Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Wiktor Moszczyński (London), LOMDYŃCZYK WE LWOWIE

Po mojej pierwszej podróży do Lwowa muszę stwierdzić, że gdyby nie Wawel, to uważałbym Lwów za jeszcze piękniejsze miasto niż Kraków. Na pewno dziś biedniejsze, bardziej zaniedbane, smutne, ale mimo wszystko p i ę k n i e j s z e, rozbudowane z większym rozmachem i cieszące się nie mniejszą liczbą zabytkowych kamieniczek i obiektów sakralnych niż jego zachodni kuzyn. Lwów jest też miastem zieleni, gdzie każda ulica prowadzi przez kurz i odrapany tynk do jakiegoś ogrodu, parku czy zalesionego pagórka.

We wrześniu 2002 po raz pierwszy w życiu pojechałem do Lwowa. Pojechałem z moją matką, urodzoną i wychowaną we Lwowie w czasach, gdy miasto to było perłą kultury polskiej. Z tego właśnie Lwowa została wywieziona wraz ze swoją matką i bratem w lutym roku 1940, w wagonie bydlęcym, w głąb tajgi syberyjskiej. Chciałem zobaczyć to szczególne miasto owiane legendą, miasto wesołe Fredry i Zapolskiej i piosenek Hemara, miasto hetmanów, królów i Orląt, miasto opowiadań Makuszyńskiego i gawęd Schleyena, a wreszcie miasto Włady Majewskiej i Ireny Andersowej. Chciałem je zobaczyć oczyma mojej matki, młodej, patriotycznej lwowianki, i sprawdzić, do jakiego stopnia wymarzone miasto odpowiadało realiom objawiającym się w dzisiejszym ostrym świetle neonowym.

 

W RÓWNOLEGŁEJ JAŹNI

Spacer z Mamą po Lwowie... To dopiero było przeżycie! Po pierwsze – Mama, którą prowadziłem w wózku po wertepach i korytarzach lotnisk Londynu i Warszawy, we Lwowie nie potrzebowała żadnej podpory, raczej hamulca. Miała jakby silnik odrzutowy w nogach i gnała jak siwy koń po ulicach Starego Miasta, szukając pod wpływem paliwa adrenaliny i niecierpliwości swoje kąty i zabytki, opatulone dotychczas w pajęczynie swoich najsłodszych, ale i najciemniejszych wspomnień. Nic nie mogło jej powstrzymać od tego galopu. I to od momentu przyjazdu na lotnisko Skniłów – miejsca tragedii lotniczej sprzed paru miesięcy – gdzie pod napisem LVIV wylądował polski śmigłowiec z Warszawy i gdzie po żmudnej odprawie paszportowej czekały na nas panie Teresa Dutkiewicz i Ela Korowiecka, przyjaciele z Fundacji Organizacji Polskich. I już chciała zwiedzać polskie zabytki, nim nas zawieziono do naszego mieszkania na Pohulance. A potem gnała siebie i mnie na szczyt Kopca Unii Lubelskiej, aby spojrzeć znów na pejzaż starego Lwowa, nieskażonego na szczęście ani jednym sowieckim wieżowcem. Widać było wieże Korniakta i Ratuszową, kopuły Dominikanów, Przemienienia – dawnych Trynitarzy, i św. Jura. Był to pejzaż niezmieniony w wyglądzie od czasów, gdy 150 lat temu spoglądał z tą samą dumą na ten sam pejzaż, pchający taczki z ziemią, wąsaty prezydent parlamentu wiedeńskiego Franciszek Smolka. Ten sam pejzaż, przypominający widok z Piazzale Michelangelo, skusił Mariana Hemara do opisania polskiej Florencji, miasta siedmiu pagórków fiesolskich. Bo trzeba dodać, że Mama jest – jak by to powiedzieć – wiekowa, urodzona w roku 1913, a więc gdy Lwów był jeszcze siedzibą namiestnika Galicji i stolicą kulturalną Polski, pod oficjalną protekcją złocistego berła i białych wąsów Keisera Franciszka Józefa. Czy to pamięć energicznych młodych lat, czy efekt czystej źródlanej wody Lwowa, który nas tak zagnał?

