Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Stanisław Dziedzic, WŁÓCZĘGA

Powiadają, że któregoś dnia O. Serafin Kaszuba słysząc śpiewaną w jego obecności w dalekim Kazachstanie starą polską kolędę „Nie było miejsca dla Ciebie” zaimprowizował naprędce dalsze jej wersy, które oddają dobrze jego tułaczą posługę duszpasterską:

 

Wśród stepów Kazachstanu,

Syberii mroźnej ziemi

Szukamy miejsca dla Ciebie

Jak ongiś w Betlejemie1.

.

 

Kim był ów skromny zakonnik franciszkański, nazywany „Włóczęgą Bożym”, o którym mówiono, iż w ZSRR – „na nieludzkiej ziemi”, wbrew szykanom i panującemu tam terrorowi przemierza tysiące kilometrów, docierając z posługą kapłańską do odległych zakątków rozległego imperium. Świątobliwy asceta, bez reszty oddany Bogu i pozbawionym opieki duszpasterskiej wspólnotom religijnym, był w totalitarnym kraju urzędowego ateizmu przedmiotem niewybrednych ataków i oskarżeń o... rozwiązłość i opilstwo.

Urodził się w 1910 r. na peryferiach Lwowa, na Zamarstynowie, w rodzinie robotniczej, jako czwarte, najmłodsze dziecko Karola i Anny z domu Horak. Oboje rodzice należeli do III zakonu św. Franciszka, byli też zaangażowani w prace organizacyjne przy tworzeniu w swojej dzielnicy parafii św. Franciszka z Asyżu, prowadzonej przez kapucynów. Klimat rodzinnego domu, pełny głębokiej pobożności, wzajemnej miłości i solidaryzmu, kształtował osobowość małego Alojzego, był też w przyszłości psychicznym oparciem dla ciężko doświadczonego przez reżim komunistyczny zakonnika. Przemożny wpływ, obok domu rodzinnego i szkoły, na kształtowanie jego sylwetki duchowej miała miejscowa parafia, w której pracowali gorliwi kapłani kapucyńscy – m.in. o. Anioł Madeyewski, o. Gabriel Banaś czy ulubiony przezeń katecheta – o. Tadeusz Kraus. Podziwiał szeroką działalność oświatową i społeczną o. Aleksandra Chmury, który zakładał parafialną bibliotekę, katolickie sklepy spółdzielcze i niezmordowanie angażował się przy budowie kościoła i klasztoru. Budował swoją wrażliwość, patrząc na działalność charytatywną o. Kosmy Lenczowskiego. Wpłynęły te doświadczenia i obserwacje na podejmowane przezeń w przyszłości kierunki działalności i wybór drogi życia we wspólnocie zakonnej kapucynów.

Do zakonu wstąpił wkrótce po maturze, którą złożył w 1928 roku w Państwowym Gimnazjum im. Hetmana Stanisława Żółkiewskiego we Lwowie. W Sędziszowie Małopolskim odbył nowicjat, a studia filozoficzno-teologiczne w seminarium zakonnym w Krakowie. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1933 r. Szczególne zainteresowania literackie i językoznawcze skłoniły go do podjęcia, za zgodą władz zakonnych, studiów z zakresu filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, które uwieńczył magisterium w 1936 r.

W życiu Alojzego Kaszuby oczekiwania, jakie łączyli z jego osobą najbliżsi bądź przełożeni, rozmijały się z czynionymi przezeń wyborami lub drogami, które narzucało mu życie. Matka pragnęła wielce, by wybitnie uzdolniony syn został adwokatem, a w najgorszym razie lekarzem, przełożeni zakonni widzieli w nim gruntownie przygotowanego do zawodu nauczyciela kolegium serafickiego, profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego obiecywali mu asystenturę, a w perspektywie karierę naukową. Władał kilkoma językami obcymi – niemieckim, łaciną, rosyjskim, z czasem także hiszpańskim, uczył się sanskrytu i starocerkiewno-słowiańskiego. Pasjonowała go poezja, sztuki piękne, był dobrym matematykiem, przejawiał wyraźne uzdolnienia literackie. Wszystkie te predyspozycje w jakiś sposób determinowały kierunki pracy młodego zakonnika – teraz już ojca Serafina – w pierwszych latach jego kapłaństwa. Redagował m.in. czasopismo zakonne „Wzlot Seraficki” (1936), w latach 1937–39 uczył języka polskiego w niższym seminarium zakonnym (tzw. kolegium serafickie) w Rozwadowie, był duszpasterzem akademickim Akademii Rolniczej w Dublanach, prefektem szkół w Ostrogu, a po zajęciu wschodnich ziem polskich przez ZSRR pełnił obowiązki duszpasterskie w różnych parafiach na Wołyniu i Polesiu, m.in. w Dermance, Karasinie i Ludwipolu. Aresztowany i uwięziony przez Niemców w Ludwipolu, zdołał się obronić dzięki biegłej znajomości języka niemieckiego przed zarzutami o szpiegostwo i nielegalne posiadanie broni. Uwolniony z więzienia, prowadził na Wołyniu działalność duszpasterską.

