Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Kacper Gierlach, POCZTÓWKA Z CZARNOHORY

W Czarnohorę jechałem z mieszanymi uczuciami. To był mój pierwszy wyjazd, rejon znałem tylko z podręczników historii i książek wydanych jeszcze przed wojną. Znajomi patrzyli na przygotowania z nieukrywanym politowaniem. Nie boisz się? – pytali. Ostrzegali przed mafią, wszechwładną milicją, roztaczali czarne wizje systemu postsowieckiego. Ja zaś miałem przed oczyma opisy Ossendowskiego z Cudów Polski, artykuły w „National Geographic” i fotografie w pierwszych numerach „Wierchów”, wydanych jeszcze pod auspicjami Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Wyłaniał się z nich obraz krainy egzotycznej i gościnnej. Oczywiście obawiałem się – konfrontacji przeszłości z teraźniejszością. Pytanie, co pozostało z bogatych tradycji kulturowych i turystycznych Huculszczyzny, było tu zasadnicze. Czas pokaże, znaków zapytania pojawi się znacznie więcej.

Sześć, siedem, osiem – liczę głośno głębokie bruzdy w piaskowcowej płycie, ślady po kulach. Ktoś z maniakalnym uporem niszczył stylizowanego w latach 30. orła, strzegącego wejścia do polskiego obserwatorium na Popie Iwanie. Dziś wierzchołek jednego z rozleglejszych szczytów wieńczą potężne, kamienne ruiny z ziejącymi czarnymi otworami po oknach. Gruby na ponad dwa metry kilkupiętrowy gmach z okrągłą wieżą bliższy jest średniowiecznym zamkom niż naukowej placówce. Drewniane stropy przegniły, wnętrze ograbiono, nad wejściem ktoś namazał srebrnym sprayem napis: Welcome. Czarnohora wita turystów.

– liczę głośno głębokie bruzdy w piaskowcowej płycie, ślady po kulach. Ktoś z maniakalnym uporem niszczył stylizowanego w latach 30. orła, strzegącego wejścia do polskiego obserwatorium na Popie Iwanie. Dziś wierzchołek jednego z rozleglejszych szczytów wieńczą potężne, kamienne ruiny z ziejącymi czarnymi otworami po oknach. Gruby na ponad dwa metry kilkupiętrowy gmach z okrągłą wieżą bliższy jest średniowiecznym zamkom niż naukowej placówce. Drewniane stropy przegniły, wnętrze ograbiono, nad wejściem ktoś namazał srebrnym sprayem napis: . Czarnohora wita turystów.

U stóp Popa Iwana (2022 m n.p.m.) rozciąga się urokliwa dolina potoku Pohorylec. Z jego źródlisk roztacza się malowniczy widok na całą dolinę wraz z sąsiednim Popem. Najlepiej podziwiać go, stojąc na resztce kamiennych ścian po nieistniejącym budynku. Wewnątrz kamiennego prostokąta zachował się układ pomieszczeń, jedna ze ścian jest okopcona, zapewne pamiątka po sali kominkowej. Obok wejście do kuchni i piwnicy. W pokojach rosną dość pokaźne krzewy i drzewka.

W 1934 wybudowano poniżej Smotreca, w dolinie Pohyrlca, najwyżej położone w Polsce schronisko Sekcji Narciarskiej AZS. Mały i przytulny prostokątny budynek, z nisko opadającym dwuspadowym dachem, podobnie jak obserwatorium, wymurowano z kamienia. Schronisko cieszyło się dużą popularnością wśród turystów, było tu – jak pisał Walery Goetel – najmilej i najtaniej.

Pasmo Czarnohory rozciąga się na przestrzeni 20 km, od Popa Iwana na południu aż po najwyższą Howerlę (2058 m n.p.m.) i dalej, w stronę uzdrowiska Worochta*. Otoczona morzem gór, wyróżnia się wysokością – często przekracza 2000 m n.p.m. – i urodą. Rozległe połoniny ciągną się przez całe pasmo poprzecinane głębokimi dolinami i stawami. Gdzieniegdzie widać słynne skalne żebra i ostańce skalne. Góry pokrywają sieci rowów i pojedynczych głębokich jam – wojskowych transzei. Pamiątki po pierwszej wojnie światowej świetnie się zachowały, do dziś Czarnohora spętana jest kilometrami drutu kolczastego. Na wybitniejszych szczytach uwagę zwracają liczne, regularne prostokąty z poukładanych płaskich kamieni i odłamków skalnych – pozostałości po ck bunkrach i stanowiskach karabinów maszynowych. Podobno można jeszcze natknąć się na umocnienia z resztkami wyposażenia.

