Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Sławomir Gowin, CZEKISTKA Z CZEKISTĄ

Perekowka duszy

Późnym wieczorem 25 maja 1940 roku przed modernistyczną willą z niewielkim ogrodem przy Zadwórzańskiej 49 we Lwowie wysiadło z samochodu dwóch mężczyzn. Szybko przeskoczyli stopnie prowadzące do wejścia. Po długim dzwonku przez oszklone drzwi błysnęło światło. – Wanda Lwowna doma? – zapytano po rosyjsku mężczyznę, który otworzył drzwi. – Nie ma jej – zdążył odpowiedzieć i osunął się na podłogę trafiony kilkoma strzałami z nagana. Jeden z napastników przestąpił ciało, podszedł to telefonu w korytarzu, wybrał numer i krótko zameldował wykonanie zadania. Po chwili auto odjechało. Wszystko trwało zaledwie kilka minut. Gdy warkot silnika umilkł, ktoś zbiegł z piętra. Z pokojów na parterze wychodzili inni przerażeni mieszkańcy domu, którzy usłyszeli strzały. Wezwano pomoc, nieprzytomnego mężczyznę zabrano do szpitala, gdzie kilka godzin później zmarł.

 

 

 Wanda Wasilewska z Kornijczukiem, Lwów 1940

 

Zastrzelony nazywał się Marian Bogatko. Wanda Lwowna, o którą pytali zabójcy, to jego żona, Wanda Wasilewska, bez reszty oddana Stalinowi pisarka i komunistka, która od kilku miesięcy w szeregach partii i NKWD pracowała nad włączeniem dawnej Polski wschodniej do „radzieckiej ojczyzny”. Wbrew temu, co powiedział Bogatko, w ­chwili zabójstwa była w domu, na piętrze, które zajmowali z jej dwunastoletnią córką z pierwszego małżeństwa. Na parterze mieszkała z rodziną jej siostra. Wasilewska, postać we Lwowie głośna i znakomicie znana sowieckim organom, należała do partyjnej elity i nie sposób przypuszczać, by do podobnego zajścia w domu prominentnej komunistki, protegowanej Stalina, doszło przypadkowo.

Sowiecka propaganda, zazwyczaj ochoczo wykorzystująca tego rodzaju akty, tym razem milczała, co oznaczało, że śmierć Bogatki była swoistym „komunikatem wewnętrznym”. Tę wersję trzydzieści lat później potwierdził Aleksander Wat. Oceniał, nie bez ironii, że był to w dziejach kryminologii sowieckiej fakt chyba bez precedensu, mianowicie sprawców nie znaleziono. Zawsze było tak, że zbrodni się nie znajduje, ale sprawcy są zawsze znani – mówił w rozmowie z Czesławem Miłoszem – a tu po raz pierwszy nie znaleziono sprawców, nikogo, w gazetach tłumaczono, że zabili go nacjonaliści ukraińscy. Rzeczywiście, pojawiły się takie wyjaśnienia, ale nadzwyczaj zdawkowe, nie podano żadnych szczegółów i poza pierwszym, zwięzłym komunikatem więcej do tematu nie wracano.

Jakie zatem było tło tej zagadkowej zbrodni? Wydaje się, że właśnie Aleksander Wat ujął rzecz makabrycznie, acz celnie. To jest prawdziwa, świetna szkoła stalinowska, żeby nie miała złudzeń. Point de rêveries. Od razu. Jednorazowy szok. Zen. Po łbie i cała zrestrukturalizowana świadomość. Następuje pieriekowka duszy – wyjaśniał Miłoszowi.

W latach 50. również sam Chruszczow, w 1940 I sekretarz WKP(b) Ukrainy, przyznał, że Bogatkę zastrzeliło NKWD. Mówił jednak o „pomyłce”, nie myśląc wyjaśniać, co z czym lub kogo z kim pomylono. Twierdził, że wyrok dotyczył kogoś mieszkającego „piętro wyżej”. Problem jednak w tym, że Wasilewska i Bogatko zajmowali ostatnie piętro niewielkiej willi.

