Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Janusz M. Paluch, TAJEMNICZA SYMPATIA

dr Jadwiga MakowskaW Krakowie 12 marca 2020 r. zmarła dr Jadwiga Makowska. Przyjaciele i znajomi pamiętają jej pogodny charakter i życzliwość. Urodziła się we Lwowie 12 lutego 1926 roku. Przed II wojną światową była uczennicą Prywatnego Gimnazjum Żeńskiego im. Adama Mickiewicza Olgi Filippi-Żychowiczowej. Matka przeniosła ją do Prywatnego Gimnazjum Żeńskiego Sióstr Urszulanek, bo – jak twierdziła – Jadwiga „wpadła w złe towarzystwo”. A była to przyjaźń z piękną dziewczyną żydowskiego pochodzenia, która – jak wspominała pani Jadwiga – rozbudziła wszystkich w szkole chłopaków. Ale opiekuńczość mamy spaliła na panewce, bo Irenka następnego dnia poszła do dyrektorki i też przepisała się do Urszulanek. I w klasztornej szkole była jedna, jedyna Żydówka. Ale ona musiała być ze mną[1] – wspominała pani Jadwiga. W czasie okupacji niemieckiej uczęszczała na tajne komplety, oficjalnie ukończyła wyższy kurs dla przedmiotów zawodowych, potem uczyła się w szkole handlowej. W końcu została uczennicą jednej z lepszych szkół zawodowych we Lwowie – dwuletniej Wyższej Szkoły Chemicznej. Uczyli tam znani lwowscy profesorowie, którzy poziom nauki tak wyśrubowali, że w Krakowie, już na Akademii Medycznej, pani Jadwiga została zwolniona z egzaminu z chemii fizjologicznej – jednego z najtrudniejszych egzaminów na studiach medycznych. Pracowała też w instytucie prof. Rudolfa Weigla, by uchronić się przed wywozem na przymusowe prace do Niemiec. Jadwiga spotykała tam Stefana Banacha juniora – syna znanego matematyka prof. Stefana Banacha – studenta medycyny, później lekarza neurologa. Stefcio – tak o nim mówiła, o swej niespełnionej miłości – wspomina Ewa Łukasik, córka pani Jadwigi. W instytucie Weigla, jako „karmiciel wszy”, pracował również Zbigniew Herbert.

Jadwiga była jedynaczką. Oczkiem w głowie opiekuńczych rodziców. Jej ojcem był znany lwowski filolog klasyczny, pochodzący z Brzeżan, prof. Marian Golias, nauczyciel w prestiżowym III Państwowym Liceum i Gimnazjum im. Króla Stefana Batorego we Lwowie. Był autorem podręczników do greki i łaciny, które były używane jeszcze po wojnie. Jakże ciepło wspomina go Zdzisław Żygulski jun., uczeń tej szkoły w latach trzydziestych XX w.: Rzeczywistym naszym łacinnikiem i grecystą, a zarazem opiekunem klasy, był profesor Marian Golias, lektor Uniwersytetu Jana Kazimierza, kierownik Ogniska Metodycznego nauki języka łacińskiego, znakomity dydaktyk. To głównie dzięki niemu opanowaliśmy język łaciński, a nawet, głównie z mego pomysłu, założyliśmy kółko filomatów, aby zbierać się popołudniami i czytać poezję łacińską, będącą poza programem, między innymi poezje miłosne Katulusa, a także „Metamorfozy” i „Sztukę kochania” Owidiusza[2]. Jego ojciec, prof. Zdzisław Żygulski senior, był w 1945 roku twórcą i pierwszym kierownikiem Katedry Filologii Germańskiej na Uniwersytecie Łódzkim.

Mama, Hermina, z domu Kattinger, pochodziła z rodziny o austriackich korzeniach. Doskonale władała językiem niemieckim, świetnie pisała na maszynie. Pracowała w jednym z lwowskich banków[3]. Całe życie była prawą ręką profesora, kimś w rodzaju osobistej sekretarki, prowadząc jednocześnie dom.