Wędrówce towarzyszą stale kamienne słupki, regularnie wkopane w ziemię. Widać je na każdym szczycie i przełęczy głównej grani. Na każdym wyryto litery: CS w kierunku południowo-zachodnim i P w stronę północnego wschodu. Poniżej zaś daty: 1920 i 1923. Każdy ma własny numer, naniesiony także na mapy Wojskowego Instytutu Geograficznego.

Między numerami 11 i 12 rozciąga się Połonina Łabieska na stokach Kukula. Halę, otoczoną powalonymi, wyschniętymi i omszałymi świerkami spowija dym. Środkiem płynie wąska strużka wody, wpadająca do wydrążonej w pniu rynny. Ciurkało zdradza obecność juhasów i ich bydła.

Niewiele znam okolic, gdzie ludność wiejska, pomimo że – przykładając europejską miarę – „niewykształcona” i „prymitywna” pod względem obyczajów i warunków mieszkaniowych, charakteryzowałaby się tak dystyngowaną godnością, szlachetnością i dobrocią – Hans Zbinden, profesor uniwersytetu w Bemie, tak charakteryzował w 1939 r. Hucułów. Ja tego lepiej nie zrobię.

– Hans Zbinden, profesor uniwersytetu w Bemie, tak charakteryzował w 1939 r. Hucułów. Ja tego lepiej nie zrobię.

Na połoninie Łabieskiej gospodaruje dwóch baców. Obaj o imieniu Jurij, niewiele sobie robią z naszego towarzystwa. W ciemnej i gęstej od dymu kurnej chacie cierpliwie czekamy, aż skończą pracę. Mrok izby rozświetlają pełzające po wielkim, cynowym kotle płomyki watry. Kwaśne od żentycy powietrze unosi się do góry i wędruje pod powałą susząc sery. Po skończonej pracy – obydwaj dwa razy dziennie doją 30 krów z liczącego 60 sztuk stada – nad paleniskiem wieszają kociołek z kaszanką. Zostajemy zaproszeni do drugiej, mieszkalnej izby, na stole pojawiają się sery: bundz i wurda, żentyca, cebula, wódka i wędzona słonina. Uwzględniając warunki i porównując do naszych turystycznych standardów, gazdowska uczta była wyborna, choć połączenia składników sam didko, czyli diabeł, by się nie powstydził.

Niedaleko sutuhy czamohorskiej rozsiadły się na kilku wzgórzach dwie wsie góralskie: Dzembronia i Bystrzec. Obie rozległe i o luźnej zabudowie stanowią przeciwieństwo typowych, beskidzkich łańcuchówek, gdzie jedno gospodarstwo opiera się na drugim. Tutaj każdy osedok jest jak najdalej od sąsiedniego, często wysoko, pod samym lasem. Dominują budynki z drewnianymi kolumienkami i ganeczkami. Często kryte srebrną blachą, obecnie bardzo modną na Pokuciu. Nawet cerkiewny gont przykrywa się błyszcącymi arkuszami. Wsie tworzą niezwykłe labirynty ograniczane woryniamł. Wysokie pale wbite w ziemię, wizytówka każdej huculskiej miejscowości, wraz z poprzecznymi belkami tworzą ciągnące się nieraz kilometrami ogrodzenia. Jednak worynie to jedyny ślad po tradycyjnej zabudowie, domy są bowiem budowane wyraźnie z myślą o licznych tu niegdyś turystach. W końcu w Bystrzcu udaje się nam wypatrzyć otoczoną limbami, starą, jeszcze z XVIII wieku chatę huculską. Wydłużony budynek, z dwuspadowym, nisko opadającym dachem, krytym drewnianymi deszczułkami, jest jakby wprost ze skansenu. Wstępując na drewniany podest ganku – pidganii, wiem, co kryje się za lekko uchylonymi drzwiami, mam pewność, że naprzeciwko pieca jest podłużna ława, obok wisząca szafka na naczynia. Na przeciwnej do wejścia ściany wiszą religijne obrazy. Wchodzę i z satysfakcją widzę opisane wcześniej wnętrze. Przy stole siedzi starsza kobieta w chuście na głowie, boso, w izbie jest nieskazitelnie czysto. Opowiada historię domu, patrząc na czarno-białą ślubną fotografię. Z przyjemnością i skupieniem słucha się jej nad gorącym mlekiem przy rozpalonym piecu. On, najroślejszy góral we wsi, sto lat temu wybudował własnoręcznie chatę. Ożenił się i wprowadził. Jak wielu jemu podobnych pracował w lesie (do dziś na górskich drogach spotkać można głównie wielkie ciężarówki do przewozu drewna). Po wojnie zabrali go Sowieci, słuch po nim zaginął.