Kilkanaście godzin po śmierci Bogatki Chruszczow wysłał do Wasilewskiej Ołeksandra Kornijczuka, pisarza, nade wszystko zaś enkawudystę, i Mykołę Bażana, utalentowanego poetę ukraińskiego, zarazem dyspozycyjnego politruka. Przybyli z lakonicznym przekazem wierchuszki: Nasi się pomylili i zachętą, żeby okazała w tej sprawie wyrozumiałość.

Wasilewska wyrozumiałość okazała. Miesiąc później wyszła za mąż za Kornijczuka, jak napisał Włodzimierz Sokorski – ukraińskiego nacjonalistę, który Polaków nie cierpiał. W ten sposób makabryczna zbrodnia w okrutnych czasach przyniosła romans – nie mniej ponury niż okoliczności, w których się zrodził.

 

 

Do wielkiej ojczyzny

Komendanturę sowieckich wojsk, które 22 września 1939 wkroczyły do Lwowa, umieszczono w hotelu George. Tam też urzędował Ołeksandr Kornijczuk, sekretarz prezydium Związku Pisarzy ­Ukrainy ­Sowieckiej, ale przede wszystkim „inteligencki bezpieczniak”, jeden z tych, którzy mieli urządzić Związek Radziecki na wschodnich terenach przedwojennego państwa polskiego najechanych przez Armię Czerwoną.

Był to modelowy „radziecki Ukrainiec”, cyniczny, bezwzględny ideolog i oddany bolszewik. Uprawiał pisarstwo – dramaturgię, czasem prozę – fabrykowane ściśle według stalinowskich wzorców realizmu socjalistycznego. Jako wysoki kadrowy funkcjonariusz NKWD pojawił się we Lwowie w pierwszych dniach sowieckiej okupacji. Jego głównym zadaniem było jak najszybsze zbudowanie na podbitych terenach stalinowskiego systemu, który można określić jako kulturalno--propagandowy. Miał zorganizować nowe, dyspozycyjne elity, agitując wśród miejscowych środowisk. Tych, których nie udało się zwerbować, czekał terror i wywózki. Kornijczuk miał wszelkie umocowania z Kremla i nieograniczoną władzę, po którą sięgał bez zahamowań. Apartament numer 31, który zajął w George’u stał się więc laboratorium nowych kadr, a także erotycznym atelier gospodarza.

Wat, przedwojenny polski komunista, znalazł się w gronie budzącym szczególne zainteresowanie Kornijczuka i on właśnie odnotował parę spostrzeżeń oddających atmosferę słynnego pokoju 31: Długo czekaliśmy, potem dwie dzieweczki z bardzo wypukłymi pupkami, takie ładniusie, wyszły, a potem po jakiejś chwili on zaprosił nas do siebie. W jedwabnej pidżamie, oczywiście lwowskiej, wyperfumowany, z urodą kelnera, urodą taką bardzo lokajską – opowiadał Wat. Według tej relacji Kornijczuk miał rozłożone na stole dwie listy Polaków, których NKWD zamierzała wciągnąć do współpracy, komunistów i niekomunistów. Tę drugą otwierała podobno Wasilewska.

Wasilewska, z bolszewickiego punktu widzenia rzeczywiście nieuważana jeszcze za komunistkę, przyjechała do Lwowa w połowie października 1939 roku z pomocą NKWD. Zjawiła się w George’u u Kornijczuka z zapewnieniem, że nie jest bieżeńcem ani emigrantką, ale przyszła do swojej proletariackiej ojczyzny. Władze sowieckie otoczyły ją od razu dymem kadzideł – pisał Adam Ciołkosz, wybitny polski socjalista, znający ją od czasu działalności w akademickim ruchu socjalistycznym w Krakowie – Od razu rzuciła się w wir akcji przedwyborczej do Narodnego Zboru, który miał uchwalić prośbę o przyłączenie Ukrainy Zachodniej do Związku Sowieckiego.

We Lwowie wstąpiła do sowieckiej partii komunistycznej, została deputowaną Rady Najwyższej ZSRR i nieprzejednaną agitatorką stalinowskiej państwowości, w której miała znaleźć się przyszła Polska. Jako obywatelka ZSRR zwykła mawiać o sobie bywsza Polka i opowiadać, że w 1939 szła do kraju socjalizmu, do wielkiej ojczyzny wszystkich pracujących. Tymczasem, jak sarkastycznie zaznaczył Ciołkosz, granica sowiecka sama przyszła do niej.

