Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017

WERTUJĄC WYDAWNICTWA

— Czy coś się wreszcie ruszyło? W trzech kolejnych numerach krakowskiego „Dziennika Polskiego” 43, 44 i 45 (luty ’04) opublikowano obszerny artykuł dr Lucyny Kulińskiej pt. Panorama zbrodni. Co się zdarzyło na kresach RP w latach 1943–1944? (tytuły części: Zatrute umysły, Śmierć Polakom, Panorama zbrodni). Przypomnijmy, że w naszym kwartalniku (CL S/03) opublikowaliśmy inny artykuł tej samej autorki, historyczki krakowskiej (nie mającej związków rodzinnych z Ziemiami Wschodnimi), pt. Nie tylko Wołyń.

W nr 42/04 tej samej gazety ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski zaapelował do radnych miasta Krakowa o uczczenie pamięci ofiar ludobójstwa ukraińskiego z lat II wojny na terenie województw lwowskiego, stanisławowskiego i tarnopolskiego. Przypomniał, że w tym roku przypada 60. rocznica tamtych zbrodni, kiedy ginęli Polacy, Żydzi, Ormianie, Czesi i Rosjanie, a także ci Ukraińcy, którzy np. ukrywali Polaków lub przestrzegali ich przed niebezpieczeństwem.

Kraków stał się schronieniem dla wielu kresowych rodzin. Ksiądz apeluje więc o uczczenie minutą ciszy pamięci ofiar ludobójstwa na najbliższej sesji RMK oraz o podjęcie stosownej uchwały oraz ufundowanie tablicy pamiątkowej.

Artykuł ks. T. Isakowicza-Zaleskiego o zbrodni ukraińskiej w Korościatynie na Podolu oraz relację z uroczystości w Radwanowicach wydrukowaliśmy w CL 1/04.


— W „Dzienniku Polskim” 25/04 w codziennym kalendarium rocznic znaleźliśmy taką małą notatkę: 1932 – Liga Narodów uznała, iż pacyfikacja Małopolski wschodniej jesienią 1930 r. była konsekwencją terroru ukraińskich narodowców i oddaliła skargę ukraińskich parlamentarzystów.

— Historyk Jerzy Besala, który często zamieszcza swoje publikacje w krakowskim „Dzienniku Polskim” (już wielokrotnie przez nas przytaczane), opublikował w nrze 31//04 artykuł pt. Życie w Jałcie. Omawia tam kulisy i przebieg konferencji pamiętnej konferencji Stalina, Roosevelta i Churchilla w dniach 4–11 lutego 1944. Oto fragment:
[...] Dlaczego jednak Stalin tak energicznie obstawał na sesji 6 lutego za zachodnią granicą Polski na Odrze i Nysie, ze Szczecinem i Wrocławiem, zamiast Wilna i Lwowa? Dyktator nie kierował się przecież przyjaźnią do Polski. Odpowiedź rysuje się dość prosto: Stalin przesuwał granice swego imperium jak najbliżej Zachodu w przewidywanym konflikcie. W jego planach Polska miała być państwem wasalnym, jak najdalej wysuniętym na zachód. Stalin zyskiwał też argument utrzymywania na tych „ziemiach okupowanych” sowieckich baz wojskowych.

Dla nas nigdy nie było wątpliwości, że przesunięcie Polski o kilkaset kilometrów na zachód nie miało żadnego związku z jakąkolwiek racją historyczną, tak wobec Polaków, jak i dwóch zachodnich narodów ruskich. Na marginesie: nazwa Jałta stanęła w naszej narodowej świadomości w rzędzie takich jak Auschwitz, Dachau, Kołyma, Workuta czy Syberia. Stała się jednym z symboli krzywdy i zbrodni przeciw narodowi polskiemu. Tylko ignorant lub ktoś pozbawiony narodowej godności może o nich myśleć bez odpowiednich skojarzeń.