Niedaleko miał swój domek Stanisław Vincenz, tu też pisał Na wysokiej połoninie. Widok stąd na Czarnohorę jest przepyszny, zimą ośnieżone szczyty wyglądają jakby chmury opadły na ziemię i zastygły w bezruchu. Jedna z części książki nosi tytuł Listy z nieba, tutaj zupełnie oczywisty. Latem 39 roku w domku pisarza bawił Hans Zbinden. Vincenz był znany lokalnej społeczności, pewnie też często miał gości. Pierszego września odwiedził go oficer Wojska Polskiego. Po odwiedzinach pisarz szepnął do zagranicznego gościa: już się zaczęło. Siedemnaście dni później kierownik Obserwatorium na Popie Iwanie oglądał najpięknieszy zachód słońca nad Czarnohorą. Słońce zachodziło nad opuszczonymi przedwcześnie połoninami, nad licznymi turystycznymi schroniskami. Zupełnie puste płaje pogrążały się w mroku. Schronisko AZS-u przejmie II Odział Sztabu Generalnego, Pop Iwan zostanie opuszczony.

Jest rzeczą osobliwą, że po tylu latach od tych wydarzeń nadal mrok panuje nad Czarnohorą. Schronisk właściwie nie ma, poza szpetną sportową bazą na Zaroślaku, gdzie dawniej stało śliczne schronisko górskie. Turystyczne szlaki są odległym wspomnieniem, brak tablic i znaków. Odwiedzający Czarnohorę turyści zmuszeni są biwakować nielegalnie, niszcząc przy tym kosodrzewinę i śmiecąc na potęgę. Popularne uzdrowisko – Worochta – ongi przysiółek Mikuliczyna, od r. 1927 samoistna gmina, a od r. 1928 uzdrowisko użyteczności publicznej. (...) W pięknie położonym kościółku rz.kat. w czasie sezonu kilka mszy... (z przewodnika po Beskidach Wschodnich H. Gąsiorowskiego, 1932) – jest cieniem swej dawnej świetności. Liczne pensjonaty, zazwyczaj opustoszałe i podupadające, tworzą nastrój wprost z opowiadań Schulza.

Wchodzę do dużego, szarego, betonowego budynku poczty. Klika okienek, czynne jedno. Widokówek nie ma, są tylko pocztówki z goździkami. Biorę kilka i zaczynam pisać: Worochta, 21.06.03. Stacyjka kolejowa całkiem przyjemna, z metalowymi, secesyjnymi okuciami. Po drugiej stronie torów podróżnych witają ruiny kościoła.

 

* * *

Dawny koloryt okolicznych wsi: polsko-huculsko-żydowska mozaika etniczna przestała istnieć. Cała uzdrowiskowa infrastruktura jest wspomnieniem tej dawnej, wybudowanej w ciągu 20 lat pokoju, liczne pociągi przywożące rzesze turystów rdzewieją na bocznicach. W miejsce tego, co uległo zniszczeniu w zawierusze wojennej, miał powstać lepszy świat, zapowiadano dobrobyt i rozwój. Jednak prawie pięćdziesięcioletni okres, ponad dwa razy dłuższy od kruchego międzywojnia, przyniósł regres i zacofanie, co jest najlepszym świadectwem o nowym, politycznym systemie. W górach nie powstało nic w miejsce wojennych zgliszcz, góralski wypas ujęto w kołchozowe ramy, jednak polepszenie wydajności nie nastąpiło. Pewną ostoją zapewne była Cerkiew, lecz i ta, wraz ze zwyczajami Hucułów była prześladowana.

Dzisiejsza turystyka powoli kiełkuje na kraterze socjalizmu i powraca do świetniejszych wzorców. Dzieje się to jednak bardzo powoli, pełna zaś odnowa z przyczyn historycznych jest zapewne niemożliwa.

 

* Od Czarnohory ku płn. ciągną się Gorgany, ku płd. Góry Czywczyńskie – patrz CL 2 i 3/97, Słownik (przyp.red.)

 

KACPER GIERLACH, ur. 1985 w Warszawie. Uczeń liceum im. Stefana Batorego w Warszawie, organizator Klubu Górskiego w szkole, harcerz Pomarańczarni.