Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

WERTUJĄC WYDAWNICTWA

— W „Tygodniku Powszechnym” ukazały się w ostatnich miesiącach dwa wywiady kardynalskie: w listopadzie ’02 (nr 46) K. Skowroński rozmawia z kard. Lubomirem Huzarem, w styczniu ’03 (nr 1) J. Strzałka z kard. Marianem Jaworskim. Kardynał Huzar wytacza dziesiątki pretensji do Kościoła łacińskiego, działającego za jałtańskim kordonem, kard. Jaworski stara się zarzuty odeprzeć. Trudno dokładnie relacjonować oba długie i interesujące teksty, warto jednak parę problemów przytoczyć. Zarzuty Huzara to: — Kościół rzymskokatolicki nie deklaruje się, czy jest polski, czy ukraiński. — Schematyzm (spis kościołów i księży) Kościoła rz.-kat. jest wydawany w jęz. polskim, a nie ukraińskim (!). — Kościół rz.-kat. działa na całej Ukrainie, oni tylko w „Galicji” (to ich denerwuje, ale kto im winien? Przecież już budują sobie katedrę grekokatolicką w Kijowie). — Kościół rz.-kat. dostaje pomoc finansową z Polski i z innych krajów, a oni nie (to oczywiście nonsens, bo oni dostają pomoc z całego świata, m.in. z Watykanu i od swoich w Ameryce, a także z Polski, bo ich klerycy kształcą się w naszych seminariach). — Kościół rz.-kat. zawłaszcza młode małżeństwa, udzielając ślubów u siebie (a podobno ma być wedle obrządku narzeczonego. Nasze pytanie: Dlaczego? Przecież ludzie są wolni!). I tak dalej.

Kardynał Jaworski odpowiada na to spokojnie i rzeczowo. Przede wszystkim wyjaśnia, że Kościół łaciński nie jest ani polski, ani ukraiński – jest Kościołem k a t o l i c k i m, to znaczy powszechnym. Dalej dementuje te i inne bezpodstawne zarzuty.

Chcielibyśmy jednak – naszym zwyczajem – postawić „kropkę nad i”. Podejrzewamy, że kard. Huzar chciałby nie bez powodu szybko zukrainizować Kościół łaciński i jego wiernych. O tym ciągle piszemy: wynarodowieni Polacy z czasem pójdą z natury z a w i ę k s z o ś c i ą w tamtym państwie – do cerkwi grekokatolickiej lub nawet do prawosławia, zależnie od środowiska, w jakim przyszło lub przyjdzie im żyć. Wtedy Kościół rzymskokatolicki zamknie swoje podwoje. Huzar dobrze o tym wie. I nie tylko on.

— Ostatnio więcej czytamy i oglądamy w publikatorach o zbrodniach sowieckich i ukraińskich na zajętych Ziemiach Wschodnich. W lutym omawiano i uczczono 63. rocznicę rozpoczęcia w lutym 1940 deportacji Polaków na nieludzką ziemię przez okupanta sowieckiego – dramatu, który w naszej zbiorowej pamięci przybrał miano Golgoty Wschodu.

Ku naszej satysfakcji aktywizuje się (oby nie jako słomiany ogień) informacja medialna na temat ukraińskiego ludobójstwa, nb. określanego w sposób niepełny (czy chodzi o celowe umniejszanie skali ze strony polityków i ignorancję dziennikarzy?) jako mordy na Wołyniu lub rzezie wołyńskie, podczas gdy to, co się działo na Wołyniu, to dopiero połowa. Druga połowa to zbrodnie w Małopolsce Wschodniej – głównie w województwie tarnopolskim – a jest już na ten temat ogromna literatura: dokumenty i relacje. Zastanawia nas, dlaczego to przekłamanie nie jest kwestionowane ani przez historyków, ani przez organizacje kresowe, z TMLiKPW oraz Federacją Organizacji Kresowych na czele?

