Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Aleksandra Solarewicz, LWOWSKA WYPRAWA „WKURZONYCH PRAWNUKÓW”

Każdy cieszył się i nie dowierzał. Każdy miał trochę obaw. Nikomu nie chciało się jechać. Ale znalazło się legendarne miejsce pochówku wspólnego pradziadka, więc każdy tak samo był zobowiązany. Dziedzice genów, nazwiska, herbu i „pióra” jednomyślnie szarpnęli się na bilet kolejowy do Lwowa. Jedziemy stanąć twarzą w twarz z Nim. I może z czymś jeszcze? Jedziemy. Nie ma odwrotu!

 

 

 „I jak, jesteś teraz zadowolony, Dziadziusiu?”
Fot. z archiwum autorki

 

Sytuacja zwyczajna. Rysiek, wnuk Stanisława Rychłowskiego (1903–1950). Ja wnuczka Ireny Rychłowskiej (1913–2005). Ich ojciec – Kazimierz Lucjan Nałęcz-Rychłowski (1878–1941), dziennikarz i krytyk teatralny, to pradziadek Rysia i mój. Długo trzeba było myśleć, żeby dojść do tego wniosku. Nasi rodzice, bliscy przecież kuzyni, spotkali się ostatnio 51 lat temu w Krakowie na pogrzebie prababci Rychłowskiej. My nie znaliśmy się wcale. Z dziesięć lat temu dowiedziałam się, że niejaki Rysiek Rychłowski krąży po tej samej galaktyce. Potem złapałam kontakt z jego tatą Jerzym (ur. 1934), który ma świetną pamięć i pióro. Rozmawialiśmy telefonicznie, gawędzili. Pytałam o rodzinę. Słuchałam opowieści wujka Jerzego z przysłowiową otwartą gębą.

W grudniu 2018, pół roku po publikacji w „CL” (nr 1/ 2018) pierwszego artykułu o Kazimierzu Lucjanie odezwało się do mnie Towarzystwo Miłośników Dziedzictwa Kultury Polskiej „Zabytek” we Lwowie. Nastąpiła intensywna wymiana informacji. Po dwóch miesiącach, błyskawicznie sfinalizowali poszukiwania. Wtedy nawiązałam kontakt z Drogim Kuzynem, który w końcu nosi nazwisko pradziadka. Zbyszek Pakosz, sekretarz „Zabytka”, uważał, że ekipa jest gotowa. „Przyjedziecie? Przyjedziemy”.

– Przyjedziemy?

– Aaa… nie wiem, a to ty nie pojedziesz?

– Bardzo bym chciał, ale obowiązki, zgoda… A ty?

– 31 października? Moja szefowa nie będzie szczęśliwa…

Akurat moja szefowa nie robi problemów.

Co za brzydki wykręt!

 

Po coś więcej niż шоколад 

Wystraszeni, częstowani od lat wiadomościami na temat upowców i obecnej wojny na Ukrainie, szturchaliśmy się łokciami. Kto powie pierwszy: „W drogę?”. Zbyszek wyznaczył termin: 2 listopada. We Wrocławiu i w Pile wielka mobilizacja. Pozwolenia, urlop, paszporty. Rysiek z żoną Magdą – strażniczką tradycji Domu – i ja. W ostatniej chwili dołączyła do nas moja siostrzenica, 15-letnia Hania. Ona jako jedyna z nas była już we Lwowie, pół roku temu z wycieczką szkolną. O czym im opowiadał sympatyczny ukraiński przewodnik, nawet nie pytałam. Wiem tylko, że nie pojechali na cmentarz Orląt, „bo ciągle padało”. Na koniec ów przewodnik, wiedziony intuicją, zaprowadził smarkaczy do… wytwórni cukierków. Trochę szkoda, żeby miasto, w którym urodziła się babcia Hani, kojarzyło się jej potem z terminem шоколад. Na szczęście Hania bardzo chciała wrócić do Lwowa i chętnie przyjęła ofertę cioci. Mglistą nocą z 31 października na 1 listopada niespiesznie sunęliśmy autostradą w kierunku Przemyśla.

 

Michał do Przemyśla, Jakub do Widnia

Ale były klimaty! Do wagonu wchodziło się jak na strzelnicę, po drodze zabrali nam bilety (i już nie oddali), a w środku dywaniki i upał. – Ale hajcują! – podsumował ktoś, kiedy już usiedliśmy (czekało nas 2,5 godziny jazdy w kuszetce). A przecież podróż tym szlakiem była bardzo ważna. 100 lat temu na linii ze Lwowa do Przemyśla pociągi prowadził drugi pradziadek, Michał Stuchly. W okolicy Przemyśla odbija linia na Wiedeń, a przecież tamtędy parowozy prowadził Jakub Krowicki, pradziadek Rysia.

