Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Elżbieta Mokrzyska, WERTUJĄC WYDAWNICTWA

— W Krakowie wydano drugi tom wspomnień i refleksji Ojca Św. Jana Pawła II pt. Wstańcie, chodźmy (Wydawnictwo „Biały Kruk”, Kraków 2004) będący szczególną autobiografią Papieża od chwili, gdy został powołany na biskupa pomocniczego w Krakowie, przy arcybiskupie Eugeniuszu Baziaku. Pięknej księgi-albumu ze zdjęciami Adama Bujaka (w większości) zachwalać nie potrzeba, a jeżeli tu o nim wspominamy, to dlatego, że mowa tam parokrotnie o Biskupie-Wygnańcu ze Lwowa. Oto jak Autor wspomina swoje pierwsze spotkanie z abpem Baziakiem:
Ks. arcybiskup Baziak, metropolita lwowski obrządku łacińskiego, podzielił los wszystkich tzw. przesiedleńców: musiał opuścić Lwów. Zamieszkał w Lubaczowie, w tym skrawku archidiecezji lwowskiej, który został w granicach PRL po ustaleniach w Jałcie. Książę Sapieha, arcybiskup krakowski, w ostatnim roku przed śmiercią prosił, żeby ks. arcybiskup Baziak, zmuszony przemocą opuścić swoją diecezję, był jego koadiutorem. Tak więc chronologicznie moje biskupstwo jest związane z tym tak doświadczonym hierarchą.

Następnego dnia zgłosiłem się zatem do księdza arcybiskupa Eugeniusza Baziaka na ulicę Franciszkańską 3 i wręczyłem mu list od ks. Prymasa. Pamiętam jak dziś, że Arcybiskup wziął mnie pod rękę i wyprowadził do poczekalni, gdzie siedzieli księża, i powiedział: Habemus papam. W świetle późniejszych wydarzeń można powiedzieć, że były to słowa prorocze. [...]

Wśród zdjęć znajdujemy kilka takich, na których jest - albo powinien być - abp Baziak. Niestety w dwóch miejscach wkradły się przykre błędy: na str. 42 i 107 biskupa Jopa opisano jako Baziaka (w dodatku zupełnie niepodobny). Nawet w odnośnym tekście jest mowa o bpie Jopie, a nie Baziaku. Mamy nadzieję, że w ewent. drugim wydaniu zostanie to poprawione.


— „Rzeczpospolita” z 1 listopada ‘04 wydała - we współpracy z Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa - 12-stronicowy okolicznościowy dodatek pt. Cmentarze. Już pierwszą stronę zdobi wielkie zdjęcie kamiennego orła z nagrobka gen. Józefa Śmiechowskiego (uczestnika powstań 1831 i 1863 r.) z Cmentarza Łyczakowskiego. Dalej Przywrócone krzyże - o opiece Harcerzy ze Zgierza nad polskimi grobami poległych na terenie państwa Ukraina (w tym na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej), oraz Legendy Powstania Listopadowego, gdzie jeden z ustępów poświęcono Konstantemu Ordonowi, ze zdjęciem jego pomnika na Cmentarzu Łyczakowskim. Na ostatniej stronie Listopad we Lwowie - o Cmentarzu Obrońców Lwowa ze zdjęciami z czasu jego budowy i wspólczesnym.

Bardzo za to dziękujemy!



— Bardzo sympatycznie napisała o nas p. Teresa Siedlar-Kołyszko, dziennikarka i publicystka, autorka książek o Ziemiach Wschodnich, z którą rozmowę J. Palucha zamieściliśmy w porzednim numerze CL. Pani Teresa, zamieszkała od lat w Ameryce, pisuje stale Kronikę Kresową dla polskiego „Nowego Dziennika”, wydawanego w Nowym Jorku. Właśnie tam, w odcinku 10. zawartym w numerze z 5-6 czerwca ’04 przeczytaliśmy miłe słowa, które prezentujemy w formie ilustracji, a nie przedruku (żeby było bardziej wiarygodnie!).

Pan Teresa Siedlar-Kołyszko przy każdej bytności w Krakowie (jest rodowitą krakowianką) przychodzi na nasze lwowskie spotkania w Zaułku i u Dominikanów, i już parokrotnie wygłaszała prelekcje. Podobnie w Śródmiejskim Ośrodku Kultury - zawsze przy nabitej sali.