– Dziadzio siadał wygodnie w fotelu i dyktował babci artykuły, recenzje, a ona stukała szybko i bezbłędnie na maszynie… – wspomina pani Łukasik. – Potem nanosiła poprawki, wysyłała listy… Kiedy Marian Golias zmarł, studenci długo jeszcze do niej przychodzili, opiekowali się wdową po zmarłym profesorze, czasami korzystali z jej umiejętności biegłego pisania na maszynie. A ich następcy, którzy jeszcze w XXI wieku uczą się z podręczników Goliasa, na portalu społecznościowym, na FaceBooku, założyli w 2010 roku stronę o nazwie Marian Golias Wiecznie Żywy, dodając w opisie humorystyczny zapis: Nazywam się Marjan Golias i stworzyłem najlepszy na rynku podręcznik dla czwartej i piątej klasy gimnazjów klasycznych dawnego i nowego typu! W wolnym czasie zajmuję się geografią, geologią oraz zasadzaniem się na niegrzecznych uczniów![4] A nawet odwiedzają panią Jadwigę w Krakowie! Na stronie FB pani Ewy Łukasik Martinus Loch zamieścił wspomnienie z tamtego spotkania:

Poznałem p. Jadwigę bodajże w 2012 roku, gdy szukałem wiadomości na temat jej ojca, lwowskiego (a później łódzkiego) filologa klasycznego, Mariana Goliasa. Wybraliśmy się do niej z kolegą Kacprem Kardasem i nagraliśmy wywiad. […] Zapamiętam p. Jadwigę jako radosną kobietę, która mimo wieku tryskała humorem i energią. Gdy p. Ewa napominała ją, by dla własnego bezpieczeństwa używała laski, którą od niej dostała, odpowiadała: „Córciu! Ja? Z laską? Ty wiesz, jak to postarza?!” Po kilku latach nagraliśmy kolejny wywiad, a po nim poszliśmy do pobliskiego baru na obiad. Dostałem sporą porcję, na obiad dla mnie było zdecydowanie za wcześnie (zwłaszcza 2-daniowy). Siłą rzeczy zostawiłem trochę ziemniaków i surówki z marchwi. P. Jadwiga widząc to, z pełną stanowczością, wskazując palcem na surówkę, nakazała: „Może babci tutaj nie ma, ale ja to powiem w zastępstwie: ale surówkę to proszę ZJEŚĆ! Jest zima, a to są witaminy! I dobrze działają na wzrok!” Cóż było mówić… wepchnąłem jakoś tę marchewkę, mimo że zupełnie nie miałem na nią ochoty.

Żona profesora, Hermina Golias, zmarła w 1982 roku, spoczywa obok swojego męża na łódzkim cmentarzu. W Dniu Wszystkich Świętych delegacja z Uniwersytetu Łódzkiego zawsze odwiedza grób Mariana Goliasa i jego żony Herminy.

Po II wojnie światowej Goliasowie ekspatriowani zostali do Krakowa. Jak wspominała pani Jadwiga, Lwów opuszczali na podstawie umowy między uniwersytetami lwowskim i krakowskim specjalnym pociągiem. Dzięki temu mogli spakować meble i całe wyposażenie mieszkania, obrazy, kilimy, książki. Pani Jadwiga opowiadała córce, że całą drogę siedziała na skrzynce z jabłkami, które podjadała, aż do bólu brzucha. Tym samym pociągiem opuszczał Lwów Stefcio Banach, który powierzył na czas podróży Marianowi Goliasowi słynną Księgę Szkocką z zapisami lwowskich matematyków. Udało się ją bez problemów przemycić przez granicę i już w Przemyślu Marian Golias oddał ją synowi prof. Stefana Banacha[5].

W Krakowie przywiezione rzeczy złożyli w magazynach Biblioteki Jagiellońskiej. Jadwiga ze swą przyjaciółką Janiną od razu rozpoczęły studia medyczne i zamieszkały w akademiku. Goliasowie mieszkali w hotelu, oczekując na propozycje pracy. Pierwsza nadeszła z Wrocławia. Prof. Golias miał stwierdzić, że opuścili rubieże wschodnie i nie chce mieszkać na rubieżach zachodnich. Znalazł w końcu zatrudnienie w Wyższej Szkole Pedagogicznej, a później – jako docent – na Uniwersytecie Łódzkim w Zakładzie Filologii Klasycznej, którym kierował w latach 1953–1963. Prowadził zajęcia dydaktyczne, pisał podręczniki do nauki języka greckiego i łacińskiego, z których studenci korzystają ponoć do dzisiaj. Był też prodziekanem Wydziału Filologicznego. W końcu tłumaczył i wydawał teksty antycznych pisarzy, m.in. Bajki Ezopa.

