Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Sławomir Gowin, TOWARZYSZ WIESZCZ

 

Dzieje pomnika Adama Mickiewicza we Lwowie uczą, że także granit i brąz, by przetrwać, kłaniają się czasem wiatrom historii.

 

Pomnik radzieckiej konstytucji, 1940 r.

 

Polacy odwiedzający Lwów bywają zdumieni, że zachował się tu pomnik polskiego poety. Mieszkańcy i przybysze przywykli do widoku romantycznej kolumny w sercu miasta, ale refleksja nie jest błaha, bo prawdą jest, że wieszcz nie zawsze mógł tu trwać spokojnie w odwiecznej harmonii z muzami. Zwłaszcza, że w czasie ostatniej wojny we Lwowie starły się nie tylko potęgi militarne. Przez miasto przeszły wielkie nawałnice polityczne i narodowe wstrząsy, które bywają nie mniej niszczące niż bomby. A jednak, paradoksalnie, Adam Mickiewicz wykazał się w tym zamęcie, wprawdzie niezamierzoną, lecz niezwykłą omnipotencją, dzięki której pozostaje na swoim miejscu od blisko 120 lat.

Pierwszy okres istnienia pomnika nie przyniósł nic nadzwyczajnego. Ot, codzienność statui obciążonej patriotycznymi obowiązkami: tysiące zniczy, wieńców i kwiatów złożonych z okazji setek uroczystości społecznych i państwowych. Defilady, msze, demonstracje, wiece, przemówienia, modły, protesty albo zamieszki. Zdarzało się, że u jego stóp przemawiali, często tuż po sobie, zwolennicy i przeciwnicy jakiejś sprawy. Zatem przez ponad trzy dekady poeta, dość dowolnie obierany patronem najrozmaitszych idei, spełniał doraźne potrzeby historii.

W 1939 roku zamierzano świętować 35-lecie odsłonięcia monumentu. Na 30 października zaplanowano uroczystości, których polski Lwów, jak wiadomo, nie doczekał. Wybuchła wojna i 22 września miasto zajęła Armia Czerwona, która w sojuszu z Trzecią Rzeszą wdarła się w granice przedwojennego państwa polskiego, włączając jego wschodnie terytoria do Związku Radzieckiego.

I tu nastąpił osobliwy przełom w pośmiertnej karierze poety. Już 15 października 1939 roku, w samo południe, odbyły się manifestacje pod pomnikiem Mickiewicza i nad grobem innego pisarza, Iwana Franki, na Cmentarzu Łyczakowskim. Nazajutrz „Czerwony Sztandar”, który zastąpił całą dotychczasową prasę, ogłosił wiersz Leopolda Lewina „Mickiewiczowi w hołdzie”:

 

Dzisiaj ludowy trybunie

Wsłuchany w piosenki gminne

Pochód przed pomnik Twój sunie

Ludu zastępy dziękczynne.

 

Dzisiaj przed Twoim pomnikiem

Przy greckiej, smukłej kolumnie

Żołnierz i chłop z robotnikiem

Śpiewają wzniośle i dumnie.

 

I słyszysz echa Twej Ody

„Pryskanie nieczułych lodów”

Witaj jutrzenko swobody,

I pojednania narodów!

 

Ten na pozór banalny panegiryk anonsował wszystkie szachrajstwa rytualnej sowietyzacji, jakiej wkrótce poddano życie i twórczość Mickiewicza. Kult poety jako koryfeusza komunizmu miał być upaństwowiony, a jego pomnik w centrum Lwowa znakomicie ten zamysł fetyszyzował. Wprawdzie na początku ulicę jego imienia, także położoną w śródmieściu, przemianowano na Woroszyłowa, ale szybko się z tego wycofano. Miasto obiegł też gorzki żart, że Mickiewicza zastąpi na cokole Stalin, jako prawdziwy twórca dziadów, ale w rzeczywistości poecie nic nie zagrażało. Uroczystości urządzone 15 października oznaczały, że partia bolszewicka symbolicznie przyjęła go w swoje szeregi.

 

 

Czołówka „Czerwonego Sztandaru” z fotografią prezydium obchodów jubileuszu Adama Mickiewicza, 1940

 

 

WŚRÓD „PRZYJACIÓŁ MOSKALI”

Wraz z armią do Lwowa przybyli propagandyści, którzy mieli przeprowadzić bezwzględną stalinizację życia publicznego. Sowiecka administracja brutalnie instalowana przez wojsko, terror NKWD i ordynarna komunistyczna propaganda, także kreowana i nadzorowana przez bezpiekę – to trzy filary, na których Stalin wznosił kolejne atrapy republik przyłączających się – oczywiście „z woli ludu” – do ZSRR. Bolszewizm miał bezpowrotnie wchłonąć tę część świata, wraz ze Lwowem, który uważano, skądinąd słusznie, za bastion niesmacznej sowietom przeszłości.

Reguły były proste, acz twarde. Elity należało zniszczyć, zostawiając przy życiu tych, których uda się zdemoralizować na tyle, by wespół z regularną agenturą chcieli budować „radziecką ojczyznę”. Tak zmobilizowane zastępy kremlowskich apostołów miały porwać i prowadzić ku bolszewickiemu szczęściu robotniczo-chłopskie masy Polaków i Ukraińców.

Polskie i ukraińskie losy bynajmniej nie biegły równolegle. Wśród Ukraińców byli tacy, którzy z zapałem budowali Ukrainę radziecką. Inną politykę uprawiali ci, którzy mieli ambicje władać przyszłym, niezawisłym państwem ukraińskim. Jedni i drudzy korzystali tymczasem z beneficjów sowieckiej pierekowki. Proklamowano przecież ukraińską republikę, którą przedstawiano jako wolną, a w każdym razie wyzwoloną z jarzma „pańskiej Polski”.

