Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

NOWE KSIĄŻKI

— Przegląd nowych książek rozpoczynamy od pozycji przemyskiej, ciekawej i ważnej dla wiedzy o całej Małopolsce. Z artykułów w tym numerze CL wiemy, że historyczna Ziemia Przemyska uległa po II wojnie przecięciu, tak jak cała Małopolska. Po tej stronie zostały – oprócz Przemyśla – Rzeszów, Jarosław, Przeworsk; po tamtej zabrane Sambor, Drohobycz, Stryj, Mościska. I ich powiaty, miasteczka, wsie. I zamki, pałace, dwory.

Archiwum Państwowe w Przemyślu oraz Przemyskie Towarzystwo Archiwistyczne wydały Studia nad zamkami i dworami Ziemi Przemyskiej od połowy XIV do początków XVIII wieku (Przemyśl 2001); autor Michał Proksa. Jest oczywiste, że nas interesują głównie tamte, pozostałe za kordonem obiekty, bo ciągle mamy niedosyt informacyjny o naszej ziemi i jej kulturze. A niespodzianek tu mnóstwo. Wiemy już z artykułu prof. Żakiego (w tym numerze), jak wyglądał romański zamek w Przemyślu, znamy zdjęcia ruin zamku Herburtów w Dobromilu. Słyszeliśmy o rezydencji Tarłów i Mniszchów w Laszkach Murowanych – kiedyś nawet w CL (4/99) pokazywaliśmy plan tamtejszego założenia ogrodowego, ale architekturę zamku (co prawda domniemaną) dopiero oglądamy w omawianej książce. Natomiast o zamkach w Samborze, Drohobyczu i Stryju nie wiedzieliśmy dotąd nic! Tu je znajdujemy.

A dziesiątki dworów, z których dotrwały nieliczne? Z tym tematem najtrudniej, bo jeśli z zamków pozostają jakieś ruiny, resztki, ślady, to z dworów nic. A przecież w całej Małopolsce Wschodniej dworów było jak wszędzie wiele, bo były majątki ziemskie, i to bogate. W dworach (nie mówiąc o zamkach i pałacach) były meble, obrazy, srebra i ceramika, biblioteki i archiwa, pamiątki rodzinne. Z tego tam nie zostało nic, w większości nawet śladów po budynkach. Wojny zrobiły swoje.

Dlatego należy się uznanie autorowi książki za uczynienie pierwszego kroku w dobrym kierunku. M. Proksa odnalazł w archiwach i literaturze zapisy o zamkach i dworach (zgromadził ich 209), ale tylko nieliczne – lub ich ślady – mógł sam zobaczyć. Tekst uzupełnia pewna liczba planów i widoków zamków i dworów, a wśród nich rysunki rekonstrukcyjne zamków w Samborze, Drohobyczu, Stryju i jeszcze kilku innych.

— Wydawnictwo LTW (Warszawa 2002) wznowiło Lwowskie gawędy, wydane przed laty w Londynie, pióra Kazimierza Schleyena. Książka jest opatrzona przedmowami Zygmunta Nowakowskiego, Mariana Hemara i samego autora. Nowakowski pisze:

Autor wprowadza nas do miasta nie od frontu, nie pokazuje kościołów czy pałaców, nie rozwija przed naszymi oczami starych pergaminów. O tytułach sławy Lwowa mówi dyskretnie, na marginesie, jako rzeczy znanej i samo przez się zrozumiałej. Wszystko co lwowskie jest przedmiotem jego miłości, więc szkoła, teatr, dom, tramwaj, ulica, kawiarnia, język, piosenka, głównie człowiek, i to człowiek zwykły, można rzec, szary.

Gawęda przybliża nam Lwów, sprawia, że widzimy całe miasto jak na dłoni... Słyszymy, że serce Lwowa bije tak jak dawniej, przed laty. Lwów jest ten sam!

Autor z humorem i wielkim zmysłem obserwacji ukazuje lwowską codzienność. Opisuje życie lwowskiej kamienicy – realności, dozorców zwanych Szymonami, panny służące, żebraków, a także bale i zabawy, uroczystości i święta. Są tu też zebrane popularne lwowskie piosenki i słownik gwary lwowskiej.

