Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Bożena Sokołowska, MIASTO MOJE RODZINNE

Miasto moje rodzinne, wiosenne, pachnące, piękne, zielone. Lato, jak się uda. Jesienne jak humor lwowski – to radosne, to smutne. Zima – to ostra, to łagodna. Te ulice niezapomniane, teatr, cmentarz, kościoły, parki, kamienice; te lwowskie piosenki i zwariowany lwowski humor, i niezapomniany bałak. A jeżeli porzucisz to miasto, to tęsknota ogarnia cię do końca życia. Kochany Lwów, miasto marzeń, fantazji i pięknych snów.

Ci, którzy pozostali w nim – prawdziwi Polacy, mają właśnie to, czego innym dziś brak. To miasto mego trudnego dzieciństwa, młodości, i chociaż przeminęły lata i podkrada się cichutko starość, pozostały tylko wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia... Życie jest piękne i ceni się je dopiero wtedy, kiedy zbliża się ku końcowi i żyje się wspomnieniami przeszłych lat. Jestem dzieckiem czasu wojennego, życie nie było usłane różami, przeważnie ciernistymi kolcami. Te wspomnienia poświęcam moim ukochanym Rodzicom.

 

Była to udana para, godna podziwu i uszanowania. Pobrali się z miłości, która trwała do końca ich dni. Miłość została przerwana. W 1945 roku ojciec został aresztowany jako uczestnik akcji „Burza”. Miałam wtedy cztery latka. Mama była w stanie błogosławionym, urodziła się druga córka, lecz zmarła po dwóch miesiącach. Ojciec siedział w więzieniu na Łąckiego, w lochach przy ulicy Kadeckiej. W pamięci z tych lat pozostał mi jeden epizod: wracałyśmy z mamą z Kadeckiej w dół, bo mówiono, że są spotkania z więźniami, ale to były tylko plotki. Coś mamie powiedziano i mama strasznie płakała, a ja obejmowałam jej kolana i też zawodziłam, nie wiedząc, o co chodzi. Ale to był ból od matki. Potem ojca wywieziono z innymi do Riazania. Dopiero po latach dowiedziałam się, że ojciec mój był w AK, przyjmował meldunki na placówce warsztatów kolejowych.

Zostałyśmy we trójkę: mama, babcia i ja. Podczas nieobecności ojca matka zachorowała na epilepsję. Żyć nam było ciężko, ale matka była bardzo dobrą krawcową i szyciem zarabiała na życie, szyła lekarzom, pisarzom. Kiedy odnosiłam im rzeczy, często raczyli mnie cukierkami, co w tamten czas było rozkoszą.

Czas uciekał, dni mijały, a tato do domu nie wracał. Okazało się, że byli wożeni od łagru do łagru. Matka codziennie wylewała łzy za ojcem, a ja codziennie rano i wieczorem odmawiałam modlitwę, błagając o powrót tatusia do domu. Na próżno, przez jedenaście lat mój ojciec tułał się na obczyźnie – pięć lat ze śp. księdzem biskupem Kiernickim, śp. Z. Krasińskim, śp. Z. i J. Martyńczukami, śp. Z. Korczakiem, panem Adamskim* (tych ludzi poznałam) i z innymi. Do dziś podtrzymuję kontakty
z Wrocławiem i Krakowem, z dwoma braćmi, którzy byli o wiele lat od ojca młodsi. Byli też razem z nim. To Zbyszek i Jerzy Kucharscy.

