Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Tadeusz Olszański, DORA I JAREMCZE

Czym dla Krakowa – Zakopane, Podhale i Tatry, tym, zwłaszcza dla Stanisławowa i Lwowa od ostatniej ćwierci XIX w. do wybuchu II wojny światowej – był rewelacyjny teren Huculszczyzny i Karpat Wschodnich.

Były to piękne regiony z niepowtarzalnymi walorami górskiego pejzażu Czarnohory i Gorganów, kraina karpackich górali – Hucułów.

Obszary niezwykle atrakcyjne z turystycznego, etnograficznego i etnologicznego punktu widzenia, wabiące przybyszów zarówno zimą, jak częściej latem, gdzie tak jak autor wspomnień z beztroskich wakacji w huculskich Beskidach – całymi rodzinami spędzano tam letnie miesiące.

Tadeusz Olszański – to rodowity stanisławowianin, z wykształcenia dziennikarz, talentem – pisarz, autor wielu książek (o tematyce sportowej, kulinarnej, wspomnieniowej) oraz przekładów z języka węgierskiego. Do krainy swej młodości wrócił książkami: Kresy Kresów. Stanisławów i Stanisławów jednak żyje (wyd. Iskry). Cieszyły się tak dużym zainteresowaniem, że skompilowane w jednym tomie pod wspólnym tytułem Kresy Kresów. Stanisławów jednak żyje zostały wydane przez krakowski Wysoki Zamek, w tłumaczeniu na język ukraiński oraz w wersji audiobooku w języku polskim przez Centrum Kultury Polskiej i Dialogu Europejskiego w Stanisławowie (obecnym Iwano-Frankiwsku).

Krystyna Stafińska

 


 

 

 

 

 

Na każde letnie wakacje jeździłem z mamą do Dory i Jaremcza. Ojciec zo­stawał w domu ze swoimi książkami oraz pacjentami i tylko od czasu do czasu przyjeżdżał w sobotę i niedzielę, aby nas odwiedzić. Obie miejsco­wości letniskowe, pięknie położone w dolinie Prutu, w huculskich Beski­dach, były wielce modne, a w dodatku znajdowały się blisko Stanisławowa. Jechało się tam koleją niecałe dwie godziny, naprzód wzdłuż Bystrzycy Nadwórniańskiej z jednej strony, a rzeczki zwanej Strymbą z drugiej, od Delatyna natomiast wzdłuż Prutu. To były pierwsze w moim życiu podróże pociągiem, więc nic dziwnego, że byłem szalenie podniecony. Uwielbiałem patrzeć na rzeki mknące ostrym prądem, a zwłaszcza na Prut, którym spły­wały jedna za drugą tratwy. Raz rzeka była z prawej, a raz z lewej strony, więc za każdym przejechanym mostem biegałem z przedziału na korytarz i z po­wrotem, co szalenie denerwowało moją mamę. Uważała, że powinienem spokojnie przy niej siedzieć, bo zdążę się przecież wyhasać. Ale jak można było opuścić okazję machania ręką do sterujących tratwami Hucułów, któ­rzy równie ochoczo odpowiadali na nasze pozdrowienia.

W okresie mego dzieciństwa podróż pociągiem była niezwykłym wyda­rzeniem i przebiegała pod znakiem właśnie wzajemnego pozdrawiania się przez przyjazne machanie ręką wszystkim po drodze. A także spisywania na kartce lub w zeszycie nazw wszystkich stacji, na których zatrzymywał się pociąg. A że podczas pobytu na wakacjach również pociągiem jeździliśmy na wycieczki, więc na pamięć znalem całą trasę aż do samej granicy z Cze­chosłowacją: Chryplin, Nadwórna, Delatyn, Dora, Jaremcze, Jaremcze-Wo­dospad, Kamień Dobosza, Jamna, Diłok, Mikuliczyn, Podleśniów, Zeniec, Tatarów i wreszcie Worochta. Tu kończyła się Polska, bo następna stacja, Jasina, znajdowała się wtedy już po czechosłowackiej stronie.

Pociąg cały czas piął się doliną Prutu pod górę. Właśnie ta rzeka rozdzie­lała pasmo Gorganów od Czarnohory. Od Dory zaczynały się tunele i wysokie wiadukty nad Prutem. Wytyczona i zbudowana na przełomie XIX i XX wieku przez polskich inżynierów trasa kolejowa ze Stanisławowa do Worochty była absolutnym arcydziełem budowy szlaków kolejowych nie tylko jak na owe czasy i służy po dziś dzień. Wysoki na 50 metrów wiadukt nad Prutem koło wodospadu w Jaremczu, zbudowany według projektu pro­fesora Stanisława Kosińskiego, nie miał sobie równych w Europie, bo łuk jednego z przęseł miał aż 65 metrów rozpiętości! Takie wiadukty widzi się dziś tylko w Alpach i na Sycylii, ale zbudowano je dopiero w okresie auto­strad, w drugiej połowie minionego stulecia. To my byliśmy pierwsi i wy­przedziliśmy epokę.