Drugim wrażeniem, znanym kinomanom, na przykład wielbicielom filmu Matrix czy kibicom serii Star Trek, było doświadczenie tzw. równoległej jaźni. Snując się po wybrukowanych ulicach miasta czy wewnątrz świątyń i pałaców, w obecności Mamy i naszej głównej przewodniczki, pani Danusi Szpak, można było widzieć i odczuć atmosferę oraz nazwy starych ulic i placów, sklepów i kościołów, odtworzonych i jeszcze żywych duchów innej epoki i innej świadomości. Tu jest ulica Kochanowskiego, tu Wały Hetmańskie, tu ulica Leona Sapiehy a tu plac Smolki; tu Uniwersytet Jana Kazimierza w budynkach dawnego Sejmu Galicyjskiego; tu pomnik Fredry; tu kościół św. Elżbiety, z którego północnego dachu woda spływa do Bałtyku, a z południowego do Morza Czarnego; a tu pociąg jedzie z pięknego dworca lwowskiego do Stanisławowa. A w pewnym momencie jestem już sam. Ocieram oczy, ujawnia się szara teraźniejszość. Nie ma ulicy Kochanowskiego, jest Kost-Lewyckiego (za sowieckich czasów Majakowskiego); tam gdzie były Wały Hetmańskie widzę Prospekt Swobody (przedtem Lenina) z piękną Operą na jednym końcu, a zdominowane teraz bombastycznym pomnikiem Tarasa Szewczenki. Była ulica Sapiehy – jest ulica Stepana Bandery (przedtem Mira); tu plac Hryhorenki zamiast Smolki; Iwan Franko przejmuje patronat nad uniwersytetem; w fotelu Fredry siedzi ukraiński historyk; kościół św. Elżbiety (tak nazwany na cześć zamordowanej cesarzowej) jest już pod wezwaniem św. Olgi; a pociągi jadą już nie do Stanisławowa, lecz do miasta Ivano-Frankivsk. Wszędzie mowa i napisy po ukraińsku. W momentach kiedy byłem sam, czułem się tu jako Polak tak samo na bezrybiu, jak Niemiec błąkający się po ulicach dzisiejszego Wrocławia.

 

POMNIKI POLSKIE JESZCZE STOJĄ

... ale nie całkiem. Bo jednak Polak widzi swoje. Stoi jeszcze pomnik Bartosza Głowackiego. W pięknym, lecz wielce zaniedbanym Parku Stryjskim wymachuje jeszcze szabelką Jan Kiliński. Na centralnym placu Mariackim stoi jeszcze monumentalny pomnik Mickiewicza (Mama przypominała sobie, jak cała klasa uformowała się na fotografię przed pomnikiem po zdaniu matury). Główna Poczta znajduje się wciąż na rogu ulic Słowackiego i Kopernika. Mamy jeszcze ulicę Zieloną, Łyczakowską, Halicką, Karpińskiego, Matejki. Za murem przy Cmentarzu Orląt jest jeszcze ulica Pohulanka, z tym wiejskim urokiem, co przed laty. A spod odbitego tynku (przy zaniedbaniach obecnych gospodarzy) wyłaniają się wciąż stare napisy i ogłoszenia: „Przyjmuje się wszelkie reparacje”, „Miody wszelkiego gatunku”, „Nafta – Wszelkie przybory do lamp”, a nawet numery domów: Nr 2. Grodzickich”, „21, ul. 29 Listopada”. Przypominają, że to nie był jednak sen. W kościołach i galeriach pełno pięknych polskich pomników, nagrobków, witraży, obrazów. Muzea na Rynku przedstawiają komnaty Sobieskiego i pałace polskich kupców, biskupów i magnatów.

W Lwowskiej Galerii Sztuki naprzeciw Ossolineum, poza pięknymi obrazami włoskiego i holenderskiego renesansu, Lichwiarzy Georges’a de La Tour i obrazów Gerarda, są piękne płótna Matejki, Boznańskiej, Chełmońskiego, Malczewskiego, Grottgera, a przede wszystkim aż siedmiu arcydzieł Siemiradzkiego, zajmujących osobną salę. Gdy chodzi się od komnaty do komnaty, obsługa galerii co jakiś czas zapala światła, aby zwiedzający mogli lepiej przypatrzyć się zaniedbanym eksponatom z podpisami wyłącznie cyrylicą. Z niewielkim pożytkiem. Najczęściej w każdej sali brakuje żarówek i te zapalone światła niewiele dają iluminacji pięknym zabytkom. Niewiele nowych obrazów dołączono do tych odziedziczonych po wkroczeniu Armii Czerwonej, choć są tu obrazy ze splądrowanych polskich dworów. Wiele obrazów nawet ubyło. Nikt nie umiał mi powiedzieć, co się stało ze Starowolskim i Karolem Gustawem przy grobie Łokietka Matejki, który tu jeszcze wisiał w roku 1998 według starego przewodnika sowieckiego. Wiadomo natomiast, że parę lat temu bandyci wdarli się do galerii, skradli dwa polskie obrazy (Matejki i Grottgera) i zabili pracownika. Do tej pory sprawców nie schwytano. Kto gotów był przelać niewinną krew, aby skraść dzieła sztuki?