— W „Dzienniku Polskim” 14/04 red. Adam Rymont (Puzzle pana Styki) napisał o panoramach, w których specjalizował się nasz lwowski malarz Jan Styka (1859–1925).

Przypomina na wstępie, że moda malowania obrazów panoramicznych zaczęła się z końcem XVIII w. w Szkocji, gdzie tamtejszy malarz Barker wykonał gigantyczną pół-panoramę... akwarelą, przedstawiającą widok Edynburga. Panoramy od tego czasu – jako nowość – cieszyły się ogromnym powodzeniem (takie czasy, gdy nie było kina, telewizji, a nawet fotografii). Przez cały wiek XIX trwał wyścig takich obrazów. W 1831 r. w Paryżu eksponowano 11 panoram miast, potem nastała moda na tematykę batalistyczną i biblijną. Polska w owych czasach pozostawała na uboczu mód europejskich. Gdy w Paryżu było 8 rotund dla panoram (zmiennych), w Berlinie – 6, to w Warszawie i Lwowie po jednej. W latach 1894–1901 powstało w Polsce 7 obrazów panoramicznych – najsłynniejsza oczywiście Racławicka we Lwowie. Nie wyszedł Styce projekt namalowania i wystawienia w krakowskim Barbakanie Bitwy pod Grunwaldem. Na przeszkodzie stawały nie tylko finanse, ale i nieumiejętność pracy kolektywnej. Styka i Wojciech Kossak kłócili się przy Racławicach, a tenże Kossak i Julian Fałat pojedynkowali się przy Berezynie.

Panoramę Racławicką, jak pamiętamy, stworzono na Wystawę Krajową we Lwowie w 1894 r. (dokładnie 110 lat temu!). Po Wystawie eksponowano ją przez czas jakiś w Budapeszcie. Zachwyceni Węgrzy zaproponowali Janowi Styce namalowanie – na 50. rocznicę Wiosny Ludów (1848–1898) Panoramy Siedmiogrodzkiej – bitwy pod Sybinem, w której wojska węgierskie pod wodzą naszego generała Bema pobiły wojska austriacko-rosyjskie. Styka nie zaprosił do współpracy Kossaka, lecz swoich lwowskich kolegów T. Popiela i Z. Rozwadowskiego oraz M. Wywiórskiego, a także paru Węgrów i Niemca. Gotową panoramę w 1897 r. zawieziono ze Lwowa do Budapesztu, a potem pokazano w kilku innych miastach węgierskich. Niestety Styka nie doszedł do porozumienia z Węgrami w kwestii zapłaty, wobec czego Panorama Siedmiogrodzka wróciła do Polski i tu została pocięta na około 100 osobnych części, które rozprzedano jako osobne obrazy. Co się z nimi stało? Możliwe, że część przepadła w czasie II wojny. 11 obrazów znajduje się w muzeum w Tarnowie – w tym dwa, które odkupiono od... Edwarda Osóbki-Morawskiego, byłego premiera PRL (kto mu je ofiarował?). Kilka jest w muzeach Warszawy i Krosna, jeszcze kilka w rękach prywatnych. Jakaś liczba jest zapewne za granicą. Podejrzewa się, że kilka można by znaleźć we Lwowie – może zapomniane na strychach?

Przypomnijmy, że piękny dom z pracownią Jana Styki stoi we Lwowie na rogu ulic Mickiewicza i Ziemiałkowskiego. Po II wojnie działał tam jakiś chudożnik, któremu nawet położono tablicę pamiątkową.

