Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Wincenta Wajdowa, ŚWIĘTA ANNA, PROBOSZCZ I JA

U zbiegu ulic Gródeckiej i Janowskiej, przy małym trójkątnym placyku, stoi nieduży, stary kościół św. Anny. Z przekazów ustnych zapamiętałam, że był to przyklasztorny kościółek ojców Augustianów. Za rządów Austrii klasztorek uległ, jak wiele innych, kasacie, a budynki, łącznie z kościołem zarekwirowane, nie wiem na jakie cele.

Urodziłam się w przededniu wybuchu I wojny światowej, w roku 1914, nie wiem więc jakie były koleje losów tego osieroconego Domu Bożego. Kościołem i probostwem zaczęłam się interesować od chwili, gdy opiekę nad świątynią i parafią objął mój wuj, starszy brat mamy, ksiądz W i n c e n t y R o k i c k i. Byłam jeszcze bardzo mała, więc niewiele rozumiałam z tego, o czym szeroko rozprawiali babcia, rodzice, ciocia i wujkowie. Wiedziałam, że wojna się skończyła – bo tatuś wrócił z frontu, słyszałam, że wujkowi Wiciowi oddano w opiekę zniszczony działaniami wojennymi kościół, że ma bardzo dużo pracy z odbudową, że mu gorliwie pomagają parafianie, i że przez to brak mu czasu na częstsze przyjazdy do Stanisławowa, do „mamuni”, bo tak w rodzinie nazywano babcię.

Zjawiał się przeważnie jesienią, łącząc nawiedzenie na Zaduszki grobów dziadka Jana i cioci Stasi – z imieninami babci, które przypadały na dzień 4 listopada. Lubiłam te wizyty, na które czekało się długo, dom był pełen gości i radosnego rozgardiaszu, samego Wujcia też. Był wtedy jeszcze młody, bardzo przystojny, dla wszystkich serdeczny i miły, a dla mnie, najmłodszego członka licznej rodziny – wyjątkowo ciepły i hojny. Przywoził mi zawsze, prócz słodyczy, śliczne kolorowe książki, które sprawiały mi wiele radości. W przystępie humoru nazywał mnie kozą, chętnie i z uwagą słuchał moich popisów (miałam chłonną pamięć i znałam mnóstwo wierszyków, którymi się chętnie popisywałam, szczególnie gdy audytorium było liczne – i nowe!). Otrzymywane książeczki były zawsze opatrzone dedykacją: Od Wujka nr I (bo był i wujek II – Gustek, młodszy od Wicia, który częściej u nas bywał, przez co był mi bardziej znany i w obcowaniu bliższy). Z tych książek zapamiętałam dużą, albumową – jakby komiks z kolorowymi obrazkami, ilustrującymi treść, a przy każdym łatwy do zapamiętania, płynny, z rymem i rytmem, wierszyk – w sam raz na poziomie pięciolatki, która sama czytać jeszcze nie umiała, ale łatwo przyswajała sobie zabawne przygody dwojga dzieci, Zosi i Stasia, ich pieska Kruczka i laleczki Lali. W świat daleki wielka podróż małych podróżników – napisała dla dzieci Waleria Szalay-Groele.

