Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

WERTUJĄC WYDAWNICTWA

— W CL 1/03 Barbara Czałczyńska pisała w swoim felietonie o Marii Jaremiance, a w tym numerze pisze o jej mężu Kornelu Filipowiczu. O nich obojgu, o całym starosamborskim klanie Jaremów (dr praw Józef Jarema, rodem z Drohobycza; jego żona Stefania ze Śmigielskich z Monasterzysk, pianistka, uczennica Karola Mikulego we Lwowie; ich ośmioro nieprzeciętnych dzieci) i jeszcze o wielu innych ciekawych sprawach można przeczytać w książce pt. Maria Jarema, wspomnienia, zapiski i komentarze. Zredagował zebrane teksty różnych autorów Józef Chrobak, a wydało Stowarzyszenie Artystyczne „Grupa Krakowska” (Kraków 2001).

Pamiętamy, że Maria Jaremianka pochodziła ze Starego Sambora, a Kornel Filipowicz z Tarnopola. Większą część życia spędzili jednak w Krakowie, tu byli najbardziej znani i tu zmarli.

Na koniec, co dla nas ciekawe, w książce zamieszczono spis członków Związku Zawodowego Polskich Artystów Plastyków, w tym prawie 50 nazwisk artystów lwowskich (tylko w Krakowie było więcej).

— „Gazeta Wyborcza” (2–4 V 03) zamieściła obszerny artykuł Karla Dedeciusa, wybitnego tłumacza literatury polskiej na j. niemiecki (urodzonego w Łodzi) – o Stanisławie Lecu, poecie, znanym w latach powojennych znakomitym autorze aforyzmów.

Lec (1909–66, właściwe nazwisko Letz de Tusch) urodził się we Lwowie w bankierskiej rodzinie pochodzenia żydowskiego (mieli majątek ziemski na Podolu), blisko związanej z Austrią. W 1934 r. przeniósł się do Warszawy, ale – jak pisze autor – po wybuchu wojny Lec znów znalazł się we Lwowie. Kiedy w 1941 r. weszły tam wojska niemieckie, został aresztowany i umieszczony w obozie koncentracyjnym w Tarnopolu. Udało mu się jednak uciec, wstąpił do AL. Po wojnie wyjechał do Izraela, ale po dwóch latach wrócił do Polski. Kolejne lata to pasmo sukcesów literackich.

Nie ujmując Lecowi talentu i osiągnięć, nie można jednak przeoczyć ciemnych stron jego twórczości, które Dedecius – z dyskrecji, a może przez nieświadomość – pominął. Oto w okresie sowieckim 1939–41 we Lwowie Lec napisał parę obrzydliwych utworów na cześć Stalina i Związku Radzieckiego. Potem, nawet za PRL-u, się tym nie chwalił.

— „Gazeta Wyborcza” (31 V – 1 VI ’03) obdarzyła nas kolejną porcją artykułów o „sprawie wołyńskiej” (Małopolska Wschodnia oczywiście przemilczana), gdzie obok dwóch tekstów Ukraińców, prezentują się oczywiście Kuroń i Smoleński oraz mniej nam znany Marcin Wojciechowski (nie zabrakło też Berdychowskiej, ale tylko jako tłumaczki). Pierwszy z tekstów ukraińskich to Kamienie pamięci – niby „list do Adama” (Michnika oczywiście), napisany przez Wiktora Juszczenkę, b. premiera i podobno kandydata na prezydenta Ukrainy. Treść jakby wyważona – prosi o wybaczenie, tłumaczy sytuację Ukraińców itd. Ale są tam i takie zdania:

W imię prawdziwego pojednania naszych narodów pragnę byście zrozumieli stanowisko Ukraińców, którzy nie mogli przejść obojętnie obok pamięci historycznej swoich rodaków. A pamięć ta przepełniona jest świadectwami straszliwych zbrodni, niewyobrażalnych okrucieństw ze strony Polaków – niszczenia całych wsi, śmierci dzieci, kobiet, starców. Te opisy mrożą krew w żyłach. [...] Na Ukrainie zbierane są nowe świadectwa, wciąż ujawniane są fakty przedstawiające tragedię Ukraińców, którzy zginęli z rąk polskich. Próbuje się też ustalić liczbę ukraińskich ofiar

[...]Coś się chyba poprzestawiało? Może chodzi o wojny kozackie w XVII wieku, ale wtedy to przeważnie Rusini rżnęli Rusinów.