— Książki, druki, gazety czy wycinki napływają do nas szerokim strumieniem, i czasem trudno sobie z tym poradzić, posegregować, przeczytać (co wcale nie oznacza, że ich nie potrzebujemy, przeciwnie – to wspaniałe, że Czytelnicy i Przyjaciele biorą udział w zapełnianiu stron naszego kwartalnika). Nie zawsze możemy w szybkim terminie wykorzystać nadsyłane, ciekawe materiały, co – bywa – denerwuje autorów i korespondentów. I dlatego z niejakim opóźnieniem znaleźliśmy w „Rzeczypospolitej” 126/02 (po prawie dwóch latach) rozmowę J. Cieślaka pt. Zacząłem we Lwowie – ze znakomitym jazzmanem i kompozytorem, Jerzym „Dudusiem” Matuszkiewiczem, laureatem Grand Prix Opole 2002. Muzyk opowiada o sobie, o swojej twórczości i sukcesach. Pada też takie pytanie: Co zawdzięcza pan dzieciństwu spędzonemu we Lwowie? Duduś odpowiada:
To było czarodziejskie miasto, kulturalna stolica nie tylko Galicji, ale i Polski. Zainspirowała wielu artystów. Tam urodzili się Herbert, Lem, Axer, Hemar, którego pamiętam z audycji „Wesołej Lwowskiej Fali” ze Szczepkiem i Tońkiem. We Lwowie zacząłem muzykować. Jak w każdym mieszczańskim domu moi rodzice, ciotki, wujowie grali i śpiewali. W ich wykonaniu usłyszałem wszystkie przedwojenne szlagiery Ordonki, Zuli Pogorzelskiej...

JERZY MATUSZKIEWICZ (ur. 1928), jazzman, współtwórca zespołu „Melomani” w Warszawie, kompozytor muzyki do fimów Jowita, Zaklęte rewiry, Wierna rzeka i wielu innych oraz seriali: Wojna domowa, Stawka większa niż życie, Kolumbowie, Jak rozpętałem II wojnę światową, Czterdziestolatek, Janosik i in. W 2002 r. został laureatem Grand Prix Opole.


— Z jeszcze większym opóźnieniem notujemy, że w „Rzeczypospolitej” 21/02 ukazały się dwa ważne teksty. Pierwszy nie dotyczy w zasadzie Lwowa – jest to rozmowa K. Masłonia z Normanem Daviesem o jego wydanej przed ponad dwoma laty książce o Wrocławiu – Mikrokosmos (w Niemczech ukazała się jako Kwiat Europy). Bardzo to dla nas ciekawe, bo odwołania do Lwowa przewijają się parokrotnie. Na przykład:

(KM) Panie Profesorze, niewątpliwie istnieje coś, co określamy z łaciny jako genius loci. Dla nas miastem wyjątkowym jest Lwów „semper fidelis”. A czym jest Wrocław dla współczesnych Niemców? Czy pozostał w świadomości jako Festung Breslau?

(ND) To ciekawe, ale większość Niemców o Breslau zapomniała. Kiedy czyta się książki o historii Niemiec, Prus, III Rzeszy, to znajdujemy w nich zaskakująco mało wzmianek o Breslau. A przecież, jakkolwiek by patrzeć, było to trzecie miasto Cesarstwa Niemieckiego: po Berlinie i Hamburgu. Było potężnym centrum gospodarczym, politycznym i kulturalnym, a stało się utraconym miastem historii Niemiec. Oczywiście, Wrocław istniał w pamięci, ale wyłącznie w pamięci wypędzonych stąd: jako utracony raj, arkadia, nad którą nigdy nie zachodziło słońce. Dla tych ludzi był i jest Breslau tym, czym dla Polaków Lwów i Wilno. Ale dla odżegnujących się od nacjonalizmu władz niemieckich Breslau był kłopotliwy. Przez wiele lat tylko partie skrajnie prawicowe, przeważnie antykomunistyczne, przypominały sobie o Breslau, przy czym nie zawsze chciano pamiętać, że to nie Polacy zniszczyli miasto, a Armia Czerwona. [...]

(KM) Ciekawe, jak książka przyjęta zostanie w Niemczech. Może nie tylko sprowokować dyskusję, ale i otworzyć zasklepione rany.

