Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Adam Trojanowski, MOJA GÓRA ŚW. JACKA

 

Górę św. Jacka wspominam w sposób szczególny, jako że mieszkałem tam we wczesnych latach trzydziestych, przy ul. Hetmana Jana Tarnowskiego. Nie wiem jaka była przyczyna nazwania tej Góry imieniem sympatycznego świętego, kojarzonego – też nie wiem dlaczego – z pierogami. W najbliższej okolicy nie było kościoła lub nawet kaplicy pod takim wezwaniem, a nazwa sąsiedniej ulicy pochodziła raczej od Góry – nazywanej potocznie Jacka Górą – a nie na odwrót. Szczególność tego miejsca odkryto w sensie urbanistycznym już z końcem XIX wieku, o czym świadczy występująca tam zabudowa w postaci dużych kamienic czynszowych, zwłaszcza w dolnej części ulicy, oraz licznych bogatych willi, już na szczycie wzniesienia. Przyczynę lokalizacji tych drugich należy upatrywać w pięknym położeniu wśród pierwotnej wówczas, a nawet i później, zieleni, z bardzo rozległym widokiem. Szczególnie ładne położenie miały wille nad stromym, wysokim, południowym stokiem.

Wspomniana ulica stanowi jakby kręgosłup komunikacyjny, wznosząc się ostro kilkoma zakrętami od ulicy Zielonej, przemianowanej około 1938 r. na ul. generała Rozwadowskiego. Nie bez przyczyny oczywiście, ale ta dawna nazwa miała też swoje uzasadnienie. We wczesnych latach 30. początkowa gęsta, obustronna zabudowa ulicy starymi, dostojnymi czynszówkami rozluźniała się nieco za skrzyżowaniem jej z ul. św. Jacka, gdzie stromizna stawała się szczególna, sama ulica wykonywała zaś długi łuk w prawo, a dalej jeszcze większy w lewo, i wreszcie prostowała się, kończąc swój bieg już poziomo, wśród gliniastych pól, niedaleko ulicy umownie
w tej części zwanej Górną Zieloną.

Kamienica, w której mieszkałem z rodzicami, miała numer parzysty, a mianowicie 64, i zgodnie z lwowską zasadą – spotykaną także na krakowskim Podgórzu – stała po prawej stronie ulicy. Przypuszczam, że taki sposób numeracji domów pochodził z czasów administracji austriackiej z początków XIX w., podczas gdy Kraków został ponumerowany w tym samym czasie za Rzeczypospolitej Krakowskiej (przed rokiem 1846). Podgórze, pod ówczesną nazwą Josephstadt, nie należało po rozbiorach do Wolnego Miasta Krakowa, lecz do austriackiej Galicji. Pozostałe jeszcze przy tej ulicy wolne parcele uległy w latach międzywojennych zabudowie. W ten sposób swobodne dojście do dawno tam istniejących schodków, stanowiących skrót do ul. św. Jacka, zostało zachowane przez swoisty pasaż w nowo zbudowanej kamienicy.

Do tej właśnie kamienicy przeniósł swój sklep pan Michał Górski, zaopatrujący nas już wcześniej w artykuły spożywcze w przyziemnym sklepiku, nieco wyżej, po prawej stronie ulicy. Później, w ramach naturalnego rozwoju godziwej i uczciwej firmy, przeniósł się ostatecznie na ulicę św. Mikołaja, ale nasz kontakt z tą firmą trwał nadal. Ot, co znaczyła solidność kupca z jednej strony i zaufanie kupującego z drugiej. Panu Michałowi pomagała w sklepie przemiła małżonka, narodowości rumuńskiej.

Pewną konkurencję dla pana Górskiego na Górze św. Jacka stanowiły, jeszcze przed jego przeprowadzką, dwa sklepy, znajdujące się w górnej – tej już prostej – części ulicy Tarnowskiego, a mianowicie sklepy panów Guza i Makarskiego. Notabene, pan Makarski pojawił się po wojnie w Krakowie, jako doskonały kierownik sklepu „Przełom”, w miejscu dawnej firmy Hawełka przy Rynku Głównym. Niedaleko sklepu Górskiego znajdowała się w przyziemiu pracownia tapicerska pana Zygmunta Stinzinga, który prowadził pod gołym niebem, na chodniku – zwanym wówczas trotuarem – gręplowanie zawartości starych materaców oraz wyścielanych mebli. Powodowało to oczywiście dość istotne, na szczęście doraźne, zaburzenia ekologii. Jeszcze niżej, po tej samej stronie ulicy, znajdowała się malutka pracownia szewska niejakiego Kardasza, którego mój ojciec posądzał o nacjonalistyczne ukraińskie ciągoty i bojkotował go jako rzemieślnika.

