Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Zbigniew Wawszczak, LWOWIAK Z BRYGADY SPADOCHRONOWEJ SOSABOWSKIEGO

Nigdy nie przypuszczałem, że u schyłku mojej pracy zawodowej i życia odbędę kilkakrotnie podróż do Kalifornii, najdalej na zachód położonej części USA.

Ponad 40 lat po ukończeniu studiów na UJ pracowałem jako reporter, publicysta w Regionalnej Rozgłośni Polskiego Radia Rzeszów. Niemal przez cały czas współpracowałem z ukazującymi się w Rzeszowie tytułami prasowymi, dziennikiem „Nowiny Rzeszowskie”, który od czasu upadku PRL w 1989 r. zachował tylko pierwsze słowo z tytułu „Nowiny”, tygodnikami „Widnokrąg” i „Prometej”, miesięcznikiem „Profile”, zajmując się szeroko pojmowaną tematyką kulturalno-historyczną.

W roku 1978 z powodów politycznych zostałem wyrzucony z radia. Powrót nastąpił dopiero po 12 latach, po zmianie systemu politycznego w kraju. W jakiś czas po przywróceniu do pracy w Polskim Radiu Rzeszów wprowadziłem do programu stałą audycję poświęconą Kresom Wschodnim, do których odnoszę się z wielkim sentymentem – urodziłem się i wychowałem na niezapomnianej Huculszczyźnie.

W 2003 r. otrzymałem zaproszenie od córki Katarzyny, która wyszła za mąż za poznanego na Akademii Medycznej w Lublinie kolegę Przemka Twardowskiego. Po nostryfikacji dyplomów Kasia i Przemek Twardowscy przenieśli się z Chicago do Pasadeny koło Los Angeles.

Podróż ta miała charakter prywatny, także następne, które po niej nastąpiły. Podkreślam całkiem prywatny charakter wypraw do Kalifornii, ponieważ moja rozgłośnia nie miała możliwości ani środków, by wysłać swego pracownika za ocean.

Dla mnie i żony wyprawa na drugi koniec świata nosiła znamiona wielkiej przygody. Osobiście żywiłem nadzieję, że w Kalifornii nawiążę kontakty z Polakami, którzy deportowani zostali z ziem wschodnich II Rzeczypospolitej na Syberię, a po opuszczeniu „nieludzkiej ziemi”, osiedlili się na przyjaznym amerykańskim kontynencie.

Nie zawiodłem się, na obszarze wielkiej aglomeracji Los Angeles poznałem wielu wspaniałych ludzi, nagrałem z nimi rozmowy, które wykorzystałem w magazynie „Kresy” emitowanym przez Radio Rzeszów. Relacje z tułaczki naszych rodaków trafiły również do dwu książek, które udało mi się wydać: Tam był nasz dom (2010) i drugi tom Kresy. Krajobraz serdeczny (2013). Obydwie opublikowało Wydawnictwo „Carpathia” w Rzeszowie w niewielkich nakładach. Książki zebrały pozytywne recenzje i dostępne są tylko w bibliotekach.

W tej sytuacji postanowiłem przedstawić czytelnikom kwartalnika „Cracovia–Leopolis” kilka interesujących postaci, aby przypomnieć, jak trudną drogę przeszli Kresowianie po utracie większych lub mniejszych posiadłości, domów, kamienic, dworów czy pałaców, by dotrzeć do Kalifornii, która miała okazać się dla nich ziemią obiecaną.

 

Z lasów pod Archangielskiem na pole bitwy pod Arnhem

Nieczęsto można poznać ludzi tak prawych, skromnych, jakim był kpt. Marcin Głowacz-Henzel.

Chciałem poznać dzielnego spadochroniarza. Mieszkał w dość odległej miejscowości. Skorzystałem z uprzejmości Kongresu Polonii Amerykańskiej, którego delegacja wyjeżdżała w teren.

W ogródku krzątał się niewysoki mężczyzna, szczupły, opalony. Kpt. Marcina Głowacz-Henzela poznałem, jak wielu innych Polaków, w kawiarence Domu Seniora „Szarotka”, nieopodal polskiego kościoła w Los Angeles. Poznaję żonę pana Marcina – Henrykę. Zasiadamy w kwadratowym saloniku. Dwie ściany zajmują półki z książkami, dotyczącymi głównie II wojny światowej, większość w języku polskim. Pani Henryka podaje wodę mineralną, którą gasimy pragnienie.