Z kart tej książki przebija tęsknota za rodzinnym miastem.   (MW)

— Nową pozycją edytorską niestrudzonego redaktora wydawnictwa Ośrodka „Wołanie z Wołynia”, ks. Witolda J. Kowalowa – proboszcza w Ostrogu, o którym już nieraz pisaliśmy – jest książka o dwujęzycznym tytule, po łacinie i po ukraińsku (jakżeby się cieszył pewien nieobecny już dostojnik! Tylko po jakiemu On dziś mówi na swojej nowej placówce? Może po polsku?). Pierwszy tytuł brzmi: Ecclesia Cathedralis Luceoriensis, co tłumaczy się Kościół Katedralny Łucki. Autorem jest Ukrainiec, Bohdan Kołosok, ale książkę wydano (Biały Dunajec 2002) i wydrukowano (Poronin) w Polsce, w dodatku dotyczy ona kościoła, który należy do historii i kultury polskiej. Jednak wydano ją po ukraińsku, co w znakomity sposób odcina nas od jej – nie wątpimy – ciekawej treści. Możemy więc korzystać z licznych ilustracji, planików i widoków. A jest co oglądać: na s. 86 widzimy plan części Łucka z najstarszą – romańską (!) – katedrą św. Trójcy. Rzut tego kościoła jest prawie identyczny z katedrą Władysława Hermana na Wawelu (z której zostały tylko fragmenty, m.in. krypta św. Leonarda i dolna część wieży Srebrnych Dzwonów). W Łucku tamtej świątyni też już dawno nie ma, a dziś katedrą jest dawny, barokowy kościół jezuicki.

Stawiamy więc narzucające się pytanie: dlaczego nie po polsku? Albo przynajmniej dwujęzycznie? Jesteśmy więc „zniesmaczeni”, bo tej książki naszym Czytelnikom polecić nie możemy.

 

— Otrzymaliśmy pracę Józefa Szockiego pt. Księgozbiory domowe w Galicji Wschodniej 1772–1918 (Wydawnictwo Naukowe Akademii Pedagogicznej, Kraków 2001). Jest to niezwykle cenne, pionierskie opracowanie, bez którego nasza wiedza o kulturze polskiej na tamtych ziemiach byłaby niepełna.

Książka składa się z dwóch części: w pierwszej autor omawia dzieje tamtejszych księgozbiorów na dość szeroko potraktowanym tle historycznym tego obszaru w okresie zaborów, w drugiej natomiast zamieszcza wykaz bibliotek i dokonuje ich charakterystyki.

Liczba księgozbiorów domowych, które J. Szockiemu udało się zidentyfikować, wynosi 304; spośród nich blisko 60% znajdowało się we Lwowie, a prawie 12% w okręgu przemyskim. Tych największych, powyżej 20 tysięcy tomów, było nieco ponad 8% (w tym księgozbiory Ossolińskich, Baworowskiego i Pawlikowskich); wielkości prawie połowy bibliotek nie udało się ustalić. Najczęściej właścicielami zbiorów książek byli ziemianie – w ponad 30%, profesorowie – blisko 12%, duchowni – w ok. 4% i księgarze-wydawcy – w tym samym odsetku. 116 domowych kolekcji (ponad 38%) przeszło różnymi drogami i w różnym czasie w całości do bibliotek publicznych. Jest to jeszcze jeden dowód na znaczenie kolekcjonerskich pasji – nieraz kwitowanych ironicznym uśmieszkiem – dla kultury narodowej.

Praca Józefa Szockiego zapewne zostanie zrecenzowana na łamach pism profesjonalnych. Już tu jednak trzeba zwrócić uwagę, że autor nie ustrzegł się błędów i nieścisłości – przynajmniej w tej części podjętej tematyki, którą znam trochę bliżej. Pisze na przykład: Adam Jędrzejowicz zgromadził spory księgozbiór domowy (...) w Radziechowie w obwodzie samborskim (s. 95). Dwa błędy w jednym zdaniu: Radziechów nie był własnością Jędrzejowiczów, a należał do obwodu złoczowskiego. I dalej: Jędrzejowicz nabył księgozbiór domowy po Feliksie Meierze (!) z Radziechowa. Było inaczej. Księgozbiór ten, a właściwie jego część i archiwum Mierów (czyt. Mirów) odziedziczyła wnuczka Feliksa, Gabriela, żona Adama Jędrzejowicza; ulokowane one zostały w majątku Staromieście vel Stary Sambor (dziś dzielnica Rzeszowa). Może stąd wynikło umiejscowienie Radziechowa w obwodzie samborskim? Nazwisko Mier autor stale podaje w postaci Meier, co należałoby chyba czytać jako Majer? Z kolei nazwisko Dąmbskich przytaczane jest w książce dwojako: najczęściej Dąbski, a tylko sporadycznie Dąmbski, mimo iż prawidłowa jest ta druga postać. Jako kolejnego właściciela księgozbioru radziechowskiego Szocki podaje stanisława Badeniego, nie uściślając, którego ma na myśli. A było ich dwóch: Stanisław Marcin, marszałek Sejmu Krajowego galicyjskiego, i Stanisław Henryk, jego syn, działacz społeczny i znany mecenas kultury (patrz CL 3/99) Nieścisłości te wynikły, jak się zdaje, stąd, że autor nie wykorzystał kilku może mniej znanych, ale ważnych opracowań, m.in. Teresy Wyżgi Księgozbiór Radziechowski i Teresy Żurawskiej Dzieje Galerii Dąmbskich.    (TK)

