Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Grzegorz Hetnar, Stanisław M. Jankowski, ZIONĄCE OGNIEM PASZCZE ARMATNIE

Fragment książki Powrót żołnierzy Zadwórza. Polskie Termopile

 

Po sforsowaniu Bugu bolszewickie natarcie rozlało się na lasy i łąki, połknęło Derewlany, Streptów i Żelechów. Słaba obsada linii frontu pomogła 1 Armii Konnej wjechać do Rakobutów, zaatakować polskie placówki w Parchaczu i lewe skrzydło 12 pp we wsi Kupcze. Broniąca tej wsi kompania 12 pp cofnęła się, a po otrzymaniu rozkazów Detache­ment rotmistrza Abrahama – razem z 54 pp i 12 pp – z Zadwórza miał przemieszczać się w kierunku północno-zachodnim i rozwinąć się na linii Milatyn–Kozłów.

Tragiczną dla polskiego Detachementu bitwę pod Zadwórzem barwnie opisał lwowski historyk Józef Białynia-Chołodecki:

Wycofały się tymczasem inne oddziały polskie pod naporem 2000 szabel i baterji artylerii bolszewików w kierunku Zadwórza, a przeważające siły nieprzyjacielskie wyparte po zwycięskiej walce przez piechotę Zajączkowskiego z Kozłowa, naciskały całą parą wzdłuż linji i odrzuciły oddziały 54 pułku piechoty na Połonicę, Bogdanówkę. Nieświadoma krytycznej sytuacji piechota kapitana Zajączkowskiego wraz z karabinami maszynowymi 17 sierpnia wpadła w kłąb skoncentrowanych potężnych sił bolszewickich i zionących ogniem paszcz armatnich. Ociekająca krwią, tłumiona bezlitośnie przez łaknącą mordu i łupieży czerń dzikiego motłochu, broniła się młoda latorośl dziatwy Lwowa do ostatniego strzału, do ostatniego tchu w piersiach[1].

W linii tyralierskiej ruszyliśmy na Zadwórze – opowie Komisji Weryfikacyjnej 16-letni Adam Nowakowski, przygotowujący się do pracy jako maszynista lwowskiej PKP. – Bolszewicy ukryci przy drodze ostrzeliwali nas gęsto kartaczami, ogniem karabinów maszynowych i ręcznych.

Starszy o dwa lata jego kolega z warsztatów PKP we Lwowie – Michał Lachowicz napisze w ankiecie:

Powstała bitwa, aeroplany nasze strzelały z karabinów maszynowych i rzucały bomby[2]. Kozaków była niezliczona ilość. Spadali z koni od naszych kul jak słoma, ale na ich miejsce nadjeżdżało coraz więcej i gdy dotarli do nas, zaczęli nas rąbać szablami…

Wszyscy mieliśmy niezłomne postanowienie walczyć do ostatniego naboju i za wszelką cenę przebić się na Lwów. Nikt z nas nie myślał o poddaniu się do niewoli, choćby przez to, że wiedzieliśmy, jak postępują „budzieńcy” ze swoimi jeńcami… – pamięta Michał Leszczak, w 1918 roku pracownik poczty, w czasie walk z Ukraińcami ochotnik w kompanii szturmowej, a od lipca „abramczyk”.

Od 19 lipca „abramczykiem” był Marian Kurica, po ukończeniu prawa na uniwersytecie im. Jana Kazimierza referendarz w zarządzie Miejskim we Lwowie.

Powoli zdajemy sobie sprawę z tego – wspominał – że o ile nie nadejdzie pomoc, będziemy musieli zginąć. Mrowie nieprzyjaciół wciąż rośnie, przewyższają nas kilkakrotnie, przy czem amunicja nasza jest na wyczerpaniu.

Amunicji zabrakło też kapralowi Stanisławowi Olechowi, za obronę Lwowa na II Odcinku w 1918 roku odznaczonemu Krzyżem Walecznych nr 17317. Opowiedział Komisji weryfikującej o jego panicznej ucieczce przed kozakami pod grozą ścięcia, o ukryciu się w zbożu, gdzie udawał trafionego i o masakrze wręcz, której wynik był dla Polaków przesądzony.

