Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Antoni Wilgusiewicz, SEWERYN WOLLOCH – BYTOMSKI LWOWIANIN, OCALONY Z HOLOKAUSTU

Przed dwoma laty, 24 maja 2017 roku, zmarł Seweryn Wolloch, jeden z ocalonych z Holokaustu. Jego losy, niezwykłe jak wszystkich ocalonych, są też okazją do przypomnienia losów lwowskich Żydów, w społecznej świadomości istniejących głównie dzięki filmowi Agnieszki Holland W ciemności. Pan Seweryn nie był postacią, która zapisze się w historii przez swoje wybitne zasługi w jakiejś dziedzinie nauki czy sztuki, ale w mojej ocenie był człowiekiem, który przez trudny dla wszystkich wiek XX umiał przejść z godnością. A nie było to łatwe dla kogoś, kto nie znał nawet daty swego urodzenia – oficjalnie urodził się 28 grudnia 1934 roku, natomiast był przekonany, że musiał urodzić się w 1931 roku. Podobnie z imieniem i nazwiskiem – dla wielu jego znajomych pozostał Julkiem, gdyż jako Juliusz Krawiecki, syn Antoniego, urodzony w 1932 roku, przetrwał nie tylko wojnę, ale także późniejsze lata sowieckiej rzeczywistości. W tej rzeczywistości przeżył większość swego życia, ale identyfikował się z polskością – ukończył we Lwowie polską szkołę, występował w Polskim Teatrze Ludowym. Do Polski też przesiedlił się wraz z rodziną w 1990 roku. Jednocześnie pozostał Żydem i tego się nie wyparł, utrzymując kontakty ze społecznością żydowską w Polsce – ich śladem są spisane w 2005 roku przez Katarzynę Meloch jego wspomnienia, zamieszczone w IV tomie zbioru Dzieci Holokaustu mówią…[1] Wspomnienia, które miałem okazję przeczytać jeszcze przed opublikowaniem, stały się podstawą tego artykułu. Dla osadzenia losów p. Seweryna w szerszej rzeczywistości historycznej wykorzystałem najnowsze wydanie książki Michała

 

 

Seweryn Wolloch z Wiktorem Lafarowiczem, aktorem Teatru Polskiego we Lwowie,
fot. archiwum autora

 

Maksymiliana Borwicza Uniwersytet zbirów. Rzecz o Obozie Janowskim we Lwowie 1941–1944[2], zawierające cenne dodatki na temat losów lwowskich Żydów. Porównawczo wykorzystałem też wspomnienia Edmunda Kesslera Przeżyć Holokaust we Lwowie[3], opublikowane z inicjatywy jego córki Renaty przez Żydowski Instytut Historyczny, a także wydaną w tym roku książkę Wojciecha Orlińskiego Lem. Życie nie z tej ziemi – rozdział II Wśród umarłych[4]pokazujący, jak Stanisław Lem i jego żydowska rodzina przetrwali we Lwowie czasy Holokaustu.

Rodzina Seweryna Wollocha mieszkała w Warszawie, gdzie też (prawdopodobnie w 1931 roku) urodził się Seweryn – rok ten wywodzi on z faktu, że w 1938 roku poszedł do pierwszej klasy szkoły powszechnej, czyli musiał mieć 7 lat. Sam we wspomnieniach określał się jako warszawiak, przez co rozumiał miejsce pochodzenia, tak naprawdę bowiem był i pozostał lwowiakiem. Rodzina była stosunkowo zamożna; ojciec pracował w przedsiębiorstwie handlującym ropą naftową, a matka zajmowała się domem, do pomocy mając służącą. Zajmowali czteropokojowe mieszkanie, z tym że w jednym z pokoi zamieszkiwała nauczycielka biologii – fakt ten zapadł mu w pamięć ze względu na ludzki szkielet tam przechowywany.