„Rzeczpospolita” 8/03 zamieściła znakomity artykuł Ewy Siemaszko Prawda przede wszystkim (o fundamentalnej księdze napisanej przez Władysława i Ewę Siemaszków pisaliśmy w CL S/01).

W tym samym numerze „Rzeczypospolitej” ukazał się także artykuł Bogumiły Berdychowskiej (! – patrz CL 4/02, s. 60) pt. Spotkanie nad mogiłami. Tekst ten traktuje oczywiście przede wszystkim o perspektywie tzw. pojednania, ale takie zdania – z p o z o r u słuszne – budzą nasze wątpliwości co do zachowania właściwych proporcji:

[...] oprócz środowisk ekstremistycznych po obu stronach granicy [!?] są ludzie, którzy uważają, że jeżeli zachowa się elementarny szacunek dla wrażliwości drugiej strony, to pomimo dramatycznych, a nawet tragicznych zaszłości historycznych można prowadzić dialog polsko-ukraiński.

Nie ulega wątpliwości, iż większość zgromadzonych [na Cmentarzu Łyczakowskim 1 listopada ’02 w czasie wspólnej modlitwy kardynałów Jaworskiego i Huzara – przyp. red.] zdawała sobie sprawę, że nie będzie to dialog łatwy. A to przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, ze względu na złożoność i dramatyzm polsko-ukraińskiej historii; po drugie zaś dlatego, że sami Ukraińcy nie odbyli jeszcze wielkiej debaty na temat swojej historii. Jeżeli Polacy nie wezmą pod uwagę zwłaszcza tego ostatniego faktu, skazani będą na postępującą frustrację, a dialog stanie pod znakiem zapytania. Dobrze to mieć na uwadze szczególnie w obliczu zbliżającej się 60. rocznicy antypolskiej akcji [...] OUN-UPA na Wołyniu. [...]

Czy to ostrzeżenie, żebyśmy się zanadto nie wychylali? Taki sens można też odnaleźć w publikacjach – w skądinąd s p r a w i e d l i w y c h – „Gazety Wyborczej”. Dziennikarz podpisujący się MAW przytacza cytaty (bez krytycznego komentarza, a w innych artykułach w GW – już z pełnym podpisem jako Marcin Wojciechowski – wykazuje głębokie zrozumienie dla wrażliwości Ukraińców) z jakiegoś kijowskiego tygodnika, gdzie czytamy, że w Polsce, w przygotowaniach 60. rocznicy tragedii –[...] szczególną aktywność przejawiają organizacje społeczne skupiające „ofiary ukraińskiego nacjonalizmu”, weteranów Armii Krajowej, która walczyła z UPA w obronie polskiej ludności cywilnej Wołynia. Stworzony przez te środowiska społeczny komitet obchodów rocznicy swoje stanowisko formułuje jasno: „Chcemy włączyć się w prace komitetu państwowego pod warunkiem zachowania w wystąpieniach publicznych prawdy historycznej, a zwłaszcza: a) polska ludność cywilna na kresach południowo-wschodnich w latach 1939–47 była poddana zagładzie masowej; b) tego przestępstwa zgodnie z rozkazem dokonały regularne oddziały UPA kierowane przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów, w wielu przypadkach wspólnie z oddziałami policyjnymi SS Galizien...” Myślę, że większość poważnych polskich historyków wstrzymałoby się z podpisem pod takimi sformułowaniami. [...]

A niby dlaczego? Przecież to prawda obiektywna.

Berdychowska i publicysta GW piszą oczywiście o wołyńskiej tragedii. O Małopolsce Wschodniej nie słyszeli? (a może nazwa tego regionu przeszkadza? No to niech piszą o Galicji Wschodniej, też będzie zrozumiale). Na szczęście czytelnik w sposób pełny o sprawie może przeczytać w artykule Ewy Siemaszko.

— Wydawane w Wielkiej Brytanii polskie pismo zatytułowane Głos Emigracji i Kwartalnik Kresowy omówimy niebawem na naszych łamach w stałej rubryce Jest co czytać. Nim to jednak nastąpi, warto zacytować dwa celne komentarze, autorstwa Romana Mitruda, zawarte w tamtejszym dziale Silva Rerum w nrze 15 (X 2002).