 

Oni po pięciu latach wracali do domu, ale przeważnie wyjeżdżali do Polski. Nasze mieszkanie było dla niektórych przytułkiem. Pamiętam, jak pan Zbyszek Korczak przyjechał z łagru do nas, mama akurat robiła pierogi. Boże, jak on jadł te pierogi! Nie mógł się najeść i za każdym razem oblizywał talerz. Dzięki niemu dużo dowiedziałam się o tacie. Jakie straszne tortury przechodzili nasi ludzie, tego nie da się opisać, bo tylko dokładnie i z bólem serca może ten opisać, kto to przeżył. Ale ci ludzie nie chcieli wracać wspomnieniami do tego, co tam przeżyli, może się bali? Oddali swoją młodość, dobro rodziny i przyszłość dla Ojczyzny. Ja czasem zadaję sobie pytanie, czy warto było? Mało jest ludzi, którzy mogą ocenić tę wierność dla swego narodu, i miłość do swojej Ojczyzny. I właśnie ci, którzy tak byli szczerze jej oddani, doznali rozczarowań w dalszym swym życiu. Za to, co przeżyli w podziemiach więzienia na Łąckiego, w łagrach i tajgach, Ojczyzna im długu nie spłaci. Oraz szacunku, na które zasłużyli, bo są daleko od Polski, nie są obywatelami swego kraju. Ich rodziny, które pozostały poza granicami Polski, są Polakami duszą i ciałem, nie czują się jednak traktowani na równi z innymi. Cóż, taka jest prawda.

W więzieniu była przeważnie inteligencja – księża, profesorowie, a także majstrowie, robotnicy, hrabiny, bo również i kobiety były więzione. Łagry były podzielone na kobiece i męskie. Pan Korczak brał ślub w łagrze, dawał mu go ksiądz Kiernicki. Nazywano go zdrobniale „Dziunio”. Tam też ochrzczono jego syna Andrzeja. Wszyscy byli ze sobą bardzo zżyci, na św. Mikołaja otrzymywałam listy z pięknymi rysunkami. Z niczego umieli wszystko zrobić, np. szachy z chleba itp. Przeważnie wszyscy wyjechali do Polski, oprócz p. Adamskiego, księdza biskupa Kiernickiego, pp. Krasińskiego, Martyńczuka. Mój ojciec za nieposłuszeństwo i dziewięciodniową głodówkę został wywieziony do Irkucka i tam przebywał jeszcze sześć lat. Była to dla nas straszna wiadomość, okrutny los spotkał go po raz drugi. Pisałyśmy do Stalina, ale wszystkie nasze starania były daremne. Matka z powodu choroby nie mogła pracować, tak szedł dzień za dniem. Ja uczyłam się w szkole nr 10 i pomimo ciężkiego życia byłam zawsze wesoła i pełna życia.

I nagle w szkole dano mi znać, że ojciec wrócił i jest w domu. Leciałam jak na skrzydłach. Otworzyłam drzwi i skamieniałam... Na krześle siedział starszy człowiek w kufajce i kufajkowych spodniach – mój Ojciec. Po paru chwilach rzuciliśmy się sobie w objęcia. Byłam bardzo szczęśliwa, bo już miałam w domu ojca. Nigdy nie opowiadał o swojej przeszłości, bo wiem, że go to bolało. Był człowiekiem bardzo inteligentnym, mądrym, nazywano go chodzącą encyklopedią. Ale stał się już odludkiem, małomównym, nie dowierzał ludziom. Mama była bardzo szczęśliwa, bo powrócił mężczyzna jej życia, jedyna jej miłość. Ich wzajemne uczucie, wzajemne poszanowanie, czułość, jaką otaczał chorą żonę – były na co dzień. Żyjąc w tym otoczeniu, marzyłam też o takiej miłości, niestety, mnie to ominęło. Rodzice moi byli stworzeni dla siebie; Franciszku, Stefusiu – inaczej nie zwracali się do siebie. Pomimo ciężkiego życia umieli z niczego coś zrobić. Jedzenie było skromne, ale zawsze smaczne.

 

Zaczęła się druga „repatriacja”. Nie mogłam ojca namówić do wyjazdu, chciał odebrać to, co mu zabrano. Nasz majątek był skonfiskowany i do dziś nie oddano nam nic. Chodził ojciec, ale na próżno dobijał się drzwi wyższych instancji, denerwował się tylko, daremnie. Mieszkaliśmy nadal przy ulicy Lwowskich Dzieci w kawalerce.