 

Forteca w budce kolejowej

Potwierdzenie tej oceny znaleźć można w relacji 15-letniego Tadeusza Łohińskiego, harcerza i peowiaka, jednego z czterech najmłodszych ochotników w batalionie, który ostrzeliwał się spod budki kolejowej z plutonowym nieznanego nazwiska, ale na niego najechali z tyłu kozacy i zarąbali go na moich oczach.

Jednym z obrońców kolejowej budki – przez niego nazywanej twierdzą albo fortem – był 17-letni Stefan Łuczyński, gimnazjalista z Drohobycza, od 7 czerwca pod rozkazami porucznika Demetera w batalionie Zajączkowskiego. Wspomina:

Cofamy się, strzelając resztką naboi, dochodzimy do budki kolejowej. Tu wre bój zaciekły. Por. Liszka strzela własnoręcznie z karabinu maszynowego, przy nim ostatnia skrzynka amunicji. Budka zamieniła się w jakiś fort. Z okien z dachu wystają lufy karabinów, grzmiąc nieustająco. Stojąc za węgłem, wyciągam ostatnią paczkę i strzelam. Bolszewicy spieszeni odpowiadają nam nie tylko z ręcznych karabinów, ale i z maszynowych. Rannych, zabitych coraz więcej. Ostatni nasz karabin maszynowy zamilkł. Stojący przy mnie por. Liszka strzela z browninga. Ostatni nabój zostawił sobie, zastrzelił się, by nie dostać się w ręce bolszewików. Moją uwagę zwróciło gromkie „urra”, to bolszewicy wdarli się między naszych po drugiej stronie budki, gdzie leży kapitan Zajączkowski ze straszliwie strzaskaną szczęką. Rozpoczyna się nie rzeź, ale dosłownie masakra. Całym gradem do wnętrza budki zaczęły lecieć granaty, rozrywając naszych chłopców na sztuki. Uderzony kolbą w plecy przewróciłem się, udając zabitego.

 

Zabitych przybywało nie tylko w budce kolejowej. Na zdecydowanych wyrwać się z okrążenia żołnierzy batalionu Zajączkowskiego polowano na terenach leśnych, na polach, w domach i obiektach gospodarczych miejscowości Zadwórze. Polegli dwaj łącznicy z wysłanego na zwiad 12-osobowego patrolu plutonowego Stanisława Kuca. Pierwszego kula armatnia roztrzaskała na kawałki. Sam patrol, podstępem rozbity i zagarnięty do niewoli przez oddział bolszewickiej kawalerii odziany w polskie mundury, krzyczał po polsku: Nie strzelajcie, my bałachowicze[3].

Przydzielony do baonu piechoty ze szwadronu jazdy por. Jakubowskiego kilkunasto­osobowy patrol konny, wysłany na zwiad do stacji kolejowej, został także wybity. Poległ jego dowódca pchor. Tadeusz Rejchan-Zbroja, ułani Hajduk, bracia Pawlaczkowie i inni. Ocaleli ułani Borsuk i Żepielski.

 

Kobiety wyprosiły nam życie

Byłem na lewym skrzydle ostatni – wspominał Antoni Turkiewicz, w czasie pierwszej wojny światowej walczący w szeregach armii austriackiej. – Widziałem, jak kawaleria jedzie na nas i strzelałem do niej zawzięcie, tak że nie wiedziałem, że nasze wojska cofnęły się do sztreki[4] kolejowej. Opamiętałem się, że nie ma koło mnie nikogo, a kawaleria bolszewicka już blisko. Zerwałem się do ucieczki za naszem wojskiem, już nie dałem rady, byłem otoczony z każdej strony, a naboi już nie mam. Doleciałem do jednego domu, ukryłem się tam sam jeden, bo nikogo tam nie było. Za chwilę przyszło do mnie 10 kozaków i nie wiedzieli, że ja żołnierz, bo mundur wyrzuciłem i spałem całą noc. Rano przyszedł do mnie pan porucznik Zaliński[5] ranny w nogę i razem my poszli na strych za ubraniem. Potem nas kozacy znaleźli i ­chcieli zabić, tylko kobiety zadwórzańskie nas wyprosiły. Ja poszedłem do jednej chałupy, tam dostałem stare spodnie od Ludwiki Karpin i poszedłem do polskiej wioski Berbeki, tu mnie ukrywała właścicielka dworu pani Helena Proszkowska. W niedzielę wieczór przyszła do nas patrol nasza, w poniedziałek poszedłem przez Kamionkę do Lwowa […].