Byłam już chyba w 3. klasie szkoły powszechnej, kiedy pierwszy raz, i to na dłużej, pojechałam z mamą do Lwowa. Kościół św. Anny już się dźwignął był z wojennych ruin. Odrestaurowany na zewnątrz i wewnątrz, górował nad probostwem i placykiem nowymi wieżami, cieszył jasnością ścian i zachwycał dziecięce oczy wystrojem ołtarzy, barokowego chóru, a szczególnie małego zacisznego balkonu, na który wejście było wprost z pokoju! (teraz gościnnego, a kiedyś ponoć refektarza klasztornego). Drzwi od pokoju były kryte w ścianie, a balkon osłonięty od kościoła wymyślną biało-złotą kratą, miał długości może półtora metra, a szeroki był tylko na grubość kościelnego muru, najwyżej 80 cm. Pojemności dodawała mu przednia ścianka, ta za kratą, mocno wybrzuszona nad boczną ścianą kościoła. Lubiłam tam chodzić z mamą na msze św. lub nieszpory. Miałam tylko zakazane kręcenie się na balkonie i wyglądanie przez kratki. Wujek tego nie lubił, a jego konfesjonał stał właśnie naprzeciwko balkonu. Dwa miesiące pobytu na probostwie nie tylko bardzo zbliżyły mnie do Wujcia, ale też raz na zawsze związały ze Lwowem. Mama także ciągnęła do Lwowa, bo była bardzo przywiązana do starszego rodzeństwa, więc przy każdej okazji jechało się choćby na dwa–trzy dni do Wujków.

Probostwo było duże, pojemne. Parter budynku zajmowała stykająca się z kościołem zakrystia, jakieś magazyny sprzętu kościelnego, długa sień, wzdłuż której były mieszkania – kościelnego, organisty i księży wikarych. Górę zajmowała kancelaria parafialna oraz pokoje mieszkalne Wujka i jednego wikarego, a także duży przedpokój i obszerna kuchnia oraz ten duży pokój po byłym klasztornym refektarzu. Ów bardzo ustawny pokój zajmowała ciocia Bronia Towarnicka, która po śmierci męża Edwarda zamieszkała na stałe pod opieką obu braci. Nic dziwnego więc, że moja mama, mając aż trójkę rodzeństwa we Lwowie, często i chętnie, przy byle okazji tam jeździła. Jak długo żyła babunia (zmarła, gdy miałam 13 lat), zostawiała mnie, tatę i wszystkie sprawy domowe pod jej czujną opieką. Po śmierci babci częściej zabierała mnie ze sobą, szczególnie gdy były ferie czy wakacje, a w domu gospodarzył tatuś i jakaś Hania, Julcia, Worońcia czy Józia. Kiedy zaczynały się wakacje letnie, przez pierwsze tygodnie siedzieliśmy w domu, ale na 19 lipca – imieniny wujka Wicia – już zwykle byliśmy we Lwowie. W tydzień po imieninach było św. Anny, a więc odpust w parafii. I tak 2–3 tygodnie zaliczaliśmy we Lwowie, w sierpniu na jakie 10–12 dni jechaliśmy we trójkę, z tatą, do Torunia i na Hel, ale na koniec wakacji wracało się zawsze, nieodmiennie – do Lwowa. Ciocia dogadzała nam przysmakami domowej kuchni. Wujek Gustek zabierał często do kina, a wuj Wicuś do teatru – na opery. Był melomanem, kochał śpiew, a i sam miał piękny głos. Nie tyle silny, ile dźwięczny i dziwnie ciepły. Lubiłam go słuchać, szczególnie w okresie Świąt Bożego Narodzenia, kiedy przy drzewku intonował i śpiewał z nami kolędy. Nie wiem po kim to odziedziczyli, ale i wujkowie, i mama śpiewali pięknie.

Gdy wracaliśmy z teatru, jeszcze cały wieczór w domu rozbrzmiewały fragmenty arii operowych. W Stanisławowie teatr był mały, opery stałej nie było, czasem tylko przyjezdna, więc te częste wieczory w pięknym lwowskim Teatrze, ta muzyka, sceneria, stroje, zachwycały mnie. Wujek zawsze zajmował w loży miejsce w głębi i, ku mojemu zdziwieniu, słuchał w skupieniu, z przymkniętymi oczyma. Owszem, czarowała mnie muzyka, ale także interesowała akcja, miałam swoich ulubieńców wśród aktorów, wciągała atmosfera teatru, trochę bajkowa, a w każdym razie daleka od rzeczywistej. Dzięki wujciowi oglądałam na lwowskiej scenie Jasia i Małgosię, Żydówkę, Traviatę, Halkę, Straszny Dwór, Rigoletta. Na Aidę mnie nie wzięli – do dziś nie wiem czemu.

