Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

WERTUJĄC WYDAWNICTWA

— „Rzeczpospolita” 227/02 zamieściła artykuł Grzegorza Mazura (który od lat zajmuje się problematyką polsko-ukraińską) pt. Cień Kłyma Sawura. Chodzi o jednego z przywódców banderowskich na Wołyniu o nazwisku Dmytro Klaczkiwśkyj, pseudo Kłym Sawur, który – jak dowodzi autor – odpowiada za antypolską akcję na Wołyniu. Przebiegała ona za jego wiedzą i zgodą, zapewne był wręcz jej inicjatorem. Na wstępie artykułu autor informuje:

W ostatnim czasie na Ukrainie nasiliły się głosy na rzecz przyznania partyzantom Ukraińskiej Powstańczej Armii praw kombatanckich. [...] W tym duchu wypowiedział się premier Ukrainy Anatolij Kinach [był niedawno w Warszawie, zaproszony przez L. Millera – przyp. red.], w parlamencie zaś przygotowano projekt ustawy na ten temat. Wskazuje się przy tym, że członkowie organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i UPA walczyli o niepodległość Ukrainy z Niemcami i Sowietami. Wśród dowódców UPA, których pamięć jest przywoływana przy tej okazji, pada m.in. nazwisko Dmytra Klaczkiwśkiego [...] W jego biografii chyba najdobitniej zderzają się polskie i ukraińskie racje za i przeciw uznaniu członków UPA za kombatantów.

. [...][był niedawno w Warszawie, zaproszony przez L. Millera – przyp. red.],[...]

Mazur przedstawia na końcu stanowiska polskich autorów. Pierwsza jest oczywista: Sprawa stosunku do UPA winna stać się papierkiem lakmusowym prawdziwych intencji dzisiejszej Ukrainy i Ukraińców. Jeśli Ukraińcy rzeczywiście chcą dobrych stosunków z Polską, powinni uznać UPA za organizację zbrodniczą. Przyznanie jej członkom praw kombatanckich oznacza, że Ukrainę należy traktować jako państwo wrogie. Stanowisko drugie zaleca cierpliwość – aż Ukraińcy „dojrzeją” do krytycznej oceny własnej historii i potępienia wydarzeń nieprzynoszących im chluby.

Czekaj tatka latka... Od siebie dodajmy, że jest jeszcze trzecie stanowisko: Jaceka (jak odmieniają jego przyjaciele) Kuronia, który po ojcu z Zagłębia odczuwa żywiołową proukraińskość. Dla niego pełne okrucieństwa wymordowanie setek tysięcy Polaków ze starcami, kobietami i dziećmi nie ma większego znaczenia.

Na marginesie: zwróćmy uwagę na nazwisko rizuna: Klaczkiwśkyj to nic innego jak Klaczkowski, tylko w formie zniekształconej przez rutenizację. Czyżby „po mieczu” miał korzenie polskie? Pochodził z Tarnopolszczyzny (ze Zbaraża), gdzie brak wystarczającej liczby kościołów do końca XIX w. wiódł Polaków – liczniejszych tam niegdyś od Rusinów – do cerkwi. I stało się: przez parę pokoleń duża część stała się Ukraińcami i grekokatolikami. Zauważyli to dopiero na przełomie XIX/XX w. biskupi Puzyna i Bilczewski (pisaliśmy o tym w CL 4/2000, s. 45–46). Niestety na relatynizację i repolonizację zabrakło czasu...

Czy nie stanie się podobnie, gdy resztę Polaków w tamtych stronach odetnie się od polskiego języka? Czytelnicy zapewne wiedzą, co mamy na myśli.

— Z ogromną przyjemnością i satysfakcją przeczytaliśmy ostatnio w krajowej prasie kilka życzliwych i sensownych artykułów na tematy lwowskie. W „Naszym Dzienniku” z 5–6 i 7 X znalazła się dwuczęściowa relacja z pielgrzymki chóru „Albertinum” do Lwowa, napisana niezwykle serdecznie przez Krystynę Kantorowicz. Artykuł nosi tytuł: Lwów – jedyne takie miasto na świecie. Wyprawie przewodził ks. proboszcz Jan Bielański.