 

 

Chcieliście Królestwo Polskie, a macie niebieskie

Tadeusz Pikor, starszy szeregowy w I kompanii piechoty porucznika K. Obertyńskiego jako 16-latek porzucił szkołę i wstąpił w listo­padzie 1918 roku w szeregi Obrońców Lwowa. Walczył z Ukraińcami do zakończenia wojny. Następnie zamienił karabin na tornister szkolny i ukończył II Szkołę Realną we Lwowie. Na początku lipca 1920 r. zgłosił się do Detachement rotmistrza Abrahama. Karabinem potrafił już władać. Wspomina swój udział w walkach oddziału:

Za walkę pod Chodaczkowem sierżant Filipow i ja otrzymaliśmy pochwałę i zostałem podany do nominacji na starszego szeregowca.

17 sierpnia powstał w oddziale ruch, oficerowie i podoficerowie wzięli odprawę, podczas której – jak się dowiedziałem z ust śp. por. K. Obertyńskiego – powiadomiono ich, że jesteśmy odcięci, nie mamy żadnego kontaktu z innemi oddziałami i jesteśmy otoczeni przez bolszewików. Po złożeniu plecaków na fury i pobraniu amunicji (125 albo 150 naboi) ruszyliśmy w stronę Kutkorza. Po wejściu na tory oddział posuwał się gęsiego po obu stronach toru w stronę Zadwórza. Po przejściu mostu żelaznego przed Zadwórzem usłyszeliśmy trzy strzały. Oddział wstrzymał marsz. Śp. por. Obertyński po naradzie z kpt. śp. Zajączkowskim wysyła na wywiad patrol na prawe ubezpieczenie plutonowego Kuca wraz z 10 ludźmi. Daje rozkaz rozwinięcia tyraliery z tem, że jesteśmy wzmocnieni przez karabiny maszynowe. Tyralierą przechodzimy przez dość rzadki lasek. Jestem po prawem ubezpieczeniu, ostatnim na prawem skrzydle tyraliery od toru idąc w kierunku Lwowa. Po wyjściu z lasu widzimy na wzniesieniu baterię bolszewicką i kilku kozaków harcujących na koniach, dajemy ognia i posuwamy się naprzód. Kpt. Zajączkowski i por. Obertyński są w środku, tj. przy torze, skąd otrzymujemy rozkazy podawane ustnie tyralierą. Szef kompanii Filipow daje mi rozkaz posuwania się wprost na armaty i pilnowanie, by skrzydło nie załamało się i szybkim atakiem na bagnety zdobyć wzgórze, jednocześnie zdaje mi nad żołnierzami na prawem skrzydle dowództwo, sam udając się na środek oddziału po rozkazy, zagrzewając żołnierzy do walki. Baterje bolszewickie zasypują nas szrapnelami, granatami i w końcu kartaczami. Przechodzimy przez rów czy potoczek, zmuszając baterię bolszewicką prawie do zaprzestania ognia, tak że zaczęli zaprzęgać konie do armat. Byliśmy pewni, że armaty zdobędziemy, wtem zauważyłem, że kozacy nas otaczają. W międzyczasie karabiny maszynowe psują się, stają się nieczynne. Dochodzi wiadomość, że konnica to są petlurowcy, którzy idą nam z pomocą, dojeżdżają do nas na odległość głosu krzycząc „pan zdaj sia”. Dałem rozkaz ognia, konnica wstrzymała się i pomknęli w stronę toru. Zauważyłem, że z drugiej strony jak i z boku jadą na nas kozacy, starając się zamknąć w kole. Raz jeszcze odpieram atak ogniem karabinów, posuwając się z oddziałem (prawe skrzydło) w stronę armat. Niestety tyralierą (ustnie) dochodzi rozkaz cofać się do stacji. Żołnierzy z trudem zdołałem opanować, wskazując na zbliżających się kozaków. Wydałem rozkaz strzelania do nich w biegu. W pierwszym momencie, gdy byłem zajęty żołnierzami, wyjechał z boku kozak strzelając do mnie, kula przebiła mi pierś na wylot, zachwiałem się, przyklęknąłem i oddałem strzał do kozaka, zdaje się raniąc go, bo się wycofał. Kolega Szul odebrał mi i wyrzucił do bagna karabin i słaniającego się przyprowadził do budki, gdzie przy pomocy innych obandażował. Kazałem mu uciekać, sam tracąc na pół przytomność. Po przyjściu bolszewików, którzy zdrowych za­brali, mnie zaś rannego wepchnęli do stajni, gdzie leżałem całą noc, brocząc krwią i charcząc tak, że koło drzwi stał budnik[6] z łopatą oczekując skonania. Dożyłem rana, przyjechali bolszewicy. Było ich dwóch czy trzech i chcieli mnie zastrzelić, zdarli spodnie, byłem już bez bluzy. Zaprowadzili mnie i dwóch jeszcze na pobojowisko i tam kozak wyjął rewolwer z okrzykiem „Chcieliście królestwo polskie, macie niebieskie”.

