać. W Medyce jedynym przyjacielem był mi pies… (śmiech). Mój stryj Jan Gwalbert Henryk Pawlikowski mieszkał w Kniażycach pod Przemyślem, w kluczu medyckim, miał córkę nieco starszą ode mnie i to z nią trzymałem sztamę. Godzinami rozmawialiśmy przez telefon. Ale żeby się spotkać, trzeba było końmi jechać kilka godzin. To nie to, co dzisiaj, telefony, motocykle, samochody czy komunikacja autobusowa…

 

Jak pan zapamiętał Zaświecie?

Najpierw były to odwiedziny u dziadków i cioci, a później, kiedy już mieszkałem w internacie we Lwowie, całe soboty i niedziele spędzałem na Zaświeciu. Bardzo lubiłem ten dom, jego zakamarki, zapach, atmo­sferę. Lwów, jego muzea, ulice poznawałem jako uczeń, wędrując z klasą albo z rodziną. Potem, po wybuchu wojny, wszędzie było mnie pełno. Wtedy poznawałem Lwów od podszewki. W takich czasach chłopakom ciekawym wszystkiego znacznie łatwiej było znaleźć się wszędzie tam, gdzie coś się dzieje, bo kuratela domowa znacznie zelżała.

 

Jak doszło do tego, że Zaświecie stało się legendą?

Wolscy mieszkali we Lwowie niedaleko Zaświecia, które jeszcze nie było „Zaświeciem”. Mój dziadek, Wacław Wolski, był bardzo zdolnym człowiekiem, wynalazcą i nafciarzem. Jako pierwszy skroplił gazy naftowe, zastosował gaz sprężony do wydobywania ropy naftowej, zastosował hydrauliczną metodę wiercenia i wymyślił wiertniczy taran hydrauliczny. Dorobił się bardzo dużych pieniędzy. Za te pieniądze kupił dużą parcelę na stokach cytadeli. Stał już na niej dom. Wiemy, jak wyglądał przed remontem i rozbudową, bo został uwieczniony przez Marylę Wolską. Tak więc Wolscy zamieszkali na Zaświeciu, które stało się znanym we Lwowie salonem literackim. Maryla była znaną już wtedy poetką, przyciągała więc do swojego domu kwiat artystycznego Lwowa. Pojawiali się tu m.in. Ostap Ortwin – wybitny krytyk literacki, Edward Porębowicz – romanista, tłumacz i poeta, Jan Kasprowicz – poeta, Stanisław Antoni Mueller – adwokat i powieściopisarz, poeta Józef Ruffer, Władysław Witwicki oraz gwiazda w tym gronie – nazywającym się Płanetnikami – Leopold Staff. Gdy Wacław Wolski po krótkiej chorobie umarł w 1922 roku, kryzys finansowy zachwiał Zaświeciem. Maryla Wolska straciła dom obciążony hipoteką. Wtedy z pomocą przyszedł Michał Pawlikowski, który wraz ze swym ojcem postanowił wziąć na siebie ciężar finansowy hipoteki, by ratować Zaświecie.

Częścią ich umowy było to, że dziadek z żoną Wandą zamieszkali na piętrze Zaświecia, co stanowiło formę spłaty, a Maryla Wolska z rodziną, później także Beata Obertyńska, pozostały na parterze. Za mojej pamięci było to szczęśliwe gniazdo trzech pokoleń. Prawdziwy dom rodzinny.

 Ciotka Obertyńska była bardzo skrupulatna i jeszcze w 1939 roku dokładnie zapisała, ile Wolscy spłacili Pawlikowskim… W marcu 1939 roku zmarł dziadek Jan Gwalbert.

 

Rok 1939 to koniec Zaświecia?

