Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Anna Madej, SPORT PRZED STU LATY

Wojskowo-Cywilny Klub Sportowy „Kresy” w Tarnopolu
 

Przeglądając kronikę naszej tarnopolskiej rodziny Spittal, prowadzoną przez mego stryja, Bolesława, natrafiłam na dwa artykuły – wspomnienia z roku 1937, napisane w XXX-lecie Klubu Sportowego „Kresy” w Tarnopolu*. Napisali je moi stryjowie (bracia dziadka), z których Eugeniusz Spittal** uważał siebie za ojca chrzestnego „Kresów”, natomiast jednym z założycieli był jego brat dr Stanisław Spittal***.


 

Gmach „Sokoła” w Tarnopolu

 

Tak o genezie „Kresów” pisał Eugeniusz Spittal:

Prawdą jest, i to niezaprzeczalną, że „Kresy” wyrosły z instynktownego, na wskroś młodzieńczego pragnienia trudu fizycznego i walki, z chęci stawienia czoła niebezpieczeństwu, z żądzy dokonania czynu wielkiego, sprawnością fizyczną i wytrwałością i odwagą wzbijającego się ponad pospolity poziom. A jeżeli w głębokich pokładach dusz naszych osiadał przez długie wieki anarchizm, kult skrajnego, nie poddającego się pod obowiązki indywidualizmu, jeżeli naród nasz decentralizował się rozproszkowaniem dusz niesprzęgniętych wspólną wolą – to „Kresy”, przeciwstawiając luzactwu, rozsypliwości – karność i posłuch wprost żołnierski, budząc marniejący w nas instynkt gromadzki, uczyły życia zrzeszonego i wypowiadały wojnę starym narodowym nałogom.

A Stanisław Spittal wspomina:

