Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Rafał Żebrowski, PIERWSZA AKADEMIA ZBIGNIEWA HERBERTA

Wagę prymicji edukacyjnych trudno przecenić, bo jeśli na początku zacznie się tonąć w oceanie wiedzy, to smaku do niej się mieć nie będzie. A szkoła w warunkach Galicji doby autonomicznej była potęgą i źródłem dumy Galileuszy. Toteż – jak powszechnie wiadomo – Rzeczpospolita Odrodzona opierała się na fundamencie kadr z byłego zaboru austriackiego. Jednak nie powinniśmy tak bardzo cukrować sobie jego rządów habsburskich. Placówki edukacyjne, zwłaszcza te początkowe, niemal do 1870 r. miały się bardzo źle. Istniejącą tu sieć szkół parafialnych przekształcono rychło w „uczelnie” – co najwyżej – trywialne. Choć termin ów wywodzi się ze średniowiecznych uniwersytetów, to jednak nie myli nas współczesna intuicja semantyczna, odbierająca mu wszelki wdzięk. Zdominowała je bowiem niemczyzna i to początkowo od drugiej, a rychło i pierwszej klasy, zniechęcając ich potencjalnych adeptów, zaś zakres „wykładanych” przedmiotów, warunki lokalowe, metodyka i właściwie wszystko inne było tak okropne, iż tylko brakowi ludzi mogących się pochylić nad tą mizerią i oddać dramatyczny stan sprawnie dzierżonym piórem przypisać należy, iż niedole edukacyjne w pozostałych zaborach są bardziej znane.

 

Wszystko to miało zmienić dobicie się autonomii. Właśnie szkoły stały się oczkiem w głowie miejscowych statystów. Królewskie miasto Lwów, przy ogromnej skali różnego rodzaju zaniedbań, z iście monarszym gestem zajęło się sprawami oświaty powszechnej, ogólne reformy wspierając skutecznie, ale i wznosząc budynki świątyń edukacji początkowej. Nie inaczej też było w okresie Rzeczpospolitej Odrodzonej, na który przypadło dzieciństwo przyszłego Poety i jego siostry, a mojej nieodżałowanej pamięci Matki. Nie wchodząc we wszystkie spory, szkołom poświęcano wówczas wyjątkowo dużo uwagi. Dość powiedzieć, że przez całe międzywojnie budżet prześwietnego Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego oscylował w okolicach ¼ wydatków państwa, a było ono całkiem biedne. Dodać do tego wypada fakt, iż kraj wchodził w swą niepodległość potężnie zadłużony, a większość czasu gnębiły go kryzysy ekonomiczne i walutowe, jednak ekspensa obronne nie spadały poniżej 1/3 budżetu. Możemy się tylko napawać dumą z tego stanu rzeczy, a i młodzi Herbertowie też byli tego świadomi. Tym bardziej, że w setną rocznicę Konstytucji 3 Maja w Galicji powołano Towarzystwo Szkół Ludowych, jedyne w swoim rodzaju społeczne ministerium oświaty. W rodzinnym zaś mieście przyszłego Poety właśnie owego dnia pamiątki majowej ustawy i „odrodzenia w upadku” całe miasto żyło zbiórką na jego rzecz, do którego to szaleństwa żadne współczesne kolekty nie są podobne, z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy włącznie. Nie zdziwi więc Państwa, kiedy powiem, że pośród moich przodków panował zwyczaj określania preceptorów, nawet na najniższym stopniu edukacji biedzących się nad postępem intelektualnym dzieci, mianem profesorów. Dziś ta maniera wydaje się przesadna, ale właśnie w owym socjolingwistycznym zjawisku kryje się istotny ślad szacunku dla powołania nauczyciela, obecnie najczęściej bywającego zwykłym zawodem, wykonywanym bez specjalnego zapału.