I tym szlakiem jechali w 1945 wygnani ze Lwowa Rychłowscy. Wujek Jurek opowiada, że jego ojciec został mianowany przez Sowietów jako odpowiedzialny z polskiej strony za porządek w transporcie. Zaszczytna funkcja, ale też zaszczyt był rozumiany po rosyjsku. „Jak jest dobrze, darujemy wam życie, a jak nie, to kula w łeb”. Miejsce w wagonie, którym jechali Rychłowscy, niemal w całości wykupiła pani Przysiężna, właścicielka piekarni położonej gdzieś w okolicach kościoła św. Anny (Gródecka/ Janowska). Miała pozwolenie, więc wiozła ze sobą komplet maszyn piekarniczych. A za tymi maszynami skrywało się dwóch polskich uciekinierów z Gułagu. Mało, oni przemycali listy innych nieszczęśników do rodzin w Polsce. – Rosjanie „trzepali” transporty, ale to strasznie – zapamiętał Wujek – i kiedy na granicy przyszło do sprawdzania, Stanisław Rychłowski, aby odciągnąć uwagę Ruskich od tego wagonu, upozorował silny atak bólu żołądka.

– Ojciec leżał na ziemi, wił się, kopał nogami – opowiadał Wujek – Sowieci chcieli go zabrać do szpitala. Jak pociąg ruszył, Stanisław zdążył wstać i wskoczyć do ostatniego wagonu. Natomiast anonimowi „bieżeńcy” ulotnili się na pierwszej stacji przed Przemyślem.

Wujek potrafi przytoczyć więcej takich perełek. Było o czym myśleć, jadąc z Mościsk na wschód. To również tędy w 1939 maszerował ze szpitalem polowym nr 504 mjr dr Stanisław Stuchly („CL” nr 3/2018). Gdzieś pewnie śpią jego koledzy w tych sosnowych lasach…

 

Wieże kościoła ­Elżbiety

„Hop!” Ukraiński kolejarz elegancko podaje dłoń i pomaga zejść na peron. Z tej przeszklonej hali startowały niegdyś parowozy prowadzone przez Jakuba i Michała. A za bramą dworca otwiera się szeroki świat. Już kiedy wjeżdżaliśmy do Lwowa, po głowie turlał mi się fragment piosenki: „Z dala widać już, niestety, wieże kościoła Elżbiety”. Chociaż Rysiek i ja jesteśmy z dwóch różnych linii rodziny, celowaliśmy wzrokiem właśnie w daleką św. Elżbietę. Był to kościół parafialny Stuchlych, bo leżał w dzielnicy kolejarskiej (mieszkali na Gródeckiej). Jednocześnie był to kościół chrzcielny wujka „Jurcia”, gdyż jego szczęśliwe dzieciństwo przedwojenne upłynęło przy ul. Lwowskich Dzieci 28 (potem Turgieniewa, a teraz Bohaterów UPA). Tym razem minęliśmy Elżbietę galopem. Gródecka ciągnęła się w nieskończoność, a kiedy mieliśmy dość, po prawej stronie wyrósł Teatr. Tutaj przed wojną tańczyła w balecie babcia Ryśka, Emilia z Krowickich. Tu nasz wspólny pradziadek Kazimierz Lucjan oglądał przedstawienia, z których pisał recenzje. Tu właśnie za Sowietów przepadły jego rękopisy. Gdzie jest rękopis translacji Zbójców Schillera? Drugi kryminał i zadanie dla mnie!

 

Żary i znicze

Jakaż byłam pewna, że wszystko wiem. Karmelitów wzięłam za Marię Magdalenę, katedrę greckokatolicką za Dominikanów, Klaryski za kościół św. Antoniego (bo też na Łyczakowskiej, ależ mądra jestem…). W końcu pozostało czytać napisy i podziwiać milcząco. A nie docierało do mnie zupełnie, że to wszystko istnieje naprawdę. Kręciło się już w głowie.