Prawdę powiedziawszy, to przed założeniem „Kresów” sportu w dzisiejszym tego słowa znaczeniu w Tarnopolu nie uprawiano. Grywało się w palanta, który był już grą arystokratyczną – i to rzadko, a stale grywało się w „kiczkę”. Kiczka to była popularna gra, absorbująca wolne chwile pogodnych popołudni, a nawet całych wolnych od nauki dni. Kiczka odchodziła, począwszy od rekolekcyj wielkanocnych, aż do końca roku szkolnego, by zmartwychwstać znowu po wakacjach i trwać do późnej, słotnej jesieni. Poza tym uprawiało się gimnastykę w „Sokole” tamopolskim. Każdy z młodych gimnazjalistów rwał się do tej gimnastyki, choć była ona przedmiotem nadobowiązkowym. Ale młodzież ówczesna była pełna życia i werwy, więc chętnie wyłamywała kości na sali gimnastycznej w „Sokole”, pod okiem specjalistów; starego już Szytylińskiego, Domaradzkiego Antka, Kulikowskiego, Romańskiego (Smoka) i później Juzwy. (...) I w tych to właśnie murach Sokoła tamopolskięgo (...) zrodziła się myśl założenia sławnej, studenckiej drużyny piłkarskiej. A że myśl równała się chęci, a chęć w umysłach zapalnych, bo młodych, wnet zmieniła się w czyn, nie dziw, że szybko zorganizowała się drużyna kopiących w piłkę, pod kierownictwem nauczyciela gimnastyki w „Sokole”, Kulikowskiego Mieczysława (organizacją zajął się prof. Medyński Aleksander). Skromna grupka kilku uczniów gimnazjalnych z 4–6 klasy niebawem zmieniła się w gromadę fanatyków piłki nożnej. Błonia koło miejskiego parku, tzw, „baraki”, stały się miejscem zbornym piłkarzy, Z groszowych składek zakupiono piłę, nad którą znęcaliśmy się niemiłosiernie. Z rozpaczy nad naszymi wiadomościami piłkarskimi pękała w niej dusza, którą kleili specjaliści, właściciele rowerów i kleju odpowiedniego, płaszcz zaszywali sami gracze...
A że gromada nasza przecież incognito występować nie mogła, musieliśmy stworzyć firmę, dać szyld. Po dość żywych debatach (...), czy przybrać nazwę „Czarnych” czy „Pogoni” itd., zgodziliśmy się wreszcie na „Kresy”. (...)
Poza piłką nożną uprawialiśmy jeszcze rzut dyskiem, kulą, biegi i skoki. Wszystkie wyczyny członków tego klubu były tak znakomite i tak dalekie od przeciętnych, jak daleką jest fantazja od rzeczywistości – że lepiej o tym nie wspominać.
Po bandzie kopaczy i nazwie przyszła kolej na odznakę: balon przepasany wstęgą z napisem „Kresy” – a potem zmieniliśmy koszulki z czerwonych na białe w czarne pasy przy czarnych spodenkach, dla reprezentacyjnej drużyny, no i buty na prawdziwe, foot­ballowe. Bo w początkach kopało się zwyczajnymi trzewikami, które z żałości „rozdziawiały nosy”, a spodenki były obciętymi powyżej kolan starymi spodniami uniformowymi. W początkach ścisły podział na drużyny I i II właściwie nie istniał. W I drużynie nie grali specjalnie najlepsi gracze, lecz posiadacze prawdziwych butów footballowych, zakupionych za własne pieniądze gracza, bo but taki zapewniał daleki i silny strzał, o co w początkach głównie chodziło.
W 1909 r. wreszcie przystąpiliśmy do zniwelowania terenu pod boisko na „barakach”. (...). Celu dopięliśmy, mieliśmy już swoją pracą urządzone własne boisko. Wtedy to zaczęły się pierwsze zawody międzyklubowe. Bo w parę lat po „Kresach” potworzyły się w Tarnopolu i inne kluby: klub TSL z wychowanków Bursy TSL, klub „Podilla” z uczniów gimnazjum ruskiego, klub „Zoria” z wychowanków bursy ruskiej i żydowski klub „Jehuda” – częściowo z secesjonistów Żydów z „Kresów”. Lecz wtedy „Kresy” były rutynowanym klubem, ćwiczonym przz kapitana drużyny Belemera [jednocześnie] słuchacza prawa i gracza lwowskiej „Pogoni”], no i paru Czechów, odbywających wówczas służbę wojskową z 2. p. dragonów austriackich. „Kresy” rozgrywały mecze w Złoczowie z „Pogonią”, w Brzeżanach z „Sieniawą”, z „Czarnymi” ze Złoczowa. (...)
Zaprawa odbywała się 2–3 razy w tygodniu i to między I a II drużyną – a właściwie kopano piłkę prawie co dzień. W grę każdy wkładał cały zapał. A gdy już przyszło do rozgrywek międzyklubowych, to ambicja zmuszała nas do największego wysiłku, by tylko zejść z boiska zwycięsko. A laur zwycięski był odpowiednikiem zdarć skóry, rozbić kolan, goleni, czy sińców, a nawet guzów na głowie i twarzy, które smarowano jodyną lub okładano kwaśną wodą. No, a po zwycięstwie „gęba” się nie zamykała przy opisywaniu bohaterskich wyczynów. (...)
W „Kresach” podówczas grywałem zazwyczaj na środku pomocy, jako tzw. „żelazna rezerwa”, to też uganiałem od początku meczu do końca po całym boisku, przeszkadzając przeciwnikom na każdym kroku.
W r. 1911 mało już grywałem, mając maturę na głowie, jednak nie opuszczałem ani jednego meczu, podziwiając grających. Skład „Kresów” był już wtedy naprawdę niezły. Poza bramkarzem Balickim jako obrońcy byli: Fremer (Czech z „Victorii” Żiżkov) i Wysogląd, w pomocy grali Domaradzki, Nowicki (z „Czarnych” III ze Lwowa) i Iwaszkiewicz, w ataku Stastny (Czech ze „Slavii” Praga), Sternschuss, Belemer, Podfilipski, Balwirczak i, zdaje się, Bigda. Przedtem grał w „Kresach” na skrzydle Gomułka, mój kolega, wtedy łobuz pierwszej klasy, dziś bardzo solidny i szanowany lekarz weterynarii, a w pomocy Plahner i Krehl, którzy przeszli do „Jehudy”, a potem grali w „Hasmonei” we Lwowie. Ja sam przeniosłem się do „Pogoni” lwowskiej (studia we Lwowie) i nie przesadzę, gdy powiem, że jednak zaprawa w „Kresach” była niezłą szkołą dla późniejszych piłkarzy, którzy przeszli do innych klubów. W każdym razie,choć byłem członkiem innego klubu, zawsze żywo imteresowałem się życiem i dolą „Kresów”, ich sławą i niepowodzeniami. Bo w nich stawiałem pierwsze kroki piłkarskie, w nich spędziłem swoją młodość pełną porywu i planów najróżniejszych, z nimi związałem serce, a jak powiada Mickiewicz: „Serca nieznane poi wesele, kiedy je razem nić powiąże złota...”
Kończy Stanisław Spittal swoje wspomnienia w trzydziestolecie klubu taką refleksją:              