(ND) Sądzę, że efekt będzie mocniejszy niż w Polsce. Ale ta książka powinna pomóc też tej ogromnej większości Niemców, którzy uważali, że o wszystkim, co wiąże się z wypędzonymi, należy zapomnieć. W imię poprawności i jakiegoś większego dobra. To do nich właśnie, do myślących, tolerancyjnych i demokratycznych Niemców adresujemy tę książkę o Vratislavii i jej dziejach. Uświadamiając, bo to trzeba uświadomić, że nie tylko Niemcy utracili swoją ojczyznę na wschodzie, ale inni też, a spośród nich Polacy stanowią największą grupę narodową.. Procentowo Polska straciła po wojnie większe terytorium niż Niemcy, a nieszczęście wypędzonych jest takie samo. Daleko nie szukając, rodzina mojej żony wygnana została ze Lwowa. Mogli zabrać ze sobą tylko parę rzeczy w walizce i... pamięć.

Drugi tekst napisał historyk, Rafał Żebrowski (nb. siostrzeniec Zbigniewa Herberta). Jego tytuł: Orlęta dla Ukrainy. Autor przypomina Ukraińcom, że polskie zwycięstwa w obronie Lwowa i pod Zadwórzem 1918–1920 miały błogosławione skutki właśnie dla Ukraińców. Gdyby nie to – nie ma wątpliwości, już wtedy zostaliby pochłonięci przez Rosję sowiecką. Co by to dla nich oznaczało w latach 30., nie trzeba wyjaśniać. Żebrowski przypomina też postać hetmana kozackiego Piotra Konaszewicza Sahajdacznego (XVII w.), który stał po stronie polskiej – a nie Bohdana Chmielnickiego, który na kilka wieków poddał Ukrainę Moskwie. Co z tego wynikło, też nie trzeba wyjaśniać.


— Czytający „Rzeczpospolitą” natknęli się zapewne w nrze 56/04 na ciekawą historię pt. Maleńki polski dżentelmen – o karzełku, który (swoim kalectwem) najpierw zrobił wielką karierę w Polsce i Europie, ale zmarł w biedzie w Anglii. Dla tych, którzy nie czytali, cytujemy wstęp do artykułu E. Sawickiej:

Był najsłynniejszym karłem Europy w drugiej połowie XVIII i na początku XIX wieku. Mierzył 99 centymetrów – tyle co czteroletnie dziecko. Podziwiały go arystokratyczne damy i koronowane głowy. Pisał o nim Diderot w swojej encyklopedii, jego losy uważnie obserwowała prasa. Liliput, ale ładny i niezwykle proporcjonalny. Inteligentny, elegancki, swobodnie konwersujący po francusku, błyszczał na salonach. Miał piękną żonę zwykłego wzrostu i kilkoro dzieci. Dożył prawie stu lat. Nazywał się Józef Boruwłaski. Do śmierci podkreślał, że jest polskim szlachcicem.
Artykuł jest omówieniem książki Anny Grześkowiak-Krwawicz: Zabaweczka. Józef Boruwłaski – fenomen natury, szlachcic, pamiętnikarz. Notabene: autorka chyba niemiłosiernie przekręciła nazwisko bohatera, bo w Polskim Słowniku Biograficznym (hasło opracowane przez Stanisława Wasylewskiego!) brzmi ono sensowniej: Borusławski. Jak było naprawdę?

Dlaczego o tym w ogóle piszemy? Oto Józef Borusławski urodził się w r. 1739 w okolicach... Halicza. Nie był szczęśliwy, traktowany jak zabawka. Zostawił pamiętniki, w których opisał doznawane upokorzenia.