Dziwnie było obchodzić Wszystkich Świętych w mieście przodków, które – mimo tak intensywnych, jaskrawych akcji odzierania z polskości – okazało się tym samym Lwowem co w opowieściach Dziadków. Polskojęzyczna tablica na murze Katedry stała się dla nich klamrą: „A jednak to wszystko prawda”. Świątynia jak cudowny ogród równa się tylko bazylice Mariackiej w Krakowie. Przy wejściu epitafium… Hoffmanowej? W jednym ołtarzu św. Jan z Dukli, w drugim bł. Jakub Strzemię. A czy będą śpiewać Gwiazdo śliczna miasta Lwowa?

Mój kuzyn jeszcze dobrze nie wszedł do katedry, a już przydzielono mu jakiś pakunek.

– Co to jest?

– Znicze. Prosili, żebym zabrał na Janowski.

– A skąd one?

– Zaraz… Stowarzyszenie… Żary…

W ten sposób zostałam obdarowana zniczami przez drów Zbigniewa i Krzysztofa Kopocińskich ze 105 Kresowego Szpitala Wojskowego w Żarach, z którymi przeprowadziłam niedawno wywiad dla naszej „Cracovii” (nr 1/2019). Zbiórkę przeprowadzili jako Klub Tarnopolan TMLiKPW w Żarach i Kresowe Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze im. Orląt Lwowskich.

Dr Zbigniew Kopociński nie był tym wcale zdziwiony. Pewna niezwykła lwowianka – napisał w odpowiedzi – gdy opowiadaliśmy kiedyś o naszej kresowej działalności i różnych przedziwnych zbiegach okoliczności, mówiąc, że coś wydarzyło się zupełnym przypadkiem, stwierdziła: „Przypadki są tylko w gramatyce”. I tego się  trzymamy. I to jest to, Panie Doktorze!

 

Na janowskich piaskach

Za Niemca na cmentarz Janowski się nie chodziło. W pobliżu Niemcy mordowali Żydów i palili ich ciała, i było niebezpiecznie. Dziadek sam raz o mało nie został zastrzelony przy grobie rodziców przez jakiegoś żołnierza, który go tam zaczepił. Dziadek zwraca się po polsku. Ten nie rozumie. Dziadek po niemiecku, żołnierz znowu nic. To po rosyjsku? Też nic. – Był to – opowiadał po latach – prawdopodobnie Łotysz polujący na Żydów, który ciemnookiego, smagłego mężczyznę wziął za zbiega skrywającego się na cmentarzu. A kiedy nastali drudzy Sowieci, wolno było już na Janowski chodzić. Tylko że kiedy w 1945 rodzina Rychłowskich opuszczała Lwów, po grobie Kazimierza Lucjana nie było już śladu.

Teraz do kwatery w polu 28a rzeczywiście trafić łatwo. W morzu pomników ze skutymi polskimi nazwiskami, grobowców zaadaptowanych przez nowych lokatorów (ciekawy sposób traktowania zabytku UNESCO…), wyróżnia się jasna kolumna z piaskowca, przewiązana biało-czerwoną wstążką. W medalionie pradziadzio, jakim zapamiętała go córka. „Ojciec był szalenie przystojny!” – podkreślała zawsze. Ze zdjęcia spogląda młody, elegancki i zadowolony z życia.

 

Szukali jednego, znaleźli całą rodzinę

To, co się zaczęło od zagadkowego zdania w wierszu Na cmentarzu Janowskim we Lwowie, doprowadziło nas do konkretnego kawałka ziemi, gdzie teraz stoi piękny pomnik. I te wszystkie osoby, ks. abp Mieczysław Mokrzycki w otoczeniu duchownych, Eliza Dzwonkiewicz, konsul generalna RP (konsulat sfinansował częściowo nagrobek), dziennikarze, oni wszyscy przyszli do naszego pradziadka. Spośród gości zapamiętałam najlepiej twarze starszych osób, których obecność da się podsumować w dwóch słowach: „Zawsze wierni”. O, i jeszcze „Salve Regina”, która w wersji łacińskiej wreszcie ma ręce i nogi. A prezes „Zabytka” Leon Tychowski ze łzami w oczach opowiadał, że razem ze Stanisławem Maldzińskim, który pierwszy wpadł na trop Rychłowskiego, szukali tej kwatery trzy lata. – Gdyby nie prof. Ryszard Tomczyk ze Szczecina, autor monografii cmentarza Janowskiego (i przezacny człowiek – przyp. AS), toby z tego nic nie wyszło. W oczach p. Tychowskiego pojawiły się łzy. – Myśmy nawet nie wiedzieli, że wy istniejecie – dodał łamiącym się głosem. W imieniu Rychłowskich przemawiał Rysiu, który wręczył panu Tychowskiemu (i osobno Zbyszkowi Pakoszowi jako sekretarzowi „Zabytka”) podziękowania od rodziny. To ozdobny dyplom za szkłem z herbem Nałęcz u szczytu, specjalnie zaprojektowany przez Joasię, żonę innego z prawnuków.