A co mówić o wypędzonych z Chełmszczyzny, Nadsania i Łemkowszczyzny, o blisko pół miliona ludzi, którzy po wojnie wyjechali lub zostali deportowani na Ukrainę i którzy przeżyli trzy wyniszczające operacje ze strony polskich oddziałów? Polscy historycy przyznają, że po stronie ukraińskiej było 10–12 tys. zabitych. Ich losu w żaden sposób nie można sprowadzić do akcji „Wisła” [...].

Tu więc następne ukrywanie prawdy i proporcji.

Jacek Kuroń, wielki Polak, a także wielki syn Ukrainy [!] pisał w liście do Myrosława Marynowycza: „Niezależnie od tego my i Wy wyznajemy Ewangelię, w której Jezus zwraca się do każdego z nas: Nie szukaj źdżbła w oku bliźniego, lecz belki w swoim...”

[!]

Po prostu sługa Boży z tego Jaceka. Czy takie zakłamanie może do czegoś prowadzić?

Drugi – to rozmowa Smoleńskiego(!) z Kuroniem(!): Nie wolno zmuszać do pokuty. Ten tekst jawnie antypolski, jak wszystkie tego rycerza. Samoobronę Polaków i akcje odwetowe ze strony AK i LWP, w których zginęła o c z y w i ś c i e jakaś liczba Ukraińców (nieproporcjonalnie mała w stosunku do zamordowanych Polaków) – stawia się na równi z rzeziami upowskimi. Sprawę więc stawia na głowie (jak w dzisiejszym polskim prawie!): ten, który ubije napadającego go bandytę, zostaje tak samo oskarżony. Wypowiedzi Kuronia są bardziej złowrogie niż najbardziej zajadłego Ukraińca (temu ostatniemu można by się nie dziwić, bo broni swego, ale u niby-Polaka brzmi to dość dziwnie). Jedno urwane zdanie Jaceka Kuronia (chodzi o czasy austriackie):
... Polaków uwiera, że w „ich” Lwowie rozkwita Ukraina. To może i zabawne (z tym cudzysłowem), ale cały długi tekst to najpierw jednostronne szkalowanie polskiej historii (świetną pożywkę daje mu Ogniem i mieczem Sienkiewicza), potem pochwała zaboru austriackiego i znowu oskarżania Polski międzywojennej i akcji „Wisła”, a w końcu – 2/3 monologu – to „przewracanie kota ogonem” na temat rzezi.

Trzeci, długi artykuł, M. Wojciechowskiego Czy rocznica musi dzielić? – to streszczenie „dyskusji” w jakiejś ukraińskiej gazecie na temat wydarzeń wołyńskich. Nie trudno domyślić się, że jest to stek napaści na Polskę i Polaków. Ale jedno zdanie nas ubawiło – profesor Mykoła Żułyński, b. ambasador państwa Ukraina w Warszawie, mówi: Chciałbym wspomnieć o różnego rodzaju polskich organizacjach ziomkowskich, które zyskały taki wpływ w Polsce, że zmusiły prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego do zajęcia się [sprawą Wołynia] na wysokim szczeblu państwowym...

Zabawne jest też to, iż nikt z tamtejszych profesorów nie przypomina sobie, że tylko w Polsce – w I i II Rzeczypospolitej – mogli Rusini-Ukraińcy zachować i rozwijać swoją tożsamość (aż do szaleństwa). Rosjanie umieli to inaczej załatwić: w stolicy i na większości terytorium państwa Ukraina panuje język rosyjski, a i ciągoty – poza Małopolską Wschodnią – kierują się w stronę „matiuszki”.