„Lwowskie Spotkania” - doskonałe pismo zawsze oczekiwane i chętnie czytane - ukazują się ostatnio rzadziej (wiemy dlaczego, pisaliśmy o tym), pojawia się jednak światełko w tunelu. Ale - sza! Nie zapeszmy.
Pismo (pisaliśmy o nim w CL 1/02) jakby zmieniło swoją formułę - trudno powiedzieć, czy na stałe, czy czasowo. Numery stały się niemal monotematyczne, co stanowi pewne novum, ale o tym za chwilę. Wcześniej opisywany przez nas numer z 2003 r. był poświęcony Janowi III, numer z XII.03-I.04 - lwowskiej rodzinie Pazdro, z X.04 - Zbigniewowi Herbertowi, zaś numer specjalny, otrzymany w listopadzie ‘04 - 60. rocznicy Akcji „Burza”, wszystkie niezwykle ciekawe. Każdy temat składa się ze zbioru artykułów różnych autorów i różnych, wzajemnie uzupełniających się aspektów wiodącego wątku. Tym samym LS odeszły od formuły w pełni gazetowej, co należy uznać za uzasadnione i korzystne, bo funkcję magazynu wiadomości spełnia na tym samym terenie „Gazeta Lwowska”.
Droga Redakcjo! Wasze czasopismo dla polskiej inteligencji prosi się o zerwanie z formatem gazetowym. Wartościowa tematyka każdego kolejnego numeru nie może pójść na marne, a przecież wiadomo, co dzieje się z gazetą po jakimś czasie. Czasopismo w formacie książkowym (A4, B5) może być przechowywane długo i długo służyć zainteresowanym, duża gazeta nie. I na pewno czyta się lepiej, wygodniej. Większość periodyków o charakterze podobnym do Waszego pisma, ma właśnie takie rozmiary.
Oczywiście kwestia kosztów: nieco lepszy papier (lecz bez przesady), konieczność zszywania. Ale mogą być też oszczędności: mniej ozdobników (z korzyścią), mniejsze zdjęcia, niektóre dużo mniejsze. Opłaci się skórka za wyprawkę.
Prosimy: nie miejcie nam za złe uwag! (bo to się zdarza). Przecież „Lwowskim Spotkaniom”* życzymy jak najlepiej i zawsze chętnie zabieramy się do czytania. Chcemy je też przechowywać w domowych biblioteczkach.

* Lepiej byłoby odwrotnie: Spotkania Lwowskie, tak jak Dziennik Polski, Wiek Nowy czy Gazeta Krakowska, nie mówiąc o Gazecie Lwowskiej (od 1811 roku!).

— Wydawane poza wschodnim kordonem polskie czasopisma - poza „Gazetą Lwowską” - nie docierają do nas regularnie. O „Lwowskich Spotkaniach” wiadomo - piszemy o tym wyżej. Okazjonalnie otrzymujemy „Radość Wiary” - obecnie organ Archidiecezji Lwowskiej (omawialiśmy w CL 2/99). Redakcja, dawniej w Drohobyczu u oo. Bonifratrów, obecnie mieści się we Lwowie, redaktorem naczelnym jest ks. Marian Skowyra. Pismo jest obecnie (chyba) dwumiesięcznikiem, ostatnio wyszedł nr 41. Jego szata graficzna stała się bardziej reprezentacyjna, okładki kolorowe. Artykuły pisane są w dwóch językach, ale nie są to teksty tożsame. Po prostu - jedne po polsku, inne po ukraińsku. O co chodzi? Czy - jak powiedział któryś z szekspirowskich bohaterów - w tym szaleństwie jest metoda?

Drugim pismem nieregularnie oglądanym, jest „Głos Nauczyciela” (dwumiesięcznik omawiany w CL 4/02; ostatnio wyszedł nr 25-26), wydawany w Drohobyczu, jak zawsze pod redakcją Adama Chłopka. Spotykamy tam materiały zarówno metodologiczne (gramatyka, słownictwo, składnia itp.), jak i historyczne, biograficzne, nawet literackie. Szkoda, że zawartość tego pisma ma docierać tylko do nauczycieli! Byłoby ze wszech miar pożądane, by GN trafiał szeroko pod strzechy. Może warto pomyśleć?