Na mocy tego „aktu historycznej sprawiedliwości” Polacy mieli zostać jedną z wielu mniejszości połączonych w „naród radziecki”. Dlatego Lwów, gdzie Polaków było najwięcej, ukrainizowano demonstracyjnie, ale fasadowo. Kreml zgadzał się, póki co, urządzić Ukraińcom pewne narodowe dekoracje i chociaż radzieckie pozory posłużyły do budowy kolejnych wersji ukraińskiej tożsamości i państwowości, aż po współczesną, to wówczas prawdziwym celem była urawniłowka z ukraińską masą od dawna żyjącą w Związku Radzieckim.

Inaczej wyglądała sprawa „polskiej mniejszości”. Myśl stalinowska powiadała, że ukraińskiemu ludowi gnębionemu przez „szlachecką dyktaturę II RP” przynieśli wolność szczęśliwi radzieccy Ukraińcy, dojrzali komuniści, duchowi sukcesorzy rewolucyjnych pragnień Szewczenki i Franki. Zjednoczenie wyzwolonej w ten sposób zachodniej Ukrainy z radziecką macierzą było więc naturalnym i radosnym procesem. Ale uwolnienie Polaków z Polski trudno było ująć w równie bajeczną opowieść. Trzeba było znaleźć proroków, którzy jakoby prze­wi­dzieli zbawienne skutki paktu Ribbentrop–Mołotow i tę rolę powierzono Mickiewiczowi. Przebierano go za heroda panslawizmu, rewolucyjnego idealistę, który co prawda nie posiadł skutecznych instrumentów do urzeczywistnienia swych idei, ale jego marzenia znalazły pragmatyczny wyraz w państwie radzieckim i „proletariackim internacjonalizmie” jego twórców.

Ubarwiano jego biografię, korzystając z faktów z zaiste rewolucyjną swobodą. Ideologicznie zakłamano przyjaźnie z dekabrystami, przypisując mu czynną lub wręcz przywódczą rolę w ich nieszczęsnym przewrocie. W ten sposób przyjmowano Mickiewicza niejako do sowieckiego kanonu propagandowej mistyfikacji, bo dekabryści, których polityczne znaczenie wyolbrzymiano przy lada okazji, w kremlowskiej hagiografii uchodzili za prabolszewików.

Z życia i poglądów Mickiewicza wybierano jednakże to, co dało się łatwo przenicować na partyjny slogan czy wiecowy frazes. Tytuł pisma, które wydawał w Paryżu, „Trybuna Ludów”, był w tej agitacji nadzwyczaj poręcznym rekwizytem, bowiem czy to preromantyczny sentymentalizm, czy ludowe inspiracje rozwiniętego romantyzmu interpretowano wyłącznie „klasowo”. Wszelkie ruchy lewicowe i rewolucyjne budzące się w XIX stuleciu, wszelką socjalną aktywność społeczną bolszewizowano, zatrudniając do tego setki partyjnych blagierów, którzy dowodzili, że wszystkie te nurty zjednoczyły się w myśli stalinowskiej.

Upozowani w ten sposób poeci – również Franko czy Szewczenko – mieli, wedle tych legend, dawno wskazywać „robotniczo-chłopskie masy” jako napędową siłę nowego świata. Mickiewicz, podobnie jak tamci, wyrażał zbiorowe pragnienia, które oto, na oczach uradowanego ludu, spełniał Związek Radziecki. Wszystko, co czynił Stalin i jego kamaryla, miało temu służyć, także pakt Ribbentrop–Mołotow, na mocy którego czerwono­armiści „wyzwalali zachodnią Ukrainę”.

 

Maksym Rylski przemawia pod pomnikiem Mickiewicza, 1940

 

„ROMANTYK BOJOWY”

W 1940 roku przypadała 85. rocznica śmierci Mickiewicza. Przygotowania do jej obchodów rozpoczęto już w grudniu 1939. Przez wiele miesięcy napędzano „kampanię Mickiewiczowską”, której główną trybuną był „Czerwony Sztandar”. Polskojęzyczna gazeta, choć uczciwiej byłoby mówić: gadzinówka, która we Lwowie zaczęła wychodzić jako dziennik Zarządu Politycznego Frontu Ukraińskiego, by w grudniu 1939 stać się organem Lwowskiego Komitetu Obwodowego Komunistycznej Partii Bolszewików Ukrainy.

Na jej łamach uprawiano publicystykę koordynowaną z akcjami w szkołach, zakładach pracy, związkach twórczych i instytucjach kulturalnych. Nową „mickiewiczologię” kreowali sprawdzeni bolszewicy – Zofia Dzierżyńska, Wiktor Grosz, Paweł Hoffman. Rolę ideologa, ale także, jakbyśmy dziś powiedzieli, animatora, odgrywał Jerzy Borejsza.

Poziom panującego wtedy opętania dziś można pojąć tylko aplikując sobie próbkę oryginalnego tekstu. Oto, rzec można, kliniczny cytat z Zofii Dzierżyńskiej: Teraz, kiedy znaczne zastępy polskich mas pracujących, robotników, chłopów, pracującej inteligencji wyzwolone zostały spod jarzma kapitału i ręka w rękę z innymi narodami Związku Radzieckiego pod wodzą partii Lenina–Stalina budują przepiękny gmach komunizmu, genialna twórczość Adama Mickiewicza w prawdziwym, marksistowsko-leninowskim oświetleniu może i powinna być doniesiona do jak najszerszych mas pracujących.