Szkoda, że nigdy nie mieliśmy przewidujących polityków.

— Z prasy dowiedzieliśmy się, że podobno kilkudziesięciu intelektualistów ukraińskich ze Lwowa i Kijowa zwróciło się w liście otwartym do społeczeństwa polskiego, aby przebaczyło ich narodowi tragiczne wydarzenia na Wołyniu (znowu pominięto Małopolskę Wschodnią). Celem akcji – jak uważają autorzy listu – było zmuszenie do ucieczki z tych terenów wszystkich osób polskiej narodowości.

Prosimy o wybaczenie tych Polaków, których losy złamał ukraiński oręż, a poprzez nich – całe polskie społeczeństwo. Wyrażamy żal, że broń skierowano także przeciwko niewinnym ludziom i przyznajemy, że usunięcie siłą społeczności polskiej z Wołynia było tragiczną pomyłką – piszą autorzy.

– piszą autorzy.

Niby pięknie, że coś takiego powstało, jednak trudno uznać za właściwe przykrywanie takimi słowami, jak zmuszenie do ucieczki, oręż, t a k ż e przeciwko niewinnym ludziom, tragiczna pomyłka – bestialskiego ludobójstwa wobec kilku dziesiątków tysięcy całych rodzin ze starcami, kobietami i dziećmi włącznie.

Przypomnijmy, że władze państwa ukraińskiego oświadczyły, iż za wołyńskie ludobójstwo przepraszać nie będą (pisaliśmy o tym w CL 2/03, Z tamtej strony). Wysuwa się m.in. argument, że wtedy jeszcze nie było tego państwa. Zapomniano widać, że ten kij ma dwa końce – bo skoro tak, to właśnie w taki prosty sposób należy kwitować pretensje o jakieś dawne sprawy, a nie organizować naukowe zespoły i konferencje. Po co? Nie ma sprawy.

— W „Naszej Polsce” 10/02 znalazł się znakomity artykuł Danuty Nespiak zatytułowany Między prawdą a kłamstwem, omawiający bardzo szczegółowo postać Bohdana Osadczuka, Ukraińca zamieszkałego od lat w Berlinie, sprytnego nacjonalisty, który potrafił przedstawić się jako orędownik pojednania polsko-ukraińskiego, a nawet został za to udekorowany przez prez. Kwaśniewskiego Orderem Orła Białego (!). Ulubieniec „Tygodnika Powszechnego” i „Gazety Wyborczej” bagatelizuje oczywiście zbrodnie ukraińskiego ludobójstwa na Ziemiach Wschodnich. Urodził się w Kołomyi, o której napisał, że dla Polaków nic nie znaczyła (za to znaczyła dla Ukraińców i Austriaków!).

Autorka przypomina przy okazji dwie postacie Ukraińców rzetelnie zaangażowanych w pojednanie w 20-leciu międzywojennym: Wasyla Mudryja (czy Mudrego) oraz Pawła Szandruka. Z naszej strony przypominamy postać XIX-wiecznego dziennikarza i poety Rusina (spoczywającego na Cmentarzu Łyczakowskim), Platona Kosteckiego (1832–1908), propagatora zgody obu narodowości, podobno bardzo niepopularnego wśród dzisiejszych Ukraińców.

Na tle tendencyjnych bredni wypisywanych przez Osadczuka apelujemy o pilne opracowanie i wydanie rzetelnej książki o Kołomyi (i Pokuciu), jej dziejach i wkładzie w polską historię i kulturę – kulturę, na którą składa się t a k ż e folklor huculski (wcale nie ruskiej proweniencji). Szczególnie predestynowana do tego wydaje się pani Bożena Krupska, która – jako redaktorka niezapomnianego pisma „Gdzie szum Prutu...” – zebrała na pewno przebogate materiały. Pomocne będą jej też zapewne artykuły zamieszczane przez lata w „Semper Fidelis” i naszym kwartalniku (ostatnio J. Kamockiego o ceramice).