Nie od razu. Po inwazji sowieckiej wszyscy ściągnęli z różnych wiejskich majątków do miasta… Rodzina, znajomi, przygodni obcy szukający schronienia. Na Zaświeciu było dużo miejsca. W 1940 roku Rosjanie zaaresztowali ciotkę i jej przyjaciółkę Zofię Bączkowską (Romanowską z domu). Wywieźli je obydwie – ale każdą z osobna – na Syberię. Mieszkanie zostało rozgrabione, jednak sporo pamiątek udało się ukryć lub zdeponować w Ossolineum. Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej stryj Jaś wszystko, co ocalało, przewiózł do Zakopanego, jedynego pewnego miejsca w tamtym okresie. Ale w 1944 roku, kiedy po raz kolejny wróciła tam władza rosyjska – bezpowrotnie zamknęła się historia Zaświecia i całego polskiego Lwowa. Ciocia z zesłania wróciła wraz z armią Andersa. Spotkaliśmy ją w Rzymie, potem do końca życia mieszkała wraz z moimi rodzicami (po śmierci ojca z samą matką) w Londynie.

Czy po tylu latach pamięta pan atmosferę tego magicznego domu?

Każdy szczegół! Nawet udało mi się sporządzić szczegółowy plan Zaświecia. Jestem ostatnią osobą, która znała i pamięta ten dom w najmniejszych szczegółach. Pamiętam, co i gdzie wisiało, do dziś czuję zapachy różnych zakątków tego domu.

 

Pańskie najprzyjaźniejsze miejsce w tym domu…

Ciekawe postawił pan pytanie. Ciotka Beata miała po ojcu zmysł inżynieryjny. Miała różnego rodzaju narzędzia. To nawet w jej bajkach można dostrzec, bo opowiada w nich, jak są skonstruowane i jak działają pewne mechanizmy. Bardzo często, gdy siadywałem u niej w pokoju, urządzaliśmy sobie tak zwaną „pokłapkę”. Czasem w naszych rozmowach pojawiały się wątki, które później znajdowałem w jej bajkach i nowelkach. Jej pokój był na wysokim parterze, z oknem wychodzącym na bramę wjazdową. Przed łóżkiem leżała skóra z białego niedźwiedzia z olbrzymią wypchaną głową. W tym samym pokoju stało biurko, przy którym pracowała. Utwory swoje pisała na maszynie, chcąc ułatwić odbiorcom lekturę swojego pisma, które istotnie u obu sióstr było bardzo trudne do odczytania. Blat biurka miał dwie części. Na jednej leżała szyba, a pod nią kolorowe egzotyczne motyle. Druga zaś była składana. Po uruchomieniu ręcznego mechanizmu na biurku pojawiała się maszyna do pisania. Obok stał duży fotel z takim „uszatym” zagłówkiem. Właśnie w tym pokoju cioci, który był jej pracownią i jednocześnie sypialnią, czułem się najlepiej.

Dom okolony był bardzo dużym ogrodem z dwoma wejściami: jednym u podnóża stoku, od ul. Dąbczańskich, a drugi pod Cytadelą, od ul. Kaleczej. Tam także lubiłem przesiadywać, kiedy przychodziłem na Zaświecie. Starałem się wówczas wyobrazić sobie, jak wyglądało tu życie za czasów dzieciństwa poprzedniego pokolenia. Wcięta w ramę ogrodu stała kamienica Dąbczańskich. Wiekowa, przynajmniej tak mi się wydawało, pani „Czuba”, etnografka, była ostatnią z rodziny. Stosunki sąsiedzkie z nią były zażyłe. Rok później przeniosła się na ul. św. Mikołaja między ul. Zyblikiewicza a pl. Fredry.

We Lwowie mieszkałem w internacie fundacji Abrahamowiczów. Był to duży gmach przy ul. Gródeckiej, który stanowił rezydencję dla uczniów chodzących do różnych lwowskich szkół. Nie mogłem mieszkać na Zaświeciu na co dzień, bo bardzo psociłem i babka Wanda Pawlikowska nie dawała sobie ze mną rady… Zresztą taki był wtedy zwyczaj, że dzieci oddawało się do wyspecjalizowanych instytucji. Ale to dla mnie było korzystne, bo jak chłopak przebywa w gronie kolegów, to się „socjalizuje”, a jeśli pozostaje w domu, to robi się z niego „maminsynek”…

 

Kiedy umarła w 1930 roku pana babka Maryla Wolska – w wieku zaledwie 57 lat – pan miał dopiero trzy latka…