— W piśmie „Wspólnota Polska” 4/04 zamieszczono rozmowę P. Mysłakowskiego z Pierre Casimirem Zaleskim (ur. 1928 w Paryżu), nowym dyrektorem Biblioteki Polskiej w Paryżu. Warto przypomnieć, że ta zasłużona placówka powstała w 1838 r. i liczy obecnie ok. 220 tys. książek, 32 tys. obiektów artystycznych i ogromną ilość archiwaliów. Dziś - po latach stagnacji - przeżywa modernizację i aktywizację.
Donosimy o tym z dwóch powodów. Po pierwsze omawiana instytucja zawiera bardzo wiele obiektów archiwalnych i muzealnych związanych z Ziemiami Wschodnimi, w tym ze Lwowem i Małopolską Wschodnią. Po drugie trzeba wyrazić radość, że dyrektorem nie jest już poprzednik

którego sympatie kierowały się w stronę nie całkiem zgodną z polskością tej instytucji, co odbijało się na charakterze imprez tam organizowanych.



— W krakowskim wydaniu „Gazety Wyborczej” (z października? Ktoś, kto nadesłał nam wycinek nie podał numeru ani daty) ukazało się wspomnienie o metropolicie Andrzeju Romanie Szeptyckim. Autor, Jan Kot (?), zapędził się dość daleko w apologii tej kotrowersyjnej postaci. Każdemu wolno, a patronom z GW to odpowiada. Tylko, że coraz mniej ludzi czyta ten obcy nam ideowo dziennik.
Autor słusznie pisze, że Roman wychował się w środowisku, w którym myślano i mówiono po polsku. I to wcele nie tylko dlatego, że matka była Fredrówna, także dlatego, że od paru pokoleń Szeptyccy byli rodziną polską (np. babka po mieczu..............), choć z korzeniami ruskimi. Tak, jak wspaniałe rody polskie o korzeniach litewskich i ruskich - Czartoryscy, Sapiehowie czy Radziwiłłowie. I tak jak rody o pochodzeniu niemiecko-bałtyckim: Platerowie, Tyzenhauzowie, Krusensternowie. A także liczne rodziny nie arystokratyczne, np. Lonchamps z Francji (hugenoci, osiadli we Lwowie na przełomie XVII/XVIII w.) lub Meraviglia-Crivelli lub Ricci z Włoch (też Lwów). I jak tysiące zwykłych Polaków, którzy noszą obce nazwiska, i jako Polacy walczyli w powstaniach (Traugutt, Emilia Plater), w kampanii wrześniowej (gen. Kleeberg, Orlik-Ruckemann, Mond), w AK, cierpieli w Auschwitz i na nieludzkiej ziemi. Rzecz w tym, że przez pokolenia mężczyźni o takim pochodzeniu żenili się z Polkami, udział więc krwi obcej - w naturze i przenośni - dochodził z czasem do zera, pozostawało tylko nazwisko. W potomstwie po kądzieli w ogóle o tym zapominano. Ba, nawet gałąź rodziny cesarskiej - Habsburgowie żywieccy, którzy w czasie II wojny wybranej polskości się nie wyparli, byli prześladowani i służyli w polskim lotnictwie na Zachodzie. Z drugiej strony - i wśród Polaków bywali renegaci.
Autor pisze w zakończeniu: Hrabia metropolita był człowiekiem pogranicza, Ukraińcem z dziada-pradziada, mężem bożym, kochającym Polskę itd. Co słowo, to nieprawda: nie był Ukraińcem (prędzej Rusinem), lecz Polakiem - przecież ten sam autor wyżej o tym pisze! - gente rutenus, natione polonus, związany rodzinnie z polską arystokracją i ziemiaństwem. Polski wcale nie kochał, bo chciał z jej terytorium wykroić ukraińskie państwo, a w 1941 r. wydał proklamację, witając wchodzące na tereny Galicji oddziały niemieckie. Co prawda szybko oprzytomniał, ale też wcale nie z miłości do Polski.

A czy był mężem bożym - nie nam oceniać.



W kolejnym numerze GW ten sam autor napisał w podobnym tonie o następcy Szeptyckiego, Józefie Slipym (1892-1984). Ten jednak był autentycznym Rusinem i ofiarą sowieckich prześladowań.