Jakkolwiek niewiarygodnie to brzmi, w tak wyznaczanych kierunkach, z mniejszą lub większą ostrożnością, szli polscy pisarze, którzy w tym czasie znaleźli się we Lwowie. Tadeusz Boy-Żeleński, Julian Przyboś, Mieczysław Jastrun, Adam Ważyk, Julian Stryjkowski, Juliusz Kleiner, Stanisław Wasylewski czy kilkudziesięciu innych – każdy na swój sposób powielał tę retorykę. Ogłaszali, chcąc nie chcąc, kolejne kuriozalne odkrycia i interpretacje, pośród których uderzająca teza Przybosia, że „dzięki Mickiewiczowi poezja polska dźwignięta została na szczyty rewolucyjnego romantyzmu bojowego”, zdaje się nieledwie zabawna. Aby uwiarygodnić podobne łgarstwa teksty Mickiewicza wikłano w fantastyczne teorie, sięgając po odpowiednio spreparowane fragmenty wykładów lub do znudzenia wertowano artykuły choćby słowem zatrącające o socjalizm.

Poetyckich utworów propaganda używała bez analitycznych ceregieli. Wiersz Do przyjaciół Moskali uznawano za proklamację przyszłej komunistycznej wspólnoty Słowian i wygłaszano go przy każdej okazji. Specjalną rolę pełniła Oda do młodości. Tę cytowano równie często, choć wybiórczo. Pomijano niegodne proletariusza „rajskie dziedziny ułudy”, skupiając się na frazach służących za apel do młodych, którzy mieli, pod wodzą Stalina, wysadzić z posad bryłę świata i nowemi pchnąć ją tory. Wszystkich, starych i młodych, obowiązywał dogmat, że wieszcz, gdyby żył, byłby radzieckim patriotą, bowiem Związek Radziecki urzeczywistniał jego historyczne i polityczne ideały.

W Moskwie powstał centralny komitet obchodów. Na czele stanął Aleksander Fadiejew, przewodniczący Związku Pisarzy ZSRR. Obok niego zasiadali między innymi naukowcy Dymitr Błagoj i Anatolij Winogradow, pisarze rosyjscy – Aleksy Tołstoj i Nikołaj Tichonow, ukraińscy – Maksym Rylski i Pawło Tyczyna, białoruscy – Janka Kupała i Maksym Tank. Polaków reprezentował Tadeusz Boy-Żeleński, Julian Przyboś, Juliusz Kleiner, Wanda Wasilewska i przywieziona z Moskwy Helena Usijewicz, córka Feliksa Kona, wprawdzie polonistka, ale twarda, zrusyfikowana bolszewiczka. Podobne ciała powołano w Leningradzie, Kijowie i Charkowie.

Oczywiście specjalne znaczenie miały obchody lwowskie – tutaj „Komitet ku uczczeniu pamięci Adama Mickiewicza” działał w składzie: Boy – przewodniczący, zastępca – Borejsza, sekretarz – Dawid Kenigsberg (tłumacz Mickiewicza na jidysz). Ścisły skład uzupełniali Aleksander Desniak, Petro Karmanski, Juliusz Kleiner i Julian Przyboś oraz wszechobecna Wanda Wasilewska. Wśród pierwszych owoców prac komisji była decyzja o wydaniu księgi pamiątkowej Mickiewicz-rewolucjonista.

Mickiewicz trafił zatem do grona „partyjnych profetów”, gdzie czekali już inni „towarzysze literaci”. „Wśród wielkiej, bratniej rodziny postaci literackiej przeszłości – napisał w „Wilnej Ukrainie” profesor Serhij Rodziewicz – imię Mickiewicza – dla wolnych i szczęśliwych narodów ZSRR, stoi na równi z imieniem Puszkina, Szewczenki i Franki.

Słowa pisarzy, choć cenne, szły jednak tylko za głosem ludu, bowiem to masy robotniczo-chłopskie, jak we wszystkim, również w bolszewizacji Mickiewicza spełniały przewodnią rolę. Wśród niezliczonych, oczywiście „szczerych i spontanicznych” wystąpień ludzi pracy, codziennie ogłaszanych w gazetach, wyróżnił się na swój sposób głos niejakiej Polutrenko, robotnicy lwowskiej fabryki – innych szczegółów nie podano – opublikowany w „Wilnej Ukrainie”: Polscy panowie starali się przedstawić nam Mickiewicza jako bojownika za sprawę takiej Polski, jakiej oni sami pragnęli – pańskiej, szlacheckiej, a twórczość wielkiego poety chcieli wykorzystać dla rozpalania nienawiści narodowościowej. My, robotnicy, wiemy, że Mickiewicz, tak samo jak Szewczenko, Franko, jak Puszkin, jak Tołstoj, jak wszyscy sławni rewolucyjni pisarze innych narodów świata, był współtwórcą wielkiej międzynarodowej kultury, która jest wspólna dla wszystkich pracujących bez różnicy ich przynależności narodowej czy rasowej. I dlatego Mickiewicz – nasz.

 

„Kwietny Kreml” postawiony w miejscu, w którym stał pomnik Jana III Sobieskiego, lata 60. XX w.

 

NA SŁUŻBIE U MAS

Główne uroczystości zaplanowano na 24–26 listopada, ale od kilku dni nadawano niezliczone audycje radiowe, przeprowadzono dziesiątki wykładów, odczytów, prelekcji i „entuzjastycznych wieców”. Nie ryzykując przesady, można powiedzieć, że każda instytucja, od przedszkola, przez urzędy, fabryki i uczelnie czciła w tych dniach „wielkiego proroka proletariatu” – Adama Mickiewicza.

W Ossolineum – już jako Lwowskiej Filii Biblioteki Akademii Nauk USRR – otwarto wielką wystawę, Polski Teatr Dramatyczny – stłoczony teraz w pomieszczeniu teatru Gimplów – wystawił sztukę, w auli uniwersyteckiej przez trzy dni trwała konferencja naukowa. Od wielu tygodni o wszystkim obszernie informowała prasa – zarówno uchodząca za specjalistyczną „Literaturnaja Gazieta”, jak wszystkie partyjne dzienniki.