Kiedy szacowni goście odchodzą w dal, zbieram szarą jak popiół ziemię do plastykowej torebki. Rozsypię ją na grobach rodzinnych w zachodniej Polsce. Rysiu z miną, która na zdjęciu da się określić jako przebiegła, demontuje wstęgę z drzewa stojącego na początku alejki. Będzie relikwia vel łup do podziału.

 

Przez pola na Wzgórza

Na tym cmentarzu zostawiliśmy o wiele więcej. Gdzieś przepadły groby pradziadków Rysia, Wiktorii i Jakuba Krowickich. Blisko głównej alei, w polu 13 Zbyszek Pakosz pokazuje zwalony z postumentu (ale już odrestaurowany przez „Zabytek”) krzyż Michaliny Kolasy, prababcinej siostry. Kamień ciężki, więc grób musiał być tuż obok. Ciocia leżała z siostrą Ludwiką, więc może to te dwa bliźniacze obmurowania? W polu 14 leżał mąż Ludwiki – Michał Jarosz (nagrobek dobrze zachowany). W polu 14 leżała też najważniejsza czwórka: Michał i Julia (zm. 1930), ich córka Stefania i synek Ludwik. To ten grób, przy którym Łotysz chciał zastrzelić Dziadka. Stał nad tym grobem „solidny, dębowy krzyż”, który Dziadek postawił przed wyjazdem ze Lwowa w 1944 r. Ale dziś tego krzyża na pewno już nie ma…

Za cmentarzem Janowskim znajduje się obecna cerkiew św. Andrzeja, którą obwołałam św. Anną (bo w niej była msza żałobna po Pradziadku). Do faktycznej św. Anny nie wstąpiliśmy. Kawiarnia „Szkocka”, w której siadywał Kazimierz Lucjan wraz z artystyczną bracią, też przepadła w gęstwinie cudów Lwowa. Po lewej, jak scena z powieści, wyskoczyło Ossolineum, po prawej smutna sypiąca się Maria Magdalena (kościół ślubny dziadka i babci). Idąc na Wzgórza Wuleckie, gdzie na osiedlu ubezpieczalni społecznej mieszkali zarówno dziadkowie, jak i pradziadkowie, minęłam rodzinny dom Dziadka przy Sapiehy (Bandery) 54. Ani go zauważyłam. Znalazłam natomiast mieszkanie Dziadków na Wzgórzach Wuleckich. To dzisiejsza ulica Ostrogradskich. Przed wojną ich adres brzmiał: ul. Małachowskiego 2, blok I, brama VII m. 9. Dzisiaj lokalizuję go według relacji Dziadka z egzekucji niemieckiej na polskich profesorach w lipcu 1941 r. Dziadek obserwował ją przez okno, z bardzo bliska. Wiem też, że mieszkanie na III piętrze było narożne, a z okien widać było mieszkania w bloku naprzeciwko. Z boku po wojnie zrobiono dobudówkę. Okno, z którego patrzył Dziadek lipcowym świtem, przysłania teraz młode drzewo…

 

Na melodię mandoliny

Kazimierz Lucjan był podobno autorem pierwszych audycji Polskiego Radia Lwów, ale największy sukces na falach rozgłośni odniósł jego wnuk. 11 listopada 1938 r. – uroczysta audycja na żywo. Na widowni komplet, w pierwszym rzędzie klan Rychłowskich i lwowscy notable. Blisko 4-letni, ubrany w strój ułana jazłowieckiego „Jurciu” Rychłowski recytuje do mikrofonu następujący wierszyk:

– Szedł raczek przez krzaczek, miał czerwony kubraczek. Dam kubraczek Zosi, gdy mnie Zosia poprosi.

Zosia, w stroju ludowym, nagle zapomniała swojej kwestii. Zaczyna szarpać Jurka, krzycząc:

– Daj, no daj!

– A gówno, nie dam! Poproś! – ryknął w eter wnuk redaktora-seniora.

Sala ryczy ze śmiechu, Kazimierz Lucjan wstaje:

– Co za wstyd. Wychodzimy!

