Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Jerzy Masior, TANCBUDA W DĘBINIE

Dziś to miejsce ma bardzo konkretną nazwę: dyskoteka. Wtedy takie słowo ani pojęcie nie było nawet w powijakach. Mnie się jednak podobne miejsce przydarzyło. Jego triangułem – rzec można – była opuszczona gajówka w dębowym, dobrowlańskim lesie, tuż za torami, naprzeciw kolejowej rampy i przystanku dla osobowych. Dębina była na pewno wiekowa, ze świetlistymi prześwitami na wszystkie strony świata, z przycupniętą w niej od lat gajówką, od dawna niezamieszkałą. Były w niej dwie izby, w tym jedna kuchenna. Nie mogę sobie przypomnieć dlaczego właśnie ową kuchnię upatrzyliśmy sobie na miejsce naszych potańcówek. Może z powodu jej obszerności, a więc możliwości rozpędzenia się w tańcu, w magicznej, wieczornej zabawie? To, cośmy w tej izbie ze Zbyszkiem wyczyniali, działo się zawsze wieczorami. Nawet latem bywał w gajówce zielony zmrok nieco późniejszą popołudniową porą, gdy potrzeba rytmu i melodii poczynała pulsować w żyłach wiejskiej młodzieży Dobrowlan. Potrzeba zabawy i tańca jest wśród młodych odwieczna i to nic, że ci młodzieńcy i dziewczyny dopiero co powrócili z pola nie byle jak utrudzeni. Wystarczała pośpieszna kąpiel w nagrzanym za dnia Ługu i już groblą zmierzały ku dębinie pary i gromadki nieco odświętniej przyodziane, tak, jak wypadało pokazać się na tańcach. W utrudzonej rolniczym znojem wsi wieczorne tańce były nie tylko rozrywką, ale czasem odświętnym zapamiętaniem się do ostatniego tchu, do upadłego. Zapewniam – nikt nie wypijał ani naparstka alkoholu.

Tańce w dębinie dla młodych dobrowlańskich parobczaków i czarnobrewych dziewuch – ich towarzyszek, urządzaliśmy w gajówce za wiedzą i przyzwoleniem pana Sadowskiego – gospodarza dworu, w którym spędzałem wakacje – nadzorującego książęce lasy, a więc mającego we władaniu także i ową opuszczoną gajówkę. Dlaczego tyle zapału wkładaliśmy w przygrywaniu do tańca tej młodzieży wioskowej? Dlaczego wprost wyżywaliśmy się wypełniając noce w dębinie – poprzez otwarte okna izby – tanecznymi rytmami, które wcześniej ćwiczyliśmy w salonie dworu: Zbyszek na fortepianie, a ja na skrzypcach, albo on na skrzypcach, a ja tłukąc niemiłosiernie w baniak blaszany do gotowania prania, co odbywało się już raczej w miejscach bardziej wyciszonych, na przykład w piwnicy. Oczywiście łatwo się domyślić, że ów baniak był namiastką perkusji, a że bardziej prymitywną, nikomu to nie przeszkadzało, ani nam muzykującym, ani roztańczonej czeredzie. Tany z miejsca ruszały ochoczo, bez krygowania się i wstępnego puszenia dziewcząt. Było wiadome, że muzykanci, jako młodzieńcy nie nazbyt dorośli, musieli o określonej porze być w swojej sypialni. Taki reżim obowiązywał u państwa Sadowskich. A więc nieodwołalnie o dziesiątej pakowaliśmy nasze instrumenty i nie pomagały żadne błagania, żeby jeszcze... Bal w dębinie rozpoczynaliśmy niezmiennie walcem „Fale Dunaju”, a później leciały wszyskie najmodniejsze kawałki: „Wieczorny dzwon”, „Pamiętasz Capri”, „Umówiłem się z nią na dziewiątą”, „Panna Agnieszka”, no i oczywiście niezmiennie „Ostatnia niedziela”. Ta „Niedziela” wzruszała nawet orkiestrantów. Przeżyć takich jak w utworze jeszcze nie doświadczaliśmy, ale obaj byliśmy niewątpliwie wystarczająco sentymentalni. aby wzruszać się słowami i melodią. O jej muzycznej sile świadczy to, że i na początku XXI wieku tu i tam się ją wykonuje. Oczywiście grywaliśmy także ulubione i modne wówczas melodie ludowe: kujawiaczki, oberki, polki, lwowskie sztajerki. Zawsze musiało być „Na kapuście drobne liście, nie daj gęby organiście...”, no i „Gęsi za wodą”. Mój blaszany baniak był niezastąpionym instrumentem perkusyjnym. Jego grzmoty podniecały i pobudzały taneczników do nieomal tanecznego rozpasania, a pierwsze skrzypce w naszej dwuosobowej orkiestrze to grałem ja na baniaku, a nie Zbyszek na skrzypcach, na których zresztą grał poprawnie, zwłaszcza w poleczkach od ucha. Oprócz baniaka wspomagałem swoje granie pokrywką od niego i pustymi butelkami. Brzmienie więc mojej perkusji było urozmaicone.