Jako jedynak prowadził spokojne życie chłopca z mieszczańskiej rodziny, aż do września 1939 roku, kiedy to po apelu pułkownika Umiastowskiego ojciec opuścił Warszawę, a syn pozostał w niej razem z matką. Później jednak i oni udali się w kierunku wschodnim, na tereny zajęte już przez Rosjan. Dwukrotnie po przekroczeniu linii demarkacyjnej byli przez nich zawracani i wydawani w ręce Niemców, dopiero za trzecim razem udało im się przepłynąć na łódce rzekę (prawdopodobnie Bug) i dotrzeć do stacji kolejowej, skąd pociągiem dojechali do Lwowa. Tam oczekiwał już na nich ojciec, który podjął pracę szklarza. Seweryn rozpoczął naukę w szkole, ponownie w pierwszej klasie (władze oświatowe sowieckie wszystkich uczących się dotąd w polskich szkołach cofnęły o jeden rok nauki); często odwiedzali także dziadka mieszkającego pod Lwowem we wsi Kamienopol. Stamtąd codziennie dowoził on do miasta mleko końmi, które posiadał w gospodarstwie. Życie rodziny, choć zupełnie inne niż w czasach przedwojennych, było jednak w miarę ustabilizowane – aż znowu wkroczyła w nie wojna, tym razem niemiecko-radziecka. Każda z grup narodowościowych zamieszkujących Lwów inaczej przyjęła fakt zajęcia miasta przez oddziały niemieckie – ukraińscy nacjonaliści z największymi nadziejami, choć szybko rozwianymi. W najgorszej sytuacji natomiast od samego początku znaleźli się lwowscy Żydzi, w tym rodzina Pinkusa Wollocha, jego żony i syna.

Proces zagłady Żydów lwowskich rozpoczął się 30 czerwca 1941 roku, a zakończył, przynajmniej w skali masowej, 23 listopada 1943 roku, kiedy to Lwów ogłoszono miastem wolnym od Żydów (Judenrein). Ci, którzy mimo to przetrwali, byli nadal mordowani aż do lipca 1944 roku, czyli do momentu ponownego wkroczenia do miasta wojsk radzieckich. Wówczas zarejestrowało się 823 ocalonych, czyli tych, którzy wyszli z ukrycia. Ocenia się, że z około 150–160 tysięcy Żydów zamieszkujących miasto w momencie wkroczenia do niego Niemców ogółem przeżyło około 3%, czyli nie więcej niż 5 tysięcy ocalonych[5]. Daje to pojęcie, czym musiało być życie Żyda we Lwowie okupowanym przez Niemców. Nie będę w tym miejscu analizować obszernie dziejów zagłady Żydów lwowskich, a jedynie za Leonem Perlmanem zwrócę uwagę na kluczowe momenty i cechy tego procesu.

Otóż, o ile tego typu klasyfikowanie jest w ogóle na miejscu, można powiedzieć, że tutejszy Holokaust był jeszcze bardziej tragiczny i okrutny od warszawskiego (włączając w to elementy powstania podobnego do tego w getcie warszawskim i jego następstwa), a na pewno łódzkiego czy krakowskiego. Co się na to składa? Już sam początek niemieckiej okupacji miasta był tragiczny dla wielu żydowskich mieszkańców. Ukraińskie bojówki inspirowane przez Niemców wyłapały na ulicach, doprowadziły do lwowskich więzień, a następnie wymordowały około 4 tysiące Żydów. Podobne akcje toczyły się przez całe lato. W dniach 25–27 lipca, w czasie tzw. Dni Petlury, ukraińska policja zatrzymała, torturowała, a następnie zamordowała co najmniej 2000 Żydów. Ogółem ocenia się, że w ciągu kilku pierwszych miesięcy okupacji Lwowa straciło życie ponad 10 tys. żydowskich mieszkańców, a był to dopiero początek ich gehenny.[6]

Niemcy dokonywali masowego rabunku własności żydowskiej zarówno zbiorowo, przez tzw. kontrybucję na kwotę 20 mln rubli (sierpień 1941 roku), jak też indywidualnie poprzez zabieranie bez jakichkolwiek podstaw formalnych mienia z domów żydowskich. Zburzono synagogi, w tym bezcenną jako zabytek kultury Synagogę Złotej Róży, a także cmentarze żydowskie. Kiedy Lwów stał się częścią Generalnej Guberni, niezwłocznie wprowadzono w życie obowiązujące w niej ustawy antyżydowskie, jak nakaz noszenia opasek z Gwiazdą Dawida, zakazy poruszania się koleją i w ogóle poza miasto, nakaz pracy przymusowej. Dla łatwiejszego podporządkowania ludności żydowskiej władzom w perfidny sposób użyto przeciw niej skłonnych do tego Żydów, tworząc Judenrat i milicję żydowską, która nie tylko nie służyła swoim ziomkom, ale pomagała gorliwie w Zagładzie, nagminnie szantażując ich, wymuszając okupy, a nieposłusznych denuncjując[7].