  Dom huculski

 

Stanisławów był miastem kolejarskim. Tu znajdowała się Dyrekcja Okręgu Kolejowego oraz Zakłady Naprawcze PKP. Przez Stanisławów wiodła linia kolejowa ze Lwowa do Czerniowiec i Bukaresztu oraz druga, właśnie przez Worochtę, do Czechosłowacji i na Węgry. Nasze koleje były niesłychanie ele­ganckie i punktualne. Były aż trzy klasy wagonów osobowych. W III klasie z drewnianymi ławkami nie było przedziałów. Wagony I oraz II klasy miały przedziały z wygodnymi kanapami. Różniły się głównie kolorem obicia kanap. II klasa miała obicia ciemnozielone, I klasa – bordowe, no i przedziały były większe. Jeździliśmy II klasą, bo ojciec leczył również kolejarzy i z tego tytułu przysługiwały nam zniżki. Na całej trasie były piękne stacje, a zbudowany za Franciszka Józefa secesyjny dworzec w Stanisławowie z kopułą nad wysoką halą uznawano za najładniejszy w całej Galicji.

Już od Delatyna, gdzie zaczynały się letniska, przyjazd każdego pociągu witały i żegnały tłumy. Oprócz wycieczek w góry i kąpieli w Prucie w tych miejscowościach nie bardzo było co robić i stacje kolejowe stały się swoistymi salonami oraz miejscami radosnych powitań i czułych pożegnań. Na wy­siadających z walizkami letników czekali na peronach numerowi. Byli to bagażowi, a nazywano ich numerowymi, bo był to ściśle licencjonowany zawód i każdy z nich nosił granatową okrągłą czapkę z daszkiem i ogrom­nym numerem. A kiedy pociąg odjeżdżał, wszyscy na peronie, a także pasażerowie w oknach krzyczeli: Hules! Hules! Hules! Nie rozumiałem tego ogólnie stosowanego wzajemnego witania się i żegnania, póki mama na usilne moje pytanie nie wyjaśniła historii tego zwyczaju. Otóż pan Hu­les był jednym z żydowskich inżynierów w Stanisławowie i choć miał bar­dzo ładną żonę, to związał się z inną kobietą, a małżonkę zawiózł do Jarem­cza i powiedział, żeby cierpliwie na niego czekała, bo za kilka dni do niej przyjedzie. Pani Hulesowa odczekała tydzień, a potem zaczęła codziennie wychodzić na stację i kiedy pociąg przyjeżdżał, szukając wśród przyjezdnych męża, głośno wołała: Hules! Hules! I choć wkrótce dowiedziała się o zdra­dzie męża, ciągle wierzyła, że on do niej wróci, przychodziła na dworzec i rozpaczliwie go wzywała. Aż w końcu dostała pomieszania zmysłów i uto­piła się w Prucie.

Do Dory i Jaremcza jeździliśmy również dlatego, że najserdeczniejsi wę­gierscy przyjaciele mojej mamy mieli już tam swoje dacze. I tak w Jaremczu oprócz Niemczewskich mieli piękną willę państwo Morva­yowie. Doktor La­jos Morvay był węgierskim lekarzem, pochodził z tych samych stron co mo­ja mama i dobrze się znali z czasów młodości. Kiedy Zakarpacie zostało przyznane Czechosłowacji, pan Morvay odmówił złożenia przysięgi na wier­ność nowym władzom, a ponieważ jego żoną była Polka, pani Marysia, prze­niósł się do Polski, do miasteczka Tyśmienica w pobliżu Stanisławowa, skąd pochodziła jego żona. Oprócz tego w Dorze właśnie skończył budowę swojej willi najbliższy krewny mego ojca, też lekarz, doktor Adam Hickiewicz, który miał dwóch nieco młodszych ode mnie synów – moich kuzynów i najserdeczniejszych przyjaciół – Jur­ka i Wojtka, z którymi bardzo często się bawiłem. A w przypadku zazię­bień i chorób z reguły leczył mnie wujek Adam, bo ojciec uważał, że le­karz nie powinien leczyć własnych dzieci. Mieliśmy się więc gdzie za­trzymywać i kogo odwiedzać, ale za­wsze korzystaliśmy z pensjonatu pani Aliny Bonczarskiej, który znajdował się dokładnie między Dorą i Jarem­czem, więc blisko było do wszystkich znajomych.

