Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

WERTUJĄC WYDAWNICTWA

— Po kilku latach przerwy ukazał się w grudniu ’03 nowy (13) numer „Czasopisma Zakładu Narodowego imienia Ossolińskich” (Wrocław 2003). Pismo to – którego dotąd nie omawialiśmy w rubryce Jest co czytać, ale się poprawimy! – wypełnia­ją opracowania personelu fachowego wrocławskiego Ossolineum (zapewne w większości historyków), oparte na zbiorach bibliotecznych, archiwalnych i graficznych tej instytucji.

Jak wiemy, większość skarbów ossolińskich została we Lwowie, zwłaszcza takich, które dotyczą Lwowa i Małopolski Wschodniej, ich polskiej historii i kultury. Do Wrocławia przywieziono część (tylko część) materiałów o największej wartości (w tym np. rękopis Pana Tadeusza, ale ten nie należał do zbiorów ossolińskich i znalazł się tam z początkiem II wojny). Większość ma znaczenie raczej drugorzędne i dostępna jest zapewne także w innych bibliotekach. W ciągu minionego półwiecza natomiast wrocławskie Ossolineum nabyło wiele nowych pozycji, tak iż jego profil zmienił się i zmienia nadal w sposób dość istotny. Fakt ten odbija się na treści czasopisma ZNiO, w którym leopolitana – dawniej dominujące – zeszły na drugi plan.

W nowym numerze naszą uwagę zwraca tylko jeden artykuł (na jedeneście): Produkcja drukarni Jana Filipowicza we Lwowie (autor Wiesław Tyszkowski). Chodzi o rytownika, który otrzymał od króla pol­skiego Augusta III pozwolenie na otwarcie drukarni, prowadził ją w latach 1752–67. W czasie tych 15 lat wydał 43 książki w jęz. polskim, 17 po łacinie i jedną po rusku. Opracowanie zilustrowano reprodukcjami miedziorytów wykonanych przez Filipowicza jako ilustracje jego wydawnictw.

— Z końcem ubiegłego roku dotarł do nas wrześniowy, w s p a n i a ł y numer „Lwowskich Spotkań”, poświęcony w całości – jako wydanie specjalne – 320 rocznicy Odsieczy Wiedeńskiej i królowi Janowi III. Trzeba wyrazić gratulacje pani Bożenie Rafalskiej za tę edycję, która powinna trafić do wszystkich polskich szkół i domów nie tylko we Lwowie – w całej Małopolsce Wschodniej, na Wołyniu i na Ukrainie, a także i poza nią. Numer został opracowany atrakcyjnie pod względem treści i formy i dzięki temu będzie doskonałym zastrzykiem wiedzy o tym pięknym fragmencie naszej historii.

Nie wiemy, kto sfinansował to wydanie; jeżeli Fundacja PPnW, to prezesowi Samborskiemu należałoby się uznanie, jeżeli nie – hańba.


— W „Gazecie Wyborczej” z 2–4 V 03 Artur Styrna w artykule Gorgany – trudny przeciwnik opowiada o swojej wycieczce w tę część Karpat Wschodnich (przypomnijmy, że Gorgany omówiliśmy w Słowniku w CL 3/97). W relacji z wędrówki przewijają się z liczne pamiętne nazwy gór – Gorganu Wyszkowskiego i przełęczy Wyszkowskiej, Popadii, Grofy, przełęczy Legionów, rzek Świcy i Łomnicy oraz słynnej wsi Osmołody. Z opowiadania wyłania się niezwykła malowniczość tych gór i zachęta do ich odwiedzania.


— W „Rzeczpospolitej” 272/03 przeczytaliśmy felieton red. Macieja Rosalaka, który pozwalamy sobie w całości przedrukować (mając nadzieję, że ani Redakcja tamtej gazety, ani Autor nie wezmą nam tego za złe):

Dziwne, tak zachwycasz się Lwowem, a nigdy nie uczono mnie, że to takie piękne, zbudowane przez Polaków miasto – powiedziała moja córka, absolwentka architektury, którą ukończyła z wynikiem celującym. – Studiowałam niemal każdy kościół i każdą kamienicę krakowską, a o Lwowie nie mówiono nic. Dlaczego?

Nasuwa się oczywiście pytanie, dlaczego ja sam nie opowiadałem córce o przepięknym mieście siedmiu wzgórz, z dziesiątkami kościołów, klasztorów i cerkwi, z setkami, a może tysiącami cieszących oczy kamienic, pałaców i willi. Ze wspaniałym założeniem Wałów Hetmańskich, zamkniętych z jednej strony imponującą operą, a z drugiej – niedaleko hotelu George – przechodzących między secesyjne elewacje budynków ulicy Akademickiej. Dlaczego nie mówiono o Wzgórzu Łyczakowskim z nekropolią, na której pochowano tylu wielkich Polaków (Grottger, Konopnicka, Zapolska...) i wreszcie o sąsiednim Cmentarzu Orląt?

Otóż nie opowiadałem dlatego, że – do czego się przyznaję z głębokim zażenowaniem – nigdy wcześniej, aż do listopada bieżącego roku, Lwowa na własne oczy nie widziałem. Nie oglądałem też przedtem Żółkwi czy Stanisławowa. Żółkiew [...] założył wielki hetman koronny Stanisław Żółkiewski. Jego potomek Jan Sobieski obrał miasto-warownię na swą siedzibę. Rzut beretem od Zamościa, ale kto o Żółkwi słyszał? W jej obronne mury wpisano barokowy kościół. Po latach panowania sowieckiego znów jest rzymskokatolicką świątynią. Sympatycznemu proboszczowi, przypominającemu Zagłobę, pomagają w odnowie kościoła studenci warszawskiej ASP. A więc jednak coś się zmienia.

Stanisławów [...] też położony jest blisko polskiej granicy – ale przedwojennej, na Zbruczu. Jak mi mówiła lwowianka z urodzenia i serca – autorka najpiękniejszego albumu o Cmentarzu Orląt Lidia Smyczyńska – Iwan Franko, którym słusznie szczycą się Ukraińcy, pisał jednak po polsku, a dopiero następnie tłumaczył na ukraiński, zresztą w transkrypcji łacińskiej. Obecnie miasto jego imienia niemal całkowicie już odnowiono. O Lwowie tego, niestety, nie można powiedzieć. Serce ściska, gdy patrzy się na ruiny i dewastację z czasów sowieckich, ale też serce rośnie, bo widać, że Ukraińcy – mimo odziedziczonej i nowej biedy – bardzo się starają.

W ciągu kilku dni spędzonych na ukraińskiej ziemi nie spotkała mnie najmniejsza zaczepka czy prowokacja. W kantorze orżnięto mnie co prawda na trzydzieści kilka hrywien, ale nie moja polskość była przyczyną, jeno naiwność, a właściwie nieznajomość obyczaju. Czasem odczuwa się rezerwę, nieufność, ale też bywa – niekłamaną serdeczność, zwłaszcza prostych ludzi. Od nas także zależy, by było jej coraz więcej, zwłaszcza wtedy, gdy granice zostaną naprawdę otwarte i na wycieczkę do Lwowa wybierzemy się z Warszawy jak do Krakowa.

Nowe pokolenie architektów zacznie uczyć nowych studentów. A ci ze zdumieniem usłyszą o czasie, kiedy – jak kartkę z kalendarza – usiłowano z pamięci polskiej wyrwać Lwów. Niemal się udało. Profesorowe córki są w moim wieku.