W październiku 1941 roku ogłoszono powstanie getta w północno-zachodniej części miasta, do którego Żydzi musieli się przesiedlić. Nawet to jednak było przywilejem, gdyż przy wejściu do getta przybywających selekcjonowano jak na rampie w Auschwitz, a słabych, chorych bądź w podeszłym wieku bito i mordowano. Żydów obrabowano z resztek mienia, a za pracę im nie płacono; racje żywnościowe zmniejszono radykalnie, wiele osób umierało z głodu, zimna i wycieńczenia na ulicy, szerzyły się też choroby zakaźne. Od marca 1942 roku rozpoczęto ze stacji Lwów Kleparów wywózki do obozu zagłady w Bełżcu, w pierwszej kolejności osób niepracujących i niezdolnych do pracy. Wożono ich do stacji ulicą Janowską otwartymi wagonami tramwajowymi, stąd też wielu żyjących do dziś mieszkańców Lwowa wspomina ten makabryczny widok.

Obok getta miejscem koncentracji Żydów (w pierwszym okresie także Polaków i Ukraińców) stał się Obóz Janowski, założony we wrześniu 1941 roku jako obóz pracy dla więźniów zatrudnionych w Niemieckich Zakładach Zbrojeniowych (DAW). Z biegiem czasu stawał się on coraz bardziej obozem zagłady, a jako jej miejsce służyły tzw. Piaski, położone z tyłu za obozem. Warto dodać, że zginęli tam m.in. włoscy żołnierze, uznani po obaleniu Mussoliniego za zdrajców. Wielu więźniów zginęło też z rąk sadystów – strażników podobnych do znanego z Auschwitz Oswalda Kaduka. Kolejny komendant Franz Warzog jest znany z historii młodego więźnia Szymona Wiesenthala, który udręczony prosił go o zabicie. Warzog odparł wówczas, że byłaby to łaska, a o tym Żyd sam nie decyduje. Jak wiadomo, Wiesenthal przeżył obóz i stał się potem jednym z największych łowców hitlerowskich zbrodniarzy. Był to jednak wyjątek, innym był autor relacji o Obozie Janowskim, wydanej w 1946 roku w Krakowie – Michał Maksymilian Borwicz. Wśród znanych powszechnie przed wojną osób, które zginęły w obozie, był popularny autor piosenek Emanuel Schlechter, a także wybitny prawnik, profesor Uniwersytetu Jana Kazimierza Maurycy Allerhand[8].

 Rok 1943 podobnie jak w Warszawie, tak i we Lwowie oznaczał ostateczną zagładę Żydów. Tutejsze getto zostało zamknięte 7 września 1942 roku, a następnie od stycznia następnego roku przekształcone w tzw. Julag, czyli żydowski obóz pracy. W czerwcu 1943 r. podjęto akcję jego likwidacji, którą kierował dowódca SS i policji Dystryktu Galicja Fritz Katzmann. Nie wszyscy Żydzi bez oporu przyjęli wywózkę do miejsc kaźni, stąd też wystąpiły elementy – choć na mniejszą skalę – podobne do powstania w getcie warszawskim. Niemców powitały strzały, granaty i koktajle Mołotowa, dlatego użyto miotaczy ognia, a Żydów uciekających z płonących domów zabijano na miejscu. Przy ul. Łokietka powstał bunkier, z którego Żydzi ostrzeliwali się przez pewien czas. Zamordowano w czasie tej akcji około 20 tysięcy Żydów, a 7 tysięcy schwytano i przewieziono do Obozu Janowskiego, gdzie kilka dni wcześniej rozstrzelano ponad 75% więźniów. Na terenie getta znaleziono ponadto prawie 3 tysiące zwłok Żydów, którzy sami zadali sobie śmierć[9]. Pozostał jeszcze Obóz Janowski, gdzie utworzono tzw. brygadę śmierci. Jej członkowie wykopywali zwłoki zamordowanych przez hitlerowców, palili je, a kości mielili w specjalnych młynkach. W ten sposób pozbyto się m.in. zwłok zamordowanych na Wzgórzach Wuleckich profesorów, którzy nie mają własnego grobu. Członkowie brygady, słusznie obawiając się, że po wykonaniu zadania i oni zostaną zamordowani, pod­jęli próbę ucieczki. Udała się ona tylko kilku z nich; był wśród nich Leon Weliczker, któremu zawdzięczamy opis tych wydarzeń[10]. Kilka dni po tym buncie Niemcy rozstrzelali większość znajdujących się w obozie. Dzień ten, jak wyżej podano: 23 listopada 1943 roku, przyjmuje się za koniec istnienia wspólnoty żydowskiej Lwowa. Przykładowo z lekarzy pochodzenia żydowskiego, których było we Lwowie w 1941 roku prawie tysiąc, nie przetrwał prawie nikt. Przeżyły Zagładę jednostki, a wśród nich był 13-letni wówczas Seweryn Wolloch. Powstaje pytanie: jak to było możliwe w piekle, którym dla Żydów uczyniono wówczas Lwów?