 

 

Właścicielem naszej dwupiętrowej kamienicy był pan Schreyer, posiadający także dość słabo egzystującą wówczas cukiernię. Mieściła się ona – z werandą i parasolem – na początku ulicy św. Mikołaja, naprzeciw sklepu z łóżkami firmy Procko i Syn, obok prywatnej szkoły M. Kistryna. Później kamienicę odkupił dentysta, pan Zauderer, u którego zostawiłem dość dużo własnych zębów, a rodzice stosownych pieniędzy. Po wojnie spotkałem go w Krakowie, gdzie nadal działał w swojej profesji.

Mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, zajmując cztery pokoje z przynależnościami. Zgodnie z ówczesnymi, mało praktycznymi zasadami architektonicznymi, kuchnia nie mogła być ulokowana od frontu. Skutkiem tego nasze pokoje od ulicy nurzały się w północnym mroku, a kuchnia, tak jak i sypialnia rodziców, tonęła w pełni słońca. Z tej strony, czyli od południa, był duży balkon, z którego rozciągał się wspaniały widok. Sięgał od leżących na wschodzie wzgórz
i pól Górnej Zielonej, poprzez Snopków, Żelazną Wodę, Laudę oraz tzw. Plac Powystawowy, aż do wież kościoła św. Elżbiety. Na wprost widoczne były dwie wysokie wieże Radiostacji Lwów, bursa pani Boberskiej oraz rotunda Panoramy Racławickiej. W pogodne noce letnie odbywały się loty samolotów 6. Pułku Lotniczego na Skniłowie i wtedy wieże były oświetlane czerwonymi światełkami ostrzegawczymi.

U podnóża wysokiego stoku, opadającego stromo na południe, znajdowało się wtedy kilka dużych cegielni, pozyskujących surowiec na miejscu. Cały proces technologiczny, od mieszania masy glinianej, przez formowanie i ustawianie cegieł celem wysuszenia na słońcu, układanie w zadaszone murki, aż do wypalania w dużych piecach z bardzo wysokimi kominami, odbywało się wyłącznie ręcznie. Wszystko to można było obserwować z naszego balkonu. Cegielnia nazywała się „Enka”, sąsiednia zaś „Stella”. Liczne, nieoświetlone, ale nagrzane komory pieców stanowiły schronienie dla bezdomnych, którzy spędzali tam zimy wraz z rodzinami. Działo się to za milczącym pozwoleniem żydowskich właścicieli i przymrużeniem oka przez władze.

Nieco w lewo była lodownia, naziemna piwnica, obłożona grubą warstwą darni i zacieniona licznymi drzewami akacjowymi. W zimie zbierano tam lód pochodzący z sąsiedniego stawu, zwanego Sztelerówką. Lód był przeznaczony dla celów przechowalnictwa, wyrobu lodów i chłodzenia napojów. W lecie docierał do naszego mieszkania upojny zapach kwiatów akacji, któremu towarzyszył intensywny rechot żab ze Sztelerówki. Przed nami przebiegała z zachodu na wschód ulica Snopkowska, a za nią prawie równoległa – gen. Dwernickiego. W drugiej połowie lat 30. cegielnie zostały zlikwidowane, a na ich miejscu powstało szybko duże osiedle z zupełnie nową ulicą gen. Hauke Bosaka, dochodząca do ul. 22 Stycznia.

Z prawej strony Góry św.Jacka, czyli od zachodu, była nieutwardzona droga, która umożliwiała nieco kłopotliwe, ale krótkie dojście z ul. św. Jacka do Snopkowskiej. Wiodła poprzez sztucznie chyba wykonany wąwóz. W jego charakterystycznie uwarstwionych, popielatych złożach znajdowaliśmy skamieniałe belemnity, zwane popularnie strzałką piorunową, oraz krystaliczne wykwity gipsu. Wąwóz oddzielał wzgórza, na których rozciągały się ogrody i sady przynależne do klasztoru ss. Urszulanek, znajdującego się wraz z przynależnymi budynkami szkolnymi przy ul. św. Jacka. Właśnie ku temu budynkowi zbiegały stromo sympatyczne schodki, mile przez wszystkich tamtejszych mieszkańców wspominane ze względu na ich praktyczność i wygodę. Stanowiły one najkrótsze połączenie dla ruchu pieszego z willowym osiedlem przy Czereśniowej i Oficerskiej, a także poprzez ul. św. Jacka z ulicą Jabłonowskich, i dalej ku śródmieściu. [...]