 W ukraińskim piśmie „Postup” [Postęp] z 21 września, ukazującym się we Lwowie, przeczytaliśmy, że p. Zenobij Kryworuczka „posyłajuczyś [powołując się] na awtorytety Jurija Szuchewycza i Jarosława Daszkewycza” zaproponował radnym Lwowa, by umożliwili eksport Cmentarza Orląt na teren Polski. „Inicjatywa ta wynikła – czytamy dalej w «Postupie» – gdy Jacek Kuroń zapewnił, że podobnego memoriału nie ma w Polsce. To dlaczego nie podarować go Polakom?” Czytałem i pomyślałem, co my możemy w zamian podarować ukraińskim lwowianom? Może Jacka Kuronia jako honorowego obywatela Lwowa? A może nasz żal, że tyle wieków strawiliśmy starając się przerobić wtedy Rusinów, a obecnie Ukraińców, na Europejczyków, i że się nam to nie udało?

 Przewodniczący Komisji Europejskiej Romano Prodi powiedział [...], że jego zdaniem, pomimo możliwości ścisłej współpracy z Rosją i Ukrainą, te kraje n i g d y nie zostaną członkami UE. Byłoby to zgodne z poglądem wielu polityków europejskich, którzy uważają, że do UE powinny wejść tylko te państwa, które Europę budowały, wniosły wkład do jej kultury i należą do kultury łacińskiej. Echem słów Prodiego były słowa szefa dyplomacji UE, Javiera Solany, powiedziane 16 października na konferencji „Ukraina w Europie”, odbywającej się w Warszawie. „Musicie zacząć od budowy partii politycznych opartych na zasadach i ideałach – radził – a nie na interesach, co można odbierać jako korupcję. A tego nie da się zaprowadzić do europejskiego domu”.

— W „Gazecie Wyborczej” z 30 XII’02 znaleźliśmy wspomnienie Romana Szagały o generale ukraińskim Włodzimierzu Salskim (1885–1940). Artykuł ten ukazuje nieznane szerzej fakty o pomocy władz polskich II Rzeczypospolitej dla szkolenia kadry oficerskiej przyszłej (?!) armii Ukraińskiej Republiki Ludowej.

W. Salski urodził się w Ostrogu na Wołyniu. Był wybitnym działaczem wojskowym i politycznym. Najpierw służył w armii carskiej, potem był uczestnikiem naczelnych władz wojskowych (1917–20) URL, a w końcu znalazł się na e m i g r a c j i w Polsce i nadal działał na czele środowiska ukraińskiego za zgodą władz polskich, zwłaszcza J. Piłsudskiego. Oto kilka fragmentów z artykułu R. Szagały:

[...] Po powrocie do władzy Józefa Piłsudskiego w 1926 r. był współautorem raportu o stanie ukraińskiej emigracji politycznej, jej aspiracjach i dążeniach, zawierającego postulaty dotyczące wykorzystania czynnika ukraińskiego w ostatecznym uporządkowaniu Wschodu.

W sierpniu 1926 r. złożył na ręce pułkownika Walerego Sławka obszerne memorandum, w którym postulował utworzenie sztabu ministra spraw wojskowych URL. Miał to być sztab zaprzyjaźnionej armii chwilowo przebywającej w gościnie na terenie polskim i korzystającej z pomocy technicznej i materialnej sztabu Wojska Polskiego. Gen. W. Salski rozwinął szeroką działalność mającą na celu wyszkolenie kadry oficerskiej dla przyszłej armii ukraińskiej. Dzięki jego staraniom przyjęto na służbę kontraktową [w WP] około 50 oficerów oraz kilkanaście osób do szkół podchorążych i szkół kadetów [...] Przyczynił się do zorganizowania oficerskich grup szkoleniowych przy ponad 70 [!} oddziałach Ukraińskiego Komitetu Centralnego. W latach 30. na służbę kontraktową w WP przyjęto 34 oficerów ukraińskich. [...] Jego sztab opracował plany mobilizacyjne przewidujące utworzenie w ciągu 30 dni stutysięcznej armii ukraińskiej. [...]