 

Po wkroczeniu wojsk sowieckich na Wołyń w 1944 r. i ponownym włączeniu go do ZSRR o. Serafin Kaszuba uznał za najwłaściwszą dla niego drogę pozostania wśród tamtejszych katolików, poddanych straszliwym eksterminacjom, wiedząc, że właśnie tam będzie jako kapłan najbardziej oczekiwany. W czasie wojny przeżył już piekło potwornych rzezi i wywózek ludności polskiej, tragiczne w skutkach rezultaty umiejętnie podsycanej nienawiści między zamieszkującymi te ziemie narodami. Wiedział, że nadchodzące czasy będą nie mniej tragiczne, choć w innym wymiarze.

W pożodze „czerwonych nocy na Wołyniu”, w ucieczkach przed pułapkami na niego stawianymi, w dzieleniu niedoli wygłodniałych tułaczy, w usługiwaniu chorym, w grzebaniu umarłych i mordowanych w bestialski sposób jego parafian, w odważnej decyzji pozostania na Wołyniu, gdy inni pociągami ponurej „repatriacji” z rozdartymi sercami opuszczali swoją ojcowiznę udając się w nieznane na zachód, nieustannie chyba powtarzał: Oto jestemnajważniejsze, by się nie rozminąć z wolą Bożą. Takich decyzji nie mógł podejmować człowiek szukający siebie, swojej woli2.

W tej decyzji pozostania wśród „swoich”, którą zawsze pojmował jako właściwą i zgodną z wolą Opatrzności, zawarte były wszakże duchowe rozterki: czy nie rozmija się w tym względzie z wolą swoich przełożonych zakonnych, z którymi kontakt był wielce utrudniony, a zazwyczaj wręcz niemożliwy. Był przecież zakonnikiem, którego powinnością jest pozostawanie we wspólnocie. A przecież, poza pierwszym dziesięcioleciem życia zakonnego, następne dziesięciolecia kapłańskiej posługi musiał przeżyć poza wspólnotą zakonną, za którą – świadczą o tym jego liczne listy i zapiski – wielce tęsknił. Do końca swoich dni odmawiał kapucyński brewiarz, czuł się niezmiennie podporządkowany woli swoich przełożonych. Udał się na Wołyń za wiedzą i przyzwoleniem przełożonego, który roztropnie mu tego „ani nie radził, ani nie zabraniał”. Decyzję ostateczną podjął sam. Kiedy później łączność z przełożonymi była niemożliwa, właśnie w swojej pełnej poświęcenia, heroicznej pracy duszpasterskiej widział znak woli Bożej, jako wolę, a przynajmniej przyzwolenie ze strony przełożonych. Żaden też z przełożonych nie stawiał mu nigdy zarzutu nieposłuszeństwa. Kiedy zaś w pewnym okresie szczególnej jego rozterki otrzymał wyraźną odpowiedź przełożonego, by czynił to, co uważa za stosowne dla chwały Bożej, uspokojony dziękował za to3.

W jego życiu wyraźny był duch ewangelicznego ubóstwa na wzór Biedaczyny. Żył prawdziwie ubogo, nie posiadając nic, nie gromadząc żadnych dóbr materialnych, a nawet unikając ich.

„Oto jestem” – wyrzekł przy przyjmowaniu święceń kapłańskich. Te słowa nabrały szczególnie dramatycznego wyrazu, gdy stawał w obliczu tragedii wojennych i rzezi, gdy warunki w których żył, stwarzały przed nim bezustanne pytanie o gotowość ofiary z samego siebie. W okresie krwawych konfliktów ukraińsko-polskich, podżeganych przez okupantów, kilkakrotnie cudem uszedł z życiem, wielokrotnie też z niebywałym heroizmem ratował życie innym, niósł ratunek i posługę duchową oczekującym.