Największą moją radością z okresu pobytów we Lwowie był ogromny ogród przy probostwie. [...] W środku królowała dostojna, wiekowa, potężna lipa, pamiętająca ponoć czasy zamierzchłe, kiedy nie było nie tylko starego kościoła, ale nawet najmniejszej kapliczki. Dziś byłby to pewnie szacowny i chroniony pomnik przyrody, a wtedy była to tylko żywa pamiątka po kilku młodych krawczykach – zapaleńcach, broniących miłości swego przyjaciela – imienia nie pamiętam – i jego ukochanej, pięknej Anny, córki mistrza krawieckiego, u którego młody krawczyk terminował. Uniesiony gniewem srogi ojciec – który dla swojej urodziwej i posażnej córki jedynaczki wymarzył sobie innego męża – ścigał ze swymi pachołkami uciekających zakochanych. Już za murami miasta, blisko baszty krawieckiej, doszło do zbrojnego starcia, kilka osób poległo, a śliczna Anna została ciężko zraniona, i to przez rodzonego ojca, kiedy usiłowała osłonić sobą ukochanego. Widok rany zadanej własnemu dziecku złagodził gniew porywczego krawca. Za cenę życia najmilszej Anusi postawił na cmentarzyku, na placu boju, najpierw małą kapliczkę pod wezwaniem św. Anny, no i zgodził się na małżeństwo młodych.

Mijały lata, starą zmurszałą kapliczkę zastąpiła nowa, tę pewnie następna, aż stanął na tym romantycznym placyku, obok starej lipy – niemego, ale żywego świadka przeszłych dziejów – klasztorek, a przy nim kościół św. Anny, ten sam, który przetrwał obie wojny, utrwalił się w moim sercu i pamięci, w którym 15 lipca 1939 roku brałam ślub, pobłogosławiony przez mojego kochanego Wujka nr I – ks. Wincentego Rokickiego, prałata Kapituły Lwowskiej, ostatniego polskiego proboszcza tego kościoła i parafii św. Anny, i jego wikarych, księży Władysława Florka i Jana Tomaszewskiego. Właściwie był to mój ostatni pobyt we Lwowie! We wrześniu wybuchła wojna i przez cały jej okres nikt od nas, ani nikt do nas ze Lwowa nie przyjeżdżał. W trudnych wojennych warunkach nie było czasu ani chęci na odwiedziny. A przecież to miasto serdeczne, ciche probostwo, pachnący kwiatami ogród i sad, kochani wujkowie, przedobra ciocia – to był przez długie lata mój drugi dom. Dom, w którym czułam się może nawet bardziej szczęśliwa niż w tym stanisławowskim, w którym chowałam się od dzieciństwa.

Niezaprzeczalnie – ten mój dom rodzinny przy ulicy Kopernika w Stanisławowie też miał swoje uroki i zapisał się trwale w mojej pamięci. Z nim wiążą się słodkie wspomnienia z najmłodszych lat. Lwów wszedł w moje życie równocześnie z mundurkiem gimnazjalnym. W domu w Stanisławowie jakoś zawsze, mimo upływu lat, czułam się dzieckiem, bo też byłam tam zawsze traktowana jako dziecko – najmłodsze w rodzinie. Na probostwie było inaczej. Wuj ksiądz, przez swój wpływ na mamę, spowodował to, że zaczęłam się usamodzielniać. Już jako nastolatka mogłam sama wędrować po mieście i poznawać jego cuda, nie tylko z okien tramwaju. Miałam tylko obowiązek zawsze wracać do domu na ustaloną godzinę. Podobały mi się liczne kościoły Lwowa i chętnie, pomijając św. Annę, wybierałam się na nabożeństwa a to do Katedry, Jezuitów, Dominikanów czy św. Elżbiety. Wujek pokpiwał sobie ze mnie pytając, czemu szukam innych Bogów, ale mi w tych moich szukaniach nie przeszkadzał, a często i coś doradził, na coś ciekawego zwrócił uwagę.