We Lwowie najważniejsza ceremonia zaczęła się 25 listopada od złożenia wieńców pod pomnikiem. Wieczorem w gmachu Teatru Wielkiego, przemianowanego na Teatr Opery i Baletu, rozpoczęła się centralna akademia. Scena teatru tonie w szkarłacie sztandarów, na których tle widnieją wizerunki budowniczych kraju socjalizmu, Lenina i Stalina. W górze, nad sceną, widnieje natchniona twarz poety – relacjonował „Czerwony Sztandar”.

W prezydium, pod portretami „patronów”, zasiadło kilkadziesiąt osób, przede wszystkim przedstawiciele sowieckich władz, sekretarz partyjnego „obkomu” Leonid Hryszczuk i Wasyl Siergijenko, naczelnik lwowskiego NKWD. Obok nich m.in. Tadeusz Boy-Żeleński, Juliusz Kleiner, Julian Przyboś, Jerzy Borejsza, Stanisław Łempicki, Elżbieta Szemplińska. Dalej profesorowie Kirył Studynski, Dymitr Błagoj, Wiktor Czernobajew, pisarze Lew Nikulin, Paweł Antokolski, Maksym Rylski.

Najpierw uroczyście odczytano listy od Stalina i Chruszczowa, później przemówił Aleksander Desniak, przewodniczący Związku Pisarzy Radzieckich Ukrainy. Idea braterstwa ludów, którą tak płomiennie głosił Mickiewicz, a którą wcielił w życie Związek Radziecki, jest podstawą, na której masy pracujące zwycięsko budują socjalizm – powiedział. Przemawiający po nim Boy-Żeleński był skromniejszy w propagandowej ekspresji, oznajmił jednak, że sprawa polska zawiodła Mickiewicza do międzynarodowego socjalizmu i kazała mu szukać zbliżenia z tymi, którzy w Europie reprezentują ideę socjalistycznego przewrotu.

Cokolwiek padło ze sceny, widownia huczała od braw. Po oficjalnych przemówieniach pojawili się artyści. Po polsku wiersze czytała m.in. Wanda Siemaszkowa, po ukraińsku Wołodymyr Bławackij, a w jidysz Ida Kamińska.

Lwowskiej akademii nadano nadzwyczajną rangę, transmitowało ją radio, wzmianki, relacje, recenzje, omówienia, wywiady można było znaleźć we wszystkich mediach państwowych i na tysiącach obowiązujących w ZSRR gazetkach ściennych.

Drugi dzień obchodów rozpoczął także pochód pisarzy pod pomnik Mickiewicza. Według „Czerwonego Sztandaru” w czasie tego wiecu Boy wzniósł okrzyk na cześć narodu polskiego, który Adam Mickiewicz tak ukochał, na cześć jego brata – wielkiego narodu rosyjskiego, na cześć zjednoczonego, wielkiego narodu ukraińskiego, stalinowskiej przyjaźni ludów i socjalistycznej kultury.

Jeśli komuś trudno wyobrazić sobie Boya wykrzykującego te słowa w centrum Lwowa, zapewne jeszcze trudniej uzmysłowić sobie, że w tamtych dniach ów konformistyczny wiwat należał do umiarkowanych. Gdzież bowiem Boyowi do Zofii Dzierżyńskiej, która na marginesie lwowskich obchodów wyłożyła pogląd, dalibóg, niedościgniony. Znajdujemy odpowiedź z kim byłby dziś – gdyby żył – Adam Mickiewicz. Piłsudczycy i ich agenci, stosując w walce ze Związkiem Radzieckim i z ruchem rewolucyjnym w Polsce nikczemne metody prowokacji – próbowali szalbierczo osłaniać je imieniem Mickiewicza, tendencyjnie i fałszywie interpretując dzieło Mickiewicza „Konrad Wallenrod” jako apoteozę zdrady. W ślad za tą osobliwą filipiką ogłosiła światu, że odtąd słowa Mickiewicza z „Ody do młodości” będą brzmiały jak wezwanie do zdobycia zwycięstwa mas pracujących na całym świecie. Przy podobnych rarytasach konstatacja Ilii Selwinskiego, że w zwycięstwie Rewolucji Październikowej jest również jego – Mickiewicza – zasługa brzmi już jak belferska pogwarka.

„Towarzysz wieszcz” w swoim monumentalnym wcieleniu także nie mógł się czuć osamotniony. Lwów już w 1939 roku stał się zagłębiem radzieckiej rzeźby ideologiczno-propagandowej. Dziennie wytwarzano tu sto różnych posągów. W styczniu 1940 samych Stalinów wykonano 1400. Były to tandetne gipsowe odlewy, którymi zapamiętale zdobiono „wolną Ukrainę”. We Lwowie wzdłuż Wałów Hetmańskich ustawiono szereg gipsowych i cementowych bohaterów partyjnych, zasłużonych proletariuszy, kołchoźników, których zamierzano z czasem zastąpić rzeźbami w kamieniu. Przed Teatrem Wielkim położono fundament pod statuę Lenina (odsłonięcie zapowiedziano na 7 listopada 1942 roku). Sobieskiego przesłonięto gigantycznym pomnikiem konstytucji Stalinowskiej. Była to, póki co, makieta gigantycznego, płonącego czerwonym ogniem znicza z drewna i betonu. U dołu umieszczono cementowe posągi czerwonoarmisty, robotnika, kobiety z dziewczynką, studentki i Hucuła z chłopcem. Parę kroków dalej, obok figury Matki Boskiej, wzniesiono drewniano-gipsową konstrukcję pod tytułem Pomnik Stalinowskiej Przyjaźni Ludów. Dziewczynę i chłopca spowitych czerwonym sztandarem otaczały herby sowieckich republik. Górowała nad nimi 20-metrowa iglica z czerwoną gwiazdą na szczycie.