Generał [...] prosił dowództwo polskie, aby oficerowie kontraktowi w razie konfliktu zbrojnego [z Niemcami] nie brali w nim udziału z uwagi na inne ich przeznaczenie. [...] ale w praktyce wszyscy oni uczestniczyli w wojnie obronnej 1939 r. [...] W późniejszych latach wielu z żyjących zostało nagrodzonych. [...] Gen. Salski miał syna Jerzego, który uczył się w szkole lotniczej w Dęblinie, a w czasie wojny walczył w polskich jednostkach lotniczych w Anglii. (DTS)

— W Krakowie zaczęło wychodzić nowe pismo społeczno-kulturalne „Matecznik”, a jego tematyka obraca się głównie wokół problemów kultury i awansu wsi i miasteczek, ogólnie – prowincji. Pod tym kątem dobierane są teksty pisarzy i o pisarzach, bogaty wybór wierszy, materiały o sztuce ludowej i etnografii, o edukacji i recenzje z wydawnictw. Redaktorem naczelnym jest współredaktor naszego kwartalnika, Janusz M. Paluch, ale niniejsza notatka nie ma charakteru kumoterskiego, bo świeżo otrzymany nr 2 zawiera sporo leopolitanów. Znalazły się tam refleksje dwóch młodych pań z ich pierwszej podróży do Lwowa (ale nie ostatniej, jak zapowiadają). Tekst sympatyczny, jednak autorki zauroczone urodą miasta, jakby nie zauważyły jeszcze, że są tam w istocie dwa Lwowy, które nie mają ze sobą wiele wspólnego. Może za następnym razem?

Jest też kilka wierszy młodych lwowskich poetek: Heleny Duniec, Ireny Masalskiej, Ireny Nuckowskiej, Barbary Zajdel. Parokrotnie pojawia się nazwisko znanego nam już w CL poety Krzysztofa Kołtuna: są wiersze i recenzja jego tomiku, a także napisany przezeń artykuł o kresowych studentach w Chełmie (gdzie mieszka) – ze Lwowa, Sambora, Wilna, Kazachstanu.

— 60. rocznicę tragicznej śmierci wielkiego artysty Brunona Schulza (1892–1942) uczczono w Drohobyczu w 2002 r. wmurowaniem tablicy pamiątkowej (o kontrowersjach z tym związanych pisaliśmy w CL), wystawą i okolicznościowym wydawnictwem pt. Drohobycz i Schulz. Kolorowy i dwujęzyczny album – przy udziale polskich konsultantów – wydało Polonistyczne Centrum Naukowo-Informacyjne przy Państwowym Uniwersytecie Pedagogicznym w Drohobyczu. W albumie znalazło się wiele archiwalnych i aktualnych zdjęć oraz teksty samego Schulza, a także Jerzego Ficowskiego i prof. Jerzego Jarzębskiego z Krakowa. Całość pod względem merytorycznym, graficznym i wydawniczym prezentuje się bez zarzutu.

Przy okazji: w „Rzeczypospolitej” 9/03 znalazł się artykuł W. Budzyńskiego (autora omawianej niedawno w CL książki). Schulz ginie po raz drugi przypomina dramat niewoli i śmierci wielkiego drohobyczanina oraz jego niezwykłe ostatnie dzieło – malowidła ścienne – wykradzine do Izraela. Zauważmy, iż dramat polega na tym, że owa szczególna pamiątka po Brunonie Schulzu, z pochodzenie Żydzie, a z wyboru – w życiu i twórczości – Polaku, dostała się przed kilkudziesięciu laty – z całym Drohobyczem – w ręce najzupełniej nieodpowiedzialne, a fakt ten w sposób niecny wykorzystano (patrz CL 3/01).