Książka o kopcach, którą tu omawiamy, dotyczy całej Polski, od Ziem Wschodnich poczynając, poprzez Polskę centralną, aż po dzisiejsze ziemie zachodnie (a nawet nie tylko Polski, bo uwzględniono usypane przez Polaków kopce w Ameryce i Bułgarii). Książka Grzegorza Gilla pt. Kopce w krajobrazie kulturowym Polski (wyd. Małopolski Oddział Stowarzyszenia Miłośników Tradycji Mazurka Dąbrowskiego, Kraków 2002, wydanie II) jest napisana z ducha po polsku, czyta się ją więc z satysfakcją, nie tylko z uwagi na ciekawą treść. Jej popularnonaukowy i zarazem patriotyczny charakter predestynuje tę książkę do jak najszerszego spopularyzowania.

Autor omawia wszystkie znane mu polskie kopce – ową specyficznie naszą formę pomnika. Doliczył się ich 270 (z czego jakaś niewielka część pozostała w formie śladowej), niewykluczone jednak, że są jeszcze inne, o których istnieniu brak dotąd wiadomości. Rozrzucone są po całej Polsce, wielkie i małe, poświęcone najróżnieszym pamiątkom, starsze i nowsze, znane ogólnie i tylko lokalnie. Zaczyna się oczywiście od legendarno-historycznych: Krakusa i Wandy w Krakowie – poprzez najważniejsze i najbardziej sławne: Kościuszki i Piłsudskiego również w Krakowie oraz Unii Lubelskiej we Lwowie – na powojennych kończąc (m.in. na Westerplatte).

W książce znalazły się więc także kopce we Wschodniej Małopolsce i na Wołyniu, mało albo całkiem nam dotąd nieznane, nie licząc kopca na lwowskim Wysokim Zamku. Oto ich lista:

w Sokalu:

– kopiec obrońców przed Tatarami

– kopiec powstania 1863 r.

na Przełęczy Tatarskiej (Jabłonickiej) k. Tatarowa w Czarnohorze:

– kopiec tatarski

w Gródku Jagiellońskim:

– kopiec Władysława Jagiełły (który zmarł w Gródku)

w Obertynie na Pokuciu:

– kopiec Jana Tarnowskiego

w Stanisławowie:

– kopiec Unii Lubelskiej i Tadeusza Kościuszki

w Majdanie-Hucie k. Nadwórnej:

– kopiec Teofila Wiśniowskiego

w Zadwórzu:

– kopiec Polskie Termopile

na Przełęczy Legionów w Gorganach:

– kopiec Legionów Polskich

w Skale Podolskiej:

– kopiec Agenora Gołuchowskiego

w Kostiuchnówce k. Łucka:

– kopiec Legionów Polskich

w Krzemieńcu:

– kopiec ks. Jakuba Macyszyna (z lat 1970!)

Do powyższej liczby można by doliczyć jeszcze dwa, leżące w innych stronach naszego kraju, ale z kulturą Małopolski Wschodniej związane – każdy po swojemu. Pierwszy to nieistniejący już kopiec Mieczysława Romanowskiego k. Józefowa na Lubelszczyźnie. Poeta rodem z Pokucia zginął tam w 1863 r. Drugi, całkiem innego charakteru, powstał przed kilku laty w Witnicy k. Gorzowa i upamiętnia najsłynniejszego bohatera polskich bajek: Koziołka-Matołka. Pamiętamy, że postać tę wymyślił stryjanin-lwowianin Kornel Makuszyński.

Warto zwrócić uwagę, że „Gazeta Wyborcza” z 5 IX 1997, relacjonując ww. książkę (I wydanie) nie zauważyła Kopca Unii Lubelskiej we Lwowie. Wcale nas to nie dziwi, bo i taka gazeta, i taki autor...