Był to duży, położony na stoku, tuż pod lasem, dwupiętrowy pensjonat zbudowany z bierwion w huculskim stylu, z ogromnym tarasem na parterze i werandami na piętrach. Trochę niżej biegły tory i szosa, a jeszcze niżej pły­nął Prut. A za Prutem, na wprost, szczyt Makowicy. Rankiem nad doliną Prutu zawsze unosiła się mgła, ale w południe już się wyłaniały w słońcu, hen, da­leko, aż za Worochtą, najwyższe w całych Gorganach i Czarnohorze szczyty Pop Iwan oraz Howerla, o wysokości powyżej 2000 metrów. Marzyłem o tym, aby kiedyś tam wejść z wycieczkami, które wyruszały z naszego pen­sjonatu, ale byłem za mały na takie wyprawy. Musiało mi więc wystarczyć przypatrywanie się zawieszonej w jadalni panoramie Huculskich Beskidów i uczenie się nazw poszczególnych gór. Były to bardzo dziwne, wcale nie­brzmiące po polsku ani po rusińsku, ale szalenie podobające się mi nazwy: Ar­dżeluza, Biebenieskul, Fenterale, Mundżel, Salatruka, Turkul i tak dalej. Nie były to też nazwy rumuńskie ani węgierskie, lecz oryginalne huculskie.

 

 

 Most kolejowy nad Prutem w Jarem­czu

 

Tak się złożyło, że właśnie ten otaczający nasz elegancki pensjonat zupeł­nie inny świat huculski szalenie mnie wchłonął. Stało się tak, bo w pensjonacie pani Bonczarskiej nie miałem rówieśników, do Hickiewiczów nie zawsze chciało się nam chodzić, a pod pensjonatem kręciło się trzech chłopców w moim wieku: Ilia, Michałko i Wasylko, synowie miejscowych Hucułów, którzy zaopatrywali pensjonat w mleko i sery, jajka, grzyby, jagody, maliny i poziomki. Przychodzili rano z bańkami, koszykami i kobiałkami, dostawali od pani Aliny śniadanie i przesiadywali na schodach tarasu. Chodzili na bo­saka, w długich portkach, w białych koszulach z długimi rękawami i w pół­kożuszkach Pokazywałem im swoje zabawki, a oni wyciągali zza pasków fu­jarki i grali kołomyjkę. Paniczyk ze Stanisławowa w krótkich spodenkach, białych skarpetkach i sandałkach oraz trzech bosych Hucułów! A jednak z miejsca się polubiliśmy i niemal codziennie przed południem razem chodzi­liśmy do lasu i na połoniny, bez których „dla Hucuła nie masz życia”. To oni pokazali mi sadzawki z czarnymi jaszczurkami, salamandrami i ogromnymi ropuchami, jakich nigdy potem w życiu nie widziałem. Oni nauczyli mnie od­różniać borówki i jagody od wilczych jagód, grzyby jadalne od trujących, pa­dalce i zaskrońce od niebezpiecznych, zygzakowatych żmij.

To razem z moimi Hucułami poszliśmy na polanę powyżej pensjonatu, gdzie ojciec Michałka z jego braćmi ociosywali wycięte świerki i sosny. Kie­dy się już nazbierało sporo pni, najstarszy brat Michałka, Jura, podchodził do opartej na trójnogu długiej trombity i dawał znak, że czekają na odpo­wiednią chwilę, aby je spuszczać specjalnym rowem w dół. Rów był płytki, dość szeroki i wyścielony odciętymi od pni sosnowymi gałęziami. Kiedy z dołu rozlegał się taki sam sygnał trombity, wtedy spychano ociosane pnie do rowu i mknęły one w dół przez wymurowane podkopy pod torami i dro­gą aż do samego Prutu. A tam wiązano je w daraby, bo tak mówiło się po huculsku na tratwy, i spławiano Prutem do tartaku w Delatynie. Dwa sy­gnały na trombicie z dołu oznaczały, że należy przerwać spuszczanie pni, bo coś stanęło na przeszkodzie. Trzy sygnały z góry; że już wszystko zeszło.