Wspomnienie tego jubileuszu wiąże mnie z tymi dniami rozpędu i werwy, dniami młodości – najdroższego i najradośniejszego okresu życiowego. I choć my, pierwsi piłkarze tego klubu, chylimy głowy i garbimy plecy pod ciężarem lat długich, ręczę, że klub sam, choć latami nie młody, pełen jest gwaru, życia, temperamentu i rozpędu jak wtedy, kiedy gra w piłkę była zapamiętałą kopaniną tak piłki samej, jak i przeciwników, przeszkadzających w zdobyciu zwycięskiej bramki.

Eugeniusz Spittal w 30-lecie „Kresów” wzywa do apelu wszystkich, którzy kiedykolwiek byli z Kresami związani, wszyscy żywi i umarli. Woła więc:
Chodźcie do mnie Kulikowscy i Medyńscy, pierwsi prezesi „Kresów”, chodźcie do mnie Domaradzcy, Misiewicze, Podfilipscy, Golińscy – Staszki Spittale, Wysoglądy, Nowiccy, Iwaszkiewicze – Baliccy, Kubasiewicze, Wierzbiccy, Fremerowie – Szczęśni – Salusy – Rudki pierwsi bojownicy „Kresów”, pójdźcie i młodsze pisklęta – Freyo­wie, Zelenaye, Domaradzcy, Bigdowie – Kruczkowscy – Wohnery i inni, chcę Was przygarnąć do serca.

To był rok 1937. Dwa lata do wybuchu wojny. Pewnie jeszcze przez te dwa lata „Kresy” żyły swoim piłkarskim życiem, młody narybek zaprawiał się do boju o zwycięskie laury... a potem? Co potem stało się z tymi piłkarzami, gdzie rzucił ich okrutny los wojny? Czy żyje jeszcze ktoś, kto do klubu dołączył tuż przed wojną? A ci, którzy ją przeżyli i jeszcze przez jakiś czas byli zdolni kopać piłkę, czy przekazali swoje ideały następnemu pokoleniu? Pewnie nie – sądząc po tym, co obecnie dzieje się na stadionach, jakim problemem są dzisiaj pseudokibice toczący mało chwalebne bójki na stadionach i poza nimi...


 

* Książka Pamiątkowa Wojskowo-Cywilnego Klubu Sportowego „Kresy” w Tarnopolu, 1907–1937, w oprac. Kazimierza Schrotta, Tarnopol 1937.

** Eugeniusz Spittal (1885–1957), nauczyciel II Gimnazjum w Tarnopolu, działacz ludowy, poseł na Sejm RP z listy PSL „Piast” w latach 1922–27.

*** Stanisław Spittal (1891–1964), lekarz wojskowy, uczestnik walk o Lwów 1818–19, autor m.in. Lecznictwo ludowe w Załoźcach i okolicy („Rocznik Podolski” 1938), a także znany załoziecki poeta).


 


ANNA MADEJ, z domu Spittal, ur. na ziemiach zachodnich, w rodzinie z Ziemi Tarnopolskiej (Tarnopol, Czortków, Załoźce). Studia na Uniwersytecie Wrocławskim, anglistka, st. wykładowca na Politechnice Krakowskiej. Od 2002 prezes Koła Tarnopolan w Krakowie.