W 1964 r. otrzymaliśmy zaproszenie od p. Korczaka do Wrocławia. Było to moje marzenie – odwiedzić Ojczyznę. Kiedy przekroczyliśmy z ojcem granicę i stanęliśmy na polskiej ziemi, wzruszenie nasze było ogromne. Po drodze odwiedzaliśmy wielu kolegów niedoli ojca, także takich, których nie znałam, a było ich niemało. Wszyscy byli na stanowiskach, serdecznie nas wszędzie przyjmowano. Bardzo byłam tym rozczulona, bo ojciec mój mógł też być szanowany i mieć pracę, na jaką zasługiwał. Nie mogłam jednak pogodzić się z tym, że nie wyjechał. Ale zrozumiałam teraz, że rodzice bardzo kochali swoje miasto rodzinne i wyjechać z niego nie mogli.

Życie nasze płynęło spokojnie, wypełnione miłością matczyną i ojcowską. Koledzy niedoli powoli odchodzili jeden po drugim z tego świata. Dowiadując się o tym, zawsze byliśmy poruszeni, bo ci ludzie byli naprawdę bohaterami i Ludźmi – z dużej litery. Teraz prawie już takich nie ma, pozostało ich bardzo mało. Cześć im i chwała. Byli to ci, którzy kochali swoją Ojczyznę, naród. W 1975 r. umarł ojciec, mama jeszcze przeżyła po nim dwanaście lat. Wychowała do dziewięciu lat moją córkę, która jest uczciwa, szlachetna, mądra i bardzo kocha swój Lwów. Po śmierci mamy też wpajałam córce miłość do Ojczyzny, żeby była patriotką swego narodu. Zawsze w ciężkich chwilach przykładem dla niej był jej dziadek.

 

Czasem jednak zamyślam się, czy warto było ją tak wychować, bo ci Polacy, którzy mieszkają w Polsce i na Zachodzie, bardzo różnią się od nas. A tym, którzy dawno wyjechali i stali się bardzo bogaci, pozostał tylko sentyment do samego miasta Lwowa. Oni nie rozumieją tych Polaków, którzy tu mieszkają, że nie jesteśmy ruskimi ani cudzoziemcami, jak nas nazywają, ale prawdziwymi Polakami, choć mieszkamy poza granicami Polski. Nie mogę posądzać o takie uczucia wszystkich obywateli Polski i Polaków poza jej granicami, ale gdybym osobiście nie spotkała się z czymś takim, na pewno bym o tym nie wspominała. To naprawdę bardzo a bardzo boli. Chciałabym, żeby o nas dobrze mówiono, jak o prawdziwych Polakach, którzy w trudnym czasie mieli głęboką wiarę w przyszłość Polski, mieli ideały. Nie baliśmy się niczego, sami chodziliśmy do polskich szkół i posyłaliśmy swoje dzieci do tych szkół. Byliśmy więc silni duchem i mieliśmy odwagę, a to nam zaszczepili nasi rodzice, byśmy pamiętali, że jesteśmy Polakami i znak nasz – Orzeł Biały. Że ci, co przetrwali ciężkie chwile i wytrwali do dziś, chociaż nie jest im łatwo, ale nie dają tego po sobie poznać. Tacy jesteśmy – wychowani przez swych rodziców. Cześć im i chwała, że nie rzucili Ziemi swej.

 

 

* Też już nieżyjący.

 

 

BOŻENA SOKOŁOWSKA, ur. 1941 we Lwowie. Tamże ukończyła polską Szkołę nr 10. Pracowała w fabryce czekolady. Była sekretarzem TKPZL i współzałożycielką chóru „Echo”, grała w Polskim Teatrze Ludowym. Związana z Radiem Lwów, gdzie prezentuje własne teksty. Przewodnicząca grupy charytatywnej „Dobry Uczynek” we Lwowie (od 10 lat).