Uratował nas przypadek. Jakaś kareta, w której jechał rzekomo Budiennyj – odwołał kozaka, drugi kozak kazał nam iść do wsi, gdzie było już kilkudziesięciu jeńców.

Czy we Lwowie będą dzisiaj, i czy dzisiaj zetkną się z nieprzyjacielem – py­tali żołnierze na odprawie, i te pytania piętnaście lat później relacjonował Komisji 17-letni wówczas krawiec Wilhelm Ursel z kompanii karabinów maszynowych, przed wyruszeniem w pole uczestnik dwóch szkoleń na strzelnicy. – Niedługo dano nam czekać, bo w niespełna godzinę już nawiązaliśmy kontakt z bolszewikami przed wsią Zadwórze, u wylotu której padły pierwsze strzały, piechota ruszyła do ataku, a II komp. karabinów maszynowych maszerowała torem kolejowym, na który tor kolejowy poleciały pierwsze strzały armatnie, wówczas porucznik Dawidowicz dał rozkaz podzielenia na plutony, które ruszyły do ataku zajmując odpowiednie pozycje bojowe, ja z plutonem II I K.K.M. zajęliśmy pozycje na prawo od toru kolejowego i gdy zaczęły się posypywać coraz to gęstsze strzały armatnie, wtenczas por. Dawidowicz dał rozkaz do ataku. Po odparciu artylerji bolszewickiej otrzymałem rozkaz od ppor. Liszki, ażebym wziął dwóch ludzi ze sobą i sprowadził wózki z amunicją, pozostawione na torze kolejowym. Zaznaczam, że tego rozkazu nikt nie chciał podjąć się do wykonania, bo wszyscy woleli być przy oddziale i nie odłączać się od całości. Rozkaz powyższy wykonałem pod groźbą rewolweru trzymanego przez por. Dawidowicza.

Przenosząc skrzynkę z amunicją, dostaje odłamkiem pękającego granatu, widzi śmierć kaprala Kleina trafionego kulą, przy spalonym budynku fabryki leżącego sierżanta Barana z rozszarpaną szyją odłamkiem granatu.

 

Ziarnko piasku w morzu kozactwa

Zrobiło się straszne zamieszanie, kozacy wdarli się na lewe skrzydło i ­siali dzieło zniszczenia. Nic nie było można usłyszeć, tylko nieregularne strzały, szczęk szabel i jęk rannych przeplatane wyciem kozactwa. Jednym słowem zostaliśmy otoczeni ze wszystkich stron i prawie pogubiliśmy się między kozactwem, jak ziarnko piasku w morzu. Wszyscy legli pokotem, poćwiartowani szablami dziczy kozackiej, składając młode życie w ofierze Ojczyzny. Z wyjątkiem nas paru, żeśmy uniknęli cudem śmierci dostając się do niewoli na samym dworcu w Zadwórzu.

Śmierci uniknęło również kilku żołnierzy z lewego skrzydła tyraliery atakującej wzgórze, skąd maszerującą kolumnę ostrzelały bolszewickie karabiny maszynowe i artyleria. Natarcie wspierały polskie maszynki, wśród nich cekaem obsługiwany przez Konstantego Zarugiewicza, nazywanego powszechnie Kostkiem. Wspomina go Leon Karol Koesler ze Stanisławowa, w 1920 roku absolwent szkoły realnej we Lwowie, a w Detachemencie Abrahama żołnierz II kompanii C.K.M.:

