Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Jacek Jedliński, WSPOMNIENIA

Dr Jacek Jedliński, autor zamieszczonych wspomnień, brat mojej matki, urodził się w 1899 roku we Lwowie i tam spędził młodość. Na Uniwersytecie Jana Kazimierza ukończył prawo i polonistykę. Pracował jako nauczyciel w średnich szkołach humanistycznych. W latach trzydziestych był dyrektorem Szkoły Technicznej w Warszawie, a następnie dyrektorem szkół średnich w Turce, Solcu nad Wisłą i w Olkuszu. W czasie okupacji znalazł się na emigracji w Rumunii i tam w Camplung Muscel w 1939 roku założył pierwszą polską szkołę. Po wojnie, jak wielu Iwowiaków, szukał nowego miejsca i w 1945 roku osiadł w Makowie Podhalańskim. Mówił, że te górki makowskie podobne są do naszych huculskich. W Makowie zorganizował Gimnazjum im. T. Kościuszki i przez dziewięć lat był jego dyrektorem. Pasjonowały go sprawy regionu, praca społeczna i kulturalno-oświatowa. Został współzałożycielem Towarzystwa Przyjaciół Makowa, założycielem szkolnego teatru, organizatorem licznych spotkań z pisarzami. W 1954 roku rozpoczął pracę w Państwowej Służbie Archiwalnej. Został kierownikiem Państwowego Archiwum Powiatowego w Jędrzejowie. Archiwum znajdowało się w klasztorze ojców Cystersów. Tam też zamieszkał i dobrze się czuł wśród przyjaciół zakonników, ludzi wykształconych, o światłych umysłach. Nie ograniczał się do samej pracy z aktami w archiwum. Przemierzył „Archiwalnym Dyliżansem” ziemię świętokrzyską w cyklu felietonów historycznych. Zmarł w Krakowie 19 lipca 1965 r.

Moje osobiste wspomnienia dotyczące wuja przepełnione są wdzięcznością za pomoc, której udzielił mojej mamie, mnie i moim siostrom. W grudniu 1945 roku wyjechałyśmy, w ramach ekspatriacji, ze Lwowa wagonem towarowym w nieznane. Dojechałyśmy do końca, do Katowic. Mama szukała przez Polski Czerwony Krzyż kogoś z rodziny. Jednak w Krakowie nas nie przyjęto, mówiąc: Zosiu, z trojgiem dzieci to niemożliwe. Na szczęście odnaleziony brat mamy, Jacek Jedliński, powiedział: Weź te dzieci, ile ich masz i przyjedź. Przyjechałyśmy do wuja do Makowa, który nas przyjął. Choć sam posiadał niewiele – pokój z kuchnią na poddaszu, w którym mieszkał z dwoma synami, podzielił się tym, co miał. Był dobrym człowiekiem.

Marta Walczewska

 

 

Zima… Niepokalana białość śniegu przybiera miejscami odcień filetu. Jeszcze jedna góra. Droga się wije spadzistym zygzakiem. Już dochodzimy szczytu… Konie parskają wesoło. Buchają kłęby pary. Po lewej stronie, w wieńcu oszronionych topoli, stoi drewniana cerkiewka z charakterystyczną dla Podola dzwonnicą. Przed nami dolina. Sponad maleńkich, krytych słomą strzech unoszą się dymy. Wjeżdżamy na mostek z zamarzniętą rzeką. Głuchy tupot końskich kopyt wywabia wielkiego psa. Dunder biegnie na powitanie. Suniemy koło parku. Po prawej stronie kapliczka. Po lewej ekonomska bokówka. A oto wrota otwarto szeroko. Na ganek wychodzi kochany wuj Józef Podoski, nadbiega wujenka. Powitania. Matka uradowana prezentuje syna Jacka. Urodzony we Lwowie 31 stycznia 1899 roku liczy już dzisiaj trzy latka!

 

(…)

On wymodlony przez prababkę Madeyską, po kądzieli przez Gostwickich, krewny świętego apostoła Odrowąża, dwóch właściwie: św. Jacka i bł. Czesława… Bo właściwie, co tu wiele mówić, miała się narodzić po Maryli, Jance, Wisi i Oldze jeszcze jedna dziewczynka. Tymczasem, z ojca Ludwika i matki Eugenii z Majewskich, rodzi się syn – duma rodziców i chluba domu.

 

(…)

Karmiony baśniami żyłem w świecie Czerwonego Kapturka, Jasia i Małgosi czy 40 zbójców, jak w lesie, wonnym, gęstym, urodzajnym.