Z tego okresu, z rozmów wieczornych przy wspólnym stole, dowiedziałam się wielu ciekawych szczegółów z życia rodziny, z młodzieńczych lat spędzonych na ojcowiźnie, z powołania i kapłaństwa wujka. Szczególnie utkwiła mi w pamięci historia związana ze wstąpieniem wujka do seminarium duchownego. Dziadek Jan wyznaczył sobie, że najstarszy syn zostanie księdzem. Babcia Karolina chciała mieć syna profesorem, ożenić go, doczekać się wnucząt... No i stanęło na tym, że Wicuś pojedzie do Lwowa na wydział humanistyczny, a mieszkać będzie u babcinego brata Marcina Ch., który w tym czasie był prezesem (?) Sądu we Lwowie. Gdy przyszła pora, pojechali dziadzio z wujkiem na egzaminy do Lwowa i zgodnie z umową zatrzymali się u rodziny. Wuj Marcin szczerze ucieszył się z przyjazdu szwagra i siostrzeńca, ale jego żona nie okazała ani radości, ani zadowolenia na widok gości. Miała duże piękne mieszkanie i dwoje wypieszczonych dzieci, było jej dobrze, wygodnie, dostatnio i nie bardzo uśmiechało się jej matkowanie młodemu krewniakowi. A wrażliwy kandydat na studenta wyczuł tę niechęć i chętnie namówił ojca na zwiedzanie Lwowa. Spacerując po mieście spotkali dawnego katechetę wujka, który serdecznie ucieszył się na widok byłego wychowanka.

–  Co cię tu sprowadza, Witek?

–  Przyjechałem zdawać na studia, na filologię polską...

–  Gdzie? Przecież ty masz być księdzem! Przecież cię znam...

Nie wiem, jakich argumentów użył ksiądz katecheta. Sądzę, że dziadek dzielnie mu sekundował, dość, że niedoszły student polonistyki wycofał swoje dokumenty z Uniwersytetu JK i wraz z nimi przeniósł się do Seminarium Duchownego. Dziadzio był szczęśliwy, niechętna wujenka zadowolona, popłakała się tylko babcia. Okazało się, że ks. katecheta trafił w dziesiątkę! Wicuś uczył się pilnie i chętnie, po czterech latach ukończył swoją uczelnię i jako nowo wyświęcony młody księżyna rozpoczął wędrówkę po różnych parafiach, ale z tych zapamiętałam tylko Czerniowce.

Po wojnie powołano go do Lwowa na proboszcza bardzo zniszczonego kościoła św. Anny. W trudnych powojennych warunkach, przy współpracy życzliwych i chętnych parafian, bardzo przywiązanych do swego kościółka i dzielnicy, przez parę lat cegła po cegle dźwigał z ruin kościół, probostwo, parafię. Zyskał serca ludzi życzliwością, sumienną i wytrwałą pracą, rzetelnym gospodarowaniem na powierzonej mu placówce. Całym sercem kochał swój Lwów i był mu wierny do końca. Dane mu było wśród tych swoich oddanych i serdecznie mu życzliwych parafian przeżyć w ukochanym mieście jubileusz 50-lecia kapłaństwa – wielkie święto dla każdego sługi Bożego, ale w jakże cięzkim czasie i trudnych warunkach. Nie kwapił się do wyjazdu na „Ziemie Odzyskane”. Jeszcze się łudził nadzieją, wierzył, czekał...