Nie mogę tu ominąć opisu tej przedziwnej machiny. – Pod Kozłowem jeszcze wydębił gdzieś „Kostek” koła wraz z dyszlem z chłopskiego wozu. Na nich umocował swoją maszynkę, umieszczoną w beczce bez dna. Jak się ogólnie spodziewano, przyrząd ten miał podczas strzelania dawać efekty akustyczne, które napawać miały bolszewików przerażeniem. W istocie jednak po pierwszej serji, oddanej na próbę, omal nam samym bębenki w uszach nie popękały. Wobec tego beczkę usunięto, natomiast maszynka odtąd na kołach ciągnionych przez małego konika była odtąd chlubą pierwszej kompanii C.K.M., a celowniczy plut. Zarugiewicz był nieodstępnym towarzyszem porucznika Hanaka, którego był jak kpr. Czyżewski, st. szer. Śmiałowski i piszący te słowa młodszym kolegą szkolnym. Maszynowy karabin Zarugiewicza zaczął bić, bój się zaczął […].

Na rozkaz por. Obertyńskiego odłączyliśmy się od następującej piechoty i ostrzeliwując baterię, posuwaliśmy się w kierunku jej stanowiska. Po kilkakrotnej zmianie stanowiska znaleźliśmy się na skraju drogi prowadzącej do wsi. Stąd widać było baterję już wyraźnie. Po wybiciu do końca gurtu baterja przestała strzelać. Jednak po założeniu nowego i przy próbnej serji karabin się zaciął. Podczas naprawy jego oddalił się od nas podchorąży hr. Piniński. Po chwili wrócił (był blady i bez czapki) i dał rozkaz dalszego posuwania się biegiem za sobą. Gdyśmy wyszli na otwarte pole, tyraliera naszej piechoty znacznie się od nas już oddaliła. Biegiem podążyliśmy za nią. Znajdowaliśmy się niedaleko owego wzgórza, gdy część tyraliery zaczęła zachodzić prawym skrzydłem na nasyp kolejowy […]. Rzadki ogień karabinowy nie zapowiadał tego, co za chwilę miało nastąpić. W chwili, gdy dostaliśmy się pod samo wzgórze potężny i nieustanny wrzask „hurra” poderwał całą obsługę – zmęczoną długim biegiem do wysiłku. To, co nastąpiło, było tak nagłe, że chwila upłynęła, nim karabinowy zdolny był do wydania rozkazu. Zza wału, tam gdzie wzgórze przechodziło już w równinę, wypadła cała masa kawalerji, która w mig otoczyła cały teren; pierwsze jej szeregi rozwinęły się, dalsze szarżowały w szwadronach. Błysk szabel i nieludzki wrzask. Nie było chwili do stracenia. Część tej masy kawalerji oddzieliła się i popędziła w stronę lasu po lewej stronie toru kolejowego. W tym momencie zauważyliśmy brak podchorążego hr. Pinińskiego i celowniczego Ekesa. Karabinowy plut. Czarnowski już dał rozkaz strzelania. Znajdowaliśmy się w odległości kilkuset metrów od szarżującej kawalerii, gdy jeden z obsługi krzyknął „kawaleria na prawo”.

 

 

„Na skok konia” dobyli szabel

Na prawo od nas, w odległości kilkudziesięciu kroków wyłoniła się zza wzgórza linja kawalerzystów. Na czerwonym tle nieba czarne sylwetki posuwały się stępa, prostopadle do wzgórza w kierunku pola. Następnie linia jeźdźców zwróciła się do nas. Nie dobyli szabel i zdawali się nas nie widzieć. W tym momencie ktoś z obsługi wyraził przypuszczenie, że to są petlurowcy[7].

Plut. Czarnowski wyskakuje z cienia wzgórza, w którym staliśmy i krzyknął: „Kto wy?” Za drugim okrzykiem, gdy jeźdźcy byli w odległości jakich pięćdziesięciu kroków, zauważyli plutonowego, podskoczyli naprzód wymachując rękoma i krzycząc: „Ne strilaj”. Przez moment zdawało nam się, że to istotnie sprzymierzone z nami wojsko. Aż jednak poznaliśmy z przerażeniem naszą omyłkę. W błyskawicznej już bliskości, „na skok konia”, dobyli szabel i z okrzykiem „brosaj orużje[8] błyskawicznie nas otoczyli. Było nas sześciu czy siedmiu ludzi. Rozdziano nas do bielizny i około stu nas popędzono do wsi. Na drodze rzuciło się na nas kilkunastu piechurów bijąc kolbami karabinów. Popędzeni w niewolę mieliśmy jedną pociechę: po drodze spotkaliśmy transport rannych bolszewików z Zadwórza.