Pracując w parafii Równe, dojeżdżał do licznych, odległych niejednokrotnie parafii pozbawionych księży (Dubno, Korzec, Krzemieniec, Ostróg, Sarny, Zdołbunów). Już wtedy konspiracyjnie odwiedzał wspólnoty katolickie oddalone o kilkaset kilometrów od Wołynia – na Litwie i Łotwie.

W 1958 r. władze sowieckie postanowiły pozbawić o. Serafina możliwości legalnego sprawowania kultu i prowadzenia działalności duszpasterskiej w Równem i okolicy, w oparciu o spreparowane zarzuty, na tyle niewyszukane, że całkowicie sprzeczne z prawdą i opinią, jaką się cieszył w środowisku, nie tylko katolickim. Teraz publicznie rzucane oszczerstwa pojawiły się w miejscowej gazecie w Zdołbunowie, w której oskarżony został w  niewybredny sposób o pijaństwo i rozwiązłość. Władzom miejscowym zależało nie tyle na poruszeniu opinii publicznej, bo ta, nawet wroga religii katolickiej, znała dobrze świątobliwego, pełnego poświęcenia kapłana, by uwierzyć w tak bezczelne i absurdalne szkalowanie jego osoby i Kościoła – ile o znalezienie pretekstu, aby go stamtąd usunąć. W dwa dni później o. Serafin w istocie otrzymał zakaz sprawowania czynności duszpasterskich. Odwołał się od tej decyzji do władz republiki w Kijowie, a tymczasem potajemnie odwiedzał czynne jeszcze kościoły bądź ukryte w domach prywatnych ośrodki duszpasterskie. Władze kijowskie zwlekały taktycznie z odpowiedzią, stwarzając nadzieje na zatwierdzenie go na funkcję proboszcza w Samborze lub Korcu. Podstępnie wymeldowanemu z Równego pozostała jako bezdomnemu wyłącznie tułaczka, a ponownego zameldowania w jakichkolwiek z tamtejszych miejscowości władze odmawiały. Gdy po dotkliwej chorobie powrócił z lwowskiego szpitala na Wołyń, zastał zamknięte kościoły w Równem i Ostrogu, z którymi był tak blisko związany. Pozbawieni świątyni tamtejsi katolicy oczekiwali od niego zdwojonego wsparcia duchowego i otuchy. W 1959 r. w liście do rodziny pisał:

Przywykłem już do niejednego, co dawniej zdawałoby się nie do zniesienia. Szkoda, że wszystkiego nie mogę opisać. Dość, że czuję się pożytecznym i potrzebniejszym może niż dawniej4.

.

Nie posiadając zameldowania, konspiracyjnie docierał coraz dalej: na Białoruś, Litwę, na Zaporoże, Krym, do Kijowa czy odległej Estonii. Nękany przez służby bezpieczeństwa, poddawany szykanom, zmuszony był swoją działalność duszpasterską sprawować w warunkach ściśle tajnych. Zdołał nawiązać także liczne i trwałe kontakty z ludźmi oddalonymi od Kościoła oraz wyznawcami innych religii. W listach do rodziny w Polsce posługiwał się ze zrozumiałych względów kamuflażem, unikał podawania informacji o prześladowaniach, o stanie ciągle pogarszającego się zdrowia, osobistych zagrożeniach i ustawicznej tułaczce. Jako bezdomny włóczęga bez pracy był wrogiem ustroju, a jako ksiądz katolicki – głosicielem wrogiej ideologii i szpiegiem Watykanu. Gdy na czas jakiś osiadł w Leningradzie u przyjaciół, dzięki przychylności miejscowych urzędników podjął pracę jako ekspedient w sklepie zielarskim, a w Dźwińsku był palaczem w kotłowni szpitala gruźliczego. Mógł wówczas bezpieczniej docierać do miejscowych katolików i nawiązywać z nimi bliższe kontakty. Na usilne prośby ze strony rodziny, która dowiedziawszy się o stale pogarszającym się stanie jego zdrowia, namawiała go, by wrócił do Polski i podjął leczenie, w liście z 1958 r. argumentował: Gdybym rzucił teraz tych moich biedaków, nie miałbym nigdy spokoju. Osiemnaście lat tu spędzonych zbyt mocno wżarło się w życie, żeby można z lekkim sercem zaczynać coś innego. Pewnie, że gdyby taka była wola Boża wyrażona przez Przełożonych, nie wahałbym się ani chwili, ale tego nie widzę, a raczej coś zupełnie przeciwnego5.