W tych granicach czuła się znakomicie. Była od razu persona gratissima – twierdził Ciołkosz. – Wypłacano jej honoraria za wydane w Moskwie przekłady, traktowano z największymi honorami: była u komdiwa Iwanowa, wojskowego komendanta miasta Lwowa, niemal jak u siebie w domu. Wkrótce gestapo, na prośbę sowieckich władz, dostarczyło do Lwowa jej córkę. Matka Wasilewskiej nie skorzystała z tej uprzejmości i została w Warszawie, choć we Lwowie rodzina byłaby w komplecie, bo od dawna mieszkała tu z mężem i dziećmi siostra Wandy, Zofia, a także najstarsza z rodzeństwa, Halszka, nawiasem mówiąc patriotka, działaczka podziemia, oficer AK.

Choć sowieckie państwo ceniło i doceniało Wandę Wasilewską, to współpraca, a później związek z Kornijczukiem sprawiły, iż ta osobliwa para zdominowała mechanizmy propagandowego terroru, któremu poddawano życie społeczne „wyzwolonej Ukrainy”. Działalność i twórczość obojga była emanacją stalinowskiej taktyki narodowościowej i służyła za narzędzie utrwalania dalekosiężnych celów okupacji. Jednym z najbardziej frapujących przykładów jest libretto jakie napisali wspólnie do opery Bohdan Chmielnicki Konstantyna Dankiewicza. Opowiadali w nim o odwiecznej walce ukraińskich chłopów z Polakami, w której lud miał potężny oręż: przyjaźń narodu rosyjskiego i ukraińskiego. Chór głosił proroctwa w rodzaju: Nie radujcie się, Polacy, że zakuliście nas w kajdany. Niebawem i wy zginiecie. Zbliża się godzina zemsty. W zakończeniu zaś Chmielnicki prosi: Wielka Rosjo! Nasz wielki bracie! Przyjmij wyrazy najgłębszego szacunku, podziękowania i wieczną miłość! Odtąd z tobą u boku będziemy niepokonani!

Choć trudno sobie wyobrazić utwór bardziej serwilistyczny, Adam Ciołkosz zanotował, że to jedno jedyne dzieło Wasilewskiej spotkało się z surową krytyką sowiecką. Główny błąd autorów polegać miał na tym, że za słabo rozwinęli temat walki narodu ukraińskiego z polską szlachtą i tym dopuścili się „niczym nieuzasadnionego odstępstwa od prawdy historycznej”. Autorzy ogłosili więc samokrytykę, nomen omen, w „Prawdzie”.

 

 

„Spełniłabym wszystko”

Kiedy Chruszczow posłał Kornijczuka do Wasilewskiej, znali się już doskonale. To on podejmował ją we Lwowie w imieniu Stalina, nie można więc wykluczyć, że już wcześniej, mówiąc nieco salonowo, mieli się ku sobie. Ciołkosz, rówieśnik Wasilewskiej, znający ją od lat młodzieńczych, dostrzegał w tym pewną „powtarzalność typu”. Słyszałem Kornijczuka tylko raz we Lwowie – pisał. – Zrobił na mnie, podobnie jak na innych słuchaczach, wrażenie prymitywu. Może to właśnie pociągało do niego Wasilewską. Było coś nienormalnego w jej dobieraniu sobie mężczyzn. Musiała mieć mężczyzn niedorastających do niej intelektualnie. Sama zwierzała się, że potrafi kochać tylko mężczyzn niżej od niej stojących. Była do nich przywiązana i o nich zazdrosna, miała w tym zakresie „instynkt posiadacza”. Kochała ich na swój sposób. Byli nieodzowni, ale nie byli najważniejsi w jej życiu.

Włodzimierz Sokorski, który obserwował ją także w dojrzałych latach, powiadał, że miała w sobie jakiś urok, choć nic kobiecego w niej nie było. Coś jednak musiała mieć, bo lubiła mężczyzn i byli tacy, co lubili ją. Miała nawet, można powiedzieć, burzliwe życie erotyczne. Wat również podkreślał, że była łasa na mężczyzn, a Kornijczuk, jego zdaniem, szalenie się podobał Wasilewskiej, bo był męski, ale też lokajski, pachnący.