To Ilia zaprowadził mnie do swojej grażdy, czyli huculskiej zagrody oto­czonej wysokim płotem z ułożonych jedno na drugim bierwion sosnowych. Wchodziło się przez ozdobną, krytą daszkiem bramę. Wewnątrz była cha­ta, stodoła, stajnia, kurnik. Ściana w ścianę. Wszystko z ciosanego drewna. Wysokie ogrodzenie chroniło dobytek przed wilkami i złymi ludźmi, bo wśród Hucułów nie brakowało opryszków. Grażda to była mała twierdza. W izbie królował ogromny piec i legowiska przy ścianach. Na środku stał stół, a przy nim ławy. Posadzono mnie przy stole z całą dziesięcioosobową rodziną. Zwilżonym białym płótnem przetarto blat, a następnie babcia Ilii wylała z dużego garnka na stół złociutką mamałygę, czyli potrawę z kaszki kukurydzianej. Kiedy mamałyga zastygła na stole, posypano ją pokruszoną bryndzą owczą i polano tłuszczem ze skwarkami. Do jednej ręki dostałem łyżkę, do drugiej gliniany garnuszek z kwaśnym mlekiem i wszyscy zaczęli­śmy jeść. Z uwagą na mnie patrzono, ale ja z apetytem wcinałem mamały­gę, która gładko odchodziła od stołu i bardzo mi smakowała. A i jedzenie prosto ze stołu, a nie z talerza, bardzo mi się podobało. Było to wystawne przyjęcie w podziękowaniu za kanapki, które dostawał rano Ilia w pensjo­nacie, bo na co dzień Hucułowie jadali przeważnie mamałygę z mlekiem bez omasty, co wyjaśniła mi Katinka, kiedy jej zdałem dokładną relację z te­go wydarzenia. Na drugi dzień mama wręczyła każdemu z moich hucul­skich przyjaciół tabliczkę czekolady, co sprawiło im ogromną radość.

Razem też chodziliśmy wykąpać się w Prucie, oczywiście pod opieką ma­my, bo wartki prąd był bardzo niebezpieczny. Tu też różniliśmy się od siebie. Ja wkładałem kąpielówki, a oni rozbierali się do naga i tylko przewiązywali bio­dra wyciągniętym z kieszeni spodni sznurkiem, żeby było za co złapać, gdyby porwał ich prąd lub zaczęli się topić. To ostatnie jednak na odcinku Prutu w Dorze nikomu nie groziło, gdyż rzeka była tu płytka, ale za to bardzo rwą­ca. Przede wszystkim trzeba było uważać, aby nie potłuc się o kamienie. Chwy­taliśmy się więc za wystające z rzeki głazy lub zwisające nad brzegiem gałęzie wikliny i prąd utrzymywał nas na wodzie. Aby zanurzyć się po szyję lub popły­wać, trzeba było jechać aż pod wodospad w Jaremczu. Prut spadał tu ze skal­nego progu wysokości ponad 20 metrów olbrzymią strugą. Pod uskokiem ska­ły znajdowała się wyrzeźbiona przez spadającą rzekę głęboka i spokojna toń.

Do tej spokojnej toni z wysokiej skały skakali młodzi ludzie, nie tylko przyjezdni, ale również tutejsi Huculi. Te skoki były bardzo niebezpieczne i za każdym razem, kiedy skoczek wyłaniał się z wody, witano go oklaskami. Wodospad w Jaremczu od grzmotu wody nazywano Hukiem, ale często też polską Niagarą.

Huculi byli swoi i zarazem obcy, a na pewno inni. Uważali się za Polaków, ale przecież nie znali swoich korzeni, nie wiedzieli, skąd przyszli. Zamieszki­wali polskie, rumuńskie i słowackie Karpaty, które przed wiekami należały do Księstwa Halickiego i Wołoskiego, potem do Korony Polskiej oraz Wę­gierskiej, a w końcu do monarchii austro-węgierskiej. Jedni historycy uważa­li, iż byli odrębnym plemieniem, które przywędrowało w Karpaty w XIII wie­ku razem z Pieczyngami, inni byli zdania, że Huculi powstali z mieszanki za­mieszkałych tu Rusinów, Wołochów, Madziarów i Cyganów, a huculską wspólnotę ukształtowała natura. Góry, lasy, połoniny i rzeki. Odpowiedzi na to, która z tych koncepcji jest słuszna, nigdy nie ustalono. Byli plemieniem pasterskim, nade wszystko ceniącym wolność. Nie tworzyli osad ani wiej­skich wspólnot, ich gospodarstwa były porozrzucane, a jeśli już były hucul­skie wsie, jak słynne w Polsce Żabie czy po drugiej stronie Karpat Rachowo, to ciągnęły się one kilometrami i zajmowały olbrzymi obszar, aby każdy miał swobodę. Huculi najgorzej znosili austriackie panowanie, kiedy na wiele lat wcielano ich do wojska. Uciekali wtedy w góry, tworzyli bandy, a jeden z przywódców, Ołeksa Dobosz, stał się w XIX wieku słynny niczym Janosik. Kogo złapano do wojska, ten szybko umierał z tęsknoty, co utrwalono w słynnej pieśni Czerwony pas:

 

Dla Hucuła nie masz życia jak na
połoninie,

gdy go losy w doły rzucą, wnet z tęsknoty ginie!