Tak, ale utrwalił mi się jej obraz właśnie siedzącej w dużym fotelu w pokoju ciotki. Była osłonięta taką zwiewną firaną i rozmawiała z ciotką. Natomiast jej niespokojny, prasłowiański duch ogarniał nie tylko Zaświecie, które to ona sama ochrzciła tym mianem. W ciągu całego życia natrafiałem na jej publikacje i opracowania na temat jej twórczości. Jednym z nich było dwutomowe wydanie korespondencji Artura Grottgera z jego narzeczoną Wandą Monné, matką Maryli.

 

Nie rozmawialiśmy tu jeszcze o pana mamie – znanej artystce Leli Pawlikowskiej…

Napisałem o niej i o jej siostrze wspomnienie O dwóch siostrach. Między nimi różnica wieku wynosiła zaledwie 3 lata, ale charaktery ich bardzo się różniły. Matka moja była „niedopieszczona”, jakby zaniedbana emocjonalnie, brak macierzyńskiej miłości odbił się wyraźnie w jej charakterze. Była zasadna. By nie mówić źle o kimś, podnosiła jego/jej cechy pozytywne. Bardzo podobna w tym do swojej matki – Maryli Wolskiej. Była bardzo prawą osobą, bezkompromisową w osądach, choć o wiele mniej w obyciu, w którym okazywała dużo wyrozumienia dla ludzkich słabości. Ciotka natomiast była bardzo życiowa, urobiona w ludzkim zgiełku. Przez jakiś czas po śmierci męża zajmowała się administrowaniem majątku, stykając się z ludźmi różnego pokroju, miała do nich śmiałość. Matka natomiast wyszła za mąż za starszego od siebie o 11 lat Michała Pawlikowskiego. On również był wyznawcą tradycjonalnych wartości i sztywnego wychowania, zasadniczy, porywczy i bezkompromisowy. Zachowanie ojca wywoływało między siostrami zatargi. Ciotka Beata starała się nas dzieci zawsze ochraniać przed ojcem – mówiła często do mamy: Michał tego nie rozumie… Michał jest za ostry… Matka lojalnie trzymała zawsze stronę ojca. Nie były to problemy, które rozbijały rodzinę, ale takie pęknięcia istniały i dostrzegało się je łatwo. Beata jako starsza siostra i bliska swojej matki okazywała zawsze opiekuńcze uczucia wobec „niedokochanej” młodszej siostry. Wskazywało to, że ojciec również musiał doświadczyć w młodości surowego wychowania. W owych czasach nauczyciele i guwernerzy mieli dużą swobodę w traktowaniu podopiecznych, cudzych dzieci; byli bezkarni, mogli swoim okrucieństwem kształtować charaktery młodych ludzi, zostawiając na nich piętno na całe życie.

 

Ojcowie zazwyczaj bywają zasadniczy…

I bardzo zajęci. Ojciec na nic nie miał czasu, zajmował się sprawami administracji majątku swojego i rodzeństwa, pasjonowały go zagadnienia społeczne i polityka, był zapalonym archiwistą, pisał wiersze. Dla dzieci nie stało mu już czasu. Ale jeśli była konieczność zajmowania stanowiska w sprawach wychowawczych, był bardzo ostry. Można powiedzieć, że nie miał łaski stanu do dzieci… Kochałem go, ale chyba niezbyt go lubiłem… Starałem się nie wchodzić mu w drogę… Wiedziałem, że robił bardzo ważne rzeczy, był moim ojcem, ale był taki porywczy i apodyktyczny, od razu podnosił głos. A takie zachowanie zrażało mnie do niego.

 

Ciotka Obertyńska przepisała panu swą twórczą spuściznę. Jakie są jej losy?