 

Ustawicznie śledzony i nękany przez organa tamtejszej bezpieki, postanowił dotrzeć konspiracyjnie do odległego Kazachstanu. Wielokrotnie docierały do niego poufne informacje o ogromnych rzeszach Polaków, ale także m.in. Ukraińców i Niemców deportowanych tam przez Sowietów, żyjących w nader trudnych warunkach bytowych. Ze względu na garstkę pracujących tam księży, byli oni nieomal pozbawieni opieki duszpasterskiej. Po dłuższych przygotowaniach, jesienią 1963 r. znalazł się wśród katolików w Kazachstanie. Nie tylko katolików, bowiem blisko i wielokrotnie współpracował z prawosławnymi oraz wyznawcami innych religii, a także ateistami. Sytuację w Kazachstanie zastał wyjątkowo trudną i złożoną. Już wcześniej docierał na Syberię, za Ural, do Ałtajskiego Kraju, ale Kazachstan w którym wg rozbieżnych informacji, naówczas skrywanych przez władze, żyło około 60–100 tysięcy Polaków, którzy przeszli straszliwą gehennę przymusowych deportacji, miał się okazać pobytem dłuższym, po paroletnim, miejscem morderczej, choć satysfakcjonującej pracy, ale i straszliwych represji.

Spadały one także na jego poprzedników. Księża Bronisław Drzepecki i Józef Kuczyński przebywali jeszcze w obozie, ks. Władysław Bukowiński dopiero co wyszedł z obozu dla religioznych w Sosnówce, w Republice Mordowskiej. Władze ZSRR, mając złe doświadczenia w  umieszczaniu duchownych z osobami świeckimi, zaczęły na szerszą skalę tworzyć specjalne obozy dla księży różnych wyznań i sekciarzy. Serafin miał możliwość dowiedzieć się o tych praktykach władz, o metodach walki z religiami i upokorzeniach duchownych w takich obozach. Wkrótce i on miał trafić do więzienia, tyle że innego. A miał o czym opowiadać ks. Bukowiński. W Sosnówce przebywał właśnie po więzieniu i przymusowym pobycie w domu starców greckokatolicki metropolita lwowski Josyf Slipyj, zanim papież Jan XXIII nie wyprosił w 1962 r. u władz sowieckich zwolnienia metropolity i pozwolenia na wyjazd do Rzymu, gdzie zaszczycony godnością kardynała spędził resztę życia. Z  metropolitą przebywało kilkudziesięciu księży unickich, kilkuset prawosławnych, a także księża katoliccy.

Przybywszy do Kazachstanu objął opieką duszpasterską rozległy teren celinogradzki, osierocony po zamkniętym w obozie ks. Drzepeckim, podejmował także dalekie wyprawy do wielu miejscowości, często w całości zamieszkałych przez przesiedleńców z Polski, do których księża nie zdołali dotąd dotrzeć. Wzruszające są jego wspomnienia o przygotowaniach pod jego kierunkiem do obchodów millenijnych chrztu Polski, do wspólnego przeżywania i duchowego łączenia się z Polakami zgromadzonymi na Jasnej Górze i we wszystkich polskich kościołach w dniu 3 maja 1966 r.6

Jego działalność duszpasterska w Kazachstanie miała również konspiracyjny charakter, a on sam, aby zmylić czujność władz, pracował zawodowo, otwierając warsztat introligatorski. Czasy się trochę zmieniały, metody walki z religią – zdarzało się – miewały mniej jaskiniowy charakter, wprowadzano do tych metod więcej pozorów i perfidii. Uparcie ponawiane zabiegi przez wspólnoty religijne o prawo do miejsc kultu czasem odnosiły krótkotrwały zazwyczaj skutek, przybierały oficjalny charakter i jakieś pozory administracyjnej pertraktacji. Z drugiej jednak strony organa bezpieki wzmagały działania represyjne, do których obok funkcjonariuszy włączała się m.in. młodzież z komsomołu. Zabiegi o. Serafina o otwarcie nowych miejsc kultu nie tylko nie dały rezultatów, ale i on sam, wielokrotnie szykanowany, został w 1966 r. aresztowany w czasie jednej z „wypraw apostolskich” w Kustunaju i pod zarzutem włóczęgostwa skazany na pięcioletnie zesłanie do sowchozu w Arykty, skąd został wcześniej uwolniony. Miejsce zesłania stało się dla niego nowym wyzwaniem duszpasterskim z którego chętnie korzystali także przedstawiciele innych wyznań, a także niewierzący.