— W „Rzeczpospolitej” 93/03 znalazł się wywiad z ambasadorem Izraela, Szewachem Weissem (rodem z Borysławia), przeprowadzony przez Annę Jarmusiewicz pt. Ziemia kochana i przeklęta. Mowa oczywiście o Żydach w Polsce, o holokauście i ratowaniu Żydów przez Polaków, a na końcu dziennikarka pyta ni stąd, ni z owąd: Czy nie powinniśmy podkreślać naszego w s p ó l n e g o (podkr. nasze) wkładu w duchowe dziedzictwo Europy? Trzeba przyznać, że odpowiedź Ambasadora była bardziej taktowna niż zadana kwestia: Może jako ambasador Izraela nie powinienem się wtrącać, ale skoro jestem w Polsce urodzony, to powiem, że oburza mnie, gdy się mówi, że Polska wchodzi do Europy [...]. To niech Europa wejdzie do Polski! Wy powinniście wejść do Europy jako jeden z ważniejszych krajów, narodów i kultur! To nie tyle Polska wraca do Mozarta, co Europa wraca do Chopina!

— Lwów obdarzył nas ostatnio dwoma bardzo ważnymi wydawnictwami, które sumują i utrwalają dwa znaczące wydarzenia kulturalne z lat 2001 i 2002. Wartość tych publikacji wynika nie tylko z ich warstwy rzeczowej, poznawczej; nie mniej ważny jest fakt dokumentowania obu imprez – tyleż kulturalno-naukowych, co i historyczno-narodowych. Wydawnictwa zawdzięczamy aktywności Federacji Organizacji Polskich nU. oraz jej niezmordowanym i kopetentnym prezeskom, p. Emilii Chmielowej od strony ideowo-organizacyjnej oraz p. Teresie Dutkiewicz od strony merytorycznej.

Pierwsza publikacja, wydana jako numer specjalny Biuletynu FOPnU (2001), to Materiały sesji popularno-naukowej, poświęconej Marianowi Hemarowi. Zebrano tam referaty sesyjne autorów dwóch narodowości (wszystko w jęz. polskim), przeplatane wierszami Poety.

Druga – to książeczka pt. Henryk Siemiradzki (Lwów 2002) z materiałami Międzynarodowej Sesji Naukowej w 100. rocznicę śmierci znakomitego malarza (1843–1902, w tym roku przypada więc 160. rocznica jego urodzin). Referaty sesyjne opublikowano w językach ich autorów, polskim, rosyjskim i ukraińskim. Szkoda, że w przypadku tych ostatnich nie podano krótkich streszczeń po polsku, bo w dodatku pisane cyrylicą! Wypada też wysunąć przy okazji sugestię, by przy następnych tego typu okazjach zamieszczać krótkie notki biograficzne autorów – w tym wypadku z Moskwy, Sankt-Petersburga i Charkowa, bo są to prawdopodobnie liczące się postacie w swoich dyscyplinach, a czytelnik nie jest tego świadomy (to samo dotyczy pierwszego wydawnictwa).

Skąd zainteresowanie naukowców z tak odległych ośrodków naszym Malarzem? Warto przytoczyć fragment referatu M. Poprzęckiej (Warszawa):