 

 

T
am, gdzie ul. Tarnowskiego prostowała się i osiągała płaski szczyt, następowało rozgałęzienie w lewo, i tam zaczynała się ul. Krasińskiego. Była ona zabudowana przeważnie starymi willami w ogrodach. Na samym środku wspomnianego rozgałęzienia ulic stała duża willa o obcej nazwie „Hertha”, zamieszkała prawie w zupełności przez lokalnych Niemców, osiadłych we Lwowie od pokoleń. W pewnej części byli to mennonici, wygnani ze swych pierwotnych miejsc zamieszkania w Niemczech, Holandii i Szwajcarii.

Obie ulice były oświetlone typowymi wtedy lampami gazowymi, które zapalał latarnik, tajemnicza postać, uwijająca się wieczorami szybkim krokiem od latarni do latarni. Długim kijem otwierał przygaszony na dzień dopływ gazu. Czasami musiał podpalać na końcu tego kija palnik spirytusowy, by zapalić lampy zgaszone przez zawieruchy. Wczesnym rankiem wykonywał czynności odwrotne. Dopiero później zaczęło się pojawiać automatyczne zapalanie ciśnieniowe, a rola latarnika sprowadziła się do regularnego czyszczenia szkieł latarni w dzień oraz wymiany azbestowych koszyczków.

Obie ulice były obsadzone szpalerami dorodnych klonów, których gałęzie rzucały na fasady bydynków niepokojące cienie podczas jesiennych szarug, przygaszających chwilami słabe światło gazowe, tworząc swoisty nastrój smutnej jesiennej nocy.

 

W naszym sąsiedztwie mieszkało kilku towarzyszy moich ówczesnych zabaw, z których najbliższy był mi wtedy Leszek Sławomirski, syn aptekarza w Tarnobrzegu, o zaskakującym dla mnie wtedy imieniu – Otmar. Leszek miał kilku wyraźnie starszych braci, przeto miał we mnie najlepszego kompana do zabaw w Indian. W tej samej kamienicy mieszkał także mój koleżka nazwiskiem Domosławski, syn bodajże inżyniera budowlanego, związanego z budową dużej kamienicy naprzeciw mego miejsca zmieszkania. Kierownikiem tej budowy był p. Dominik Wuchnowicz. Z zaciekawieniem obserwowałem, jak wznoszenie tej budowli odbywało się wyłącznie trudem rąk i pleców oraz nóg robotników. Najcięższe było noszenie cegieł na stelażach drewnianych, noszonych na plecach. Każdorazowo wnoszono ponad 20 cegieł. Ciężar ten noszono aż na najwyższe kondygnacje, chodząc po chybotliwych, drewnianych pomostach.

Nieco niżej, niedaleko schodków, mieszkał w nowoczesnej kamienicy inny wspólnik do zabaw, Leszek (?) Olszewski, który przybył do Lwowa z Gdańska, co czyniło go osobą szczególnie atrakcyjną, bo zagraniczną. Gdzieś w okolicy rozgałęzienia ulic na szczycie góry mieszkał Romek Muller, narodowości niemieckiej. Chodziliśmy razem do szkoły im. Konopnickiej, a potem do VIII Gimnazjum. Losy wojny rzuciły go w świat, dopiero niedawno odnalazł mnie listownie z RFN po przeczytaniu posłanej mu przez rodzinę książki J. Janickiego Towarzystwo Weteranów, w której znalazł moje wspomnienie o nim. Teraz jesteśmy w stałym kontakcie listownym.

Jako bardzo dobrego kolegę ze szkoły powszechnej, a potem z sowieckiej szkoły średniej, wspominam Jurka Horwatha, syna wysokiego urzędnika lwowskiego kuratorium. Przed wojną uczył się w Korpusie Kadetów we Lwowie, a zginął w czasie obławy NKWD w 1944 r. Po odnalezieniu jego pierwotnej, bezimiennej mogiły, został pochowany na cmentarzu w Łubnie koło Dynowa.

Przy ul. Krasińskiego, na samym jej początku z lewej strony, mieszkał w dużej willi kolega szkolny Zdziszek Arnold, razem ze swoją matką, bodajże wdową. Raz zbeształa mnie okropnie na ulicy jako demoralizatora jej syna i groziła ukamieniowaniem cegłami, przygotowanymi na budowę naprzeciw kamienicy, w której mieszkałem. Nie wiem, czy na to zasłużyłem, więc tym bardziej się tej energicznej pani wystraszyłem. Ze Zdziszkiem zetknąłem się na krótko po wojnie na Politechnice Krakowskiej, poczem zniknął mi zupełnie z oczu.