Proszony o posługi duszpasterskie, dzięki współdziałaniu ze strony wtajemniczonych osób, docierał m.in. do Arszatyńska, Dżangis, Kuduku, Zenteke. Zatrzymany podczas jednej z takich podróży przez milicję z końcem 1966 r., skazany został na 11 lat pobytu w zakładzie dla nieuleczalnie chorych w Małej Timofijewce, skąd w roku następnym (1967) zbiegł, by nadal jako duszpasterz niezmordowanie pracować w Kazachstanie.

Nie uskarżał się na niewygody, na to, że wielokrotnie dotkliwie dokuczał mu już nie niedostatek, ale głód, że z powodu wyczerpania i chronicznego przemęczenia po wielu godzinach spowiadania (często tamtejsi katolicy całe lata, a niejednokrotnie dziesięciolecia oczekiwali na możliwość spowiedzi) mdlał w konfesjonale. Najboleśniejszym ciosem były dla niego, gorącego czciciela Eucharystii, takie chwile, gdy nie mogąc odprawiać mszy lub nie mając jakichkolwiek warunków do jej sprawowania, odprawiał ją z pamięci, bez chleba i wina.

 

Pod wpływem nalegań, m.in. rodziny, a także coraz dotkliwszej w wypełnianiu obowiązków kapłańskich głuchoty i pogłębiającej się gruźlicy, zgodził się poddać leczeniu szpitalnemu w Polsce. Kiedy w sierpniu 1968 r. dotarł wreszcie do ojczyzny, był przyjmowany z niezwyczajną serdecznością, zarówno przez rodzinę, wspólnotę zakonną, jak i dawnych wołyńskich parafian, którzy przyjeżdżali do niego z odległych zakątków kraju. Perspektywa powrotu do ZSRR stawała się niepewna z powodu pogłębiającej się gruźlicy. Leczenie szpitalne, dolegliwości pooperacyjne, wreszcie przerywany krwotokami okres rekonwalescencji wyczerpanego chorobą i trybem życia zakonnika trwały do roku 1977. Podczas jednego z pobytów w szpitalu, gdy stan jego zdrowia był bardzo ciężki, przybyła z odległego Kazachstanu staruszka, którą tamtejsza wspólnota wysłała skrycie, by nakłonić ojca Serafina do powrotu do swoich podopiecznych. Rozeszła się tam bowiem wieść, że schorowany zakonnik już do nich nie wróci. Gdy w obecności przeora odwiedziła zmienionego chorobą, przykutego do szpitalnego łóżka kapłana, ujawniła przed nim z płaczem cel swojej wyczerpującej podróży, prosząc o powrót. Tamtejsi katolicy pozbawieni byli opieki duszpasterskiej, bowiem prawie wszyscy i tak nieliczni księża osadzeni byli w łagrach, przytułkach, by nie mogli wypełniać obowiązków kapłańskich.

Gdy więc tylko poczuł się lepiej, nie bacząc na przeciwwskazania zdrowotne, powrócił do Kazachstanu. W kilka lat później, w 1974 r. przybył na dłuższy czas na Ukrainę, wiążąc się bliżej głównie ze Lwowem i okolicami, ale wyjeżdżał nadal także poza jej granice – m.in. do Kazachstanu. Mimo gwałtownie pogarszającego się zdrowia i coraz dotkliwszych ataków gruźlicy, odbywał wciąż dalekie podróże apostolskie. Cieszyły go wieści o otwarciu, po wieloletnich staraniach czynionych przez miejscowych katolików, kaplic – m.in. w Taińczy, Karagandzie, Ałma-Acie czy Kustanaju, gdzie wcześniej w prywatnych mieszkaniach i w warunkach ścisłej konspiracji odprawiał msze, spowiadał, głosił homilie. I choć te pozwolenia na oficjalne sprawowanie kultu miały na ogół charakter krótkotrwały, wynikały one z czynionych przez władze pozorów wolności religijnej – miały one dla tamtejszych społeczności katolickich znaczenie moralne. I tak radość z powodu zgody władz na otwarcie kaplicy w Krasnoarmiejsku rychło została ostudzona warunkiem, który tamtejsze władze zastrzegły: jeśli choć raz o. Serafin pojawi się w tej kaplicy, zostanie ona natychmiast bezpowrotnie zamknięta. W ten sposób wieloletnie zabiegi o legalne sprawowanie nabożeństw zostały okrutnie udaremnione.