W świetle naftowej lampy, zawieszonej na ścianie, kilkanaście par falowało, kręciło się i podrygiwało, posłuszne naszym rytmom i wywołanemu melodią nastrojowi. To wieczorne muzykowanie w gajówce, w pochłaniającej dźwięki pobliskiej dębinie rzucało na tańczących czar, który odbierał im mowę. Dlatego zdarzało się, że przez długie chwile tańczyli w ciszy, jakby nie chcieli płoszyć milczenia leśnej otuliny domostwa. A może nie mieli sobie zbyt wiele do powiedzenia, może nie potrafili wysławiać uczuć, gdy były w pobliżu... Cienie taneczników pełzały po ścianach izby, a wypuszczane przez otwarte okna rysowały się miękkimi konturami na zaokiennej murawie. Zdarzało się, że sylwetki tańczących, a zwłaszcza ich głowy, nader się do siebie zbliżały – stapiały się w jedność. Widać, jakieś rzewne tango ujawniało swą sprawczą moc.

Może właśnie dla niej muzykowaliśmy w letnie, dobrowlańskie noce. Byliśmy wypełnieni chęcią życia, a więc jakiegokolwiek działania. Nie wystarczały nam sad, konie, rzeka. Nocne muzykowanie było jakby inną przestrzenią budzących się potrzeb ducha, nurkowaniem w czas przydarzony, w nocny las. Na różne sposoby można rozpoczynać młodzieńczą przygodę z muzyką. Myśmy ją zaczynali właśnie tak. Z daleka od niemiłosiernie nudnych lekcji gry na skrzypcach we Lwowie.

Gdy milkło nasze granie i taneczne zawirowania, pod koniec zabawy intensywniejsze, nieomal do utraty tchu – nagle w dąbrowie stawała się cisza spowita w noc, wibrująca milczeniem i ciemnością. W niej znikali tanecznicy. Na nieosłoniętej konarami drzew grobli wypełzał ku nim od wsi rąbek księżyca, nie większy niż paznokieć zza opuszki palca i już-już odważał się rozpraszać srebrzysty blask po przesmaganych nocnym wiatrem stawach. Powracający tanecznicy maszerując przez groblę jeszcze niewystygli, jeszcze rozgrzani rytmami, usiłowali podśpiewywać. Jednak dostojeństwo ciszy dławiło im gardła – woleli przepadać w nocy w milczeniu; nawet ruskie rzewne melodie były tą porą jakby nie na miejscu. Tylko wiejskie kundle nijak nie pozwalały na przetrwanie ciszy do świtu. Przy naszym zbliżaniu się do wsi podnosiły jazgot, jak nocny niespodziewany grzmot. Bywały takie na Podolu, zazwyczaj na pogodę.

Wędrowaliśmy ze Zbyszkiem na końcu tego nocnego korowodu, zawsze wypełnieni muzyką i żalem, że to się już musiało skończyć. Dla nas dopiero co grane melodie jeszcze kołatały pod sklepieniem dębiny, przepadały w toni stawów i drżały w wysrebrzonych łuskach między oczeretami. Było to niemożliwe, ale zawsze paliła nas chęć wypłynięcia na taki drżący księżycową poświatą muzyczny staw. Z takim przewidzeniem zapadaliśmy w sen pełen muzyki. Dobry wakacyjny sen nad Ługiem.

 

Powyższy tekst jest fragmentem książki, którą Autor przygotowywał pt. „Opowieści znad Pełtwi i Ługu” (2002).