W sam Dzień Zaduszny red. Wanda Trojan w krakowskim „Dzienniku Polskim” 256/02 zamieściła swoją relację i refleksje z Cmentarza Janowskiego we Lwowie (towarzyszył jej tam p. Włodzimierz Popławski), pt. Zapomniane mogiły. To nie pierwszy artykuł Pani Wandy o Lwowie. I nie po raz pierwszy wyrażamy nasze uznanie i wdzięczność.

 

— Już parokrotnie odnotowaliśmy na tych łamach artykuły o Lwowie zamieszczane od czasu do czasu w „Kurierze PKP”, który podróżni znajdują w przedziałach wagonów lepszych pociągów. I oto w numerze 86 z X ’02 znaleźliśmy dość długą i bogato ilustrowaną relację Marioli Knapf z podróży trasą dość stereotypową przez Małopolskę Wschodnią plus krótki wyskok poza Zbrucz.

Artykuł, w samej intencji sympatyczny, roi się od błędów i niezbyt taktownych (zapewne nieświadomych) sformułowań. Zaczyna się od tytułu: Hajda na Dzikie Pola. Zaraz potem wspomina autorka o duszoszczipatielnych piosenkach lwowskich. Czy to bardzo specyficznie rosyjskie – nawet nie ukraińskie – określenie pasuje do arcypolskich piosenek spod Wysokiego Zamku? Coś się w warszawskiej głowinie poprzestawiało. I jeszcze bzdurne zdanie o starszej i młodszej przeszłości w historii zachodniej Ukrainy.

Potem zauważa autorka pomnik Mickiewicza, który lwowianie nie bez racji uważają za ładniejszy niż ten, który stoi w Warszawie. Czy trzeba być aż lwowianinem, żeby ocenić różnicę poziomu architektoniczno-
-rzeźbiarskiego obu pomników?

Cerkiew jest Wołoska, a nie Wołowska, proszę pani. A w Podhorcach jest czarnoziem raczej podolski, a nie ukraiński. Czy autorka nigdy nie słyszała o Brzeżanach, skoro pisze Bereżany? W innych miejscowościach Podola spotyka już tylko ruskie cerkwie, cytuje ruskie anegdoty, sypane zapewne przez ukraińską przewodniczkę. Na koniec Kamieniec Podolski, Chocim i Czerniowce – tu wiadomości czerpie autorka raczej z Trylogii niż od przewodniczki, co wychodzi na dobre temu fragmentowi relacji.

 

Wypada zaapelować do organizatorów p o l s k i c h wycieczek w tamte strony: bierzcie ze sobą naszych przewodników. Wszystkie przekłamania serwowane przez ukraińskich pilotów robią mętlik w głowach uczestników. A przecież chodzi nam o coś przeciwnego.

Niedawno czytaliśmy relację z podobnej wyprawy zorganizowanej dla bezetów, czyli byłych ziemian z terenów wschodnich, mieszkających dziś w jednym z miast RP. Włos się jeży, gdy się to czyta.

 

W „Gazecie Wyborczej” produkuje się niejaki Cezary Polak (rzeczywiście?), w którego twórczości dziennikarskiej znalazło się m.in omówienie czasopism ukraińskich w Polsce. Swój artykuł, zamieszczony w jednym z ubiegłorocznych wydań GW (na dostarczonym nam wycinku nie było numeru ani daty) rozpoczął tymi słowy: Parę lat temu wróciła w Polsce moda na ukraińskość. Nad Czeremosz, na Czarnohorę, do Brodów i Czerniowiec ciągną wycieczki polskich etnografów i muzykologów poszukujących folkloru sięgającego czasów przedchrześcijańskich, który ponoć prawie niezmieniony przetrwał na tych ziemiach. [...]

No tak, dodajmy do tego jeszcze archeologów, tylko co to ma wspólnego z ukraińskością? I na pewno nie o takie bzdury chodzi (zapewne wyczytane w tych czasopismach).

Modę na ukraińskość wiązalibyśmy raczej ze wzmożoną obecnie uwagą wobec skandalu wokół Cmentarza Orląt czy szeroko omawianej w mediach walki Kuczma–opozycja, albo afery z dostarczeniem terrorystom Al-Kaidy osławionej Kolczugi...