Dobra piechota zachowująca zimną krew może śmiało w otwartem polu odeprzeć, a nawet zniszczyć przeważające siły jazdy, jeżeli jest odpowiednio ugrupowana. Jazda nieprzyjacielska atakuje zwykle luźną ławą okrążając skrzydła i tyły piechoty. Kozacy strzelają już na 200 metrów z konia i z k.m., by tym samym ogniem flankowym demoralizować piechotę. Dopiero gdy jazda spostrzeże, że piechota traci pewność siebie, następuje szarża, w przeciwnym razie jazda nieprzyjacielska wycofuje się i znika […].

Z chwilą przybliżania się atakującej jazdy na odległość mniejszą niż 200 metrów łączą się pojedyncze sekcje i drużyny wzdłuż tyraliery w grupki po 6 do 8 ludzi i stojąc plecami do siebie odpierają atak ogniem. Do patroli kozackich złożonych z 2–6 ludzi w ogóle strzelać nie należy. Przepuszczać je na 50 kroków i zaskoczywszy je, brać do niewoli.

Podręcznik nie odpowiadał na pytanie, jak z pięciokrotnie silniejszą jazdą walczyć może piechota bez amunicji.

 

 

 

Cięcie za cięciem

Na stacji Zadwórze zostaliśmy zasypani gradem pocisków armatnich – relacjonował 21-letni rolnik, doświadczony już żołnierz byłej armii austriackiej, żandarmerii WP od 1918 roku Kazimierz Pastuszak.

Około godziny 14, może 14.30 szliśmy torem kolejowym odcinkiem Krasne–Zadwórze. Był jeden batalion piechoty, oddział karabinów maszynowych i trzy wozy taborowe z rezerwową amunicją. Gdy wyszliśmy z lasu, pierwsze strzały armatnie spadły na naszą amunicje rezerwową. Wozy te zostały doszczętnie rozbite. Na torze kolejowym broniliśmy się rozpaczliwie od ataków kawalerii. Zostaliśmy zasypani gradem pocisków armatnich. Oddział karabinów maszynowych został doszczętnie rozbity. Dowódca naszego batalionu kapitan Zajączkowski niszczy swoje dokumenty. Odczuwamy brak amunicji. Wpada na nas oddział kozaków, bronimy się do ostatniej chwili. Ugodzony czymś w głowę padam na ziemią oblany krwią. Po chwili wstaję, łapię karabin do ręki i chcę bić, co bym tylko nie upadł. Niestety wpadło na mnie kilku kozaków i zostałem rozbrojony. Kolega ucieka przed śmiercią już porąbany. Teraz dostaję szablą w głowę, później cięcie za cięciem. Padłem nieprzytomny, była godzina 18 po południu. W nocy się przebudziłem cały zbroczony krwią. Gorączka mnie pali. Nad ranem zobaczyłem całą naszą kompanię wyciętą w pień. Doczołgałem się do budki kolejowej, tam żona budnika zrobiła mi pierwszy opatrunek. Teraz dopiero widzę, że jestem pokrajany i porąbany; dostałem sześć cięć szablą, jedno tępe. Znalazłem się na tyłach bolszewickich. O ucieczce nie było mowy, bo byłem prawie konający. Rano wyniósł mnie budnik na podwórze, kawałek od budki. „Majesz rewolwer?” – zaczepił kaprala nadjeżdżający kozak.

Ranny żołnierz miał twarz i głowę zalaną krwią, a także niemal obcięte lewe ucho. Nie wiedząc, jak się odezwać, pokręcił przecząco głową. Zapamięta też i opowie Komisji Weryfikacyjnej, o swoich życzeniach pod adresem kozaka:

– Żebym miał rewolwer, to ty, bydlaku, na koniu już byś nie siedział, a jak ja krew miał na twarzy – tak sobie wspominałem. We wsi Zadwórze dołączyli mnie do kilku innych jeńców i pognali do Brodów. Po drodze chcieli mnie zarąbać szablami, bo omdlony z trudem szedłem. Nocowaliśmy w Busku na rynku. Rano przybył do mnie lekarz cywilny ze swoją żoną. Dał mi opatrunki. Proszę go, aby doniósł do Lwowa, że jestem ciężko ranny i dostałem się do niewoli bolszewickiej.