Poeta i jego geniusz wytrwali w tym pan­optikum do dnia, w którym Armia Czerwona uciekła ze Lwowa przed swoim niedawnym sojusznikiem III Rzeszą.

 

 

NIEMIECKA ZAGADKA

Wraz z wkroczeniem Niemców do Lwowa los kolumny Mickiewicza zdawał się przesądzony, tym bardziej że jego krakowski monument zniszczono już przed rokiem, w sierpniu 1940 roku. Wprawdzie pomnik w Warszawie przetrwał aż do 1944, zniszczono go ostatecznie dopiero po upadku powstania, ale trudno wyciągać z tego jakieś oczywiste wnioski, może taki tylko, że niemiecka biurokracja nie stosowała w tych sprawach ścisłych instrukcji. W kwestii zabytków, dzieł sztuki, w tym także pomników, naziści kierowali się przede wszystkim ich germańskim – lub nordyckim – rodowodem. Na przykład pomnik księcia Józefa Poniatowskiego w Warszawie oszczędzono, bo jego twórcą był Duńczyk, Bertel Thorvaldsen.

Pomniki Mickiewicza nie miały jednak takiego alibi. Co zatem przesądziło, że kolumna dłuta Antoniego Popiela we Lwowie miała więcej szczęścia niż dzieło Teodora Rygiera w Krakowie? Nie sposób tłumaczyć to li tylko przypadkiem, „ważniejszymi sprawami” lub przeoczeniem, zwłaszcza gdy miałoby ono dotyczyć 21-metrowego obiektu stojącego na szczycie Adolf Hitler-Ring, jak nazwano Wały Hetmańskie. Ustawione tam radzieckie monumenty rozbito i spalono natychmiast po zajęciu miasta. Później, na rozkaz Niemców, Żydzi tłukli na kawałki niezliczone posągi i popiersia, gipsowym gruzem wypełniając uliczne dziury po bombardowaniu.

Za rozmyślnym ocaleniem Mickiewicza przemawia też fakt, że pomnik w Krakowie niszczono, w czasie kiedy gubernatorem dystryktu krakowskiego był Otto Wächter. Ten sam, któremu w lutym 1942 powierzono gubernatorstwo Dystryktu Galicja. Nie warto się łudzić, że SS-Gruppenführer, nieustępliwy nazista, sprawnie administrujący hitlerowską ekspansją, miałby czegoś po prostu, ot tak, zaniechać. O tym, że Mickiewicza tolerowano w miejskim pejzażu, pośrednio świadczy również to, że najpierw w 1941, a później w 1943 roku wydano oficjalne pocztówki z pomnikiem na pierwszym planie, choć landszaft opisano tylko: Lemberg. Marienplatz. W tym samym 1943 roku hitlerowska gospodarka gwałtownie szukała surowców i wiele cennych obiektów przeznaczono na złom. Lwowska AK odnotowała w raportach obawy, że taki los może spotkać również galicyjskie pomniki. Na szczęście tak się nie stało i Mickiewicz, wraz ze swoim geniuszem, trwali niewzruszeni.

Do rozwiązania zagadki tej niemieckiej pobłażliwości prowadzi pewien, na pierwszy rzut oka niewyraźny i lekceważony, trop ukraiński. Co ciekawe, okoliczność ta ujawniła się, zresztą niejedoznacznie, dopiero w radzieckich, powojennych przewodnikach, które do lat 80. podawały, iż autorem monumentu, obok Antoniego Popiela, był Ukrainiec nazwiskiem Paraszczuk. Polaków ta informacja, łagodnie mówiąc, irytowała. Witold Szolginia, który na początku lat 90. XX wieku pierwszy wspomniał o ukraińskim rzeźbiarzu, ustalił co nieco na jego temat i napisał, że wcześniej nikomu nieznany, deus ex machina został współtwórcą pomnika dopiero około roku 1950. Ostatecznie Szolginia, zapewne mając dostęp jedynie do lakonicznych zapisów w przewodnikach, pokpiwał, że Paraszczuk, w chwili gdy Antoni Popiel wygrał konkurs na budowę pomnika, miał 13 lat, i uznał, że cała sprawa to „jawne fałszerstwo”.

Rzecz jest jednak dużo bardziej zawikłana i dzisiaj warto dociec, jakaż to „machina” wprowadziła na scenę Paraszczuka. I jak wpłynął on na losy Mickiewicza we Lwowie.

Mychajło Iwanowycz Paraszczuk urodził się niedaleko Trembowli w 1878 roku. Zatem, wbrew wyliczeniom Witolda Szolgini, w roku 1898, kiedy rozstrzygnięto konkurs na pomnik wieszcza, miał 20 lat. Natomiast jako trzynastolatek zaczął terminować u Stanisława Wójcika, polskiego rzeźbiarza, który zdobił cerkiew w Strusowie pod Tarnopolem. Wójcik zwrócił uwagę na jego talent, w 1893 roku sprowadził chłopca do Krakowa i polecił Julianowi Szopińskiemu, który wziął go do pomocy przy restauracji rzeźb Kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu. Posłano go także na wykłady Stanisława Barabasza w krakowskiej Szkole Przemysłowej, a w 1896 roku promotorzy wsparli jego naukę w Wiedniu. Wróciwszy po dwóch latach znalazł miejsce w lwowskiej pracowni Antoniego Popiela, któremu asystował przy zdobieniu Teatru Miejskiego, Biblioteki Uniwersyteckiej i Muzeum Przemysłowego. Tak oto znalazł się u boku Popiela w zespole wznoszącym pomnik Mickiewicza, w którym opracował głowicę kolumny i wieńczący ją znicz.