Marcin Henzel urodził się w Przemyślu w rodzinie urzędnika kolejowego. Gdy był małym chłopcem, rodzina przeniosła się do Lwowa, gdzie ojciec objął stanowisko kierownika parowozowni. Marcin wraz z bratem byli uczniami świetnych lwowskich gimnazjów. Marcin interesował się lotnictwem. W sierpniu 1939 roku przebywał na obozie szybowcowym w Ustjanowej na Rzeszowszczyźnie. We wrześniu należał do drużyny harcerskiej, która brała udział w obronie Lwowa – codzienne dyżury na dachach kamienic przy ul. Focha, Gródeckiej, skąd przekazywał informacje o zbliżaniu się samolotów wroga nad Lwów.

W jakiś czas po kapitulacji i zajęciu Lwowa przez Armię Czerwoną trafił do podziemnej organizacji niepodległościowej Związek Walki Zbrojnej (ZWZ). Pięciu chłopaków (taka jest podstawowa jednostka organizacyjna) zajmowało się m.in. gromadzeniem broni porzuconej w różnych miejscach. W piwnicy wynajmowanego przez rodzinę mieszkania zakopali kilkanaście odpowiednio zabezpieczonych karabinów.

Młodzi nie mają doświadczenia w podziemnej robocie. Niedługo NKWD namierza i aresztuje Marcina. Staje przed sądem i z wyrokiem 10 lat trafia do obozu pod Archangielsk. Mieszkają w prymitywnych, kiepsko ogrzewanych, brudnych barakach, dostają głodowe wyżywienie i codziennie bardzo wczesnym rankiem, niezależnie od pogody, czy tryskający mróz czy zamieć śnieżna, wyruszają do lasu. Normy są wyśrubowane, mało kto ze skazanych je wykonuje, a przydział chleba (czarnego jak ziemia) jest uzależniony od wykonania normy. Piekielny system, jego celem jest wyniszczanie, śmierć zesłanych.

Marcin jest młodym, wysportowanym i silnym mężczyzną, ze zgrozą patrzy, jak zapadają na rozmaite choroby współtowarzysze niedoli, jak szybko odchodzą. Grzebie się ich nieopodal obozu, w bardzo płytkich grobach, bo ziemia jest stale zamarznięta i ciężko w niej kopać.

Po paru miesiącach z przerażeniem patrzy na swoje ciało, które traci dawną odporność, zaczynają mu puchnąć nogi. To cynga (awitaminoza), która powstaje na skutek całkowitego niedoboru witamin.

Młody skazaniec ze Lwowa stopniowo traci nadzieję. Pozostaje jeszcze modlitwa do Najświętszej Marii Panny. Wychowany został przez wierzących rodziców. Modli się z największą żarliwością, nie ustaje w wypraszaniu do nieba próśb o uratowanie ze śmiertelnego zagrożenia.

Staje się cud. Choroba zaczyna się powoli wycofywać. W zamian za ratunek harcerz obiecuje, że po wojnie odbędzie pieszą wędrówkę ze Lwowa na Jasną Górę, do Matki Bożej Częstochowskiej.

Tymczasem następuje zwrot w stosunkach pomiędzy Moskwą i polskim rządem na emigracji. Generał Władysław Sikorski, stojący na czele rządu w Londynie, sprawujący również funkcję naczelnego wodza, jedzie na rokowania do ZSRR. Jednym z najważniejszych dokonań tej wizyty (której przeciwni byli prawicowi ministrowie rządu; trzech podało się do dymisji) było podpisanie umowy Sikorski–Majski. W wyniku tego porozumienia, mającego kapitalne znaczenie dla setek tysięcy deportowanych na Syberię, uwięzionych w łagrach, obozach i więzieniach Polaków, Związek Sowiecki wprowadza amnestię przywracającą wolność represjonowanym. Chociaż lokalne władze sabotują postanowienia umowy Sikorski–Majski, otwierają się jednak bramy łagrów i miejsc odosobnienia.

Drugim ważnym postanowieniem była zgoda Moskwy na utworzenie Armii Polskiej, która ma walczyć przy boku Armii Czerwonej z Niemcami. Na czele mającego powstać wojska staje więzień Łubianki, gen. Władysław Anders.

Ze wszystkich zakątków ogromnego imperium Stalina wyruszają grupy młodych mężczyzn, obdartych, wymizerowanych. Jadą tygodniami, a nawet miesiącami, do znajdujących się na pograniczu z Iranem obozów, gdzie formowane są polskie jednostki wojskowe. Wśród nich jest powoli wracający do zdrowia Marcin Głowacz-Henzel. Wraz z II Korpusem opuszcza „kraj niewoli”, przez Iran, Irak, Palestynę dociera do Egiptu. Tam wpada mu w ręce gazeta informująca, że poszukiwani są ochotnicy, którzy pragną służyć w marynarce wojennej lub wojskach spadochronowych.