Jest oczywiste, że szanse na przetrwanie były związane z pomocą ludności pochodzenia aryjskiego, przede wszystkim Polaków mieszkających we Lwowie. Naturalnie mogło być i tak, że ludność ta wydawała ukrywających się Żydów w ręce hitlerowców, natomiast jako Polacy przede wszystkim dokumentujemy wypadki przeciwne. Przywołany wyżej film W ciemności, oparty na wspomnieniowej książce Krystyny Chiger[11], pokazuje taką właśnie sytuację. Polak Leopold Socha, przed wojną zwykły złodziejaszek, na co są dokumenty, kierując się najpierw względami czysto materialnymi ukrywa żydowską rodzinę i stopniowo przechodzi przemianę duchową w kierunku altruizmu. Udzielającymi pomocy mogli być też Niemcy, bo zdarzały się wśród nich obok zbrodniczych fanatyków jednostki szlachetne, bolejące nad okrucieństwem hitlerowców, któremu nie mogli przeciwstawić się w sposób jawny – postacie takich Niemców spopularyzowały znane filmy Lista Schindlera Stevena Spielberga i Pianista Romana Polańskiego.

Przejdźmy jednak do wspomnień Seweryna Wollocha, jednego z Ocalonych we Lwowie.

Pierwszy okres okupacji, akcji, czyli ulicznych łapanek, udało mu się przetrwać w zaskakujący sposób. Podczas jednej z akcji grupa Żydów ukryła się w koszarach Luft­waffe przy ulicy Gródeckiej. Wobec donosu na gestapo lotnicy wyprowadzili ich pod bagnetami na ulicę, udając, że złapali właśnie grupę ukrywających się Żydów i prowadzą ich do więzienia. Odprowadzeni w ten sposób Żydzi zdołali uniknąć zagłady. Tego typu sytuacje powtarzały się. Jak wspominał, gorsi od Niemców byli policjanci; polscy „granatowi”, ukraińscy i żydowscy z żółtymi opaskami na rękawach. Ciągła obawa przed zatrzymaniem, równoznacznym ze śmiercią, napełniała przebywających jeszcze na wolności Żydów lękiem, który potęgowały wiadomości o znikających wskutek aresztowania kolejnych krewnych czy znajomych.

Kluczowe jednak było dla rodziny uniknięcie przesiedlenia do getta. Aby spełnić obowiązek pracy, ojciec dostał się do obozu w Winnikach koło Lwowa, jednego z dziewięciu, które powstały w Dystrykcie Galicja[12]. Seweryn z matką przebywali w sąsiednim obozie dla kobiet z dziećmi. Pewnego razu władze zarządziły kontrolę w obozie, a nadmiernej liczbie matek z dziećmi groziła wywózka. Wtedy to niemiecki kierownik obozu przewiózł ich część na kilka dni do innego obozu, gdzie kontrola już się odbyła. W ten sposób udało im się przetrwać około roku, do późnej jesieni 1942. Wtedy to Niemcy zarządzili ewakuację obozu i marsz w kierunku Lwowa – albo do getta, albo do Obozu Janowskiego, tak czy owak na śmierć… Maszerującego razem z matką Seweryna zaczęła ona namawiać do ucieczki, chcąc, aby przynajmniej dziecko się uratowało. W pewnym momencie widząc stojący przy drodze wóz konny chłopiec, który nie bał się koni, gdyż zaznajomił się z nimi w gospodarstwie dziadka, ukrył się za nimi, a potem uczepiony z tyłu wozu wrócił do Winnik. Woźnica, który widział tę sytuację, nie zareagował, ratując mu życie. Matki, która pozostała w kolumnie, nigdy więcej nie zobaczył.