— W „Gazecie Lwowskiej” 17–18 i 19–20 z ub. r. ukazał się ciekawy artykuł (w dwóch częściach) o dziejach lwowskiej Filharmonii, napisany przez prof. Leszka Mazepę.

Dość sprzeczne uczucia budzi wydana przez zachodniopomorski oddział „Wspólnoty Polskiej” broszurka pt. Poradnik dobrych manier w zarysie i krótki opis obyczajów, napisana przez Tadeusza Kaweckiego (Szczecin 2000). Dobrze rozumiemy potrzebę takiego poradnika dla repatriantów, przede wszystkim z b. Związku Sowieckiego, którzy poddawani od paru pokoleń wychowaniu w swoistych konwencjach życia społecznego (we wszystkich jego przejawach) mają trudności w przystosowaniu się do zasad oczywistych dla kultury europejskiej, niekoniecznie utożsamianych z savoir-vivrem (jako „wyższą szkołą jazdy”).

Poradnik napisany jest językiem dość skomplikowanym i porusza zagadnienia w sposób „przedwojenny”. Nie, to nie znaczy, że jesteśmy przeciwni dobremu wychowaniu w tradycyjnym znaczeniu. Tylko nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Repatrianci (chodzi przecież głównie o tych ze Wschodu) to ludzie w większości wychowani w dość osobliwym (bo świadomym) lekceważeniu przyjętych – w naszej szerokości geograficznej – norm. Sformułowania zawarte w tej książeczce będą dla nich wręcz śmieszne (dla nas też). Trudno je wymieniać, bo trzeba by przepisać całą 30-stronicową broszurę! Ale dla przykładu (s. 17): ...patrząc na jakąś książkę lub przedmiot można powiedzieć: „O, widzę, że jest Pan/Pani w posiadaniu znanego dzieła literackiego” lub „...w posiadaniu niezwykle interesującej rzeczy”. Albo (s. 18): Jeśli w przyjęciu biorą udział zbyt głośno zachowujące się dzieci gospodarzy, nie czynimy uwag, że u nas dzieci mają swój pokój i swoje zajęcia, dając do zrozumienia, że dzieci powinny być uciszone lub odesłane do innych pomieszczeń [a może należałoby przywołać bonę?].

A w teatrze (s. 25): ...Strój powinien mieć charakter wizytowy, tzn. dla kobiety może to być ciemna garsonka z jasną bluzką lub sukienka ze skromną biżuterią, dla mężczyzny ciemny garnitur z jasną koszulą i krawatem. Jeśli chodzi natomiast o uroczyste premiery, to dla obojga obowiązują stroje wieczorowe, dla pań wieczorowa suknia i takież dodatki, dla panów smoking... Po spektaklu mężczyzna powinien odprowadzić lub odwieźć zaproszoną kobietę do domu [tylko nie podano, do czyjego], chyba że kobieta stanowczo odmawia, wtedy odprowadza się ją do taksówki.

I tak dalej. Taki więc dobór porad i ich treść są całkowicie chybione, a w dodatku przestarzała forma uniemożliwia przyswojenie sobie teoretycznie słusznych zasad. Są też informacje mylące: jako najważniejsze polskie święta kościelne wymieniono m.in karnawał (!), Andrzejki i św. Mikołaja. Przy omawianiu karnawału informuje się, że (s. 9): ...jada się w każdym niemal domu pączki i faworki, a także najróżniejsze racuszki smażone na tłuszczu. Oto propozycja dla ludzi, którzy jeszcze przez wiele lat będą z trudem wiązać koniec z końcem (przynajmniej w grubej większości).

Opracowanie zostało zapewne zlecone osobie niezbyt zorientowanej w problematyce kulturowej repatriantów, ich przyniesionych ze sobą przyzwyczajeniach (czasem negatywnych, czasem pozytywnych, choć innych od przyjętych u nas), zawsze trudnych do całkowiitej zmiany. A przede wszystkim w ich dramatycznej sytuacji materialnej. Szkoda, że nikt tego nie przemyślał i na końcu nie sprawdził.