Afera. W końcu wujek Jurka, batiar Dziuniek (Tadzio) Krowicki wstawił się za siostrzeńcem:

– Panie rydaktorze, ta jaki sztemp na cały Lwów? We Lwowi tysiąc pięćset odbiorników, połowa wyłączona, bo Lwów bawi się na festynach. Dobrze Jurciu zrobił, szac chłopaka, nie pozwolił się szarpać tej małej wywłoce. – Ta „mała wywłoka” była córką jakiegoś tuzy.

Po trzech tygodniach dziadek, ten – jak go zapamiętał Jurciu – „samotny, surowy filozof”, wybaczył wnukowi.

– Jesteś szac chłopaka – przyznał z ledwie skrywanym uśmiechem.

Adam Pałka (ur. 1926), najstarszy wnuk Kazimierza Lucjana, a syn jego córki Janiny, podkreśla, że Radio było ważną instytucją.

– Sygnałem Polskiego Radia Lwów był charakterystyczny dźwięk mandoliny – mówi. – I potem szła audycja. Na to się w Rohatynie czekało, na wiadomości ze Lwowa.

Tut howoryt Lviv – usłyszał nagle Adam pewnego wrześniowego dnia. I to był koniec. Stary budynek przy dawnej ul. Batorego 6, z lwami na froncie, mieści teraz obcą stację. Polskie Radio Lwów nadaje z sąsiedniego budynku, korzystając z częstotliwości radia „Niezawisimost”. Redaktor naczelna PR Lwów, Teresa Pakosz, żona Zbyszka, serdecznie przyjmuje czteroosobową delegację w studiu. Pyta o rodzinę, o twórczość Kazimierza Lucjana. Proste, a zarazem trudne. „Kudy mnie tam” – przychodzi mi na myśl lwowskie powiedzenie – „Kudy mnie do pradziadka”. Ale jego nazwisko znowu, równo po 80 latach rozbrzmiało na falach lwowskiej rozgłośni. O tym też kiedyś nawet nie mogliśmy pomarzyć.

 

 

W PR Lwów. Od lewej red. Teresa Pakosz, autorka, Hania Madejek (praprawnuczka), Magda i Rysiek Nałęcz-Rychłowscy. Fot. z archiwum autorki

 

Nasza gwiazda filmowa

Żeby zrozumieć Lwów, trzeba go przetłumaczyć. Widzieć ulicę Lwowskich Dzieci, Sapiehy, Małachowskiego i nanieść ten obraz na współczesną mapę. Rysiu został wyposażony przez tatę „Jurcia” w ksero mapy przedwojennej i bardziej współczesną, ale i tak zdezaktualizowaną. Kombinowaliśmy mocno, próbując zgrać dwa kierunki poszukiwań. Bo mnie ciągnęło na Wzgórza Wuleckie, a Rychłowscy mieli interesa w centrum miasta. Jak mocny jest obraz, wymalowany w pamięci dzięki rozmowom z Dziadkami, dla których to miasto pozostało wierne. Tablice o treści przejmującej grozą (Bandera, Siczynski, niejaki Oleg Palij…) przestały być ważne. Odnosiłam wrażenie, że to jest makabryczna, a czasem absurdalna (jak tytułowanie Daniela Halickiego królem) dekoracja. Nie widziałam ich. Zresztą wszędzie spotykaliśmy się z wielką życzliwością Ukraińców. Mogłam spokojnie iść szlakiem swoich przodków.

W Polsce okazało się, że małe święto na cmentarzu Janowskim oglądała cała Polska.

– Kiedy przyszedłem do pracy 5 listopada we wtorek – opowiada Rysiu – kolega rozdarł się na cały regulator: „Witamy naszą gwiazdę filmową”!

Okazało się, że migawki z cmentarza Janowskiego puściła TVP, a fragmenty rozmów Polskie Radio (korzystali z „Kuriera Galicyjskiego”). Jak to zrobili, inna sprawa. Budowany od podstaw nagrobek okazał się odnowionym, moja babcia została moją matką, a z 10 żyjących wnuków Kazimierza Lucjana pozostało troje. Rysiu napisał odezwę, ja przypieczętowałam swoim groźnym podpisem. Coś poprawili.

– Co znaczy presja wkurzonych prawnuków! – podsumował z satysfakcją mój kuzyn.

„Wkurzone Prawnuki” – dobra nazwa dla formacji krewnych, którzy uwierzyli w Niemożliwe. I stało się to we Lwowie.