Aż przyszedł dzień, że trzeba było wszystko zostawić i ulec przemocy. Razem ze swoją gromadką zabiedzonych i zrozpaczonych ludzi przeżył na swojej parafii koszmar wojny, a wyjechał ostatnim transportem w 1946 roku – do Torunia. Towarzyszyła mu i matkowała starsza siostra Bronisława, dzięki której oddaniu i pracowitości jakoś przetrwali lata wojenne. Wywozić nie było co! Wartościowe sprzęty i piękne obrazy poszły dawno na życie. Mienie kościelne przekazano Kurii, a ze sobą zabrał Wujek tylko mały płócienny woreczek pełen wotów – serduszek składanych w podzięce za otrzymane łaski przy ołtarzach pośrednikówopiekunów.

Zamieszkali w domu siostry Zofii z Rokickich Zakrzewskiej. Tam też ściągnęła cała nasza wschodniacka rodzina, ciocia Anna z Chorzemskich Wnętrzakowa i moi rodzice. Wujek Gustek, wywieziony przez naszych „braci” w 1940 r. na białe niedźwiedzie, przetrzymał wojnę w koszmarnych warunkach i z Andersem zamierzał wracać do kraju i do swoich, ale utknął w Anglii i tam pozostał. Za dobrze poznał „braci” i już nie miał chęci spotkać ich ponownie. Wujek ksiądz zawsze marzył, że kiedyś zostanie wśród swoich parafian na Janowskim cmentarzu. Nawet kiedy stawialiśmy grobowiec rodziny Rokickich na stanisławowskim cmentarzu, mówił – na mnie nie liczcie, ja zostanę z moimi we Lwowie. Sic fata volunt, że został wśród swoich najbliższych, ale w Toruniu, na cmentarzu parafialnym NMP. Leżą tam obok siebie w równym szeregu: wujostwo Mikołaj i Zofia z Rokickich Zakrzewscy, moi rodzice, Paweł i Eugenia z Rokickich Kordyszowie, ciocia Anna z Chorzemskich Wnętrzakowa, ciocia Bronisława z Rokickich Towarnicka i kuzyn Zygmunt Rokicki, syn najstarszego z braci wuja Karola. A kościelne wota przywiezione przeze mnie z Torunia zostały przekazane do kościoła parafialnego w Lubaczowie, w którym przez pierwsze powojenne lata pasterzował ks. arcybiskup Eugeniusz Baziak – kiedyś nasz proboszcz stanisławowski, a później ordynariusz lwowski i krakowski.

 

Post scriptum

Ksiądz Wincenty Rokicki urodził się w r. 1872, do Seminarium Duchownego wstąpił w 1890 r., święcenia otrzymał w 1904 r. Zmarł w Toruniu w roku 1949.

Gustaw (August?) Rokicki urodził się w roku 1887. Szkołę średnią ukończył w Stanisławowie, nie wiadomo, czy zapisał się na jakieś studia, czy od razu po maturze wstąpił do wojska. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze widzę go w mundurze wojskowym, ale nie znam szczegółów jego wojskowej kariery. W czasie I wojny światowej był na włoskim froncie, a później w armii gen. Hallera. Z tego okresu zapamiętałam niebieski mundur (z którego uszyto mi płaszczyk), póżniej mundur był khaki. Jakiś czas stacjonował w Brodach, następnie w Kołomyi, aż wreszcie na dobre osiadł we Lwowie, gdzie aż do przejścia w stan spoczynku sprawował urząd komendanta PKU Lwów-miasto. Aresztowany w pierwszym roku wojny przez sowietów, został wywieziony na nieludzką ziemię, w której przetrwał aż do czasu formowania się polskiej armii. Z gen. Andersem przebył cały szlak wojenny, aż dotarł do Anglii, w której już pozostał. Zmarł w wieku 77 lat w 1964 r. w Walii, z której pisywał listy pełne tęsknoty.

 

WINCENTA WAJDOWA, ur. 1914 w Stanisławowie, po II wojnie osiadła w Rzeszowie.