Jadwiga w 1951 roku ukończyła studia medyczne w Krakowie. Została lekarzem okulistą, dochodząc w swej karierze zawodowej do drugiej specjalizacji. Pracowała w Klinice Okulistycznej Akademii Medycznej w Krakowie, Instytucie Pediatrii AM – w szpitalu w Prokocimiu. Była też wieloletnim konsultantem w Sanatorium Diabetologicznym w Rabce-Zdroju – nie wspominając o innych praktykach medycznych, których było przez dziesiątki lat pracy przynajmniej kilkanaście. Przez jej gabinety lekarskie przewinęło się pewnie kilkadziesiąt tysięcy pacjentów, którzy zapewne przez długie jeszcze lata będą miały Panią Doktor we wdzięcznej pamięci.

 

 

Jadwiga z mamą i ukochanym psem Dżokiem, który w czasie wojny rzucał się na każdą osobę ubraną w mundur, co bywało dość niebezpieczne

 

We Lwowie Państwo Goliasowie mieszkali przy ul. Obozowej 4 na drugim piętrze, po prawej… W czasie okupacji niemieckiej w ich mieszkaniu odbywały się zajęcia tajnego nauczania, organizowane przez Mariana Goliasa. Oprócz córki Jadwigi, na tajnych kompletach pojawiali się m.in.: Jacek Jędrzejowski, Jacek Derdacki (syn architekta Władysława Derdackiego), Jędrek Laskownicki (syn urologa, prof. Stanisława Laskownickiego), Jerzy Schaetzel[6]. Ulica Obozowa była krótką i wąską uliczką. Kamienice posiadały balkony umieszczone od strony ulicy. Właścicielem kamienicy, w której mieszkali Goliasowie, był pan Rozwadowski – mieszkał na I piętrze. Na parterze swą siedzibę miało biuro Towarzystwa Ubezpieczeniowego „The Mutual”. Pani Jadwiga Makowska zapamiętała sąsiadów, a wśród nich panią Krauzową mieszkającą z dwoma córkami na parterze, architekta Tadeusza Wróbla, Anielę Kocko, Franciszka Otto i Julię Otto – nauczycielkę, Cecylię Rozwadowską, Stefana Witwickiego – adwokata, Helenę Beger, Jadwigę Beger, Marię Beger, Tadeusza Drzymuchowskiego – urzędnika Kasy Chorych (mieszkał na II piętrze – po lewej), Majera Kaswinerhaxa. Na podwórku w niewielkim domku mieszkała dozorczyni – Ukrainka (nazwisko nieznane). Jej zięć (nazwisko nieznane) należał do OUN i w lipcu 1944 roku unieruchomił Elektrownię Miejską[7]. Goliasowie zatrudniali pomoc domową – panią Anielę Łobodzińską, Ukrainkę. Pani Jadwiga wspomina, że była bardzo bezpośrednia, choć w czasie okupacji mogło ich to wiele kosztować. Kiedy Lwów po 1939 roku był opanowany przez Rosjan, mieszkał u nich rosyjski oficer. Śmiała się z niego, gdy zauważyła, że myje ręce w muszli klozetowej: Loniu, Loniu, ty nosisz rękawiczki, a ty nawet klozetu nie widział! Kiedy przyszli Niemcy, dostali na kwaterę oficera SS. Gdy odwiedziła go żona z małym synkiem, Aniela nauczyła go po polsku: Hitler świnia! Chłopiec oczywiście pochwalił się swymi zdolnościami lingwistycznymi w towarzystwie innych Niemców… Podejrzenie padło na Anielę. Na szczęście skończyło się bez śledztwa, a niemiecki oficer uwierzył, że chłopiec usłyszał to na ulicy…[8]

 

 

Jadwiga Makowska z mamą Herminą Golias z domu Kattinger 

 