— Austriacy (!) zlecili kilku reżyserom z postkomunistycznych krajów Europy środkowo-wschodniej nakręcenie cyklu filmów dokumentalnych, pod wspólnym tytułem Przez granicę. Filmy mają się odnieść do różnych aspektów sytuacji, jaka istnieje w tych krajach w chwili ich wstąpienia do Unii Europejskiej.
Ze strony polskiej powstał obraz pt. Granica - o ludziach znad Odry i Nysy, przesiedlonych ze Wschodu. Temat - to rozmowy z ludźmi z Podola (nie podano konkretnie skąd), którzy przypadkowo zostali osadzeni we wsi koło Gubina, nad Nysą (niedaleko od Zielonej Góry). Przesiedleni tu przed 60 laty, patrzą na miniony czas, jak na rodzaj prowizorki. Nie wrośli w to miejsce, przy każdej okazji wspominają rodzinne Podole. I choć byli tam świadkami strasznych rzezi, przy których bledną okropności wojny jugosłowiańskiej, opowiadają o tamtych stronach jak o utraconej arkadii.
80-letnia kobieta mówi: Każdemu serce boli. I Niemców boli, i nas. My same tu nie przyszli. My płakali za swoim też. Ich wypędzili stąd, nas stamtąd. Autorzy zauważają: ci ludzie nie boją się niczego mówić, ale też nie ma w nich resentymentów ani wrogości, jest tylko nostalgia.
Pisze o tym w „Gazecie Wyborczej” z 10.III.04 T. Sobolewski. Potem następuje rozmowa z twórcą filmu Pawłem Łozińskim. Wraz z operatorem Jackiem Bławutem mieli różne pomysły, ale: W końcu wpadliśmy na trop najbardziej oczywisty - ludzi zza Buga [Podole nie leży za Bugiem, ta bzdura wynika z niskiej świadomości geograficzno-historycznej - przyp.red.], przywiezionych tu w 1946 r., którzy żyją dziś nad wysychającą rzeczką Nysą w kompletnej pustce, wspominając przeszłość. Rodzinne Podole wydaje im się rajem, a smętne, płaskie, nieżyzne strony nadgraniczne robią wrażenie ziemi niczyjej, o którą się nie dba. Ci, których tu przywieziono po wojnie, mieli poczucie, że przyjechali tu tylko na chwilę. I tak pozostało. [...] To sympatyczni, otwarci ludzie. Mili, dowcipni, jak to ze Wschodu. Są ofiarami bezwzględnej polityki. Chcieliśmy poprzez ich losy opowiedzieć austriackim widzom kawałek historii, o której sami zapominamy. Mordowani przez Hitlera, przegnani przez Stalina, wyzyskiwani przez komunizm, nosimy bagaż przeszłości, którego nie widać w zgiełku przyśpieszonego życia. A tam, w tych chaszczach nad Nysą, czuje się historię.

Czegoś nam w relacji reżysera brakuje: poza mordowaniem przez Hitlera i przegnaniem przez Stalina, było jszcze coś, może najgorsze, ludzie o tym też mówili. Co działo się w cieniu wielkiej wojny...



Dziwna afera - w którą zamieszane jest „Stowarzyszenie Dziedzictwo Karpat” - wybuchła w Bieszczadach, w związku z budową jakiegoś Centrum Edukacyjno-Ekologicznego - Instytut Karpacki w Michniowcu.
Przed paroma miesiącami przeczytaliśmy w prasie o powołaniu do życia takiego stowarzyszenia w Krakowie, a jego założycielem i prezesem jest nieznany nam dr Andrzej Czech. To nazwisko i odniesienie geograficzne skojarzyło się nam - co prawda całkiem marginesowo - z niejakim Myrosławem Czechem, b. sekretarzem generalnym Unii Wolności i dziennikarzem ukraińskiego czasopisma w RP, ale cóż, nie każdy Czech musi być... Czechem. I każdemu wolno.
I oto w „Rzeczypospolitej” nr 246 z października ‘04 przeczytaliśmy o zatrzymaniu realizacji huculskiej chaty, usytuowanej we wsi Michniowiec, tuż przy granicy z Ukrainą, na 60 hektarach nieużytków - wokół tylko lasy i ugory. Przybyła tam Straż Graniczna i wydaliła z RP grupę cieśli, ściągniętych tu z ukraińskiej Huculszczyzny, oraz profesora-konsultanta z Kosowa (autorzy artykułu Harald Kittel i Jerzy Matusz napisali: z Kosiva k. Kołomyi). Wszyscy jakoby pracowali bez wynagrodzenia (!), okazało się jednak, że budowa prowadzona jest nielegalnie.
W Michniowcu miała być odtworzona dawna tradycja tych ziem: budownictwo, rzemiosło. Jednocześnie zostaną tam - wedle zamierzeń inicjatorów - wprowadzone najnowocześniejsze w świecie metody ochrony środowiska. Zapewne za wzorem Ukrainy.
Czas pokaże, co mamy o tym myśleć.