[...] Sprawa narodowości Siemiradzkiego była trochę bolesnym, trochę wstydliwym problemem, z którym przez całe życie artysty, spędzone w większości w Rzymie, borykała się polska opinia publiczna. Można powiedzieć, że przez ten czas toczyła się swoista bitwa o jego artystyczną duszę, a wokół postaci artysty narosło wiele nieporozumień, mających kontynuację także w nowych opracowaniach. Kwestia nie była bowiem ani prosta, ani jednoznaczna. Siemiradzki urodził się pod Charkowem jako syn Polaka służącego w armii carskiej w stopniu generała, uczył się w rosyjskim gimnazjum, odbył studia uniwersyteckie w Charkowie, malarstwo studiował w Akademii Petersburskiej, dzięki której szczodremu stypendium wyjechał do Italii. Przez całe życie pozostawał w żywym kontakcie z petersburską uczelnią, a także z carskim dworem, szczególnie z wielkim księciem Włodzimierzem Aleksandrowiczem, prezydentem Akademii i mecenasem artysty. Przyjmował rosyjskie ordery. Cieszył się przyjaźnią rosyjskich arystokratów. Wykonywał duże prace na rosyjskie zamówienia, w tym dla soboru Isakijewskiego w Petersburgu i Spasa w Moskwie. Na wystawach międzynarodowych wystawiał swoje obrazy w dziale rosyjskim. [...]

Wydarzenie, które uczyniło z Siemiradzkiego polskiego patriotę, miało miejsce z okazji narodowej manifestacji, jaką w 1879 roku [miał więc 36 lat] stał się jubileusz 50-lecia pracy literackiej Józefa Ignacego Kraszewskiego, celebrowany w Krakowie [...], gdy w czasie obiadu w gronie artystów rozprawiano o idei powołania muzeum, które zamierzano utworzyć w odrestaurowanych właśnie Sukiennicach, Siemiradzki wystąpił z propozycją ofiarowania doń swego opromienionego już wówczas europejską sławą płótna [Pochodni Nerona].

[...] W miarę upływu lat Siemiradzki autentycznie coraz bardziej zbliżał się do Polski. Nie namalował co prawda żadnego obrazu o temacie zaczerpniętym z polskiej historii, niemniej wykonał (znów w formie darów) kurtyny dla teatrów w Krakowie i Lwowie, wreszcie zakupił majątek w Strzałkowie koło Częstochowy, gdzie zmarł. [...]

To dobrze, że polskie środowisko Lwowa przypomniało postać naszego znakomitego malarza.

— Po latach przypomniano Stanisława Vincenza (1888–1971), znakomitego pisarza, autora przede wszystkim kilkutomowej huculskiej sagi Na wysokiej połoninie. Urodził się i do II wojny mieszkał w Krzyworówni na Pokuciu, po wojnie osiadł i zmarł we Francji. W 1999 r. wydawnictwo „Znak” opublikowało jego Dialogi z sowietami (Kraków 1991). „Gazeta Wyborcza (18 IV 03) zamieściła szereg artykułów o Vincenzie i jego rodzinie, o Żabiem i Huculszczyźnie.

— Piotr Marek Stański, który na łamach „Gazety w Krakowie” publikuje wspomnienia o wybitnych postaciach, w tym nader często o ludziach związanych ze Lwowem i Małopolską Wschodnią, zamieścił w nrze z 17 IV 03. biogram Stanisława Skarbka (1780–1848) – w 155-lecie jego śmierci. Stanisław Skarbek był fundatorem wielkiego gmachu, zbudowanego w miejscu rozebranego przez Austriaków Niskiego Zamku, w którego centralnej części mieści się teatr zwany Skarbkowskim (od czasu gdy na przełomie wieków wzniesiono tuż obok Teatr Miejski, znany we Lwowie jako Wielki. Ufundował również ogromny zakład wychowawczy dla sierot w Drohowyżu (k. Mikołajowa) i w tamtejszej kaplicy złożono jego szczątki.

Artykuł tego samego autora – o konkursach na ratusze we Lwowie i Krakowie – publikujemy w tym numerze.