Marcin nie waha się ani chwili, zgłasza swój akces do jednostki powietrzno-desantowej. Upłynie kilka miesięcy, zanim słynny brytyjski statek „Queen Mary”, przekazany wojsku dla przewiezienia żołnierzy, opłynie Afrykę i przez Ocean Spokojny dotrze do Rio de Janeiro w Argentynie, a stamtąd do Wielkiej Brytanii. Na morzach grasują bardzo niebezpieczne u-boty, spotkanie których mogłoby skończyć się śmiercią kilku tysięcy alianckich żołnierzy. Kiedy przybysz spod Archangielska zostaje przyjęty, brygada spadochronowa, której dowództwo powierzono gen. Stanisławowi Sosabowskiemu z kresowego Stanisławowa, jest już sformowana. Jednak przez wiele kolejnych miesięcy nowo stworzona jednostka przechodzić będzie forsowne szkolenia w sprawności bojowej. Spadochroniarze ćwiczą technikę skoków ze spadochronem i wszelkie formy walki po wylądowaniu.

Podwładni wymagającego dowódcy, jakim jest gen. Sosabowski, należą do elity Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Marzy im się lądowanie w Warszawie i walki o wyzwolenie stolicy Polski. Niestety te szlachetne marzenia nie spełnią się nigdy, bo zachodni alianci przekazali Polskę dyktatorowi na Kremlu, w sferę wpływów Moskwy.

Polska Brygada uczestniczyć będzie w bardzo ważnym desancie na tyłach wroga w Holandii, który może przyśpieszyć zakończenie wojny nawet o kilka miesięcy. Celem operacji, przygotowanej nonszalancko, w sposób niedbały przez sztabowców brytyjskich, ma być opanowanie mostów na rzece Ren, co umożliwi wojskom alianckim błyskawiczne wkroczenie na terytorium Niemiec.

Niestety zespół sztabowców brytyjskich, działających w pośpiechu na polecenie dowódcy brytyjskich wojsk inwazyjnych, marszałka Montgomerego, popełnił kilka poważnych błędów, co przesądziło o losach całej operacji. Jednym z tych błędów było niezachowanie w całkowitej i ściśle strzeżonej tajemnicy miejsca i terminu lądowania.

Na skutek nieostrożności wywiad niemiecki dotarł do części sekretów „Market Garden”, umożliwiając Niemcom podjęcie kroków zmierzających do sparaliżowania działań aliantów.

Błędem drugim, równie poważnym jak pierwszy, było wynikające z pośpiechu zlekceważenie doniesienia jednego z agentów, że Wehrmacht ściągnął w ostatniej chwili jedną z dywizji pancernych w pobliże miejsca planowanego desantu.

Część brygady Sosabowskiego wylądowała w drugim rzucie w pierwszych dniach września 1944 roku. Polscy skoczkowie lądowali pod zmasowanym ogniem artylerii i piechoty nieprzyjaciela, co spowodowało znaczne straty w ludziach i sprzęcie. Utrudniło również okopanie się i zajęcie pozycji obronnych. Most na Renie został przez Niemców wysadzony w powietrze. Wbrew obietnicom, Polacy nie znaleźli łodzi niezbędnych do przeprawienia się na drugą stronę Renu.

Przez kilka dni Polacy, okopani koło miasteczka Driel, odpierali zaciekłe ataki wroga i tylko niezwykła determinacja pozwoliła utrzymać się na zajętych pozycjach.

Sprawne dowodzenie przez gen. Sosabowskiego uchroniło nasze pododdziały od większych strat, a te stały się udziałem elitarnych pułków spadochronowych armii brytyjskiej, które ponosiły ogromne straty, wręcz zostały zdziesiątkowane.

Na codziennych odprawach gen. Sosabowski ostro krytykował zarówno założenia operacji, jak i jej wykonanie. Oficerowie brytyjscy byli wściekli na Polaka, który bez skrupułów krytykował fatalne działania.

Kiedy wielka operacja okazała się oczywistym fiaskiem, przyniosła ogromne straty w ludziach i pochłonęła wiele pieniędzy, sztab główny zarządził wskazanie winnych i należyte ich karanie. Operacja „Market Garden” nie przyniosła chwały Brytyjczykom. Ci, którzy winni byli bezpośrednio i pośrednio za klęskę, gorączkowo szukali kozła ofiarnego. Niestety, znaleźli go bez większej trudności. Przekazano zwierzchnikom zakłamaną tezę, że winny niepowodzeniom był polski dowódca, gen. Sosabowski, bo nie wykonał powierzonych mu zadań, co było oczywistą nieprawdą. Sosabowski był sam, jego argumentów nie poparł niestety żaden z brytyjskich kolegów. Bez poważnych dowodów uznano, że był winny. Pozbawiono go dowództwa nad Brygadą Spadochronową. W złości, w odwecie za bezpardonową, ale słuszną krytykę – pozbawiono go również prawa do emerytury. Był to wyjątkowo złośliwy i dotkliwy cios, po wojnie musiał do końca życia zarabiać na swoje utrzymanie. Spadochroniarze współczuli swemu dowódcy, ale byli bezsilni.