Jej biografia, co oczywiste w przypadku radzieckich notabli, została starannie wypreparowana z osobistych wątków na użytek życiorysów powielanych w oficjalnych publikacjach i poza kąśliwymi najczęściej uwagami otoczenia niewiele można dociec. Sama Wasilewska, kreując się na twardą proletariacką działaczkę, unikała wszystkiego, co mogłoby ten wizerunek zakłócić. Bohaterów swoich powieści także pozbawiała życia uczuciowego, czyniąc z nich najczęściej permanentnych działaczy i rewolucjonistów. Być może nie była to jednak wyłącznie literacka taktyka i poza, którą przybierała na użytek oficjalny, ale swoista gra z własną naturą, niepasującą do silnej kobiety, za jaką chciała uchodzić przed sobą i otoczeniem.

Intrygujące są bowiem jej własne zapiski, z których wyłania się osobowość zaskakująco burzliwa, ulegająca gwałtownym namiętnościom. Pojawia się tam pierwsza, młodzieńcza miłość. Ukochany miał na imię Janek i to właściwie wszystko, co o nim wiadomo. Na podstawie tych notatek znacznie więcej można się dowiedzieć o kochającej Wasilewskiej. Pisała więc – ona, pozująca na mocną „robociarę” – że wyobraża sobie, jak leży u jego stóp i zlizuje kurz z jego butów, tudzież jak on bije w nią ostrogami do krwi. Bo ja wierzę w Ciebie jak w Boga i jesteś mi istotą najwyższą, panem, władcą. Gdybyś ty kazał, spełniłabym wszystko. Nawet najgorsze upokorzenia, krzywdy bym zniosła z uśmiechem, gdybyś Ty tak chciał – zwracała się do ukochanego w intymnych apostrofach. Janek ostatecznie dał jej kosza w roku 1923, kiedy miała 16 lat. Podsumowała ten afekt zastanawiającą refleksją, że być kochanką mężczyzny to szlachetniejsza pozycja niż być żoną.

Pierwszego męża, Romana Szymańskiego, spotkała w środowisku PPS. Ów syn robotnika kolejowego z Tuchowa, student matematyki, był człowiekiem przemiłym – pisał Ciołkosz – o niewyczerpanych zasobach pogody i wesołości i o nieprzebranej znajomości różnych pieśni – ludowych, robotniczych, żołnierskich. W 1925 roku wzięli ślub, a w 1928 roku urodziła im się córka Ewa, zdaniem Ciołkosza śliczna dziewczynka podobna do ojca. Jednak trzy lata później Szymański zmarł na tyfus i właściwie zniknął z życia Wasilewskiej, nigdy o nim nie mówiła, nie pisała, nie wspominała w biografiach.

Marian Bogatko pojawił się w jej życiu na spływie kajakowym, kiedy to miał ją – wedle niej samej – uratować przed utonięciem. Wysoki, silny murarz, proletariacki w każdym calu, charyzmatyczny działacz związkowy i partyjny, zwrócił jej uwagę na tyle, że przez kilka lat żyli w wolnym związku, a Bogatko był jej asystentem, ochroniarzem, uczniem i przewodnikiem po świecie robotniczym. „Fantastyczny atleta, piękny rzeczywiście chłopak, do tańca i do różańca. Bardzo inteligentny, bystry, z poczuciem humoru, szalenie wesoły, silny chłop” – mówił o nim Wat. W 1936 roku wzięli jednak ślub w obrządku kalwińskim, jak twierdziła Wasilewska, przede wszystkim dlatego, żeby otrzymać małżeńską wizę na wjazd do Związku Sowieckiego.