Po powrocie do Winnik poszedł do kobiety, która kiedyś życzliwie się do niego odniosła. I tym razem, mimo ryzyka z tym związanego, ukryła go na kilka dni i powiadomiła ojca. Wraz z innymi Żydami był wożony codziennie do pracy na Cmentarzu Janowskim, gdzie rozbijali macewy i budowali z nich drogę. Zabrał go ze sobą i pozostawił na kolejne kilka dni u stróża nocnego. W tym czasie udało się skontaktować z ciotką, która mając amerykański paszport przebywała we Lwowie na wolności. Ona z kolei znalazła znajomego ojca sprzed wojny, Józefa Rybickiego, który umieścił chłopca w swoim mieszkaniu przy ulicy Jasnej. Tam Seweryn ukrywał się od 1 grudnia 1942 roku do 27 lipca 1944, kiedy to Rosjanie weszli do Lwowa.

Podczas ukrywania się był, jak to określa, dzieckiem z szafy. Przebywał w mieszkaniu bez możliwości wychodzenia na ulicę, a nawet podchodzenia do okna. W wypadku wizyty w mieszkaniu kogoś obcego musiał ukrywać się w schowku, który był umieszczony za szafą. Nie zdarzało się to jednak często. Miał metrykę rzymskokatolicką na nazwisko Juliusz Krawiecki, syn Antoniego, urodzony w 1932 roku w Kosowie, i tym nazwiskiem posługiwał się aż do 1952 roku. Nie tylko matki, ale i ojca już więcej nie zobaczył – prawdopodobnie zginął on w jednej z akcji likwidacyjnych, o których była mowa[13].

Pozostanie przy życiu 10–13-letniego Seweryna, jeśli nie odwoływać się do kategorii cudu, można określić jako zbieg niezwykle dla niego szczęśliwych przypadków. Ratowała go zarówno rodzina: ojciec i matka dzięki przytomności umysłu i zaradności, ciotka dzięki posiadaniu amerykańskiego paszportu, znajomi – przede wszystkim ów Józef Rybicki, w którego mieszkaniu przebywał ponad 1,5 roku, jak też obcy zupełnie ludzie, na przykład kobieta w Winnikach, która się nim zaopiekowała i powiadomiła ojca… Nie wiadomo również, skąd wzięła się metryka urodzenia – czy została przez księdza z Kosowa specjalnie wystawiona, czy sfałszowana, a może odkupiona od polskiej rodziny, na przykład po zmarłym dziecku. Co więcej, z opowieści Seweryna-Juliusza wyłania się niestereotypowy obraz Niemców, którzy także przyczynili się do ratowania jego życia. Stało się tak prawdopodobnie dlatego, że nie przebywając w getcie czy też Obozie Janowskim nie zetknął się on bezpośrednio z najbardziej okrutnymi, fanatycznymi funkcjonariuszami, a ze zwykłymi Niemcami, przymusowo wciągniętymi do hitlerowskiej machiny terroru i przemocy. Decydował wreszcie, jak to bywa w życiu, zupełny przypadek, a także to, że obcując w gospodarstwie dziadka z końmi nie bał się ukryć za nimi – a był przecież wówczas 10-letnim chłopcem i to wychowanym w mieście.

Dla porównania losów okupacyjnych Seweryna można sięgnąć do losów innych uratowanych lwowskich Żydów. W tomie wydanym przez Żydowski Instytut Historyczny zawarte są nie tylko wspomnienia Edmunda Kesslera, który wraz z rodziną przeżył Holokaust, ale także Kazimierza Kalwińskiego. Jako kilkunastoletni chłopiec wraz ze swoimi rodzicami ukrywał on w domu na przedmieściach Lwowa najpierw 21 Żydów, później 24; znalazł tu schronienie także wspomniany wyżej uciekinier z brygady śmierci Leon Weliczker, który pod nazwiskiem Leon Wells przebywał potem w USA i był m.in. świadkiem w procesie Adolfa Eichmanna.