Do centrum miasta było bardzo blisko. Jadwiga do pierwszej spowiedzi i komunii świętej przystępowała w kościele oo. Bernardynów. To była jej ulubiona świątynia. Tam podczas okupacji uczęszczała na tajną katechezę. Przy tej samej ulicy pod numerem piątym, naprzeciwko ich kamienicy, mieszkał z rodzicami Zbigniew Herbert – uczeń VIII Gimnazjum i Liceum im. Kazimierza Wielkiego. W swej książce Labirynt nad morzem opowiada o jakże romantycznym wydarzeniu:

W moim zainteresowaniu łaciną i w miernych – wyznam – w tej dziedzinie postępach tkwił element, by tak rzec, osobisty. W kamienicy naprzeciw mieszkała młoda istota, której pełne kształty, kasztanowe włosy i dołeczki w policzkach przyprawiały o zawrót głowy i mąciły zmysły. Była córką profesora łaciny (nie z naszego wprawdzie gimnazjum), ale znaliśmy go, gdyż był autorem opracowań tekstów, nad którymi głowiliśmy się; ogłaszał także artykuły w miesięczniku „Filomata”, a pismo to prenumerowaliśmy (obowiązkowo) za pośrednictwem Grzesia. Siadywałem na balkonie z gramatyką łacińską Auerbacha i Dąbrowskiego i udawałem, że lektura tego wyjątkowo nudnego dziełka wprawia mnie w ekstazę.

Był to właściwie akt rozpaczy. Jeśli przedmiot moich gorących uczuć zjawiał się na balkonie, nie było to przeznaczone dla mnie. Czasem dotykała mnie roztargnionym spojrzeniem, tak jak się patrzy na obłoki przesuwające się po niebie. Czekała na mego starszego kolegę z liceum, rosłego młodzieńca z falującą czupryną blond, niewątpliwie przystojnego (był chorążym naszego szkolnego sztandaru i na uroczystościach przepasany szarfą, w białych rękawiczkach prezentował się istotnie znakomicie) – ale, wiedziałem to dobrze, nie mógł dać jej szczęścia. Codziennie niemal o piątej po południu ona i mój śmiertelny wróg wychodzili z domu i znikali za rogiem w małej uliczce ocienionej kasztanami, gdzie (mówiła mi o tym moja rozgorączkowana wyobraźnia) działy się rzeczy straszne: ujmował ją pod ramię (wbrew najsurowszym zakazom regulaminu szkół średnich) i być może wyciskał na jej jedwabnej rękawiczce płomienny pocałunek. Burza sprzecznych uczuć w mojej udręczonej duszy:

 

Odi et amo. Quare id faciam, fortasse requiris.

Nescio, sed fieri sentio et excrucior[9].

 

Na co liczyłem, manipulując na balkonie gramatyką łacińską Auerbacha i Dąbrowskiego tak, aby okładka była z daleka widoczna? Liczyłem na to, że pewnego dnia dostrzeże mnie ojciec – klasyczny filolog i zawoła: „Obserwuję cię, młodzieńcze, od dawna. Twoja skromność i pracowitość, twoje umiłowanie mowy Rzymian są rękojmią, że jesteś odpowiednim kandydatem na męża mojej córki. Oddaję ci przeto jej rękę”. A dalej sprawy potoczyłyby się jak w bajce[10].

 

 

 Jadwiga z ojcem prof. Marianem Goliasem podczas wakacji

O tym epizodzie wspomina też w biografii Zbigniewa Herberta Andrzej Franaszek[11]. Nie wymienia jednak nazwiska Jadwigi Makowskiej ani prof. Mariana Goliasa. Nie wymienia ich też Joanna Siedlecka – autorka biografii zatytułowanej Pan od poezji, ani Rafał Żebrowski w biograficznej książce o swym wuju Zbigniew Herbert. Kamień, na którym mnie urodzono, choć starał się sprawę wyjaśnić[12]. Zbierając materiały do książek nie trafili do dr Makowskiej, bo ona przez całe lata milczała, nie chwaliła się znajomością z Herbertem. I tylko przypadek sprawił, że przyznała się do sympatyzowania z pewnym młodzieńcem, który nie wzbudził jednak w jej sercu entuzjazmu.