 

 

Dialektyka i los

Uważała Związek Radziecki, znacznie gorliwiej niż większość polskiej lewicy, za „mekkę postępu”. Długo starała się wyjechać do ZSRR, jednak nie zgadzały się polskie władze. Urzekał ją sowiecki system i ludzie, zwłaszcza Stalin, do którego odnosiła się z mistycznym podziwem. Prędko spotkała się ze swoistą wzajemnością jako aktywna i głośna działaczka socjalistyczna. Od 1935 roku Moskwa zaczęła utrwalać wpływy w polskich środowiskach lewicowych specjalną uwagę zwracając na działaczy kulturalnych, pisarzy, artystów. Wasilewską dostrzeżono i doceniono zwłaszcza w 1936 roku, przy okazji zorganizowanego we Lwowie Kongresu Kultury.

Jej powieść „Oblicze dnia” ukazała się w ZSRR już w 1935 roku. Od tej chwili publikowano niemal wszystko co pisała, kolejne wydania szeroko omawiając w prasie. Oczywiście zwracano uwagę na „odchylenia socjaldemokratyczne”, ale wróżono, że „się wyrobi jako bolszewiczka”.

Jesienią 1939, najwyraźniej już „wyrobiona” stała się literacką bohaterką sezonu. Radziecka kinematografia zamierzała ekranizować jej „Ziemię w ogniu”, a „Literaturna Gazieta” ogłosiła, że to dzieło powinien przeczytać każdy. „Propagandzista i agitator”, periodyk ustalający polityczne kanony, zalecał twórczość Wasilewskiej jako znakomity materiał do pracy partyjnej. Fragmenty czytano na masówkach, a słuchacze, wedle entuzjastycznych relacji, płakali poruszeni losem polskich chłopów. Krótko po przyjeździe do Lwowa została wybrana do Rady Najwyższej i pod koniec marca 1940 pojechała na obrady do Moskwy. Wtedy pierwszy raz spotkała się ze Stalinem. Spotkanie trwało długo i miało zrobić na Wasilewskiej piorunujące wrażenie. Stalin podobno powiedział, że jest podobna do ojca i rozprawiał o dialektyce losu, który sprawił, że ojciec walczył przeciw ZSRR, a ona jest z nim, Stalinem, w walce o światowy postęp. Ojciec, Leon Wasilewski, bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego był pierwszym ministrem spraw zagranicznych odrodzonej Polski, członkiem rządu w czasie wojny polsko-sowieckiej w 1920 roku.

Przez lata powiadano, że Wasilewska była kochanką Stalina. To bodaj najczęściej powtarzana plotka na jej temat. Rzecz oczywiście niesprawdzalna i bynajmniej nie najważniejsza. Ona sama mówiła, że był czas, kiedy miała do niego niemal nieograniczony dostęp, dał jej bowiem numer telefonu, nie ten, pod którym słuchawkę podnosił jego sekretarz Poskrebyszew, ale bezpośredni. Po wojnie kartkę z tym numerem spaliła. Według Edmunda Osmańczyka na polecenie bezpieki zniszczyła też swoją korespondencję ze Stalinem.

Włodzimierz Sokorski zaprzeczał jakoby sypiała z dyktatorem, a miał to, jak utrzymywał w wywiadzie rzece „Wyznania zdrajcy” z 1991 roku, wiedzieć od samego zainteresowanego, z którym odbył taką oto pogwarkę. „Stalin mnie pytał «–Włodek, ty Wandu jebał?». Odpowiedziałem zgodnie z prawdą: «Niet, ona dla mnie sliszkom balszaja». Na to Stalin: «Ja toże niet, nu ja mog siebie na eto pozwolić. No Berman jebał, Woroszyłow jebał, Mołotow jebał…»”. Trudno powiedzieć, na ile koszarowe powiastki Sokorskiego można traktować, by tak rzec, źródłowo, mając na względzie jego upodobanie do fantazji, zwłaszcza zaś erotycznych. Trzeba jednak odnotować, że choć Wasilewska i owszem, „sliszkom balszaja”, we wspomnieniach współczesnych bywa bohaterką wielu seksualnych „przypuszczeń” wyrażanych wprost lub w formie tzw. „grubych aluzji”.