Edmund Kessler był zamożnym lwowskim prawnikiem, prowadził kancelarię przy ulicy Sykstuskiej[14]. Po wkroczeniu wojsk radzieckich jako działacz syjonistyczny obawiał się wywózki na Syberię, skończyło się jednak tylko na opuszczeniu mieszkania i zawieszeniu praktyki adwokackiej.

Prawdziwa gehenna zaczęła się 30 czerwca 1941 roku. Wraz ze swoją rodziną musiał kilkakrotnie przeprowadzać się do coraz gorszych mieszkań, był bity i okradany. Znalazł się w getcie, a po jego likwidacji w Obozie Janowskim. Od niechybnej śmierci uratowała go ucieczka z obozu, po której wraz z żoną i kilku innymi osobami ukrywał się u polskich znajomych przy ulicy Warszawskiej. Wskutek zagrożenia donosem musieli poszukać innego schronienia i znaleźli je w gospodarstwie rolnym Kalwińskich. Jego ukrywanie się przypadło na ten sam okres co Seweryna Wollocha, a mianowicie od listopada 1942 do 27 lipca 1944[15].

O ile ukrycie jednego małego chłopca w mieszkaniu polskiej rodziny nie było bardzo skomplikowane, choć oczywiście niebezpieczne, to ukrycie ponad 20 Żydów – mężczyzn, kobiet i dzieci w podziemnym bunkrze o wymiarach 5 na 7 metrów stanowiło już prawdziwe wyzwanie. Samo wyżywienie takiej liczby osób było bardzo trudne, ale możliwe dzięki pracy Kalwińskich w swoim gospodarstwie rolnym i sprzedaży części płodów na targu, gdzie dokupywano inne potrzebne towary, jak mydło. Magazynowanie w domu większej ilości towaru było usprawiedliwione przez fakt istnienia tam Komitetu Pomocy Polakom uciekającym z terenów objętych terrorem ukraińskim[16].

Oczywiście, nad mieszkającymi w bunkrze Żydami i ukrywającą ich rodziną stale wisiało niebezpieczeństwo zdemaskowania, jak stało się z podobnym bunkrem u sąsiadów, gdzie przebywała jeszcze większa, bo 34-osobowa grupa Żydów. Ukraiński policjant, zwabiony głośną kłótnią, sprowadził Niemców, którzy wymordowali ukrywających się i powiesili dwóch synów gospodarza, jemu samemu cudem udało się uniknąć śmierci. Przygotowani na taką ewentualność mieszkańcy bunkra u Kalwińskich mieli przy sobie truciznę i byli gotowi do jej użycia[17].

 

 

Upamiętnienie zagłady żydów lwowskich na miejscu zburzonej synagogi Złotej Róży, fot. Antoni Wilgusiewicz

 

Żydzi, którzy przeżyli wojnę dzięki rodzinie Kalwińskich, podkreś­lali bardzo wyraźnie swoją ogromną wdzięczność. Doceniali wysiłek całej rodziny, a zwłaszcza 16-letniego wówczas Kazika, który dbał o ich codzienne potrzeby i ostrzegał przed niebezpieczeństwem. Wszystko to przebiegało w warunkach bezpośredniego narażenia życia nie tylko ukrywanych, ale i ukrywających. Jedno z ukrywanych dzieci, wówczas 12-letnia Lusia, także w liście z 2004 roku bardzo serdecznie i z wielką wdzięcznością wspominała Kalwińskich[18]. Córka Edmunda, Renate, urodzona już po wojnie, odbyła podróż do Polski, aby spotkać po latach Kazika, lecz przedtem odwiedziła Instytut Yad Vashem i tam odnalazła drzewko posadzone ku pamięci rodziny Kalwińskich, zaliczonej do Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Zawitała także do Lwowa, do domu, w którym jej rodzina przeżyła najtrudniejsze dwa lata swego życia, i została przyjaźnie przyjęta przez mieszkającą tam obecnie ukraińską rodzinę. Cytuje wiersz swego ojca:

 

– Wyście dobrzy ludzie.

Dziś wiem, że fakt, że żyję tkwi tylko w tym cudzie,

że się na świecie znaleźli tacy dzielni ludzie[19].

