Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Alina Chwalibogowska, ZIMĄ W

 

Byłam słabą narciarką, ale wielką miłośniczką tego sportu. Należałam do KTN, tj. Karpackiego Towarzystwa Narciarskiego we Lwowie, które miało swój lokal przy ul. Senatorskiej. Codziennie w godzinach popołudniowych spotykała się tam młodzież uniwersytecka, ale bywali również starsi entuzjaści sportu, w miłej i serdecznej atmosferze, bez pijaństwa, awantur i wulgarnego języka. Najwięcej osób spotykało się pod koniec tygodnia, kiedy planowane były – zarówno w zimie jak i w lecie – wycieczki w góry, czy też spływy kajakowe albo wycieczki morskie.

W zimie, w soboty lub niedziele, wyjeżdżaliśmy w góry na narty do Sławska, Ławocznego albo specjalnym pociągiem, zwanym Narty-Dancing-Bridge, do jeszcze innej miejscowości. Wszyscy mieliśmy zniżki kolejowe z KTN, tak więc wyjazdy były możliwe nawet dla mniej zamożnych. Legitymacje KTN najczęściej były w ręku jednego z kolegów, chodziło bowiem o to, aby zgadzała się liczba uczestników, a nie ich identyfikacja. Wracaliśmy zawsze w niedzielę wieczór. Warto było widzieć jakby szeregi wojskowe z długimi nartami na prawym ramieniu.

Ekwipunek narciarski ówczesny bardzo różnił się od obecnego. Narty były długie, sięgające przegubu ręki wyciągniętej ku górze w pozycji stojącej, znacznie trudniejsze w kierowaniu, często jeszcze bez okuć po bokach, z drzewa rodzimego, jesionowego. Wielką zazdrość budziy narty z drzewa hikorowego, czyli po prostu hikory, które były mniej narażone na złamania dziobów. Kijki były często z drzewa leszczynowego, z dość szerokim talerzykiem u dołu. Nieco później większość narciarzy rniała już kije bambusowe, dużo lżejsze i łatwiejsze w użyciu.

Buty! Wiadomo, że jest to bardzo ważny element wyposażenia każdego narciarza. Nie było mowy o żadnym sztucznym materiale. To były skórzane, sznurowane nieco powyżej kostki, z tzw. klapą, zapinaną na pasek. Podeszwa była grubości około 2 cm, bez obcasa. Drugim niezwykle ważnym elementem były wiązania. Był ich już duży wybór: od zupełnie prymitywnych, do metalowych, a z nich najpopularniejsze kandahary, niby chroniące nogę przed złamaniem.

Ubranie wierzchnie – to spodnie wełniane z tak zwanego diagonalu, mało przemakające, a dalej bluzka flanelowa z obowiązkowym krawatem, najczęściej kolorowym, i kurtka zapinana na guziki, lub wiatrówka, często już z zamkiem błyskawicznym. Na głowie czapka, kolorowa, wełniana, z brzegiem, dającym możliwość ściągnięcia na czoło i uszy w wypadku śnieżycy czy silnego wiatru.

Niezwykle rzadko mieli narciarze tzw. foki, które zakładało się na narty przy podchodzeniu pod górę. Nie było jeszcze wyciągów. Kto chciał zjeżdżać, musiał sam podchodzić z nartami. Podchodziło się zakosami lub tzw. schodkami, albo przy ostrym, wąskim przejściu obrotem nart w miejscu. Na wyraźnych, ubitych już ścieżkach nosiło się narty na ramieniu lub ciągnąc je na pieska. Tak więc podchodzenie nie było łatwe, ale dawało możliwość obserwacji przyrody i ćwiczenia fizycznego, czego brak dzisiejszym narciarzom, czekającym godzinami w kolejce do wyciągu.

 

 

Czarnohora to pasmo Karpat Wschodnich, liczące około 50 km długości i ponad 2000 m wysokości. Granica między Polską i Czechosłowacją przebiegała granią – grzbietem przez Howerlę (2050 m) do Popa Iwana (2022 m).

Pasma górskie dzieliły rozległe doliny z ostro poszarpanymi ścianami, niebezpieczne dla nieznających okolicy turystów, zwłaszcza w porze zimowej, kiedy ze szczytów bądź grani schodziły często wielkie lawiny, a pokrywa śnieżna dochodziła do 5 m grubości. Warto wspomnieć bliżej nieokreślonego pochodzenia nazwy gór i dolin, jak Dancerz, Turkuł, Gutin Tomnatik, Rebra, Kizie Ułochy, Homuł, Pożyżewska czy Kocioł Gadżyny*. Był też Kocioł Garapicha, który zginął tam pod lawiną w latach trzydziestych.

Dojazd do Czarnohory ze Lwowa był dość skomplikowany: pociągiem jechało się do Worochty – 250 km, około 4 godzin – i tam najczęściej był nocleg. Rano wyjeżdżało się kolejką wąskotorową do Foreszczenki, skąd dalej piechotą lub na nartach do zaplanowanego schroniska. Były w tamtej stronie wówczas dwa duże schroniska: starsze to Zaroślak pod Howerlą i drugie, wybudowane w latach trzydziestych – Maryszewska pod Homułem, własność KTN ze Lwowa.

 

W połowie marca 1935 roku brałam udział w kilkudniowej wycieczce narciarskiej KTN w Czarnohorę: do schroniska na Zaroślaku. Pogoda była wspaniała: słońce, ciepło. Szliśmy na nartach do schroniska z Foreszczenki dobrze ubitą ścieżką, a nasze plecaki jechały saniami. Wieczorem lekki mróz i nieco padającego śniegu, a rano słońce i niewielka warstwa świeżego śniegu zapewniały świetne warunki pierwszej wycieczki.