Rewelacje Sokorskiego, choć niesmaczne, jeśli idzie o intymne życie Wasilewskiej, utrzymują się w pewnym standardzie. Któż zresztą piętnowałby język Sokorskiego, skoro Maria Dąbrowska, z rzadka przecież stosująca wulgaryzmy, na myśl o Wasilewskiej powiadała, że trudno o czystszą formę zdrajcy i renegata. To w ogóle typ kryminalnej awanturnicy – pisała – i nie zdziwiłoby mnie to, gdybym się dowiedziała, że brała jakiś udział w zamordowaniu swego męża. Wasilewska jest lokajską liżydupą Stalina – kwitowała autorka Nocy i dni.

 

 

Uczciwy pepeesowiec

Nic nie potwierdza podejrzeń Dąbrowskiej, jakoby Wasilewska w jakimś sensie „zleciła” zabójstwo męża. Marian Bogatko od dawna skupiał na sobie uwagę NKWD na własny rachunek. Robotnik, przedwojenny, twardy komunista o wyrobionych, „klasowych” poglądach był, jak na warunki sowieckie, zbyt bezpośredni i gadatliwy. Zachowywał się we Lwowie tak samo jak przedtem w Krakowie i Warszawie – pisał Ciołkosz. – Chodził, gdzie chciał, i mówił, co myślał. Nie żył w stanie euforii jak jego żona; miał oczy otwarte, interesował się położeniem robotników i widział, że jeśli chodzi o ochronę pracy, ubezpieczenia społeczne i uprawnienia związków zawodowych – sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu w porównaniu z sytuację w „pańskiej Polsce”, toteż kręcił nosem na nową rzeczywistość. Zapłacił za to życiem.

Według Wata miarka się przebrała po wizycie w Kijowie, który Wasilewska zwiedzała razem z mężem. Wat opowiadał Miłoszowi, co się działo po ich powrocie. Po południu jakiś wielki wiec na placu, Wanda będzie składała sprawozdanie z Kijowa. Poszedłem z Broniewskim i z Bogatką. Wiec, deklamacja, sczastliwoje zitje. Szczęście, uśmiechy, dzieci. Bogatko potem mówi do mnie i do Broniewskiego: „Chodźmy do knajpy”. Wyobraź sobie, w knajpach pełno oficerstwa sowieckiego i ten Bogatko nie mówi, ale basem opowiada zaraz po tym wiecu inne rzeczy. To zdanie pamiętam, na przykład: „Pamiętajcie, gdy przyjedziecie do Kijowa, gdy tylko pierwszy krok z wagonu, to cap – jedną ręką przycisnąć walizki, a drugą przytrzymać czapkę, bo wam zedrą z głowy”.

Włodzimierz Sokorski, znający ich oboje od czasów przedwojennych, zwrócił uwagę na wpływ, jaki Bogatko miał na żonę, co na pewno nie było tajemnicą dla NKWD. Póki on żył, to wywierał jeszcze pewien wpływ na nią. Jak każdy uczciwy PPS-owiec, nie był miłośnikiem Związku Radzieckiego, nie uznawał konieczności dokonywania wielkiej, światowej rewolucji, i swoimi poglądami temperował Wandę.

Tymczasem rozwinięty stalinizm polskich trybunów robotniczych nie potrzebował. Także „utemperowana” Wanda Wasilewska nie miałaby dla systemu tej wartości, jaką przedstawiała w swoim obłędnym uwielbieniu dla „ojczyzny światowego postępu”.

 

 

Maczeta, nie kobieta

„Partyjny romans” nawiązany we Lwowie przerodził się w małżeństwo, na swój sposób barwne jak na radzieckie reguły. Kornijczuk i Wasilewska byli w ówczesnym Związku Radzieckim parą, można powiedzieć, głośną i budzącą emocje. Publiczny status jaki osiągnęli był nadzwyczajny – ona, trzykrotna laureatka nagrody stalinowskiej 1943, 1946, 1952, Kornijczuk był pięciokrotnym laureatem nagród stalinowskich i „orderonoścem” wszelkich najwyższych odznaczeń radzieckich. Do dziś, gdy mowa o ich małżeństwie, wspomina się powiedzenie: Kornijczuk i Wanda, nie rodzina lecz banda. Mówiono o nich także „drużba narodow”, przed Wasilewską zaś, jako „mężem Kornijczuka”, ostrzegano tych, do których wybierała się z wizytą. Ich związek był z jednej strony intrygujący z powodu niezliczonych plotek o charakterze intymnym, z drugiej zaś nieustannie podejrzewany o interesowność. Zwłaszcza iż w najwyższych kręgach władzy powiadano, że Kornijczuk ożenił się „z polecenia Stalina”, nie słabły więc wątpliwości, czy „była to miłość czy polityczny alians”.