Dodajmy jeszcze, że prof. J. Szocki należy do tych uczonych, którzy dużą część swojej naukowej twórczości poświęcają mało dotąd wyzyskanej, a przebogatej problematyce wschodniomałopolskiej; jego artykuł o lwowskiej Bibliotece Baworowskich drukowaliśmy w CL 3/99.

Przykładem omawianych obecnie przez prof. Szockiego księgozbiorów niech będzie lwowska kolekcja wielkiego poety, a zarazem profesora i rektora Uniwersytetu Lwowskiego, Jana Kasprowicza. Miał on ponad 4700 książek z zakresu literatury polskiej i obcej, historii, religii, filozofii; w językach polskim, niemieckim, angielskim i francuskim, w tym stare druki, czasopisma. Pod koniec swego życia przeniósł Kasprowicz ten zbiór na Harendę w Poroninie, gdzie osiadł, a przeznaczył go dla Poznania (tamtejsze biblioteki polskie nie były tak zasobne jak lwowskie czy krakowskie) Niestety tam uległ zniszczeniu w czasie II wojny. Habent sua fata libelli. (Red.)

— Tak się składało w historii Lwowa, że jego przydomek „Semper Fiidelis Poloniae” był weryfikowany nieustannie kolejnymi obronami, w każdym niemal stuleciu wielokrotnie – z przerwami tylko na długotrwałe niewole... W naszym, ubiegłym już wieku, Zawsze Wierne Miasto przeżyło trzy historyczne obrony: w 1918 r. przed Ukraińcami, w 1920 r. przed bolszewikami i w 1939 r. przed Niemcami. Nie dane jednak było zakończyć tę trzecią obronę zwycięstwem. Nie znaczy to jednak, byśmy nie mieli docenić ofiarności i wysiłku Obrońców.

Dobrze więc, że ukazały się Wspomnienia harcerzy – uczestników obrony Lwowa we wrześniu 1939 roku, zebrane i opracowane przez Janusza Wojtyczę, wydane przez Towarzystwo Sympatyków Historii (Kraków 2002). Książka zawiera 32 wspomnienia, ujęte w dwóch grupach: W Harcerskiej Kompanii Obrony Lwowa oraz W innych jednostkach i na innych posterunkach. Całość poprzedzona została charakterystyką tekstów i komentarzem do nich, pióra J. Wojtyczy, który zwraca uwagę szczególnie na dwa spośród tekstów: Tadeusza Drechslera, komendanta Lwowskiej Chorągwi Harcerzy we wrześniu 1939, oraz Stanisława Podusowskiego, komendanta Harcerskiego Kręgu Obrońców Lwowa 1939. We wspomnieniu Zb. Nartowskiego znajdujemy kalendarium obrony Lwowa we wrześniu 1939 r.

Zwróciliśmy uwagę, że spora część uczestników obrony – autorów wspomnień – nie pochodziła z Ziem Wschodnich, lecz z odległych od Lwowa stron: z Częstochowy, Chrzanowa, Włocławka lub Rawicza, a pod Wysokim Zamkiem znaleźli się przeważnie jako studenci lwowskich uczelni. Nie przeszkodziło to jednak, że do obrony Lwowa stanęli z pełnym przekonaniem i oddaniem. Tak byli wychowani.

Casus tatusia z Zagłębia nie znalazł tu analogii.

 

— Lwowskie spotkania w Klubie „Zaułek” zaszczycił przed paroma miesiącami dr Kazimierz Nahlik. Przyniósł świeżo wydaną książkę swoich wspomnień: We Lwowie i na Pokuciu. Ścieżki mojej młodości (Wydawnictwo Baran i Suszczyński, Kraków 2002).