 

Początek edukacji starszej dwójki latorośli Herbertów miał przypaść w szczególnym czasie. Ich rodzina się ustabilizowała, znajdując „pomieszkanie” w kamienicy położonej przy ul. Łyczakowskiej w górę od kościoła św. Antoniego, zaraz przy graniczącym ze świątynią małym targu. Siostra przyszłego Księcia Poetów poszła do szkoły w 1929 r., a więc nieco wcześniej niźli nakazywał obowiązek szkolny. Nie wiem, czy podobnie miało być z urodzonym późną jesienią Zbyszkiem. Wszakoż i mnie oddano pierwszym preceptorom w wieku lat sześciu. Nawet, jeśli się nad tym moi Dziadkowie zastanawiali, to szyki pokrzyżowało im pojawienie się kolejnego potomka. Januszek, najmłodsza latorośl, pojawił się na świecie w roku następnym. Był też największym z noworodków w tej rodzinie i mimowolnym sprawcą ciężkich niedomagań swej rodzicielki. W 1930 r. nie tylko nikt nie myślał o wysyłaniu Zbyszka do szkoły, ale razem z siostrą na wakacje pojechali do Piwnicznej wraz z familią ciotki z Kalisza. Notabene także w tym roku po raz pierwszy nawiedzali Boże Groby wielkanocne bez opieki kogokolwiek starszego. Poza tym, co nie mniej ważne, nim pierworodny syn Herbertów miał podążyć w ślady siostry, ten padół łez opuścili rodzice jego matki, Marii de domo Kaniak, Cristine (Krystyna) z Leniusów (1930) i Józef (1931), któremu zresztą Stwórca przed zgonem pozwolił zobaczyć najmłodszego wnuka.

 

Tak więc przyszły Poeta w progi szkoły powszechnej św. Antoniego wstąpił dopiero w 1931 r. Wybór placówki był naturalno-pragmatyczny. Leżała ona o przysłowiowy rzut beretem od chawiry przy ul. Łyczakowskiej. Uczelnia owa wywodziła się ze szkoły parafialnej wspomnianego kościoła św. Antoniego. Być może powstała dopiero na przełomie XVII i XVIII w., bowiem wcześniej drewniany Łyczaków i takaż jego główna świątynia często płonęły, niszczone przez lwowian, by nie dawały schronienia nie raz pojawiającym się tu najeźdźcom. Potem dzieliła wszystkie niedole edukacji lwowskiej w okresie przedautonomicznym. Choć rozwinęła się przez utworzenie osobnej placówki żeńskiej (1855), na własną siedzibę musiały dwie bratnio-siostrzane szkoły św. Antoniego czekać do 1877 r., kiedy to wzniesiono ją kosztem miasta, za sprawą jego rajców. Natomiast znacznie raźniej placówka dla niewiast stała się pełną czteroklasową szkołą ludową.

Zbigniew Herbert pozostawił nam wzruszające świadectwo swych pierwszych doświadczeń z twardych ław męskiej placówki św. Antoniego we Lwowie. W ostatnim tomie przezeń opublikowanym, którym żegnał się tyleż z Czytelnikami, co ze światem, a noszącym tytuł Epilog burzy, w końcowej jego części, w nieprzypadkowym sąsiedztwie wierszy Czas z jednej i Pępek z drugiej strony, umieścił małe dziełko autobiograficzne pt. Pan Cogito. Lekcja kaligrafii. Aby nie wyjść przed Państwem na przesadnie czułostkowego, śpieszę donieść, w jakiej sytuacji ów – niepozbawiony znacznej dozy żywego, acz i melancholijnego humoru – utwór został napisany. Poeta już od dłuższego czasu nie ruszał się z łóżka. Pośród wielu cierpień, jakich wówczas zaznawał, najważniejsza była niewydolność oddechowa, więc właściwie nie mógł funkcjonować bez tlenu dostarczanego mu przez rurkę bezpośrednio do nosa. Wszakoż nie był w stanie porzucić nałogu tytoniowego. Trudno uwierzyć, że w tej sytuacji mógł tworzyć, pisząc ręcznie, wsparty na lewym łokciu, z powodu nadwagi przypominający kurzącego papierosy wieloryba wyrzuconego na plażę łoża boleści. A jednak poruszający do głębi tom wierszy i… odleżyna na przedramieniu mówiły zgodnym chórem o sile poetyckiego powołania.