Jeśli był to „interes”, to dla obojga opłacalny w najbardziej pospolitym znaczeniu, za czym przemawia pewne osobliwe świadectwo. W 1947 roku na radziecką Ukrainę przyjechał John Steinbeck. Wizyta u „najsłynniejszej pisarskiej pary ZSRR” w Plutach pod Kijowem należała do głównych atrakcji podróży i, zdaniem Amerykanina, miała całkowicie prywatny charakter. Działo się to na kolorowej wyspie, dryfującej niejako na powierzchni Ukrainy wyniszczonej wojną i terrorem. Mieli sympatyczny dom z pięknym ogrodem pełnym warzyw i kwiatów – pisał we wspomnieniach. – Obiad był przepyszny, bardzo obfity. Warzywny kawior z bakłażana, ryba z Dniepru w sosie pomidorowym, jajka faszerowane o dziwnym smaku, a do tego starka, żółta i bardzo dobra. Następnie podano czysty, esencjonalny bulion i małe smażone kurczęta, przypominające nasze pieczone kurczaki z Południa, tyle że obtoczone w panierce. Potem ciasto, kawa i ­likier. Na końcu Kornijczuk przyniósł cygara Upmana w aluminiowych tubach.

Kornijczuk, nim związał się z Wasilewską, słynął z upodobania do kobiet o dosyć klasycznej urodzie. Tymczasem powierzchowność jego polskiej wybranki była, najdelikatniej mówiąc, niebanalna. Według Wata: twarda, sucha, grubo kostna, o szerokiej, płaskiej twarzy – bynajmniej nie była wcieleniem seksapealu. Mówiła zachrypniętym basem, paliła ogromne ilości mocnych papierosów, ubierała się w ciemne, po męsku skrojone garnitury i wysokie buty, rozmiar jej obuwia – 43 – był zaś przedmiotem niezliczonych złośliwości. Wat uważał, że Kornijczuk był „w jej typie”, powątpiewał zaś w szczerość erotycznej fascynacji z jego strony.

To fizyczne „nieporozumienie” pośrednio mógłby potwierdzać fakt, że Kornijczuk tuż po śmierci Wandy ożenił się z aktorką Mariną Zacharenko, kobietą fizycznie biegunowo różniącą się od Wasilewskiej. Jego związek z Mariną trwał zresztą wiele lat. Sokorski twierdził, że w końcu znienawidziła Kornijczuka; kazała się oddzielnie pochować. On przecież miał przy niej jeszcze jedną żonę i dwoje dzieci.

I tym razem wersja Sokorskiego budzi pewne wątpliwości, bo o pochówku nie mogła zawczasu wiele powiedzieć – Kornijczuk przeżył ją o 8 lat, Wasilewska zmarła zaś dosyć nieoczekiwanie, tuż przed sześćdziesiątką. Jeszcze rok przed śmiercią nie brakowało jej tężyzny. Wtedy, na Kubie, Fidel Castro miał o niej powiedzieć, tuż po tym jak razem zbierali trzcinę cukrową: Maczeta, nie kobieta. Sokorski, udzielając wywiadu w 1992 roku, stwierdził wręcz, że popełniła samobójstwo z powodu nieszczęśliwego małżeństwa. Mielibyśmy więc do czynienia z najgłośniejszym melodramatem spreparowanym, świadomie lub przypadkowo, przez NKWD.

Tymczasem, jak to bywa w postradzieckiej historii, dzisiaj w Rosji Kornijczuka tytułuje się klasykiem, a o Wasilewskiej opowiada jako dzielnej kobiecie, która pieszo przyszła do Lwowa, żeby przyjąć radzieckie obywatelstwo i z wielkim trudem sprowadziła rodzinę z Warszawy. Męża zaś zastrzelili polityczni oponenci – love story i dolce vita według scenariusza napisanego na Łubiance.