Nieco dalej mieszkał, ale po prawej stronie, starszy kolega z VIII Gimnazjum, Władek Różycki. Był synem polonisty, profesora tegoż gimnazjum. Władek był wprawdzie wyraźnie starszy ode mnie, ale łączyły nas zbiórki w I Lwowskiej Drużynie Harcerskiej, do której mnie wprowadził – a także jego domowe laboratorium chemiczne. Sąsiadem państwa Różyckich był wysoki rangą oficer, bodajże płk Kończacki. Zachwycił mnie swym oficerskim sznytem, a szczególnie nienagannie błyszczącymi butami z cholewami.

Za sprawą Władka Różyckiego zbliżyłem się do kręgu braci Fulińskich, synów profesora Politechniki Lwowskiej, właściciela ładnej, dużej willi na końcu ul. Tarnowskiego z jej prawej strony. Jego synowie byli znacznie starsi ode mnie, ale pewien kontakt miałem z najmłodszym z nich, Wojtkiem. Oczywiście kontakt ten polegał przede wszystkim na podziwianiu – często przez płot – wyczynów sportowych wspomnianych braci, z udziałem Władka Różyckiego, a także syna profesora Mozołowskiego oraz niejakiego Hawalewicza, zwanego Hawajko, zamieszkałego w niedalekiej bursie przy ul. Stelmacha. Duże boisko od strony południowego stoku było przez cały sezon widownią przeróżnych gier, skoków, rzutów i biegów. Pamiętam, że ci chłopcy imponowali mi swoimi „kolcami”, czyli butami sportowymi, o jakich mogłem tylko marzyć.

Lokatorami willi państwa Fulińskich była rodzina profesora Leona Chwistka, logika, filozofa, matematyka i malarza – teoretyka formizmu. Widywałem go często, kiedy wolnym krokiem, wydymając charakterystycznie policzki, wspinał się mozolnie ku swemu mieszkaniu. Miał bardzo ładną i zgrabną żonę, zawsze uśmiechającą się życzliwie do spotykanych przechodniów. Była siostrą sławnego matematyka Hugona Steinhausa. Córka ich, Alina, zbliżała się wtedy do wieku maturalnego, i mnie w ogóle – ze zrozumiałych względów – nie zauważała. Ja ją natomiast zapamiętałem jako osobę rosłą i energiczną, zgrabną i ładną brunetkę, gładko uczesaną „na bok”, schludnie ubraną w obowiązujący mundurek gimnazjalny.

Powyżej mnie mieszkał Bubi Seiferth, niewiele starszy ode mnie młodzian potężnej budowy, zawsze dumnie wyprężony, który drażnił mnie noszonymi do krótkich spodni wysokimi, białymi skarpetami. Takie wtedy nosili ostentacyjnie Niemcy sudeccy, pozostający pod wpływem hitlerowskiego przywódcy Heinleina. Miał to być ich widoczny symbol przynależności narodowej. Bubi pojawił się w Krakowie po wojnie jako mistrz brydża, ale potem go już nigdy nie spotkałem.

 

 

Z
Góry św. Jacka można było zejść w dół w kierunku ul. Górnej Zielonej, stromo tam opadającą ulicą Stelmacha, pozostawiając z lewej strony budynek Bursy Męskiej z dużym boiskiem oraz Szkołę Powszechną im. św. Zofii. Ulica ta była mało uczęszczana i tam mogłem z powodzeniem uprawiać zimą zjazdy sankami. U dołu znajdował się duży budynek Akademii Weterynarii, gdzie mieszkały z jej profesorem dwie córki, oczywiście mnie także nie zauważające, Niemczyckie.

Kończąc moje wspomnienia nie mogę nie przywołać charakterystycznej postaci „nawiedzonego” Ciulama, zamieszkującego w stajni firmy przeprowadzkowej Ludwika Zawadzkiego przy ul. Oficerskiej, na wysokości Gimnazjum Strzałkowskiej. Znali go tam wszyscy za sprawą jego ubierania się w damskie fatałaszki, wypowiadania się naiwnie wierszowaną mową, a przede wszystkim jego nieustającego humoru i dobroci.

Górę św. Jacka w późnych latach 30. zamieniłem, jako miejsce zamieszkania, na Kwiatkówkę, ładne osiedle willowe pod tamtejszymi piaskowniami, w bliskości Lasku Węglińskiego. Tak więc do czasu wojny pozostałem w tej samej, pięknej okolicy, a Górę św. Jacka oglądałem codziennie, maszerując przez górki koło kąpieliska Zielone Oko – wtedy już do VIII Gimnazjum.

 

 

Post scriptum Redakcji:

W poprzednim wspomnieniu tego samego Autora pt. „Wuj Klaudiusz” (CL 3/02) zabrakło głównych dat, dotyczących życia K. Filasiewicza. Obecnie je uzupełniamy: urodzony 1879 w Tarnopolu, zmarł 1968 w Gliwicach.