 

 

SZTUKA I SZTUCZKI

Asystując o trzynaście lat starszemu Popielowi, Paraszczuk rzeczywiście był artystą początkującym. Trzeba jednak pamiętać, że do współpracy przy tak ważnych i niełatwych zadaniach jak kolumna Mickiewicza nie angażuje się byle rzemieślników. Antoni Popiel także, w jakimś sensie, był na początku drogi. Zgłaszając się do konkursu miał w dorobku wiele mniejszych prac, ale tylko jeden pomnik – Józefa Korzeniowskiego w Brodach, odsłonięty dopiero w 1898 roku. Popiel świetnie wiedział, jak dzieło tej miary co Mickiewicz we Lwowie zaważy na jego karierze i bez wątpienia dobierał zespół uważnie. Wolno zakładać, że po prostu doceniał umiejętności młodego rzeźbiarza.

W 1902 roku – a więc dwa lata przed odsłonięciem pomnika – Paraszczuk pojechał do Warszawy, gdzie przez kolejne cztery kierował artystycznym warsztatem Sabina Barańskiego. Dużo też rzeźbił osobiście – z tamtego czasu pochodzi m.in. portret Wandy Siemaszkowej. Po powrocie do Lwowa otrzymał pracownię w Ukraińskim Domu Akademickim, a ponieważ związał się z literacko-artystyczną grupą „Mołoda Muza”, przez dwa lata rzeźbił głównie popiersia jej członków – Petra Karmanskiego, Mychajły Jackiwa, Wasyla Paczowskiego, Stanisława Ludkewycza. W tym okresie powstały też biusty Wasyla Stefanyka, Mychajły Hruszewskiego czy Iwana Franki.

W 1907 roku Paraszczuk wyjechał do Paryża i – z polecenia Antoniego Popiela – zamieszkał u Władysława Mickiewicza. Studiował wtedy w atelier Augusta Rodina, który zachęcił go, żeby wrócił do Lwowa i skończył, a następnie wystawił kilka rozpoczętych rzeźb. Z sukcesem zadebiutował na ekspozycjach Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych i znów pojechał do Paryża. Tam ukończył Akademię, uzyskując złoty medal za Popiersie starca, entuzjastycznie przyjęte przez Rodina. W kolejnych latach wykładał i rzeźbił w Monachium, gdzie, prócz wielu innych, sportretował Stanisława Przybyszewskiego. Od 1910 znów pracował we Lwowie – między innymi nad pomnikami Juliusza Słowackiego i Tarasa Szewczenki. W Kijowie rzeźbił Mykołę Łysenkę, Bohdana Łepkiego i kolejny raz Szewczenkę.

Przed pierwszą wojną światową zdobył niemały rozgłos jako artysta, miał też istotną pozycję jako działacz Związku Wyzwolenia Ukrainy. W 1918 roku wrócił do Galicji, angażował się czynnie w politykę, w 1920 podejmując się nawet misji dyplomatycznych. Ostatecznie w 1921 roku wyemigrował do Bułgarii i zamieszkał w Sofii, gdzie mieszkał do śmierci w 1963 roku.

Jak widać, kariera Paraszczuka bynajmniej ani Popielowi, ani Mickiewiczowi ujmy nie przyniosła, chociaż jego udział w lwowskim arcydziele istotnie był niewielki. Czas jednak zapytać, jak się to, u licha, wiąże z „być albo nie być” pomnika stojącego przy „Marienplatz w Lemberg”?

Otóż los w podobnych przypadkach lubi się poruszać krętymi ścieżkami. Zięciem Mychajły Paraszczuka był mieszkający i działający we Lwowie Iwan Iwaniec. Ukraiński malarz, dziennikarz, działacz narodowy, żołnierz Strzelców Siczowych. To on, w latach 1942–44 kierował Związkiem Ukraińskich Artystów Plastyków. Iwaniec miał opinię człowieka osobiście przyzwoitego. Bywało, że korzystał ze swojej pozycji, pomagając znajomym artystom. Chwalił go choćby Henryk Streng, żydowski malarz, któremu Iwaniec pomagał ukrywać się tyleż przed Niemcami, co Ukraińcami. Dla pokolenia Iwańca Paraszczuk był legendą i autorytetem, wzorem Ukraińca, który kształcąc się i pracując przeważnie w polskim środowisku, nie tylko się nie spolonizował, ale pozostał jednym z filarów kultury narodowej. Jego opinie traktowano z całą powagą.

Oczekując, że zięć obejmie opieką dzieło jego mistrza i nauczyciela, Paraszczuk wykorzystywał fakt, że kierowany przez Iwańca związek podlegał Ukraińskiemu Komitetowi Centralnemu rezydującemu w Krakowie. Na czele tej instytucji, będącej oficjalną, koncesjonowaną przez III Rzeszę reprezentacją ukraińskich nacjonalistów, stał Wołodymyr Kubijowycz, naukowiec i działacz nacjonalistyczny, formalnie polityczny partner Ottona Wächtera. Niemcy traktowali organizacje ukraińskie podlegające Komitetowi Kubijowycza jak struktury sojusznicze i na ogół tolerowali ich działalność, o ile nie miały ambicji państwowych, bo te uważali za groźne fantazje.

Choć w polskim uchu brzmi to jak ciężka herezja, prawdą jest, że udział Michajły Paraszczuka w budowie pomnika Adama Mickiewicza i wpływy jego zięcia w ukraińskich władzach współpracujących z Niemcami spowodowały, że wybitne osiągnięcie Antoniego Popiela przedstawiono jako dzieło ukraińskie na tyle, iż należy je oszczędzić.

Nie ma powodów, aby ten zbieg okoliczności służył do roztrząsania głębszych dziejowych racji. Niech wynika z niego tyle tylko, że losem ludzi, spraw i rzeczy często kierują paradoksy, które, choć nieeleganckie historycznie, w rezultacie przynoszą przyzwoity skutek.