– Kilka lat temu ktoś, poprzez Internet, zapytał mnie, czy jestem wnuczką prof. Mariana Goliasa? – wspomina pani Ewa Łukasik. – Czy to możliwe, by fragment w książce Zbigniewa Herberta Labirynt nad morzem dotyczył mojej mamy?… Byłam zaskoczona. Mama nigdy nie opowiadała, że znała Zbigniewa Herberta. Zapytałam ją, czy pamięta poetę, który się w niej podkochiwał… Spojrzała na mnie figlarnie i z tym swoim uśmiechem.

– Ach! Tylu się we mnie kochało! Gdzież mogłabym ich spamiętać!?

– A poetę pamiętasz? – naciskałam.

– Tak, był jakiś… Ale ja tylko na Stefcia patrzyłam… – oczywiście miała na myśli Stefana Banacha jun.

 

 

 Fotografia – pamiątka I Komunii Świętej

 

W czasie okupacji niemieckiej Jadwiga należała do nieformalnej grupy towarzyskiej – Klubu Kwitnącej Wiśni. Tworzyły ją dwie pary. Panowie konspirowali w AK, więc spotykali się niby towarzysko przy muzyce z patefonu[13]. Zabezpieczali się także przed sąsiadami, wszak młodość ma swoje prawa nawet w czasie wojny. Miała jeszcze w pamięci dramatyczną historię Ireny – Żydówki, koleżanki ze szkoły. Jej rodzice znaleźli się w getcie w Warszawie. Irena wyjechała do nich, by im pomagać. Pewnego dnia wróciła do Lwowa, do ciotki – krawcowej szyjącej ubrania Niemcom, z prośbą o pożyczenie pieniędzy. Poznały ją koleżanki ze szkoły, i jak twierdzi pani Jadwiga, jedna z nich zadenuncjowała ją Niemcom[14]. Która z nich to zrobiła – nigdy się nie wydało. Przyjaźń KKW przetrwała lata. Z Jasią Kuczyńską Jadwiga studiowała medycynę i mieszkała w akademiku. Po studiach ich drogi się rozeszły. Jadwiga została w Krakowie, a Jasia wyjechała na Śląsk. Przyjaźń przetrwała do końca…

Dr Jadwiga Makowska pochowana została na Cmentarzu Podgórskim w Krakowie. W uroczystościach pogrzebowych odbywających się w czasie pandemii nie mogło uczestniczyć zbyt wiele osób.



[1]    https://www.youtube.com/watch?v=lDuFly-xik8

 

[2]    Zdzisław Żygulski jun., wspomnienia o III Państwowym Gimnazjum i Liceum im. Króla Stefana Batorego we Lwowie, zamieszczone w wydawanym przez Krakowski Oddział Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich periodyku „Ul. Na Bajkach”, nr 70 (170).

 

[3]    Przemysław Włodek, Lwów. Góra Kalecza i Cytadela, t. IX, z. 1, Kraków 2014, s. 111.

 

[4]    https://www.facebook.com/groups/
413646130612/

 

[5]    Przemysław Włodek, Lwów. Góra Kalecza i Cytadela, t. IX, z.1, Kraków 2014, s. 111.

 

[6]    Przemysław Włodek, Lwów. Góra Kalecza i Cytadela, t. IX, z. 1, Kraków 2014, s. 111.

 

[7]    Ibidem.

 

[8]    https://www.youtube.com/watch?v=L5DBFEwmWBA

 

[9]   Kocham i nienawidzę. Zapytasz być może: jakże to się dzieje? Nie wiem, lecz czuję, że tak jest, i nad tym boleję (epigramat rzymskiego poety Katullusa).

 

[10]  Zbigniew Herbert, Labirynt nad morzem, s. 197

 

[11]  Andrzej Franaszek, Herbert. Biografia I. Niepokój, s. 99.

 

[12]  Rafał Żebrowski, Zbigniew Herbert. Kamień, na którym mnie urodzono, s. 323.

 

[13]  O KKW wspomina Leszek Sawicki na łamach „Rocznika lwowskiego 2006“ wydanego przez Instytut Lwowski w Warszawie, s. 167 i 175.

 

[14]  https://www.youtube.com/watch?v=lDuFly-xik8