— W „Dzienniku Polskim” 63/03 red. Jolanta Ciosek rozmawiała z Izabellą Cywińską, znaną reżyserką i, w pewnym okresie, ministrem kultury III RP. Cywińska opowiada oczywiście głównie o swoim życiu zawodowym, ale na początku rozmowy przedstawia swój rodowód:

[...] Jestem dumna z zasług moich przodków dla polskiej kultury. Urodziłam się we Lwowie. Moimi antenatami byli z jednej strony Skarbkowie: Fryderyk hr. Skarbek, wybitny ekonomista i publicysta. To po nim Chopin otrzymał swoje imię. Z drugiej strony moim pradziadem był Wojciech Dzieduszycki – filozof, minister u Franza Josefa, odpowiedzialny za sprawy polskie. [...] No nie, muszę jeszcze wspomnieć o moim dziadku, senatorze z Brodów, a później dyrektorze Zakładu Ossolińskich – Konradzie Łuszczewskim. [...] Jeden ze Skarbków, który dorobił się wielkiego majątku na handlu bydłem, zadał lwowiakom zasadnicze pytanie: czy chcą w mieście kanalizację czy teatr? Wybrali teatr. [...]

Pozostaje żałować, że przy takich parantelach o zainteresowaniu kulturą polską w dzisiejszym Lwowie ze strony pani Cywińskiej całkiem głucho... Trudno natomiast zapomnieć jej wredny serial Boża podszewka, za który Telewizja musiała przeprosić środowisko ekspatriantów.

— W tej samej gazecie prof. W.A. Serczyk swój felieton pt. Para w gwizdek kończy tymi słowy:

[...] wykreowany z trudem w Lublinie uniwersytet polsko-ukraiński boryka się z coraz to nowymi kłopotami finansowymi, czując się czasem niechcianym dzieckiem jednorazowego wybuchu entuzjazmu polityków, gdy w tym samym czasie polsko-niemiecka Viadrina na granicy zachodniej prosperuje z pożytkiem dla obu państw i młodych ludzi, którzy się na tej uczelni znaleźli. Ale tam się przede wszystkim pracuje, a nie tylko gada.

Jeśli kto nie pamięta (a ciekaw), co napisaliśmy, kiedy powstanie tej instytucji zapowiadano (pierwotnie w Przemyślu), niech sobie w CL odnajdzie.

— Nie możemy sobie darować przedstawienia naszym Czytelnikom angielskiej wersji treści folderku, wydanego w 1997 r. z okazji 900-lecia Buska, a nadesłanego nam przez naszego korespondenta z Wrocławia. Kolorowy druczek obejmuje kilka fotografii (głównie cerkiewek, a także pałacu Badenich, kościoła i zamku w Olesku) oraz tekst po ukraińsku i a n g i e l s k u . Oto skrót części historycznej tego drugiego (z paroma naszymi komentarzami): Busk jest miastem, którego korzenie sięgają początków państwowości ukraińskiej i założenia Rusi Kijowskiej. Był wymieniony w „Powieści lat doczesnych” (1097). Zgodnie z tym przekazem, książę Dawid Ihorowicz (Igorowicz) uczynił Busk swoją stolicą. Do końca XII w. był ośrodkiem osobnego księstwa, a potem należał do innych księstw, w tym do kijowskiego.

W 1411 r. Busk jako jedno z pierwszych miast Galicji przyjął prawo magdeburskie [Nie wyjaśniono przez kogo zostało ono nadane. Po prostu przyjął i już! (patrz CL 3/96, Słownik). I zaraz po tym:] Założenie pierwszej nowoczesnej papierni na terytorium Ukrainy [!] w latach 1539–41 było związane z przemysłem młynarskim w Busku. Na początku XVII w. Busk był jednym z największych miast w księstwie ruskim tego czasu. [Podajemy to w skrócie, ale niczego merytorycznie nie opuszczamy. Nie ma wcale Polski od XIV wieku, jest jakieś urojone ruskie księstwo. I nowoczesna papiernia jako szczytowe wydarzenie od wieku XV do XVII].

[Nie wyjaśniono przez kogo zostało ono nadane. Po prostu przyjął i już! (patrz CL 3/96, ). I zaraz po tym:] [!] [Podajemy to w skrócie, ale niczego merytorycznie nie opuszczamy. Nie ma wcale Polski od XIV wieku, jest jakieś urojone ruskie księstwo. I nowoczesna papiernia jako szczytowe wydarzenie od wieku XV do XVII].