 

Inaczej wyglądały losy kolejnego ocalonego, znanego pisarza Stanisława Lema, w chwili wkroczenia Niemców do Lwowa młodego, 20-letniego mężczyzny. Już sam początek był dla niego szczęśliwy, o ile to słowo jest na miejscu. Zapędzony wraz z innymi Żydami do wynoszenia trupów pomordowanych w więzieniu, nie został zastrzelony, ale wypuszczony z rąk Ukraińców przez Niemców. Później udało mu się znaleźć zatrudnienie w pracującej dla Niemców firmie Rohstofferfassung; dawało to tak zwane „mocne papiery”. Utrzymywał też kontakty z AK i prawdopodobnie dzięki temu można było zorganizować ucieczkę z getta jego rodziców, Sabiny i Samuela Lemów. Udało im się przeżyć wojnę w odróżnieniu od wielu innych członków rodziny, którzy zginęli w getcie czy odbywających się cyklicznie masowych egzekucjach. Tak np. Mark Wollner, laryngolog, brat matki pisarza, zginął podczas tzw. Dni Petlury.[20] Z biegiem czasu stawało się jednak jasne, że nawet najlepsze papiery nie uchronią przed zagładą. Wówczas Stanisławowi udaje się zmienić tożsamość – staje się Ormianinem, Janem Donabidowiczem i zamieszkuje u państwa Podłuskich przy ulicy Zielonej. Paradoksalnie wychodzi z domu, aby nie stwarzać wrażenia, że jest ukrywającym się Żydem, jednak nie do pracy (posiadał oszczędności ojca, które pozwalały mu przeżyć), a do wypożyczalni książek, które pochłaniał. W pełnej grozy sytuacji tworzy swą pierwszą powieść science fiction, z dziedziny, w której uzyskał później światową sławę – Człowiek z Marsa[21]. W ten sposób udało mu się dotrwać do wkroczenia wojsk radzieckich; życia w radzieckim Lwowie jednak sobie nie wyobrażał i latem 1945 roku wraz z rodzicami znalazł się w Krakowie[22].

Mimo różnorodności losów Ocalonych można w nich dostrzec wspólny z Sewerynem Wollochem mianownik, który już wcześniej pokazałem: o ocaleniu decydował splot okoliczności. Były wśród nich cechy osobiste, jak odwaga i determinacja, pomoc – także materialna – rodziny, znajomych, kolegów, i, co bardzo ważne, spotkanie na swej drodze ludzi życzliwych i odważnych, których stać było na podjęcie ogromnego ryzyka związanego z ukrywaniem Żydów. Potrzebne było także zwykłe szczęście, którego wielu ukrywającym się niestety zabrakło.

Po powrocie do Lwowa wojsk radzieckich Seweryn rozpoczął już jawne życie w nim, ale nadal posługując się nazwiskiem Juliusz Krawiecki. Ukończył szkołę, jak inni rozpoczął pracę, należał do związków zawodowych i Komsomołu. W 1952 roku jakimś sposobem władze dowiedziały się, kim jest naprawdę i nakazano mu powrót do dawnego nazwiska. Łączyło się to ze sporym stresem, ale dyskusji nie było – musiał wymienić wszystkie dokumenty. Pracując jako monter w lwowskiej rozgłośni radiowej ukończył technikum, awansował. W 1959 roku ożenił się po raz pierwszy, z Polką, która niestety zmarła przy porodzie. Po kilku latach ożenił się ponownie; jego żona była nauczycielką w szkole polskiej we Lwowie. Doczekali się dwojga dzieci – syna i córki.