Marcin Henzel spisał się wzorowo w czasie wielodniowych, ciężkich walk wokół holenderskiego miasteczka Driel. Szczupły, ruchliwy i sprytny, wychodził z ciężkich starć bez szwanku. Wiele razy brał udział w pogrzebach kolegów, sam pozostając nietknięty. Dopisywało mu szczęście w najtrudniejszych sytuacjach. A później przeżywał, jak całe Wojsko Polskie, gorycz, jakiej doznali Polacy od Brytyjczyków, którzy ulegając naciskom Stalina – nie zaprosili polskich żołnierzy na paradę zwycięstwa w Londynie.

Po demobilizacji Marcin skończył wyższą szkołę mechaniczną i jak tysiące zdemobilizowanych żołnierzy w 1956 roku wyruszył za Ocean. Przez kilkadziesiąt lat pracował w zakładach wytwórczych, które produkowały słynne samoloty Dakota – nie tylko na potrzeby armii amerykańskiej. Z samolotu typu Dakota wyskoczył we wrześniu 1944 roku na pola bitwy pod Arnhem.

Ożenił się z Henryką, więźniarką niemieckich obozów koncentracyjnych, ale nie mieli dzieci. Stąd decyzja, by ostatnie lata życia spędzić w miasteczku Mission Vieja, wybudowanym specjalnie dla starszych, bezdzietnych osób. Pensjonariusze mieszkają w niedużych, ale wygodnych domach z ogródkiem. Osada wyposażona jest w niezbędne urządzenia komunalne i kulturalne. Jest tam wielofunkcyjny hipermarket, gdzie można wszystko kupić bez konieczności wyjeżdżania do większych miast, są boiska sportowe, pływalnia, dom kultury, kawiarenki etc. Słowem jest wiele wygód, za które trzeba jednak słono płacić. W Kalifornii jest stosunkowo dużo tego rodzaju osiedli, mniej lub bardziej komfortowych, w zależności od możliwości klientów. I nie stoją puste.

Kapitan Marcin Henzel był mocno zaangażowany w działalność społeczną. Powierzono mu funkcję wiceprezesa Związku Narodowego Polskiego nr 700 w Los Angeles, był członkiem Zarządu Kongresu Polonii Amerykańskiej. Szczególnie bliskie były mu problemy kombatantów. Regularnie jeździł do miasteczka Driel, które pamiętało o swoich polskich obrońcach i co roku zapraszało ich na uroczyste spotkania i festyny. Marzył o tym, by jego prochy spoczęły na warszawskich Powązkach w kwaterze Polskiej Brygady Spadochronowej.

Dzielnemu i prawemu żołnierzowi, który przez całe życie walczył o wolną i niepodległą Polskę, uczciwemu i skromnemu człowiekowi, nie udało się powrócić do ukochanego Lwowa, który znalazł się poza granicami Polski. Ale po latach, gdy można już było dotrzeć na Ukrainę, jeszcze za czasów upadającego ZSRR, postanowił spełnić obietnicę daną Matce Boskiej Częstochowskiej. Trzy razy jechał do Lwowa, trzy razy podchodził do spełnienia obietnicy, by ze Lwowa odbyć dziękczynną pieszą pielgrzymkę za uratowanie życia.

Gdy w końcu za trzecim razem wyruszył, na przedmieściach Gródka Jagiellońskiego został zatrzymany przez posterunek drogowy. Idący skrajem szosy od Lwowa, samotny, starszy mężczyzna, z ogromnym plecakiem, legitymujący się paszportem amerykańskim, wzbudził sensację i podejrzenia o szpiegostwo. Mijały godziny, telefonowano do Lwowa i Moskwy. W końcu przyszło polecenie: zwolnić zatrzymanego! Pewnie wszyscy odetchnęli z ulgą. A kapitan Głowacz-Henzel dotarł przed oblicze cudownego obrazu w Częstochowie. Zmęczony, ale szczęśliwy, że po latach udało mu się spełnić daną obietnicę.

Zmarł w roku 2013. W jego amerykańskim kalifornijskim miasteczku w kościele odbyło się ostatnie pożegnanie. 17 maja 2013 roku pogrzebano go na warszawskich Powązkach w kwaterze Polskiej Brygady Spadochronowej. Urnę z prochami przywiozła do Polski żona Henryka, która do końca życia pozostała już w Polsce. Spoczęła obok niego w polskiej ziemi.