Nowa budowla na pl. Mariackim— Coraz częściej rozlega się we Lwowie lament nad stanem upadku Miasta. Chodząc po naszym opuszczonym Lwowie, spostrzegamy walące się lub zaniedbane do ostateczności kamienice, zauważamy nieodpowiedzialne roboty niby-konserwatorskie, które tyleż niszczą, co naprawiają: vide zdjęcia z restaurowanego kościoła Bernardynów, oddanego Bazylianom. Przypomnijmy sobie Czarną Kamienicę, najpierw pomalowaną na popielato, zaś po protestach – przemalowaną na czarno, a w sumie dawną naturalną czarną patynę zniszczono bezpowrotnie. Czy widział ktoś, jak wyglądają cztery piękne niegdyś klatki schodowe w gmachu skarbkowskim? (nietrudno tam wejść, a warto). To nie wszystko – przepadają niezwykłe detale, którymi Lwów był przepełniony: zabytkowe balustrady balkonów, drobne rzeźby i płaskorzeźby, ornamenty. W CL 4/03 przytoczyliśmy artykuł z gazety ukraińskiej o rzeźbie Diany na jednej ze studzien lwowskiego Rynku...

Gwałcony jest nawet krajobraz zabytkowego śródmieścia. Popatrzcie, co zbudowali na placu Mariackim, w miejscu wyburzonej kamienicy, gdzie był słynny sklep z porcelaną Lewickiego. O tym monstrum już wspominaliśmy, teraz prezentujemy jego zdjęcie.

Ginie powoli wystrój pięknych lwowskich kamienic. W internecie natrafiliśmy na tekst napisany przez Żannę Słoniowską – osobę, która podobno mieszka i we Lwowie, i w Krakowie. Opisuje witraż, który ma 11 m wysokości – biegnie przez całą wysokość kilkupiętrowej klatki schodowej i przedstawia – jak pisze autorka – ziemię, wodę i niebo. Może na samym dole był też świat podziemny, ale ta część już nie istnieje. Reszta tego witrażowego fenomenu też dogorywa... Zwróciliśmy się do autorki o zgodę na przedruk tekstu w CL, ale jej nie otrzymaliśmy. Adresu tej kamienicy nie znamy, ale przy okazji się dowiemy.

— Wielką przyjemność i satysfakcję sprawiła nam Redakcja zakopiańskiego pisma „Na Placówce”, drukując w swoim nrze 1/04 (16) tekst rekomendujący nasz kwartalnik. My z kolei przedstawiamy w ramce tamto pismo, nie traktując tego bynajmniej jako ­rewanż, lecz szczere przekonanie. Naprawdę – tego nam potrzeba!

Miło nam, że również drugie czasopismo, „Tygodnik Podhalański”, w nrze 26/03 (702) zamieściło cały artykuł, omawiający kilka numerów naszego pisma.

Obie Redakcje zachęcają swoich czytelników do prenumeraty „Cracovia-Leopolis”, podając nawet nasz adres. Serdecznie dziękujemy!

— Zainteresowanych historią górnictwa solnego w Małopolsce Wschodniej informujemy, że otrzymaliśmy nadbitkę ze „Studiów i Materiałów do dziejów Żup Solnych w Polsce”, t. XXII (Wieliczka 2002), zawierającą opracowanie Nadii Franko (przetłumaczone z j. ukraińskiego) pt. Dokumenty do dziejów kopalń i warzelni soli w zasobie Centralnego Państwowego Archiwum Historycznego we Lwowie (archiwum to mieści się w klasztorze bernardyńskim). W archiwum znajduje się zarówno księgozbiór dotyczący omawianego tematu (oczywiście wyłącznie autorów polskich), jak i zespół dokumentów, głównie z lat 1772–1875, a dotyczących działalności kopalń i zakładów solnych w: Bochni i Wieliczce oraz Delatynie, Kosowie, Kałuszu, Trembowli, Kosmaczu, Jabłonowie, Tłumaczu, Stebniku i innych. Jak pisze autorka – Archiwalia wskazują, że nie było prawie na Podkarpaciu (zwłaszcza, gdy chodzi o Beskidy Wschodnie) miejscowości, w której nie zarejestrowano by kopalni bądź warzelni solnej. Materiały o tematyce solnej można znaleźć również w posiadanej przez Archiwum kolekcji map i planów ze zbiorów rodzinnych Lanckorońskich i Rzewuskich.