 

POD OPIEKĄ UNESCO

Polacy z RP mają tu co oglądać, bo miasto jest zarazem i piękne, i tanie na polską kieszeń (a co dopiero angielską). Rynek, Arsenały, Baszta Prochowa i główne świątynie są albo już odnowione w pełni, albo w ostatniej fazie restauracji. Pałac Potockich wygląda jak pałacyk z cukru. W doskonałym stanie jest już czternastowieczna Katedra Łacińska, gdzie przy głównym ołtarzu król Jan Kazimierz uroczyście ogłosił Matkę Boską Królową Korony Polskiej. Nad południowo-zachodnią częścią miasta króluje greckokatolicka Katedra św. Jura. W lśniącej Cerkwi Wołoskiej z XVI w. odbywają się długotrwałe litanie autokefalii ukraińskiego prawosławia. Odrestaurowany jest kościół Dominikanów, dziś kościół greckokatolicki, a w czasach sowieckich muzeum ateizmu. XVII-wieczna kaplica Boimów pozostaje jak zawsze perłą architektoniczną. [...]

Jeszcze trwają prace w greckokatolickim soborze – przedwojennym kościele Bernardynów, gdzie pozłacane barokowe statuy świętych bawią się w chowanego z ciężkimi drewnianymi belkami rusztowania. Tylko jedna część egzotycznej XIV-wiecznej Katedry Ormiańskiej jest otwarta ze swoim złotym tronem mozaikowym i pięknymi freskami. Inne zabytki, jak kościół Jezuitów przy Wałach Hetmańskich czy dziewiętnastowieczne kamienice na Filipówce, są bardziej zaniedbane. Ulice, pokryte wciąż brukiem z XIX wieku, są postrachem dla zachodnich samochodów ze słabym zawieszeniem, a także dla turystek o wysokich obcasach. Kanalizacja jest ciągle w dość surowym stanie, a od czasu do czasu brudna Pełtew daje znać o sobie przenikliwym odorem, chcąc widocznie przypomnieć, że jest wciąż obecna, nawet kiedy nie jest widoczna.

Mało z tych renowacji pochodzi z lokalnej kieszeni, mecenasów nie ma we Lwowie. Natomiast władze miejskie, uczelnie i kościoły uzyskują fundusze z Polski i z Kanady (gdzie jest największa i najbogatsza diaspora ukraińska), a centrum miasta zostało uznane za zespół zabytkowy przez UNESCO. Przynosi to sporo funduszów.

 

WRACAMY NA KOCHANOWSKIEGO

Poza turystami z Polski i ich walutą (polski złoty jest jedną z rezerwowych walut mieszkańców Lwowa), Polacy-tubylcy nie są tu aż tak widoczni, mimo że sporo Ukraińców we Lwowie zna język polski. Kiedy pierwszego dnia wybraliśmy się z Mamą, aby znaleźć dom, gdzie mieszkała w chwili wywiezienia na Syberię w lutym 1940 roku, myśleliśmy, że trafimy na jakąś rodzinę ukraińską, czy nawet rosyjską. Mama skręciła w korytarz prowadzący z podwórka w lewe skrzydło bydynku i zapukała do mieszkania na parterze. Otworzyła nam drzwi urocza młoda pani, zaciągająca tradycyjnym akcentem lwowskim – Polka, pani Weronika Apriłaszwili! Kiedy usłyszała, że Mama właśnie tu mieszkała 65 lat temu, zaprosiła nas od razu do środka na poczęstunek. Poznaliśmy jej pięcioletniego synka Stasia i jej matkę, panią Zofię Rozumiejko. Siedliśmy przy pięknym niebieskim, fajansowym piecu, który Mama jeszcze pamiętała. Ten sam piec przygrzewał rodzinie polskiej w roku 1939, rosyjskim przesiedleńcom przez kilka następnych dziesiątków lat i znowu polskiej rodzinie Rozumiejków, która tu mieszka od 1973 r. do dzisiaj. Co więcej, okazało się, że nasza młoda gospodyni, pani Weronika, jest wicedyrektorem polskiej szkoły. To cudowne spotkanie było chyba najpiękniejszym przeżyciem dla mojej Mamy.

 

LWÓW – MAŁA OJCZYZNA

W czasie pewnego spotkania ktoś mi powiedział, że tu we Lwowie nie ma dziś Polski, a nie jest to Ukraina. Tu jest tylko Lwów. Tak, jakby to była jakość samodzielna, sama w sobie, widocznie bardziej dla niej i jej środowiska treściwa niż pozostałe.