— W „Naszej Polsce” 7/03 znajdujemy bardzo ważny i potrzebny artykuł pióra dr Danuty Nespiak i Jerzego Biernackiego pt. Zrabowane, przywłaszczone, zaginione, a dotyczący dóbr kultury z Małopolski Wschodniej i dalszych Kresów. Autorzy porównują metody grabieży obu okupantów czasu II wojny światowej:

Niemcy [...] byli do tej grabieży lepiej przygotowani pod względem organizacyjnym niż Sowieci: dysponowali zespołem profesjonalistów, szczegółowymi listami polskich dzieł sztuki i zbiorów muzealnych. W zespole specjalistów niezwykle czynny był Dagobert Frey, historyk sztuki, profesor uniwersytetu we Wrocławiu [...]. W tzw. Generalnym Gubernatorstwie pierwszy wywóz dzieł sztuki jesienią 1939 roku organizował specjalny oddział untersturmfuehrera Petera Paulsena, który w cywilu był profesorem prehistorii na uniwersytecie berlińskim. [...] 1 grudnia 1939 r. reichsfuehrer SS Heinrich Himmler wydał rozporządzenie, na mocy którego wszystkie publiczne zbiory sztuki w archiwach i muzeach oraz prywatne zbiory polskie – malarstwo, rzeźba, meble, księgozbiory, artystyczna biżuteria – mają być skonfiskowane i przekazane do dyspozycji komisarza Rzeszy. [...]

Pierwszymi okupantami Lwowa byli Sowieci. Ich akcje niszczenia i rabunku miały charakter bardziej chaotyczny, po azjatycku barbarzyński, ale równie skuteczny. 29 września 1939 r. NKWD zarekwirowało w Ossolineum zdeponowane tam przez arystokrację i ziemiaństwo depozyty złotych i srebrnych przedmiotów. [...] W czasie drugiej okupacji sowieckiej (trwającej od lipca 1944 r.) m.in. prowadzono we Lwowie w latach 1949–1952 akcję „oczyszczania zbiorów muzealnych i bibliotecznych z dzieł szkodliwych”, kierowaną przez towarzysza L.O. Lubczyka z Muzeum Sztuki Ukraińskiej [...] Na żądanie centrali partii w Kijowie zapakowane do 70 skrzyń zbiory [...] miały być przetransportowane do stolicy sowieckiej Ukrainy. Jednakże nie dojechały tam, ponieważ Z.K. Litwin, sekretarz partii we Lwowie, polecił zniszczyć cały zasób na miejscu. Według świadectw rozbijano, cięto i niszczono wszelkimi sposobami owe zbiory przez 5 dni [...].

Autorzy artykułu wymieniają najważniejsze dzieła sztuki i ich zespoły – zrabowane, zniszczone i zaginione. Na końcu informują o zasobach ocalałej części polskiej sztuki, przetrzymywanej nieprawnie przez państwo ukraińskie. Ten fragment artykułu przedstawimy naszym Czytelnikom przy innej okazji.

— Przez parę lat ukazywały się w krakowskim „Dzienniku Polskim” kolejne odcinki

(w sumie 46) niezwykłej opowieści zatytułowanej Wielkie zwycięstwa Rzeczypospolitej, pióra Jerzego Besali. W posłowiu ostatniego odcinka (DP 32/03), poświęconego wiktoriom pod Wiedniem i Parkanami, autor napisał, że jego założeniem było przywrócenie dumy Polakom, że mają tak wielką historię na polach bitew, a nawet polityki.