Ta pięknym językiem napisana książka ukazuje świat już dawno nieistniejący, a bardzo nam bliski, widziany oczyma dziecka, później młodzieńca. Zadziwia bogactwo zapamiętanych szczegółów. Jest tu opis domu przy ul. Grottgera 4 we Lwowie, gdzie autor mieszkał z rodziną i z ganku obserwował życie kamienicy. Po latach opowiada o ludziach, którzy przychodzili na podwórze: o druciarzu i o człowieku, który ostrzył noże. To nie jest pan, wyjaśniano dziecku – to jest człowiek, tak samo jak kataryniarz czy stróż. Stróżowa nie była panią, tylko kobietą, a córka stróżowej nie panną, lecz dziewczyną.

Dalsze wspomnienia, to lata 1918 i 1920 – wojny ukraińska i bolszewicka. Przychodzi do nas wujcio Władzio... przyszedł tylko na chwilkę pożegnać się z mamusią; mają wyjść z oddziałem Abrahama zatrzymać bolszewików, którzy są już blisko Lwowa... Po kilku dniach słyszę, jak mówią w domu, że podobno pod Zadwórzem była straszna bitwa i że tam byli od majora Abrahama, u którego był wujcio Władzio. A wujcio Władzio nie wrócił... Pod Zadwórzem wujcia Władzia zabili. Pięciu rozpoznanych bohaterów spod Zadwórza, między nimi podchorążego Władysława Marynowskiego, pochowano na Cmentarzu Obrońców Lwowa. Pozostałych złożono we wspólnej mogile...

Kolejne rozdziały książki zawierają wiele ciekawych informacji o szkole, harcerstwie, zabytkach Lwowa i jego okolicach. Krystalizują się zainteresowania autora rolnictwem, są więc i opisy jego pracy w majątkach ziemskich. Zachwycają piękne malarskie opisy przyrody i ze wzruszającą szczerością opowiedziane historie pierwszych miłości młodzieńca.

Krótki rozdział końcowy, mówiący o tragicznych losach przyjaciół autora po wybuchu wojny w 1939 r. i wkroczeniu sowietów, kontrastuje z pogodnym nastrojem opowieści.   (MW)

Warto przypomnieć, że w „Semper Fidelis”
4–5/90 ukazał się artykuł dra K. Nahlika pt. Dublany, Dublany.

— Wpadł nam w ręce okolicznościowy album wydany we Lwowie (?) z okazji przyjazdu tam Ojca Św. Jana Pawła II w roku 2001. Album jest trójjęzyczny: ukraińsko-angielsko-polski, przy czym jego polszczyznę trzeba przyjąć z przymrużeniem oka. Polski tytuł brzmi: Ukraina przyjmuje Papieża, choć w pozostałych językach użyto słów witaje i welcomes. Dlaczego więc nie wita?

Mocną stroną albumu są dobre zdjęcia (kolejno: Kijów, Lwów, Teatr Wielki we Lwowie – w stulecie, a na końcu historia życia Papieża Wojtyły) i nienajgorszy poziom edytorski.

Na tym zalety (dla nas) się kończą. Nie studiowaliśmy tekstów ukraińskiego i angielskiego, ale to, co można po polsku przeczytać – zadziwia i rozśmiesza (nie jest jasne, kto jest autorem tekstów. Jedna z domniemanych autorek, a zarazem tłumaczka na język polski nazywa się Ałła Chytra!).

Autorzy tekstów informując czytelników o zawiłych dziejach Lwowa, wymienili państwa, do których w historii Lwów należał. Napisali tak (kolejno): do Księstwa Galicko-Wołyńskiego, Wielkiego Księstwa Litewskiego, Rzeczypospolitej, Imperium Austriacko-Węgierskiego, Zachodnio-Ukraińskiej Republiki Ludowej, Polski, ZSRR, a dziś Lwów jest miastem niepodległej Ukrainy.

No cóż, w paru linijkach bzdura za bzdurą. Jest prawdą, że jako odnotowany w kronikach gródek księcia Daniela należał Lwów przez czas pewien do Rusi Halicko-Włodzimierskiej (choć ziemia ta wcześniej ruska nie była, lecz prapolska), ale do Wielkiego Księstwa Litewskiego, jako żywo, nie należał nigdy. Skąd ten pomysł? Zaraz się przekonamy.