Podobne korzenie tej wyszukanej jakości usłyszałem z innych ust, tym razem ukraińskich. Przechodząc po ciemnych salach Lwowskiej Galerii Sztuki, odczytując z wielką trudnością objaśnienia obrazów w cyrylicy, trafiłem na portret pięknej kobiety o subtelnych rysach, ubranej wykwintnie w stylu epoki napoleońskiej. Jej uroda biła całą jasnością przez mrok pokoju. Obraz był bez podpisu, zapytałem więc pani kustosz o komentarz. Zrozumiałem, że to arcydzieło było pędzla malarza francuskiego Gerarda, ucznia Davida, i przedstawiało n a s z ą l w o w i a n k ę Katarzynę Starzeńską, żonę p o l s k i e g o  generała w armii Napoleona. A więc Katarzyna – to „nasza”, bo ze Lwowa, a jej mąż generał – to obcy, bo „polski”. Skojarzenie to może być dla Polaków obce, a nawet absurdalne, ale dla tej zapalonej lwowianki wystarczało. Powstaje nowa rzeczywistość. Jest to nowa, choć mała „ojczyzna”. Wynika z potrzeby uspokojenia i zawłaszczenia sobie duchów zamieszkujących te historyczne mury. Od wieków był Lwów, od wieków byli lwowiacy i lwowianki, a ci obcy przychodzili i odchodzili. Wydawać by się mogło, że to fałszywy obraz, ale dla niej i dla innych obecnych mieszkańców Lwowa nie tylko wystarcza jako podstawa ich prawa do zamieszkania i poczucia dumy z tego miasta, ale nawet ku temu jest konieczna. Duma pochodzenia i tożsamość lwowska wymaga tej legendy. To samo poczucie dumy wymagało postawienia na placu Halickim pomnika kniazia Daniła Romanowicza, założyciela ruskiego grodu w XIII wieku, namaszczonego fałszywym tytułem królewskim (Korol Daniło). To tak, jak kiedyś uczono nas w polskiej szkole, że Mieszko I był pierwszym królem polskim, mimo że takiego tytułu nie posiadał. Nie mam zamiaru potępiać tego pociągu obecnych mieszkańców Lwowa do przystosowania dla siebie i dla swoich potrzeb historii miasta. Jeżeli w ten sposób będą traktować to miasto jako „swoje”, tym szybciej odrestaurują je i ożywią nowym życiem i własnym dorobkiem. Nie mogą przecież żyć w skansenie. Poza tym w tej tożsamości jest miejsce dla tubylców polskiego pochodzenia. Bo miasto Lwów ma być ich wspólnym mianownikiem. Tu Ukraińcy i pozostali Polacy muszą razem żyć, uczyć się, pracować, kochać, konsumować i umierać. Tak robili to ich przodkowie. A drzewa na ulicach miasta mają tak samo zakwitać, ptaszki tak samo śpiewać, a tramwaj numer dwa tak samo turkotać z Łyczakowskiej na plac Halicki, jak to miało miejsce niegdyś.

Może jest nawet miejsce w tej nowej „małej ojczyźnie” dla lwowiaka londyńskiego?

 

To piękne, co Pan napisał, Panie Wiktorze. Niestety, rzeczywistość nie skłania do optymizmu. Właśnie i przede wszystkim w samym Lwowie. Jesteśmy blisko tych spraw.

Informacja dla Czytelników: powyższe rozdziały (podane z nieznacznymi skrótami) są zaledwie fragmentem ciekawego tekstu, nadesłanego nam przez Autora z Londynu. W następnych numerach przedstawimy inne jeszcze obserwacje i refleksje Pana Wiktora z jego wizyty w naszym Mieście.

 

 

ANNA MOSZCZYŃSKA, z domu Madejewska, ur. 1913 we Lwowie. Wywieziona na Syberię w 1940, od 1942 pracowała w dziale opieki społ. przy polskiej ambasadzie w Kujbyszewie, potem przy PCK w Kenii. Znana działaczka społeczna i polityczna polska w Londynie, od 1987 kierownik Biura Informacji przy POSK, od 1993 przy Zjednoczeniu Polskim w Wlk. Brytanii. Co dwa lata wydaje periodyk Polonii brytyjskiej „Informator Polski”.

 

WIKTOR MOSZCZYŃSKI, ur. 1946 w Londynie. Działacz społeczny, 1982–84 przewodniczący Polish Solidarity Campaign. 1986–90 członek Rady Miejskiej w Ealing, parokrotny kandydat do parlamentu bryt. z ramienia Partii Pracy. 1991–93 wiceprezes Zjednoczenia Polskiego w Wlk.Brytanii, 1994–2000 redaktor mies. „Orzeł Biały”. Od 1992 powiernik Polonia Aid Foundation, od 1995 Polskiej Fundacji Kulturalnej.