Następuje opis geograficzny. A dalej: Z Buskiem wiązało się wiele wydarzeń i ludzi Ukrainy. Podczas wojny wyzwoleńczej pod dowództwem B. Chmielnickiego armia Kozaków i wieśniaków zdobyła Busk [Tylko co to była za wojna wyzwoleńcza? Od kogo chcieli wyzwalać? Z kim walczył Chmielnicki? Tego nie piszą]. Na koniec części historycznej wymieniają jeszcze kilka nazwisk z XIX i XX w.

Tyle o historii miasta mają do powiedzenia autorzy folderu anglojęzycznym przybyszom. Trzeba jednak przyznać, że w tekście ukraińskim nazwa Polski pojawia się parokrotnie. Przed swoimi nie da się ukrywać istotnych faktów historycznych, co najwyżej można je odpowiednio interpretować. Ale pisząc o zabytkach Buska i okolic, o pałacu Badenich i zamkach w Olesku i Podhorcach, nie ma ani słowa o ich polskich właścicielach i fundatorach. Badeni? Może Italianiec?

— W naszym Słowniku geogr.-hist. w CL 1/01 zamieściliśmy hasło Pohulanka. Można tam było przeczytać – kto sam nie pamięta – że południowa strona dolinki, stanowiącej oś Pohulanki, nosiła nazwę Lasku Węglińskiego (potocznie Lasek Węgliński, ale prawidłowo: Lasek Węglińskiego). Nazwa ta pochodziła od właściciela, znanego na pocz. XIX w. i zamożnego adwokata lwowskiego Franciszka Węglińskiego vel Węgleńskiego. Od niego też pochodzi nazwa Pohulanka, ponieważ taką nazwę nadał zbudowanemu tam pałacykowi, a nazwa rozszerzyła się na całą dolinę i jej zbocza.

Ostatnio wpadł nam w ręce numer „Poznaj Świat” 12/01 z artykułem poświęconym obecnemu rektorowi Uniwersytetu Warszawskiego, prof. Piotrowi Węgleńskiemu, przyrodnikowi i podróżnikowi (stąd zainteresowanie tego miesięcznika). Okazuje się, że jest on potomkiem owego lwowskiego adwokata Franciszka (1766–1820). Dowiadujemy się więc przy okazji, że tenże Franciszek w r. 1809 opuścił Lwów, przeniósł się do Warszawy i tam został najpierw sędzią najwyższej instancji w Królestwie Polskim, a w 1819 ministrem sprawiedliwości.

— W „Dzienniku Polskim” 59/03 pan Lesław Peters napisał tak: Do utrwalenia dostojnego wizerunku uniwersytetu (w Krakowie) walnie przyłożył się 120 lat temu Feliks Księżarski, twórca Collegium Novum. Mógł – zgodnie z duchem epoki – zaprojektować gmach eklektyczny, jak to uczynił np. w przypadku budynków uniwersyteckich we Lwowie. Zafundował nam jednak dzieło świetnie udające gotyk. Patrzysz na te mury, dobrze wiesz, że wzniesiono je w epoce Franciszka Józefa, lecz masz takie uczucie, jakby kasę na nie wyłożył sam Kazimierz Wielki.

Nie bardzo rozumiemy: dzieło świetnie udające gotyk, zbudowane w XIX wieku jest przecież najczystszym eklektyzmem. Autor widocznie z pojęciem eklektyzmu wiąże wszystkie neo-style z wyjątkiem neogotyku. Dlaczego – dalibóg nie pojmujemy. W dodatku: odróżnienie gotyku od neogotyku wcale nie jest trudne, chyba że się nie ma o tym zielonego pojęcia.