Niebezpieczny włóczęga, pasożyt, watykański szpion – pisano o nim znów w radzieckiej prasie. Ci, którzy się z nim spotykali, mówili o nim jako o prawdziwym apostole lub zgoła prosto: to święty człowiek. Koczownicze, pełne niewygód życie oraz postępująca choroba wyczerpały organizm i siły zakonnika. Nie poddawał się, wciąż pełen szerokich planów. Wiedział, że jest wciąż śledzony, że KGB wykorzysta wszelkie preteksty, by go osadzić w przytułku czy areszcie, byle wyeliminować jego wpływ na „religijność”.

– pisano o nim znów w radzieckiej prasie. Ci, którzy się z nim spotykali, mówili o nim jako o prawdziwym apostole lub zgoła prosto: to święty człowiek. Koczownicze, pełne niewygód życie oraz postępująca choroba wyczerpały organizm i siły zakonnika. Nie poddawał się, wciąż pełen szerokich planów. Wiedział, że jest wciąż śledzony, że KGB wykorzysta wszelkie preteksty, by go osadzić w przytułku czy areszcie, byle wyeliminować jego wpływ na „religijność”.

Gdy 19 września 1977 r. wracał z Równego do Lwowa, zepsuł się autobus, musiał więc mimo dotkliwego zimna i deszczu odbyć kilkukilometrową podróż pieszo. Zamierzał zatrzymać się i nabrać sił w mieszkaniu tamtejszych katechetek, konspiracyjnie nauczających religii, ale został w porę ostrzeżony, że policja poszukując go, dokonała tam właśnie rewizji, zabierając wszystkie jego książki i modlitewniki. Zanim więc znajomi zdołali znaleźć jakiś kąt na noc, musiał zmarznięty, w przemoczonym odzieniu oczekiwać na ulicy. W końcu zaprowadzono go do mieszkania nieznanych mu ludzi, którzy zgodzili się udzielić mu gościny. Był u kresu sił. Gdy w kilka godzin później gospodarze zauważyli, że w jego pokoju wciąż świeci się światło, zaniepokojeni weszli do pomieszczenia, zastając martwego zakonnika. Zmarł trzymając w rękach sfatygowany brewiarz, z którym przemierzał rozległe terytoria nieludzkiej ziemi.

Pochowany został na cmentarzu Janowskim, nieopodal grobu Sługi Bożego, dziś już beatyfikowanego – ks. arcybiskupa Józefa Bilczewskiego.

 

* * *

 

22 grudnia 2001 r. w kaplicy arcybiskupów krakowskich, pod przewodnictwem ks. kard. Franciszka Macharskiego, zakończone zostało postępowanie kanoniczne w procesie beatyfikacyjnym O. Serafina Kaszuby na szczeblu diecezjalnym, rozpoczęte 2 grudnia 1991 r. Dalsze etapy postępowania w procesie prowadzone będą w Kongregacji do Spraw Świętych.

Życie religijne na Ukrainie w czasach współczesnych odradza się, choć nie bez rozlicznych trudności. Z podziemia wyszedł Kościół greckokatolicki, w okresie sowieckim brutalnie zdelegalizowany. Żył w konspiracji. Dotkliwie okaleczony, pozbawiony nieomal wszystkich świątyń, odbudowuje swoje struktury Kościół katolicki obrządku łacińskiego. Większość świątyń, do których docierał z duszpasterską posługą o. Serafin, systematycznie zamykanych pod lada pretekstem lub bez podania pretekstu, została w ostatnich latach zwrócona Kościołowi, choć nie zawsze łacinnikom. Trwa tutaj pamięć o heroicznym zakonniku, który – używając nazwy Józefa Czapskiego – nieludzkiej ziemi tragicznie doświadczonej, nadawał znamię bierzmowania w duchu chrześcijańskiej miłości, przebaczenia, ale i niezłomności.