Potem należał Lwów – jak piszą – do Rzeczypospolitej, ale jakiej? – tego nie wyjaśniają... Warto przypomnieć, że w czasach Kazimierza Wielkiego o Rzeczypospolitej Obojga Narodów jeszcze się nie śniło, a Lwów od chwili powrotu do Polski aż do rozbiorów, czyli przez cztery i pół wieku, pozostawał w Królestwie Polskim (a potem wraz z nim w Rzeczypospolitej). I tu chyba zaczynamy rozumieć, dlaczego wcześniej przypisano Lwów do W. Księstwa Litewskiego: by stworzyć wrażenie (u nieuświadomionych), że do Rzeczypospolitej wszedł nie jako polski, lecz litewski. Ot, mądrale!

W okresie zaborów też się autorom pokićkało, bo do lat 1860. było tylko Cesarstwo Austriackie, a dopiero w erze autonomicznej Monarchia Austro-Węgierska, a w jej ramach polski kraj Galicja. Zaraz potem pojawia się Zachodnio-Ukraińska Republika Ludowa. Przemilczmy tę epokę (której nigdy nie było).

I wreszcie zjawia się... Polska. Okazuje się, że w całej długiej historii – wedle autorów – Lwów tylko od pierwszej do drugiej wojny był polski. Za takie odkrycie historyczne należy się nagroda. Najlepiej: wycieczka handlowa do RP.

Później był ZSRR, a potem... potem udajmy się do Galerii przy ul. Ossolińskich, gdzie zobaczyć można obraz Matejki: ks. Starowolski oprowadza króla szwedzkiego po Katedrze Wawelskiej...

Nie warto już znęcać się nad zdaniem po zdaniu – pod względem rzeczowym i językowym, nad poprzekręcanymi nazwiskami i pisownią. Po prostu szkoda czasu na czytanie. Poprzestańmy na próbce (na temat Teatru Wielkiego):

W pyszny fasad o formach skomplikowanych [?], niszach i balustradach, rzezbach i pilastrach doskonało wpisyje się wejście główne o trzech portalach i lodżji. W ozdobie hollu o trzech kondygnacjach, po obu stronach którego mieści się dwupiętrowa arkadą, udanie łączą się różnorodne kształty i kolory marmuru sztucznego i naturalnego. Sprawia miłe wrażenie rozmaitość i bogactwo dekoru malarskiego. Nad głównym karniszem umieszczone są muzy mitologii greckiej – dzieła A. Popela [chodzi o Popiela]. Wieńczą fasadę wielkie postacie skrzydłate, odlane z bronzu przez P. Wijtowicza. [...] Kompozycje rzeźbiarskie, malowidła, rzezbione ornamenty oraz pozłacanie reprezentują swoistą kolekcję artystyczną Lwowa z przełomu wieków.

Dlaczego nie zaproszono do tłumaczenia kogoś z Polaków? Domyśleć się nietrudno.

 

— W księgarniach, prasie i ulotkach znaleźliśmy tytuły, które mogłyby nas zainteresować, jednak książek nie czytaliśmy:

• Andrzej Ziemilski, Znalezione w jeziorze Wiartel. (wyd. „Muza”, Warszawa 2002). Autor jest lwowianinem z urodzenia i dojrzewania, do czego w pierwszej części książki nawiązuje.

Wypędzeni ze Wschodu (wyd. „Borussia”) Wspomnienia Polaków i Niemców wysiedlonych z rodzinnych ziem w latach 40. i 50. minionego wieku.

• Zbigniew Hauser, Jacek Tokarski, Ilustrowany przewodnik po Ukrainie, tom 3 (wyd. Burchard Edition, Warszawa 2002). Autorzy omawiają ziemie ukrainne: Kijowszczyznę i Bracławszczyznę, które kiedyś należały do Rzeczypospolitej, zostało tam więc niemało śladów kultury zachodnioeuropejskiej. Osoba jednego z autorów, Z. Hausera, upewnia nas, że materiał jest opracowany kompetentnie, bo tom 2 tego przewodnika, opracowany wyłącznie przez J. Tokarskiego, a dotyczący Galicji (czyli Małopolski Wschodniej), Bukowiny i Rusi Zakarpackiej, spotkał się z surową oceną dra A. Betleja, którego wypowiedź wydrukowaliśmy w CL 1/01. Tom 1 dotyczył Wołynia i Podola, ale tego również nie widzieliśmy.

 

Tadeusz Kukiz (TK), Marta Walczewska (MW), Tadeusz Czerny