 

Ranny kilkukrotnie 17-letni ochotnik Grzegorz Fedorec w ankiecie weryfikacyjnej napisze:

 

Lewe i prawe skrzydła nie wytrzymują naporu bolszewików i wycofują się w kierunku torów. Obok stacji kolejowej oddział tworzy czworobok ochronny. Lekkie taczanki bolszewickie z karabinami maszynowymi robią podjazdy na skrzyżowaniu toru z drogą. Kładą pokotem naszych na drodze. Reszta oddziału przechodzi tę drogę. Karabiny maszynowe przestają działać z powodu braku amunicji. Oddział piechoty broni się jednak dalej z zaciekłości, kilku śpiewa nawet O mój rozmarynie. Słychać nawoływania: „Podawać amunicję, bolszewicy biorą do niewoli”. […] Ranny ogniem karabinu maszynowego upadłem i jęczałem. Kapitan Zajączkowski wbiega na wał i ujrzawszy oddział otoczony i nacierających bolszewików z białą bronią wypala kilkakrotnie ze swego mauzera do nich i strzela sobie w skroń. Pada o 20 do 30 kroków ode mnie […].

W chwilę potem bolszewicy przedzierają się przez wał. Kilka koni przeskakuje przeze mnie. Po półgodzinnej walce zobaczyłem jeszcze walczącą garstkę żołnierzy polskich obok budki kolejowej i ci zostali wyrąbani. Bolszewicy powracają po zwycięskiej walce, odzierają rannych z mundurów i szablą lub bronią palną, strzelając z bliska dobijają ich. Dwóch kozaków, ujrzawszy, że ruszam głową, zbliżyło się w moim kierunku. Jeden z nich z odległości 4–5 kroków wymierzył z karabinu, nabój jednak nie wypalił, manipuluje bronią, wówczas drugi podjeżdża i siedząc na koniu chwyta mnie za pierś, podnosi, uderza mnie rękojeścią nagana w głowę i szczękę, którą wyrzuciło ze stawu. Chwyciłem go za rewolwer, widząc, że w kurczach przedśmiertnych trzymam jego broń, strzelił do mnie przestrzeliwszy mi lewe ucho. Udając zabitego skręcam się i padam obok toru do rowu. Na to słyszę słowa bolszewików „ubityj” […]. Następnego dnia rano udzielają mi pomocy kolonistka polska z Zadwórza Rozalia Szulman i jej brat. Niosąc mnie do wsi napotykają kozaków. Ci zabierają mnie do niewoli […].

W Brodach podczas załadowywania do wagonu zbliżyli się do nas ranni pod Zadwórzem bolszewicy. Dowiedzieliśmy się od nich, że oddział majora Abrahama przeszkodził skoncentrowaniu oddziałów bolszewickiej kawalerji (6-tej i 4-tej dywizji) pod Zadwórzem w celu uderzenia na Lwów w nocy z 17 na 18 sierpnia […].

W budce walczył i kapitulował Emil Dudzic, po ukończeniu Szkoły Powszechnej zatrudniony w Buczaczu „jako robotnik w jakimkolwiek zakresie” aż do 17 lipca 1920 roku (dzień wstąpienia do Wojska Polskiego). Z lakonicznej relacji spisanej przez Komisję Weryfikującą we Lwowie:

Idziemy naprzód, ukazali się kozacy, do których otworzyliśmy ogień. Pierwsze szeregi załamały się, lecz dopiero teraz zauważyliśmy, że jesteśmy otoczeni ze wszystkich stron, więc przystąpiliśmy do rozpaczliwej obrony. Zagrały karabiny maszynowe wspierane naszym ogniem. Stała się rzecz straszna: całe stosy kozactwa i koni leżało już na przedpolu, ale bolszewicy pomimo wszystko pchali na nas coraz to nowe szwadrony. Zaczęła się nam wyczerpywać amunicja, a co najgorsza brak wody i ciągłe zacinanie się karabinów maszynowych przyczyniły się do naszej klęski. Zrobiło się straszne zamieszanie: krzyk rannych, szczęk szabel, kwik koni robiły wrażenie sądu ostatecznego. Każdy zaczął bronić się na własną rękę. Rozpalone karabiny zaczęły zacinać się i parzyć ręce, w żaden sposób nie można było operować karabinem.