— Niedawno przedstawiliśmy miesięcznik „Spotkania z zabytkami” (CL 4/01), który dotąd stale prowadził dział Spotkania na Wschodzie. Niestety ostatnio odczuliśmy jakby niedosyt w tym temacie (często brakuje tego działu, a w ogóle więcej pisze się o ziemiach północno-wschodnich niż o południowo-wschodnich). Aż tu w numerze 5/03 znaleźliśmy artykuł Jacka Tokarskiego: Zamarłe obserwatorium. Rzecz dosyć smutna, bo chodzi o zrujnowaną, a zbudowaną przed samą II wojną wspaniałą placówkę meteorologiczno-astronomiczną na szczycie Popa Iwana w Czarnohorze. Obserwatorium miało formę kamiennego zamczyska, a wyposażone było znakomicie w sprzęt badawczy.

Dziś to ruina, śmietnisko, szalet dla turystów. Po prostu – normalka.

— Wiele ostatnio się mówi i pisze o szansach przyjęcia w przyszłości państwa Ukraina do Unii Europejskiej. Niedawno – zdecydowanie negatywnie – wypowiedział się na ten temat Xavier Solana, wysuwając przede wszystkim racje kulturowe (choć muzułmańska Turcja jednak jest oficjalnym kandydatem do UE. Ale ta przynajmniej rozwija się intensywnie). Nie trzeba uzasadniać, iż dla nas, ekspatriantów, albo dla naszych dzieci i wnuków, problem nie jest obojętny.

W „Rzeczpospolitej” 92/03 pisze na ten temat Jędrzej Bielecki w artykule Unia mówi Kuczmie „nie”. Ale na „szczyt” w Atenach zaproszono prezydenta Kuczmę, co oznacza, że Bruksela uznaje europejskie dążenia Ukrainy i – po spełnieniu wielu warunków – jest gotowa przyznać jej członkostwo. Jednak Ukraina budzi szczególne obawy ze względu na wielkość, ubóstwo oraz wątpliwości co do respektowania zasad demokracji i praw człowieka. Ponadto „piętnastka” boi się, że wyraźne poparcie dla ukraińskich aspiracji może rozzłościć Kreml.

Minister Cimoszewicz zaapelował o stworzenie dla Ukrainy „wieloletniej perspektywy członkostwa”.

— W „Rzeczpospolitej” 93/03 artykuł Anny Machcewicz pt. Jesteśmy takimi samymi ludźmi – o Ukraińcach pracujących w RP. W 2002 r. polską granicę przekroczyło blisko siedem milionów Ukraińców. Znaczna część z nich przyjeżdża do pracy, nikt nie wie ilu, bo pracują na czarno. Ostrożne szacunki podają, że około miliona. Kobiety sprzątają, bawią dzieci, mężczyźni (niekiedy kobiety) budują i remontują domy, kilkusetosobowa grupa młodzieży studiuje. Ruch przez granicę odbywa się cyklicznie – obywatel Ukrainy musi po dziewięćdziesięciu dniach pobytu opuścić Polskę choćby na kilkanaście godzin.

Są to oczywiście dramatyczne historie młodych ludzi, kilka takich losów przedstawiono. Wśród nich Natasza, która przyjechała z mężem z podkarpackiej wioski i mieszka w Polsce od trzech lat. W domu zostawili dwoje małych dzieci, wychowuje je babcia. Natasza opowiada: W naszej wiosce w górach zostały już tylko dzieci i starcy. Każdy, kto ma dwie zdrowe ręce, wyruszył do pracy za granicą. [...] Natasza z mężem mają już cel w życiu – chcieliby skończyć zaczętą przed laty budowę domu u podnóża Gorganów. – W Polsce nauczyliśmy się wiele o życiu. Przede wszystkim tego, że trzeba liczyć na siebie i nie narzekać na to, co los przynosi. Rodzina się dziwi, dlaczego nie budujemy gospodarstwa, ale my nie chcemy przecież hodować krów, lecz gościć turystów. Na przykład z Polski.

Dlaczego nie?