 

Rzeczony utwór jest bardzo konkretnie osadzony w doświadczeniu początków edukacji Herberta. Czytamy w nim bowiem: „… w klasie pierwszej / szkoły podstawowej / świętego Antoniego / siedemdziesiąt lat temu / we Lwowie // konkurs kaligrafii / Pan Cogito pobija rekord // najpiękniej napisał / literę b…”. Pozornie więc mamy tu do czynienia ze wspomnieniem, kreślonym co prawda lekkim piórem, jako się rzekło – w czas cierpienia, tylko te konkrety są jakby skandowane, by przetrwały w mrocznej nieskończoności, co zdaje się niepokoić. Ale nie tylko, bo przecież: dlaczego akurat „b”? Jeśli traktować ową literę jako znak graficzny, to trudno ją uznać za szczyt wyrafinowania, mniemany dowód na zręczność przyszłego zamiłowanego rysownika. I w istocie… Tymczasem całą sprawę trzeba odnieść do fundamentów naszej kultury, bowiem Lekcja kaligrafii w oczywisty sposób stanowi kamień węgielny intelektualnej konstrukcji Pana Cogito, a może i wszelkiego cywilizowanego myślenia. To założenie prowadzi nas nieuchronnie ku Biblii i tradycjom judaistycznym. Tak jak litera „b” zajmuje drugie miejsce w alfabecie łacińskim, tak odpowiadający jej „be(j)t” ma analogiczną pozycję w hebrajskim. Notabene sama nazwa owej litery oznacza po hebrajsku „dom”, a więc i zadomowienie w kulturze. Poza tym rozmaite interpretacje i opowieści midraszowe wręcz wysuwają ją na czoło. Trzeba pamiętać o roli „pisma” w kulturze żydowskiej, z czego między innymi wynika i to, że litery miały swój udział w tworzeniu świata. Akt kreacji Stwórca Wszechrzeczy zaczął właśnie od wspomnianej „be(j)t”, co wywołało skargi pierwszego w alfabecie „alefu”, czyli odpowiednika „a”, którego nazwa odnosi się do „byka”, a więc nieokiełznanych sił natury. Stało się tak, bowiem hebrajski odpowiednik naszego „b” zawiera w sobie dwa światy: doczesny i przyszły, co poniekąd odpowiada herbertowskiemu opisowi: „...wyniosłą wieżę / i renesansowy brzuszek / b...”. Aby nie mnożyć symboliczno-erudycyjnych wywodów, dodajmy tylko, że od „be(j)t” zaczyna się cała Biblia Hebrajska i nazwa jej pierwszej księgi (Be-reszit = hebr. Na początku, czyli Księga Rodzaju) oraz samo Prawo Pisane, będące fundamentem judaizmu, czyli Tora, a także słowo bracha – błogosławieństwo. To są – moim zdaniem – właśnie istotne powody, dla których w Lekcji kaligrafii wszystko kręci się wokół litery „b”.

 

Trudno więc się oprzeć wrażeniu, że nauczycielka, będąca protagonistką wszystkich preceptorów świata Pana Cogito, też musiała mieć z nią związek, czy raczej – zostać nią naznaczona. Toteż w jej nazwisku ów znak pojawia się nawet dwukrotnie, co również nawiązuje do zawsze żywionej przez Herberta skłonności, by mówiąc o sprawach zasadniczych, od czasu do czasu bodaj przymknąć filuternie powiekę i puścić do Czytelnika tzw. perskie oko. Omawiany zaś wiersz, z jego udawaną podniosłością, pełen jest przecież autoironii, której towarzyszy poczucie bezpieczeństwa. Żartobliwy ton nie opuszcza Autora nawet, kiedy mówi o zagładzie świata, z którego się wywodził: „...wichry dziejów / pochłonęły bez reszty (...) a także / przez chroniczne roztargnienie / Panią Bombową...” – aż się prosi, by sobie dośpiewać, iż pani Bombowa została zbombardowana. „Wic” ten – mówiąc z lwowska – nie jest może nazbyt stosowny, ale jakoś przystaje do konwencji, a równocześnie mógłby po raz kolejny potwierdzać założenie, iż nazwisko użyte w analizowanym wierszu raczej nie ma nic wspólnego z realną postacią, która została nim obdarzona.