Kiedy w marcu 2000 r. spotkałem w Ziemi Świętej obecnego proboszcza jednej z tych parafii, z Ostroga, ks. Witolda Józefa Kowalowa, opowiadał nie tylko o współczesnym życiu i dokonaniach Kościoła na dawnych kresach Rzeczypospolitej, mówił także z najwyższym szacunkiem o bohaterskich zmaganiach księży i osób świeckich w dobie totalitaryzmu, dzięki którym okaleczone wspólnoty tam przetrwały, m.in. o Ojcu Serafinie.

W maju 2002 r. wraz z pracownikami naukowymi krakowskiej Akademii Pedagogicznej odbywałem podróż po Ukrainie, docierając także do kilku miejscowości, w których pracował legalnie bądź konspiracyjnie o. Serafin Alojzy Kaszuba. Miałem z sobą wydawany przez ks. W.J. Kowalowa najnowszy numer „Wołania z Wołynia” (nadesłany mi życzliwie przez proboszcza z Ostroga), w którym przeczytałem słowa:

Obecnie praca kapłanów w tej części Wołynia jest jedynie kontynuacją Jego dzieła. To dzięki Niemu zachowały się tu resztki żywego Kościoła, które mogły się odrodzić u progu lat 90. XX wieku. Dokumentując ułamki z ludzkiej pamięci, wciąż chodzę po śladach tego heroicznego duszpasterza7.

Prawdziwości tych słów mogłem doświadczyć na miejscu.

 

Przypisy

1 Cyt. za: ks. Kazimierz Bukowski: Słownik polskich świętych, Kraków 1995, s. 239.

2 O. Hieronim Warachim OFM Cap.: Duchowa sylwetka Sługi Bożego O. Serafina Kaszuby OFM Cap., Biały Dunajec – Ostróg 2000, s. 35.

O. Hieronim Warachim OFM Cap.: Biały Dunajec – Ostróg 2000, s. 35.

3 Op.cit., s. 33.

Op.cit., s. 33.

4 Cyt. za: Teresa Tyszkiewicz: Archipelag śladów Boga (3), „Wołanie z Wołynia” nr 2 (45), marzec-kwiecień 2000.

Cyt. za: Teresa Tyszkiewicz: (3), „Wołanie z Wołynia” nr 2 (45), marzec-kwiecień 2000.

5 Cyt. za: Teresa Tyszkiewicz: Archipelag..., jw., s. 27.

Cyt. za: Teresa Tyszkiewicz: jw., s. 27.

6 Szerzej: O. Serafin Kaszuba: Strzępy, wspomnienia i zapiski, Kraków 1994.

Szerzej: O. Serafin Kaszuba: , Kraków 1994.

7 Cyt. za: O. Hieronim Warachim OFM Cap.: Sprawa Sługi Bożego Ojca Serafina Kaszuby jest już w Rzymie, „Wołanie z Wołynia”, nr 2 (45), marzec–kwiecień 2000, s. 29.

Cyt. za: O. Hieronim Warachim OFM Cap.: , „Wołanie z Wołynia”, nr 2 (45), marzec–kwiecień 2000, s. 29.
Cyt. za: ks. Kazimierz Bukowski: , Kraków 1995, s. 239. O. Hieronim Warachim OFM Cap.: Biały Dunajec – Ostróg 2000, s. 35. Op.cit., s. 33. Cyt. za: Teresa Tyszkiewicz: (3), „Wołanie z Wołynia” nr 2 (45), marzec-kwiecień 2000. Cyt. za: Teresa Tyszkiewicz: jw., s. 27. Szerzej: O. Serafin Kaszuba: , Kraków 1994. Cyt. za: O. Hieronim Warachim OFM Cap.: , „Wołanie z Wołynia”, nr 2 (45), marzec–kwiecień 2000, s. 29. Cyt. za: ks. Kazimierz Bukowski: , Kraków 1995, s. 239. O. Hieronim Warachim OFM Cap.: Biały Dunajec – Ostróg 2000, s. 35. Op.cit., s. 33. Cyt. za: Teresa Tyszkiewicz: (3), „Wołanie z Wołynia” nr 2 (45), marzec-kwiecień 2000. Cyt. za: Teresa Tyszkiewicz: jw., s. 27. Szerzej: O. Serafin Kaszuba: , Kraków 1994. Cyt. za: O. Hieronim Warachim OFM Cap.: , „Wołanie z Wołynia”, nr 2 (45), marzec–kwiecień 2000, s. 29.