Nasi doświadczeni i znający teren koledzy zaproponowali wyjście na Pożyżewską, a następnie granią do szczytu Turkuła i stamtąd wspaniały zjazd aż do schroniska. Uznali, że będzie to najlepsze wykorzystanie pogody i świetnych warunków śniegowych.

Pierwsze kłopoty zaczęły się ze mną: podchodzenie na Pożyżewską dość ostre, a po obu stronach urwiste stoki pokryte grubą warstwą śniegu wymagały obrotów nartami na miejscu, czego ja nie umiałam wykonać. Pomogli mi koledzy: dwóch podtrzymywało moje narty kijkami, a ja wykonywałam obrót. Po kilku takich wyczynach opanowałam zawiłości obrotu i dalej wykonywałam obrót samodzielnie.

W miarę jak posuwaliśmy się ku górze, zaczęła się zmieniać pogoda. Porywy wiatru początkowo słabe, potem coraz silniejsze, lekka mgiełka, stopniowo narastająca. Kiedy znaleźliśmy się na szczycle, mgła ogarnęła nas tak szczelnie, że nie tylko nie widzieliśmy się, ale nawet nie słyszeli. Pod nartami zaś były kalafiory, czyli kępy traw, pokryte zlodowaciałym śniegiem, a nawet lodem. W tej sytuacji zdecydowano rozdzielenie się na dwie czy trzy grupy, po kilka osób każda. Wiedzieliśmy, że jesteśmy na grani, gdzie orientacja były możliwa tylko przez słupki graniczne.

Zacinał lodowaty wiatr ze śniegiem, tak że mimo czapek z daszkami i chustek nasuniętych na twarz i uszy, przy ustach wisiały nam sople. Szliśmy powoli licząc słupki i podane na nich znaki. Widząc cyfrę 6 doszliśmy do słupka 7, ale potem, po dłuższym czasie, pojawił się słupek z cyfrą 5. Był to więc dowód, że chodziliśmy w kółko na grani l że straciliśmy orientację. Nie mieliśmy kompasu, a widoczność ograniczała się do jednego metra. Przykry moment, ale nie było wyjścia i trzeba było posuwać się dalej.

Ku naszej radości pojawił się znowu słupek z cyfrą 7, a potem 8. Następne trudne chwile przeżyliśmy przy forsowaniu na szczycie głazów oblodzonych i pokrytych śniegiem. Schodziliśmy bardzo ostrożnie i powoli. Nagle kilkadziesiąt metrów niżej mgła się skończyła i ujrzeliśmy niezapomniany widok wspaniałego, zalanego słońcem szerokiego zjazdu.

Zjechaliśmy w dół, obok Niesamowitego Jeziorka**, oczywiście nie widząc go, zawalonego śniegiem. Zjeżdżaliśmy dalej w głębokim śniegu, jednym śladem. Prowadził Staszek Lubieniecki. Śnieg był bardzo głęboki i puszysty, tak że każde wychylenie nart było niebezpieczne. Przekonał się o tym Duduś Połoniecki, który przez chwilę nieuwagi złamał nartę i dalej grzązł piechotą w śniegu po kolana. Nareszcie schronisko! Wszyscy byliśmy szczęśliwi, ale i zadowoleni z niebezpiecznej przygody i poznania tajników Czarnohory z jej kaprysami pogody i wiekim urokiem.

W następnych dniach pobytu, po pełnej wrażeń wycieczce na Pożyżewską, nie mieliśmy już ochoty na większe wyprawy. Korzystając z nieustającej pogody, robiliśmy mniejsze wypady narciarskie albo opalaliśmy się na zaimprowizowanych leżakach, to jest na nartach opartych na złożonych kijkach. Temperatura w słońcu wzrastała do ponad +28 stopni, a operacja promieni słonecznych odbitych od białego śniegu była tak silna, że musieliśmy zastosować zabezpieczenia przed oparzeniami odsłoniętej skóry. Widzieliśmy w schronisku entuzjastki opalania się i ich spuchnięte twarze z pęcherzami. Toteż wszyscy wyglądaliśmy dość tajemniczo: na głowie chustka osłaniająca nos i usta, najbardziej narażone na pęcherze. Obowiązywały również długie rękawy.

Humory dopisywały znakomicie. Pewnego dnia ktoś rzucił hasło: a może byśmy wybudowali igloo! Był między nami architekt inż. Zygmunt Mięsowicz, który odniósł się entuzjastycznie do projektu i nadał mu właściwy zawodowy kierunek. Polegało to na wycinaniu w śniegu równych sześcianów o wymiarach 80´40 cm grubości i co najmniej 6-kilogramowej wadze każdy. Wycinanie odbywało się przy pomocy nart z okuciami i wymagało sporego wysiłku. Warto było oglądać tych młodych ludzi, przeważnie studentów lub pracowników biurowych, którzy w pocie czoła wycinali w śniegu taki zimny i ciężki budulec.

Trwało to 2 czy 5 dni, ale powstała budowla z grubym sklepieniem, mogąca pomieścić nawet 8 osób bardzo wysokich.

Działo się to w drugiej połowie marca 1935 roku, a bywalcy Czarnohory wspominali, że nasze igloo stało aż do końca maja.

Wkrótce skończył się nasz cudowny pobyt w Czarnohorze, pełen wrażeń i humoru.

Taka była nasza młodość. Dziś pozostały tylko wspomnienia.

Listopad 2002

 

* Były to przeważnie nazwy pochodzenia wołoskiego (rumuńskiego), które z południowych Karpat przynieśli ze sobą Huculi, z pochodzenia – podobnie jak Bojkowie i Łemkowie – Wołosi.

** Niesamowite Jeziorko leży pod samym Turkułem, w rozległej dolinie między grzbietem Szpyciów a Kozłami.