 

 

W „RADZIECKIEJ OJCZYŹNIE”

Iwaniec został po wojnie aresztowany przez Smersz i zastrzelony w Moskwie w 1946 roku. Paraszczuk dożył sędziwego wieku i nigdy nie podawał się za autora pomnika Mickiewicza. Miał zresztą własną bogatą twórczość, w Sofii był ceniony, a nawet rozchwytywany. Nie musiał się podpisywać pod cudzym sukcesem. Antoni Popiel zaważył na jego życiu, twórczości i poglądach. Artystyczny świat, z którego pochodził Paraszczuk, kształtował się w atmosferze, by tak rzec, imperialno-kosmopolitycznej. Panujące w nim relacje były na swój sposób autonomiczne i trwalsze niż te w świecie polityki, wojny i rewolucje nie zrywały ich tak łatwo. Dla pokolenia Paraszczuka – a był typowym przedstawicielem generacji – bez względu na narodowe emocje, maestria wielkich nauczycieli stanowiła przedmiot nieprzemijalnego kultu. Antoni Popiel był dlań wybitnym artystą, dopiero w dalszej kolejności artystą polskim. Nie kwestie narodowe, lecz więzi zrodzone w sztuce skłoniły go do ocalenia opus vitae swego mistrza.

Kiedy w 1944 roku Armia Czerwona wróciła do Lwowa, taki senymentalizm stracił swą moc, jak wiele innych „burżuazyjnych zabobonów.” Mickiewicz nie pełnił już tak ważnej roli jak za „pierwszych sowietów”. Polacy mieli być deportowani, propaganda nie musiała ich łudzić zanadto żarliwie, ale wieszcz pozostawał w panteonie poetów-
-rewolucjonistów walczących z caratem, nadał był przecież towarzyszem Puszkina i „przyjacielem Moskali”. Stalinizm nie miał powodów, by zmieniać kostiumy, przeciwnie, w latach wojennych okrzepł i z tym większym impetem zamierzał wrócić do spraw zaniechanych, ale nie zapomnianych. Nikita Chruszczow pomny niedawnych obrzędów oświadczył, że „ukraiński naród zna i lubi poezje Mickiewicza”, i pomnik został. W dodatku poeta stał teraz na placu swojego imienia, bo Plac Mariacki musiał oczywiście zniknąć z mapy radzieckiego Lwowa.

W stronę Teatru Wielkiego biegła teraz ulica 1 Maja, którą defilowano w pochodach pod sztandarami i transparentami sławiącymi chwałę zwycięskiej Armii Czerwonej i jej potężnego wodza. Nadal było to miejsce ze wszech miar reprezentacyjne, czyżby więc naród ukraiński aż tak znał i lubił wiersze „towarzysza Adama”?

Nic podobnego, „Czerwony Sztandar” dawno już zapowiadał, że w mieście jest wiele do zrobienia, by usunąć smutną spuściznę pozostawioną przez rząd byłej pańskiej Polski. Niejaki A. Kasjanow, podpisujący się „architekt”, wzywał wszystkich do socjalistycznej rekonstrukcji miasta, która jest warunkiem przeistoczenia Lwowa w jedno z najpiękniejszych miast Ukrainy Radzieckiej. W ramach „socjalistycznej rekonstrukcji” powojenne plany stalinowskich architektów przewidywały pozostawienie placu Mickiewicza na uboczu nowego, proletariackiego Lwowa. Ten dawny w głębi swej kilkuset­letniej duszy zdawał się milcząco drwić ze szmacianej estetyki, w jakiej go pogrążano. Uroda i charakter miasta – głęboko zatopiona w sztuce, architekturze, w utrwalanej przez stulecia strukturze urbanistycznej i społecznej – dla sowietów była groźna jak okno, przez które można się wychylić z szarego, siermiężnego raju. Należało je czym prędzej zabetonować.

Miasto miała przeciąć, a w istocie zrujnować, trzykilometrowa arteria przeprowadzona kosztem ogromnej części starej zabudowy śródmieścia. W miejscu Rynku Krakowskiego zamierzano zbudować centralny plac miejski o powierzchni 4 hektarów. Dla porównania – moskiewski Plac Czerwony i plac Niepodległości w Kijowie mają po niespełna 2,5 hektara. Projektowano tam gmach partyjno-rządowy i ogromny pomnik Stalina. Z placu centralnego wytyczono „magistralę bulwarową”, biegnącą z zachodu na wschód przez ponad kilometr, miażdżącą pod drodze Stary Rynek i kilkadziesiąt budynków, w tym kościół Jana Chrzciciela. Prowadzono ją na kopiec Unii Lubelskiej, który miał zostać kopcem Lenina z jego pomnikiem o wysokości 50 metrów na szczycie. Cóż przy takiej potędze znaczyłaby zaledwie nieco ponad dwudziestometrowa kolumna Mickiewicza stercząca gdzieś na uboczu.

Plany przeistoczenia starego Lwowa w nowy, stalinowski Lviv rozwijano jeszcze długo. Pod koniec lat 40. zapadła decyzja o likwidacji większości przedwojennych pomników. Aleksandra Fredrę, Jana III Sobieskiego i Kornela Ujejskiego zabrali Polacy, pozostałe monumenty przeważnie zniszczono. Adam Mickiewicz, „stary, zasłużony towarzysz”, został.

Przebudowy, a właściwie budowy nowego centrum Lwowa szczęśliwie nie przeprowadzono. Po śmierci Stalina, kiedy masy ludowe tłoczono w chruszczowkach, a sowiecka megalomania coraz boleśniej zderzała się z realiami ekonomicznymi, partyjni historycy musieli zweryfikować niewygodne doktryny. Opisywano Lwów jako odwieczny matecznik rewolucyjnego postępu, nieustanna walka klasowa trwała tu już od… XV wieku! Stare mury, które „to wszystko widziały”, należało uszanować i „postępowo” zdobić, tu i ówdzie narzucając pyszałkowaty radziecki empire, przetykany standardową propagandą. Sercem miasta pozostały dawne Wały Hetmańskie, a pomnik Lenina zamiast na szczycie kopca stanął tam, gdzie planowano już w roku 1940 – na tle Teatru Wielkiego. Imię wodza rewolucji, wcześniej niejako rezerwowane dla którejś z wielkich niezrealizowanych arterii, w 1959 roku trzeba było wreszcie należycie uhonorować. Ulicę 1 Maja przeniesiono więc na Gródecką, a Lenin stanął na ulicy Lenina, która prowadziła wprost na plac Mickiewicza.