Złudę życia pogłębiała złuda teatru… Peer Gynt zaczarował młodzieńczą wyobraźnię. „Jam jest pan, jam jest król, wśród zielonych łąk i pól” kołysało mnie do snu na aromatycznym podścielisku wonnego siana, w tajemniczej gęstwinie dworskiego parku w Perepelnikach, kolebce poetyckiej Wolskich, wśród bezbrzeżnych, złotem malowanych łanów podolskiej pszenicy…

W pokoju dziecinnym był portret królowej Jadwigi i wizerunek Sobieskich, a wzniesiona aktualnie na placu Mariackim we Lwowie kolumna Mickiewicza była powodem domowej tragedii: na stosie poduszek obok pieca stał mały „Mickiewicz” udrapowany w prześcieradłach. Wtem rozsunęły się krzesła i kandydat na wieszcza zjechał niepoetycznie na ziemię. Oczywista, o płaczu ani mowy. Nie wypadało, szczególnie wobec widowni (…), którą stanowiły siostry. Ale synuś podchodzi do ojca i składa głowę na jego kolanach… Tymczasem spod gęstych czarnych włosów przedostaje się krew. Upadek z piedestału, w gronie i na łonie rodziny, nie był bynajmniej bolesny, ileż cięższe rany odnosiło się potem w bojach ulicznych i polowaniach ogrodowych w gromadach urwipołciów spod ciemnej gwiazdy. „Szepetławy” Józek z Szeptyckich 24 rani naszego bohatera kamieniem w skroń. Może by się to i ukryło, ale do zatamowania trzeba było dopiero dobrej matczynej pomocy. Do upadku z poręczy w czasie jazdy zakazanej z pierwszego piętra na betonową podłogę sieni – nigdy się nie przyznałem. Dobrze, że sień przy Bema 27 była nieco ciemna, bo długi czas dosłownie nie mogłem pozbierać kości. Ujawnienie przestępstwa groziło karą największą: latem lub zimą – nie­wyjazdem do Perepelnik, jesienią – zostaniem w domu, zamiast pójścia z ojcem otoczonym gromadką dzieci (raczej: dziewcząt) na kasztany na ulicę 29 Listopada lub do Pojezuickiego Ogrodu.

 

(…)

Ukończyłem właśnie piątą klasę gimnazjalną (1914), kiedy na horyzoncie europejskim zaczęły się gromadzić chmury. Ba­wiłem wtedy w Spasie za Samborem na wakacjach, kiedy nas doszła wieść o wybuchu wojny. Zamknęła się epoka mojego chło­pięctwa, brutalnie i nagle: bo chociaż w skrupulatnym mym sumieniu wielu doszukiwałem się win (inaczej patrzę na nie dziś), to przecie jednak, używając określenia starszego wychowanka naszego zakładu, Kornela Makuszyńskiego, były to „bezgrzeszne lata”… Pochłania mnie życie wegetatywne w najszerszym tego określenia znaczeniu. Ale jakże niedaleki byłem duchowo czasom, kiedy nabożnie całowało się w rękę i mówiło paciorek
przed św. Mikołajem, przeżywało tragedie Winnetou i napaści czerwonoskórych na dyliżanse (tyle że było mi dane oglądać autentycznego Buffallo Billa…).

 

Manifest cesarski (Do Moich Ludów), mobilizacja, transpor­ty, klęski i zwycięstwa, okrzyki i wrzawa idącej Nowej Epoki porwały w swój wir przedwcześnie wysubtelnioną moją organiza­cję psychiczną. Surowszy się staje regulamin domowy. Kiedy jedni walczą i giną, krwawiąc – nie wolno nikomu zażywać dolce far niente – głosi z apostolskim entuzjazmem Ojciec. Trudno mi tu nie wyrazić najgłębszej wdzięczności dla Rodziców, którzy twardo postawili to hasło i konsekwentnie, z miejsca mnie wysłali na roboty rolne. Tyle koncesji udało się nam wyjednać, że pojechaliśmy z Romkiem do Podmonasterza (pod Bóbrką) pomagać w gospodarstwie znajomym Zawałkiewiczom.

 

Wiara w Austrię (dziś powiedzielibyśmy – propa­ganda) była tak silna, że ani nam przez myśl nie przeszło, że idziemy na linię ognia. Tymczasem „nasze dzielne wojska wykonały strategiczny obrót” i cudem niemal strzelec – Romek i harcerz – Jacek, przedostaliśmy się do Lwowa tuż przed wkroczeniem Moskali. Wypadki potoczyły się błyskawicą. Okresu tego, niezapomnianych przeżyć, wędrówki spod Bóbrki pod Lwów, klęski i ucieczki wojsk austriackich, miasta bez pana, wkroczenia (wrzesień 1914) wojsk rosyjskich – osobno tu nie opisuję, jako że wyszedłbym daleko poza zakreślone ramy wspomnień z mego arcybogatego we wrażenia życia.

 

Przywarowaliśmy nieco, ale nie na długo. Nocą, przy warkocie bębna, ogłasza imieniem Prezydium miasta wuj Włodzimierski rozkaz o oddaniu broni. A mieliśmy śliczną kolekcję staropolskich pistoletów przechowywanych z pietyzmem przez dziadka Wojcie­cha Żółkiewicza. Padły ofiarą wojny, jak i pierwsza księga pamiątkowa, uratowana z ucieczki, ale spalona potem w obawie rewizyj.