 

W okresie dwudziestolecia państwo polskie niezwykle ulgowo potrakto­wało obowiązek służby wojskowej Hucułów. Było im więc w Polsce dobrze, a ich sztuką ludową – wyszywanymi kożuszkami, kapelusikami, kilimami, ceramiką, a zwłaszcza huculskimi pisankami – zaczęto się wręcz zachwycać. Huculskie pisanki obowiązkowo zdobiły nasze wielkanocne stoły.

Po raz ostatni pojechaliśmy na wakacje do Dory w 1938 roku. W mar­cu 1939 roku rozpadła się Czechosłowacja, Węgry na mocy arbitrażu wie­deńskiego odzyskały Ruś Podkarpacką i razem z Katinką pojechałem na ostatnie wakacje przed wojną w jej rodzinne strony, do wujka Arpada, któ­ry został wojewodą aż trzech graniczących z Polską komitatów: Ugocsy, Be­regu i Ungvaru.

Wrzesień 1939 roku zapoczątkował zagładę Hucułów. Obronili się wprawdzie w czasie I wojny światowej, mimo że na ich terenach w Karpa­tach przez trzy lata od Kołomyi po Rafajłową toczyły się zacięte walki mię­dzy wojskami rosyjskimi i austriackimi, po których stronie właśnie na tym froncie znalazła się II Brygada Legionów Polskich. II wojna światowa mia­ła wszakże totalny charakter. Władza radziecka po zajęciu Karpat natych­miast zorganizowała masowy wyrąb lasów. Kilka tysięcy Hucułów, w tym również kobiety i dzieci, zapędzono do bezpłatnej i prawie karnej pracy przy wycinaniu drzew. A że zima 1939 roku przyszła wcześniej, a i następ­ne, w 1940 oraz 1941 roku, były niezwykle ostre, więc wielu z nich pozama­rzało, a ci, którzy uciekli, byli wyłapywani i wywożeni na Sybir. Grabież la­sów trwała aż do wkroczenia Niemców, a drewno wywożono oczywiście do ZSRR. Podczas okupacji z kolei Niemcy, w ramach tworzenia ukraiń­skiej dywizji SS „Galizien”, wpadli na pomysł utworzenia huculskiego bata­lionu, co z kolei po powrocie Sowietów spowodowało kolejne prześladowa­nie. Hucułów znów zaczęto wywozić, a pozostałych – każdego, kto mógł pracować – zapędzono do wyrębu lasów na niespotykaną skalę, bezprzykład­nej grabieży, która zakłóciła wkrótce równowagę ekologiczną. To wtedy wy­cięto największy w Europie rezerwat cisów koło Kołomyi – ponad 200 000 wspaniałych, starych okazów. Po puszczy pozostały łyse zbocza pokryte pieńkami wyciętych drzew. Zniszczono również Prut. Oddziały Wojska Polskiego wycofujące się we wrześniu 1939 roku przez Jaremcze na Węgry oszczędziły słynny wiadukt, ale w czerwcu 1941 Armia Czerwona nie mia­ła już litości i wysadziła go w powietrze. A potem, w latach pięćdziesiątych, z zupełnie niezrozumiałych powodów kilkakrotnie wysadzano wysoki próg skalny wodospadu w Jaremczu i Prut zaczął spływać jak po rynnie z kilko­ma kaskadami. Po wspaniałym cudzie natury, jakim był wodospad w Jarem­czu, śladu nie zostało. A i wiaduktu nie odbudowano. Przerzucono nato­miast drewniany mostek nad Prutem, w miejscu gdzie był wodospad, a na brzegu urządzono huculskie targowisko.

Po latach władzy radzieckiej cała Huculszczyzna wraz z Karpatami przez blisko pół wieku znajdowały się w ściśle zamkniętej strefie wojskowej z wycelowanymi w Europę rakietami, całkowicie izolowane od świata; po transformacji i już głównie za niepodległej Ukrainy powoli się odradza. Bo Huculi to twarde plemię, jak każdy górski naród. To wiem na pewno. Nigdy się jednak nie dowiem, jakie były losy huculskich przyjaciół mojego dzieciń­stwa: Ilii, Michałka i Wasylka.

 

Fragment książki wspomnieniowej Tadeusza
Olszańskiego Kresy Kresów. Stanisławów.