Oczywiście wojny i bitwy, zwycięstwa (rzadziej) i klęski (częściej) czasów Rzeczypospolitej szlacheckiej toczyły się na wschodzie, od zachodu był wtedy spokój. Była to więc obrona Polski, ale i Europy, bo to na naszych wschodnich rubieżach załamywały się nieustanne ataki tatarskie i tureckie (nierzadko wspomagane przez Kozaków i Wołochów). Ich celem była nie tylko Polska – wszak Tatarzy już w XIII w. doszli aż pod Legnicę (ale tylko raz!), a Turcy po czterech i pół wiekach najeżdżania Polski próbowali drogi do Europy przez Wiedeń. W obu wypadkach, i jeszcze w wielu innych, obroniliśmy Europę, co zyskało nam miano przedmurza chrześcijaństwa – tak wykpiwane za PRL-u, kiedy to nie nasze, a cudze interesy dyktowały oceny historii. Pisze też o tym autor:

[...] Polska z podręcznika dziejów miała być, wedle założeń propagandy, co najwyżej niespokojnym kopciuszkiem Europy, a nie mocarstwem, jakim de facto była. Szlachta zaś pyszałkowata, egoistyczna, anarchistyczna, gubiąca państwo, a wojska – sobiepańskie i zdemoralizowane. Taki obraz i wnioski można było wyczytać z wielu podręczników szkolnych [...]

W ten sposób w świadomości Polaków po II wojnie światowej powstała wielka dziura, wypełniona różnymi mniej lub bardziej bezsensownymi mitami [...]

Dodajmy, że tę dziurę mamy do dziś – pisaliśmy o tym w Słowie od Redakcji w CL 2 i 4/02 – ale nasz największy niepokój budzi to, że rozciąga się ona na podręczniki szkolne, co utrwala ją – tę dziurę – na następne pokolenie. Czy to następne pokolenie Polaków potrafi wziąć się w garść?

— Na łamach „Rzeczypospolitej” (296/02) pan Andrzej W. (nasz szczególny ulubieniec) snuje swoje rozmyślania nad upadłą partią, w której z zapałem działał, i wróży jej cudowne zmartwychwstanie. To oczywiście jego zmartwienie, nas jednak ubawiło co innego. Oto na samym wstępie sążnistego artykułu napisał tak: W imieniu tysięcy członków Unii dedykuję im wszystkim stary wierszyk z czasów dawnych walk politycznych: Malinowski robi trumnę, a ja jemu g... umrę.

Coś mu dzwoniło, nie wiedział jednak w jakim kościele. Nie każdy – tym bardziej, jeśli pochodzi z głębokiej centralno-polskiej prowincji (Polska jest jak obwarzanek...) – musi rozumieć słynne powiedzonka, gorzej, gdy mu się to miesza z wielką polityką, o której zapomnieć ciężko (łza się w oku kręci...).

Otóż, Wielmożny Panie, prawda jest o wiele bardziej przyziemna. To legendarne powiedzonko lwowskich batiarów brzmi: Pan Krukowski robi trumny, a ja jemu gówno umry. Pan Krukowski był właścicielem znanego zakładu pogrzebowego, a u m r y, to po lwowsku znaczy umrę (tłumaczymy na wszelki wypadek, gdyby Pan nie mógł pojąć). Niskie ukłony.

— Przeczytaliśmy w prasie, że gdzieś koło Gorlic czynna jest najmniejsza w RP, trzyklasowa szkoła dla 9 łemkowskich dzieci. Gdy chciano ją – jak inne podobne (choć tak małych chyba nigdzie nie było) – zlikwidować, przyjechał tam zaraz z odsieczą Kuroń i – załatwił. W podzięce szkoła przyjęła imię Jaceka Kuronia. Trzeba zauważyć, że koszty tej kokieterii wobec mniejszości narodowych (szczególnie ruskich) ponoszą polscy podatnicy, to znaczy my wszyscy. W innych przypadkach władza jest bezlitosna.

Szkoda, że temu opiekunowi uciśnionych dzieci nie przyszło do głowy, by zainterweniować wśród swoich przyjaciół, gdy przez wiele lat Ukraińcy blokowali budowę szkół dla p o l s k i c h dzieci w Mościskach i Strzelczyskach, a nadal to czynią w wielu innych miejscowościach.

Elżbieta Mokrzyska,
Danuta Trylska-Siekańska (DTS)