Mimo wykonywania zawodu technicznego czuł powołanie do sztuki, dlatego od 1962 roku rozpoczął występy w Polskim Teatrze Ludowym we Lwowie. Obcował tam z polską klasyką, występował w Fantazym Słowackiego i Karpackich góralach Józefa Korzeniowskiego. Będąc obywatelem radzieckim czuł się Polakiem pochodzenia żydowskiego, takie określenie będzie chyba najbliższe prawdy. Swoich żydowskich korzeni nie eksponował, ale też nie ukrywał. Kiedy czasy się zmieniły, zaczął starania o wyjazd do Polski, co umożliwił mu kuzyn przez zakup mieszkania w Bytomiu (1990). Odtąd aż do śmierci był bytomianinem, ale też lwowiakiem. Systematycznie brał udział w spotkaniach Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, z tym że wolał Oddział Katowicki, co wiązało się z cotygodniowymi dojazdami. Podczas spotkań często zabierał głos, komentując krytycznie radziecką i postradziecką rzeczywistość, którą znał bardzo dobrze. Nie zerwał też kontaktów z Teatrem Ludowym ze Lwowa, jego dyrektorem Zbigniewem Chrzanowskim i aktorami, z którymi spotykał się podczas pobytów Teatru na Śląsku. Swoją pasję teatralną połączył z żydowskimi korzeniami, w 2007 roku wystawiając w katowickim klubie Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów klasyczną opowieść o Esterze i królu perskim Ahaswerusie (z okazji święta Purim). Sam wcielił się w rolę dążącego do zguby Żydów Hamana[23].

Czuł potrzebę podzielenia się swoimi wspomnieniami, dlatego spisał je za pośrednictwem Stowarzyszenia Dzieci Holokaustu i udostępniał zainteresowanym osobom. Pozostanie w mojej pamięci jako lwowiak, Polak żydowskiego pochodzenia, Ślązak z wyboru, ocalony z piekła Holokaustu. A pełną prawdę o sobie zabrał do grobu.

 

 



[1]    Seweryn (urodzony w 1931 roku) [w:] Dzieci Holokaustu mówią…, t. 4. Do druku przygotowały: Katarzyna Meloch i Halina Szostkiewicz. Wyd. Stowarzyszenie „Dzieci Holokaustu” w Polsce, Warszawa 2012, s. 269–273. Wszystkie wiadomości o życiu Seweryna Wollocha, o ile nie zaznaczono inaczej, zaczerpnięte zostały z tego źródła.

 

[2]    Michał Maksymilian Borwicz, Uniwersytet zbirów. Rzecz o Obozie Janowskim we Lwowie 1941–1944. Wyd. Wysoki Zamek, Kraków 2014.

 

[3]    Edmund Kessler, Przeżyć Holokaust we Lwowie. Wyd. Żydowski Instytut Historyczny im. Emanuela Ringelbluma, Warszawa 2014

 

[4]    Wojciech Orliński, Lem. Życie nie z tej ziemi. Wyd. Czarne, Agora. Wołowiec 2017, rozdział II: Wśród umarłych, s. 47–97

 

[5]    Leon Perlman, Di Goldene Rojze: Zarys historii polsko-żydowskiej społeczności Lwowa: 1256–1943 [w:] Michał Maksymilian Borwicz, Uniwersytet zbirów…, s. 217

 

[6]    Tamże, s. 204

 

[7]    Tamże, s. 206

 

[8]    Adam Redzik, Janowskie piekło [w:] Michał Maksymilian Borwicz, Uniwersytet zbirów… s. 220–238

 

[9]    Leon Perlman, Di Goldene Rojze…, s. 216

 

[10]  Adam Redzik, Janowskie piekło…, s. 233–234

 

[11]  Krystyna Chiger, Dziewczynka w zielonym sweterku. Wyd. PWN, Warszawa 2011

 

[12]  Adam Redzik, Janowskie piekło…, s. 225

 

[13]  Dzieci Holokaustu mówią…, t. 4, s. 270–271

 

[14]  Edmund Kessler, Przeżyć Holokaust…, s. 43

 

[15]  Tamże, s. 45

 

[16]  Funkcjonowanie bunkra oczami Kazimierza Kalwińskiego, ostatniego żyjącego świadka ukrywania rodziny Kesslerów [w:] Edmund Kessler, Przeżyć Holokaust…, s. 117–118

 

[17]  Tamże, s. 121–122

 

[18]  List Lusi Sicher… [w:] Edmund Kessler, Przeżyć Holokaust… s. 129–133

 

[19]  Renate Kessler, List do czytelników [w:] Edmund Kessler, Przeżyć Holokaust…, s. 8

 

[20]  Wojciech Orliński. Lem…, s. 73

 

[21]  Tamże, s. 87

 

[22]  Tamże, s. 99

 

[23]  Święto Purim na Śląsku, „Dziennik Zachodni” z 12 marca 2007 roku.