Któregoś lata przyjechałem do Londynu, gdzie mieszkały obie siostry. Była już w podeszłym wieku, rozmawialiśmy o jej twórczości i publikacjach. I w pewnej chwili, jakby długo przemyśliwaną decyzję, powiedziała: Ja cię w to ubiorę… Jest mi bardzo przykro, że cię tym obciążam, na ciebie zapisałam całą swoją spuściznę twórczą… Kiedy umarła w Londynie w 1980 r., okazało się, istotnie, że prawa autorskie jej twórczości literackiej zostały zapisane mi w testamencie. By spuścizna ta nie została roztrwoniona w Wielkiej Brytanii, całe jej archiwum zabrałem do Kanady, gdzie podówczas mieszkałem. Aby udostępnić ten dobytek polskiemu audytorium, zaprosiłem prof. Wojciecha Ligęzę, by przyjechał do mnie i opracował archiwum Beaty Obertyńskiej. Przez kilka miesięcy studiował ten obszerny materiał. Efektem jego pracy było zinwentaryzowanie teczek, a także kilka kolejnych wydań utworów ciotki, wśród nich Grudki kadzidła, Oamô, Skrząca libella i inne. Kiedy przeniosłem się do Krakowa, przewiozłem całe archiwum do Polski, gdzie ofiarowałem je Bibliotece Jagiellońskiej, z wyjątkiem prywatnej korespondencji. Dzięki temu do dziś ukazują się publikacje jej autorstwa. Miło mi pomyśleć, że wywiązałem się z powierzonej mi misji.

 

Co się dzieje z dorobkiem artystycznym pana mamy?

Nie będę ukrywał, że jest to największa moja bolączka. Mama do II wojny światowej malowała to, na co miała ochotę. W czasie wojny natomiast jej prace, głównie portrety, były źródłem utrzymania całej rodziny. We Włoszech portretowała się u niej arystokracja. Po wojnie rodzice przenieśli się do Wielkiej Brytanii. Matka i tu musiała się dać poznać i niejako zaczynać od nowa. Zajęło jej kilka lat, nim i tam wyrobiła sobie renomę. Miała dwie publiczne wystawy, ale większość jej prac to portrety pozostające w prywatnych rękach. Zachowały się jedynie ich fotografie, których pewnie nigdy nie uda się publicznie zaprezentować. Ona sama jednak największą wagę przywiązywała do prac, które nie miały na celu zdobywania środków do życia. Najbardziej ceniła swoje szkicowniki. Pani Marta Trojanowska z Muzeum Narodowego w Przemyślu, która doktoryzowała się na twórczości malarskiej Leli Pawlikowskiej, przygotowuje teraz książkę na temat jej twórczości. Z kolei ja, pragnąc, by jej pozostałe prace stały się dostępne polskiej publiczności, ofiarowałem je Muzeum Narodowemu w Krakowie. Niestety żaden z jej obrazów nie znalazł się w stałej ekspozycji, wszystkie tkwią w lochach archiwalnych. Wielki to dla rodziny zawód. Do dziś obrazy mamy były wystawione publicznie trzy razy, nie licząc dwutygodniowej prezentacji w Sukiennicach parę lat temu.

 

Dlaczego po tylu latach zdecydował się pan wrócić do kraju?

Zawsze miałem świadomość przynależności do kultury polskiej, mimo że prawie całe życie mieszkałem za granicą. Pokolenia mojej rodziny zapisały się godnie w historii polskiej kultury, co oczywiście miało wpływ na moje lojalności. Rodzice w czasie wojny i zaraz po niej mieszkali za granicą i nasz kontakt z nimi był ścisły. Dzięki temu zachowałem na obczyźnie mój polski język, jakkolwiek nieco anachroniczny. Wydaje mi się jednak, że od czasu przyjazdu do Polski znacznie się polepszył. W mojej pracy zawodowej dużo podróżowałem po świecie, zajmując się analizowaniem systemów szkolnictwa. Od czasu do czasu pojawiałem się w Polsce, jednak nigdy nie myślałem, by tu powrócić na stałe. To się zmieniło, gdy poznałem moją obecną małżonkę. Było to najważniejszą przyczyną mojego powrotu do kraju. W Krakowie odnalazłem rodzinne i przyjacielskie kontakty, a także liczne ślady, którymi chadzali niegdyś moi przodkowie.

 

Serdecznie dziękuję panu za rozmowę.