Zmieszaliśmy się z kozakami bijąc się w pojedynkę tak że kilku z nas dotarło do stacji kolejowej Zadwórze, gdzie zabarykadowaliśmy się w budce kolejowej i rozpoczęliśmy przez okna ostrzeliwać się kozakom. Po półgodzinnej walce zostaliśmy otoczeni przez kozaków i zabrani do niewoli”.

 

Chłopiec z szabelką

Henryk Nowy, szeregowy I kompanii piechoty, po latach rachmistrz i buchalter, tak wspominał epizod spod Zadwórza:

Kozacy kazali nam zaraz zdjąć mundury i iść w stronę wsi […]. Za wsią zastaliśmy kilkudziesięciu naszych jeńców, wszyscy tylko w bieliźnie. Dowiedzieliśmy się, że oddział nasz rozbity. Na noc zaprowadzono nas do jakiejś stodoły w Zadwórzu. Rano ustawiono wszystkich w szeregu przed jakąś chatą, mieszkanie komendanta. Tam przechadzał się chłopak kilkuletni w towarzystwie kozaków. Wyjął szabelkę i powiada „nada parubat”[9]. Poprowadzili nas następnie przez Adamów, Krasne do Ożydowa, a z Ożydowa pociągiem do Brodów, Dubna, gdzie w koszarach połączono nas z innymi jeńcami.

 

Bryczką do niewoli

Do niewoli spod budki kolejowej trafił ranny Józef Walter, mistrz malarski ze Strzelisk Nowych, dezerter z armii austriackiej, a pod rozkazami rtm. Abrahama uczestnik obrony Lwowa w latach 1918–1919.

Tymczasem – pisze – zjawiają się na lewo od toru nowe oddziały jazdy bolszewickiej. W pierwszej chwili mylą nas siwe mundury hallerowskie, poznajemy jednak niedługo po czerwonej płachcie, że to bolszewicy. Rozpoczynamy ogień, kawaleria cofa się w nieładzie. Zasypuje nas ogień bolszewicki od strony wsi Zadwórze. Tu pada sierżant Filipow […]. Padają gęsto i inni. Zwracam się do kapitana Zajączkowskiego z prośbą, by pozwolił zdjąć sobie epolety, gdyż widziałem w 1919 roku, że bolszewicy rąbią oficerów. Zostałem za to skarcony. Ostrzeliwujemy się gęsto. Po drodze pada podchorąży Gettman.

Koło budki kolejowej – pisze dalej – zostaję ranny w głowę, mam jednak na tyle przytomności i świadomości, że proszę kol. Dobruckiego, by mnie opatrzył. W chwili, gdy zaczyna mnie opatrywać, zostaje zastrzelony przez bolszewików, którzy tymczasem doszli już do budki. Czarno mi robi się w oczach, tracę przytomność, gdy przychodzę do świadomości, jestem odarty do bielizny, podchodzą bolszewicy i każą mi iść do wsi. Po drodze wsadzają kilku z nas na jakąś bryczkę i tak dojeżdżamy do wsi, skąd transportem rannych do Brodów, a potem pociągiem w głąb Rosji.

 

 

 



[1]    Józef Białynia Chołodecki: Zadwórze i okolice. Polskie Termopile. Pamięci bohaterów poległych pod Zadwórzem, Lwów, czerwiec 1924.

[2]    Byli to m.in.: por. pilot Edward Lewandowski i por. obserwator Adam Paleolog z III Dywizjonu Lotniczego (przypis autora).

[3]    Bałachowicze – żołnierze ochotniczych oddziałów walczących w składzie Wojska Polskiego II RP w 1920 pod dowództwem generała Stanisława Bułak-Bałachowicza.

[4]    Sztreka – dawne określenie linii kolejowej, toru kolejowego.

[5]    Chodzi o porucznika Stanisława Strach-Zaleńskiego.

[6]    Budnik – pracownik kolejowy (strażnik, dróżnik) doglądający nawierzchni, urządzeń oraz obsługujący zapory rogatkowe, zamieszkujący w budce kolejowej.

[7]    Petlurowcy – żołnierze Ukraińskiej Republiki Ludowej pod dowództwem atamana Symona Petlury sprzymierzeni z Wojskiem Polskim w wojnie 1920 z bolszewikami.

[8]    Brosaj orużje – wezwanie do poddania, rzucenia broni.

[9]    Nada parubat – trzeba zarąbać.