 

(…)

W jesieni 1914 roku byłem zajęty przy robotach ziemnych. Jak światłym i mądrym są urządzeniem (20 lat potem) bataliony pracy. Gdzież lepiej i silniej poznaje się człowieka, uczy się cenić pracę, każdą pracę – i brata widzieć w proletariuszu?

 

W zimie 1914/15 oddaje mnie ojciec do warsztatu. Tu poznałem z bliska robotnika lwowskiego. Nie jestem dość silny, więc przydzielają mnie do kantoru fabrycznego i dają zlecenia handlowe. Cieszę się zaufaniem firmy, która powierza młodzieńcowi znaczne sumy. Zadowoleni są Rodzice, Pryncypał, ja sam wreszcie…

 

Niepoprawny romantyk, w okolicznościach i warunkach przecie prozaicznych, zakochuję się w Oleńce. (…) Przy kasie miewała dyżur urocza córka fabrykanta, stworzenie młode i romantyczne równie jak jej papierowa ofiara… Wieczorami miewała dyżur w kasie firmy i znalazła zawsze okazję, by wsunąć mi w rękę karteczkę z lirykami Tetmajera, naprawdę przepięknymi. (…)

 

W czerwcu 1915 umiera Dziadek Żółkiewicz, żołnierz 1863 roku, jak skromnie głosił plakat. W krótki czas potem wkraczają do Lwowa wojska austriackie. Staraniem TNSW powstają kursy wakacyjne (w Towarzystwie Muzycznym na ul. Chorążczyzny), abyśmy mogli nadrobić rok dla szkoły stracony, który tyle jednak nam dał dla życia… Pracujemy intensywnie, nie tyle jednak, aby nie mieć czasu i okazji do przechadzek z dziewczętami…

 

Przyjeżdżają na urlop starsi koledzy z wojska, my z Marianem zgłaszamy się do Legionów. Odraczają moje przyjęcie do czasu ukończenia studiów. Marian, jako starszy, przywdziewa mundur. (…) Do Legionów poszli też moi przełożeni i starsi koledzy z harcerstwa, z czwartej drużyny (drużynowy Gibers i zastępowy Szymański). Kolega Borysławski przyjeżdża na urlop jako ułan Beliny (co za wspaniałe czako!), kolega Siciński służy jako „einjähriger Freiwilliger mit Gewalt genommen” w ck armii… Dyskutuje jeszcze na tematy polityczne z kolegą Krukowskim, ale potem… coraz ubożej w świecie ducha.

Odizolowanie kompletne na rzecz przyjemnostek gromadzkich tzw. „hebry”, grupy młodzieży z jednej dzielnicy. Ja chociażby, a zapewne i inni, czuliśmy potrzebę jakiejś pracy dla Polski. Przecie piękną a skromną składaliśmy jej daninę w naszych dyscyplinowanych szeregach „Skauta”. Tutaj przeszedłem wszystkie stopnie wyszkolenia, łącznie z musztrą wojskową i to z prawdziwym karabinem. Był to też tytuł do dumy, ale się o tym nie mówiło. Młodzi umieją być zadziwiająco dyskretni.

Ćwiczyliśmy w szatni, w podziemiach Sokoła, w lokalu na górze odbywały się niewinne pogadanki. Czytaliśmy społem (nawet referowałem potem) Rok 1863 Bolesława Limanowskiego. Oczywista, poza Sokołem nie mogliśmy się pokazywać z bronią w rękach, a ćwiczenia karabinem na wycieczkach skautowskich markowaliśmy „kijem harcerskim”.

(…) Wychowanie wojskowe bardzo wiele mi dało i mimo najbardziej pacyfistycznego na świat spojrzenia, uważam za wskazane i konieczne dla młodych ludzi przejście przez tę twardą szkołę życia: wysiłku, głodu, czujności, opanowania, roztropności, orientacji, wzajemnej pomocy, wreszcie posłuchu, aby w potrzebie umieć przewodzić i rozkazywać. (…) Korzystałem z niego potem w wojsku austriackim (w szkole oficerskiej w Karniowie) i niejednokrotnie na froncie ukraińskim i białoruskim (w 1920 roku).

 

(…)

W związku z przedwczesnym powołaniem do wojska już w marcu 1917 r. przystępuję i zdaję jednogłośnie egzamin maturalny. Dzięki lotnej inteligencji i tremie „doskonalącej” zadziwiam profesorów trafnością i dojrzałością odpowiedzi, orientacji, sądów, chociaż bynajmniej pamięciowych nie mam zdolności.

Jakie to wszystko bliskie – jakie zarazem dalekie… Łzy Matki, wzruszenie Ojca, gratulacje Sióstr. Mam odbyć przeszkolenie we Lwowie. To osładza wojskową niedolę. Wracamy z Ojcem od fotografa. Smętne mam oblicze. Ojciec ukradkiem ociera łzy.