Takie to proste i zabawne, ale… nieprawdziwe. Nazwisko pierwszej preceptorki Pana Cogito jest jak najbardziej realne, a do szczegółów z tym związanych dotrzeć jest stosunkowo łatwo. Od czasu napisania książki Zbigniew Herbert. Kamień na którym mnie urodzono… nawet niespecjalnie się starając, ciągle natykam się na nowe fakty z tym związane i aż boję się przysiąść do pełnego oświetlenia tej sprawy, bo będę musiał poświęcić tej nauczycielce osobny artykuł monograficzny, broszurę lub… no, nie przesadzajmy. Wszakoż nazwiska Bomba używał we Lwowie ród kolejarski, a jego przedstawicielami byli w 1913 r. panowie Karol (ul. Bilińskich 22) i Stanisław (za rogatką gródecką 5 a). Obaj byli konduktorami[1], jednak, którego z nich potomkiem był Michał Bomba, tego na razie jeszcze nie wiem. Szedł on w ślady ojca i stryja, ale za sprawą coraz skuteczniejszej galicyjskiej edukacji zajmował już stanowisko urzędnicze. Poślubił on Janinę – nazwisko panieńskie na razie nie jest mi znane. Zapewne stało się to w 1915 r. Pani Janina urodziła się bowiem w 1895 r. Zapewne po ukończeniu seminarium nauczycielskiego zaczęła pracować w wyuczonym zawodzie, co by znaczyło, że kiedy opuszczała kuźnię lwowskich edukatorek, to swą przygodę w tejże szkole zaczynała przyszła matka Poety, Maria Kaniakówna. Natomiast pani Janina po raz pierwszy stanęła przed swoją klasą 1 XI 1915 r., z tym że przepracowała na razie tylko jeden rok. Wokół szalała wojna, niedawno skończyła się rosyjska okupacja Lwowa, a owa ledwie ponad dwudziestoletnia kobieta pewnie urodziła swe pierwsze dziecko. Ten ostatni fakt jest czystym tworem wyobraźni, ale i bardzo prawdopodobnym. Natomiast prawdą jest, że pani Bombowa powróciła do zawodu cztery lata później, 7 X 1919 r., a więc po walkach o Lwów i oddaleniu – jak mogło się wówczas wydawać – wszelkiego zagrożenia dla miasta. Pokój ów został szybko zburzony, ale niewiasta owa pozostała już na swym posterunku do roku 1924 w szkole żeńskiej im. Czackiego, mieszczącej się przy ul. Kochanowskiego 71[2]. „Nie ma powodów, by powątpiewać, że potem musiała się przenieść do szkoły, której patronował św. Antoni” – tak pisałem jeszcze dekadę temu. Jednak w międzyczasie dowiedziałem się, iż w drugiej połowie lat 30. XX w. mieszkała wraz z mężem przy tejże ul. Kochanowskiego pod numerem 71[3], zapewne w mieszkaniu służbowym przy szkole im. Czackiego. Być może zatem była po prostu oddelegowana czasowo dla wzmocnienia kadry nauczycielskiej u św. Antoniego. Byłoby to jakieś zrządzenie losu. Tak czy owak uczyła młodego Herberta, mając ok. 37 lat. Nie była więc młoda, ale jeszcze przez długie lata mogła być piastunką rozwoju intelektualnego setek dzieci, także już po repatriacji za czasów PRL-u. Jednak raczej nie miała szans by dożyć wolnej Polski. Mnie pozostaje tylko podkreślić, iż Poeta kreśląc u kresu żywota epilog do swej burzliwej historii był w stanie wyłowić z pamięci panią Bombową i co ciekawe, prawdopodobnie jej imię wyleciało mu z głowy, w czym nic dziwnego nie ma, zważywszy na owe siedemdziesiąt lat i tęgie zawieruchy dziejowe. Jednak nie próbował go wymyślać, lecz użył dość karkołomnego „zawijasu” stylistycznego, by je ominąć i nie kryć się wstydliwie za kurtyną własnej niepamięci. To piękny dowód szacunku.