Wtedy także, w ramach łechtania ambicji Ukraińców dozwalanego przez Kreml Chruszczowa, przypomniano sobie o Paraszczuku i, nie zważając na fakty, zaczęto wymieniać go w publikacjach jako współ­autora, a nawet autora pomnika. Była to jednak tylko czkawka historii, która w latach 50. biegła już całkiem innym torem.

 

 

WOLNOŚĆ I SWOBODA

Tak oto Mickiewicz dotrwał do końca Związku Radzieckiego, zrzucił rewolucyjny kostium i nie ruszając się z miejsca, znalazł się w wolnej Ukrainie. Politycznie znów mu się poszczęściło, był przecież poetą narodu, który jako pierwszy uznał niepodległość ukraińskiego państwa. Nawet gdyby ktoś wpadł na pomysł, by go usuwać „z wolnej ukraińskiej przestrzeni”, byłby to gest, łagodnie mówiąc, toksyczny dyplomatycznie.

Wieszcz znalazł się teraz na szczycie prospektu Wolności, który zastąpił ulicę Lenina. Spod gmachu Teatru Wielkiego zniknął także pomnik Włodzimierza Iljicza, rozebrany niemal natychmiast po upadku radzieckiej władzy. Przybył natomiast Taras Szewczenko, a to dla poety towarzystwo, jeśli nie wymarzone, to całkiem znośne, zwłaszcza w porównaniu z Leninem czy szpalerem gipsowych komsomolców.

W ciągu niemal 120 lat istnienia Poeta i geniusz – bo tak swoje dzieło zatytułował Antoni Popiel – tylko raz, w 1924 roku był, powiedzmy, w obiektywnym niebezpieczeństwie. Inżynierowie alarmowali, że konstrukcja cokołu, dość skomplikowana ze względu na płynącą pod ziemią Pełtew, jest uszkodzona i Mickiewicz może runąć na bruk. Problem rozwiązano i później geniusz musiał stawiać czoło tylko rozkapryszonej polityce.

Czy to już koniec historii? Jeśli wniknąć w nią głębiej, można dostrzec, że za kulisami codzienności wciąż gra swoją komedię, a obsadzony w niej Mickiewicz przez dziesięciolecia nie schodzi ze sceny. W latach 50. Stefan Żółkiewski, naczelny szarlatan socrealizmu, ogłosił akademicką rozprawę Spór o Mickiewicza. Przez lata był to rezerwuar, z którego garściami czerpali oświatowi kanonicy PRL. Za ich sprawą kilka powojennych pokoleń oglądało Mickiewicza w klatce stereotypów, którą wykuto ongiś we Lwowie, w obłędzie „radzieckiej ojczyzny”. W literaturze ukraińskiej czy rosyjskiej do dziś, jeśli mowa o Mickiewiczu, nierzadko z całą powagą cytuje się teksty z lat 40. Czegóż zresztą oczekiwać, skoro Lwów. Portret utraconego miasta, książka Lutza C. Klevemana, dopiero co z dumą godną lepszej sprawy wydana przez „Znak”, wśród wielu paradnych andronów autora przynosi i taki, że sowieci zdawali się nie mieć zastrzeżeń do poety, który wiele napisał o cierpieniu prostych chłopów. Nie mniej od chybionej uwagi na temat Mickiewicza frapuje zawarta w tym zdaniu wiara Klevemana, że akurat niewrażliwość na cierpienie wzbudziłaby sowieckie zastrzeżenia.

O ile pomnik, objęty dziś, jak wiele innych lwowskich zabytków, opieką UNESCO, może stać spokojnie, to Adam Mickiewicz znów, całkiem niedawno, zagościł w płomiennych przemówieniach. Oto pewien lwowski rajca, w swoistym odwecie za oprotestowaną przez Ukraińców zmianę nazwy jednej z ulic w Przemyślu, zażądał od lwowskiej rady nazwania Placu Mickiewicza na powrót Placem Mariackim, co miałoby zwieńczyć dekomunizację lwowskich nazw, albowiem imię poety nadali temu miejscu sowieci. Sprawa, zdaje się, ucichła, ale historyczne licho sen ma raczej płytki.

Losy pomnika uważanego za najpiękniejsze na świecie upamiętnienie niezwykłego poety są, jak widać, powikłane. Jednych poruszą, innych obruszą. Pamiętajmy jednak, że jakkolwiek ocenimy fakty, dają one odpowiedź na pytanie: „Dlaczego on tu jeszcze stoi?”.

W końcu pamięć nie zawsze musi podążać za wiedzą. Może także bezkarnie błądzić za sentymentem, a ten ukazuje nam zdarzenia może nie najważniejsze, ale pełne uroku. Jak to, rzucone gdzieś w otchłań literatury emigracyjne wspomnienie Romana Makarewicza, także poety, który zapamiętał pędzące wokół Mickiewicza… rydwany. Rydwan to była dwukonna dorożka. Za parę złociszów dorożkarz oddawał nam wodze i zadowalał się ryzykowną rolą pasażera. Kto z nas pierwszy okrążył pomnik dwanaście razy, klękał przed wieszczem, a znieruchomiała, zbrązowiała muza symbolicznie kładła mu wieniec na skronie.

Niech zatem, da Bóg, „towarzysz wieszcz” przez kolejne dziesięciolecia stoi na straży tylko takich wspomnień.