Potem p. Polak ubolewa nad akcją „Wisła”. Pisze: Jeszcze gorzej, że zapominamy o problemach Ukraińców w Polsce. Nie uświadamiamy sobie do końca, czym była akcja „Wisła” i jak wielkie piętno odcisnęła w świadomości polskich Ukraińców. [...] Artykuły o akcji „Wisła” znaleźć można prawie w każdym numerze wszystkich pism ukraińskich ukazujących się w Polsce. [...]

No cóż, szkoda, że w polskich pismach po tej i tamtej stronie jałtańskiego kordonu nie pisze się prawie w każdym numerze o wygnaniu Polaków z Ziem Wschodnich. Może by wtedy wykształcony pan dziennikarz o tym się dowiedział? A może wie, tylko za to w GW nie płacą?

— „Polityka” 40/02 opublikowała artykuł J. Dziadula Kresy na manowcach, dotyczący żenującej sprawy tzw. Polskiego Stronnictwa Kresowego (PSK) oraz związanego z nim tzw. Światowego Kongresu Kresowian (ŚKK). Istotę afery streszczono zaraz pod nagłówkiem artykułu: Polskie Stronnictwo Kresowe miało być partią władzy. Tak myśleli jej założyciele w 1994 r. Ale się skłócili. A teraz wyzywają wzajemnie od agentów bezpieki i kryminalistów. Czołowymi działaczami PSK byli (i są nadal?) Jan Skalski z Bytomia i Edward Prus z Gliwic. Przewodniczącym Naczelnej Rady Politycznej (!) PSK został krakowianin, nie kresowianin, p. Bogusław Gedl.

Już na samym początku artykułu zamieszczono budzącą sprzeciw informację: Podwaliny pod PSK położyło Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, jedna z pierwszych organizacji repatriantów w III RP. W stwierdzeniu tym zakamuflowana jest nieprawda, bo TMLiKPW od chwili powstania PSK odcięło się od tego tworu. Zaangażowała się w to natomiast grupa działaczy bytomskiego oddziału Towarzystwa, podobnie jak w ŚKK, całkowicie na własną rękę, bez akceptacji ze strony zarówno Zarządu Głównego TMLiKPW i absolutnej większości zarządów ponad 80 oddziałów, jak i ogółu członków w całej Polsce. Widziano bowiem bezsensowność takiego pomysłu, brakowało także zaufania do tych właśnie ludzi, którzy ów pomysł usiłowali par force realizować. Były próby kaperowania członków z oddziałów TMLiKPW, także w Krakowie, ale na szczęście się nie udało. Ostatnio – chyba w związku z całkowitym rozkładem tych niepotrzebnych organizacji – wszczęto nową akcję dywersji przeciwko Towarzystwu. Ale po co?

Przykro, że o aferze, w którą zamieszani są ludzie z kręgu kresowian, czytają mało zorientowani Polacy w całym kraju i nie-Polacy poza nim.

 

— Czytelnicy pamiętają zapewne nasze dwie publikacje na temat rodziny Turnauów: o Jerzym Turnau, który w latach 1920. prowadził we Lwowie tzw Wyższe Kursy Ziemiańskie (CL 2/2000), oraz o Turnauach z Zaleszczyk (CL 1/02). Z rodziny tej pochodzi popularny w kraju piosenkarz krakowski i poeta Grzegorz Turnau, z którym rozmowę zamieścili w „Dzienniku Polskim” (dodatek „Magazyn niecodzienny” XI ’02) W. Krupiński i T. Sikora. Na pytanie, czym jest dla niego tradycja, Turnau odpowiedział: Pewnie nikogo nie zaskoczę oryginalną koncepcją na ten temat: „jestem synem mego ojca, jestem ojcem mego syna”, jak napisał Michał Zabłocki. I tu już nie ma co więcej gadać, tylko pilnować sensu, który z naturalnej kolei rzeczy wynika. Ostatnio śpiewałem ten wiersz we Lwowie, po odwiedzeniu grobu pradziadka Jerzego na Cmentarzu Łyczakowskim. Czułem się sensownie zakotwiczony w czasie. Przynajmniej przez moment.

A więc znowu Cmentarz Łyczakowski jest tym spoiwem, który wiąże pokolenia Polaków...

Jarosław Marczuk