 

Rozstanie ze szkołą św. Antoniego miało jednak rychło nastąpić i to z winy samego Zbyszka. Mieszkanie przy ul. Łyczakowskiej stało się zbyt niewygodne, kiedy urodził się Herbertom najmłodszy, Januszek. Zgodnie więc z zasadami zdrowego rozsądku, oszczędną gospodarką rodzinnym budżetem i w trosce o dobre samopoczucie dzieci do zasiedlenia – mówiąc z lwowska – nowej chawiry doszło dopiero jesienią 1932 r. Mieściła się ona przy ul. Hetmana Tarnowskiego pod numerem 18 na pierwszym piętrze. Jednak przeciw zmianie szkoły żywiołowo zaprotestowała siostra przyszłego Poety, nie chcąc rozstawać się z koleżankami. Ostatecznie zdecydowano pozostawić oboje u św. Antoniego. W stosunku do córki decyzja ta została utrzymana w mocy do czasu ukończenia szkoły powszechnej, jednak wobec Zbigniewa okazała się błędna. Pewnego bowiem razu, zapewne na ulicy Zielonej, Maria Herbertowa wsiadła do tramwaju. Ponieważ wszystkie miejsca były zajęte, a jechać miała dość daleko, więc przeszła na tylny pomost. Stanąwszy tam, kątem oka zauważyła jakiś ruch z tyłu wozu, toteż wyjrzała przez okno i zamarła. Jej synek, Zbyś, stał na tzw. buforze, bądź inaczej „cycku”, i uczepiony jakiejś listwy, zażywał właśnie uroków darmowej podróży komunikacją miejską. Oczywiście, nieważny tu był element oszczędnościowy, ale „fason” ulicznika, czy batiara, od którego do tej pory nieprzebytym murem odgradzała go baczna opieka rodziców i krewnych. Ze ściśniętym gardłem i na miękkich nogach Matka przyszłego Poety podeszła do tramwajarza prowadzącego pojazd i poprosiła go, by delikatnie się zatrzymał, bowiem z tyłu „na przyczepkę” jedzie jakieś chłopaczysko, które w każdej chwili może zginąć pod kołami. Było Jej wstyd wyznać, że interwencję ową podejmuje w celu ocalenia własnej „pociechy”, a cudzysłów użyty w tym kontekście jest jak najbardziej na miejscu. Zdarzenie to w efekcie przyniosło przeniesienie Zbigniewa do szkoły powszechnej im. Marii Konopnickiej (a właściwie do jednej z dwóch szkół, bowiem ta również była podzielona na żeńską i męską), mieszczącej się przy ulicy Zielonej, a więc znacznie bliżej mieszkania przy ul. Tarnowskiego. Cała droga do szkoły wynosiła jakieś 800 m. Pokus było znacznie mniej, a i kontrolowanie delikwenta stawało się łatwiejsze.

 

zkoła św. Antoniego pojawia się w twórczości Herberta jeszcze raz w wierszu Moje miasto, zawartym w drugim z kolei tomie Autora Pana Cogito, zatytułowanym Hermes, pies i gwiazda. Jednak nazwa pierwszej dlań „wszechnicy” nie pada w nim wprost, choć łatwo ją zidentyfikować po szczegółach topograficznych. We śnie bohater liryczny wędruje „z domu rodziców do szkoły”, a więc to już zupełnie inna historia, poetyka, ale i znak wdzięcznej pamięci o polskiej szkole we Lwowie, fragmencie najserdeczniejszego pejzażu wspomnień.

 



[1]    Księga adresowa król[ewskiego] stoł[ecznego] miasta Lwowa. Rocznik siedemnasty 1913, wyd. F. Reichman, [Lwów] 1912, s. 42.

 

[2]    S. Lehnert, Spis nauczycieli publicznych szkół powszechnych i państwowych seminariów nauczycielskich oraz spis szkół w Okręgu Szkolnym Lwowskim obejmującym Województwa Lwowskie, Stanisławowskie i Tarnopolskie, Lwów 1924, s. 26.

 

[3]    Księga adresowa Małopolski. Lwów, Stanisławów, Tarnopol (…) Rocznik 1935/1936, [Lwów 1935], s. 44.