Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

WERTUJĄC WYDAWNICTWA

— Periodyk „Informacje”, który od roku 1989 wydaje w Krakowie prof. Jerzy Kowalczuk (piętnastolecie za pasem!), omawialiśmy – jako jedno z pierwszych czasopism kresowych jeszcze w 1996 r. (I. Suchanek, CL 4/96). Było wtedy 35 numerów, a teraz mamy ich już ponad 100. Właśnie po setce pismo rozpoczęło nowy etap swojego bytu pod zmienionym tytułem. 1 kwietnia br. (ale to nie prima aprilis!) ukazał się nr 1. zatytułowany: Ulica Na Bajkach. Nie należy się oczywiście doszukiwać żadnej aluzji w tym tytule. Profesor Jerzy tak uzasadnia swój wybór (przepisujemy wstęp do tego numeru):

Skąd nazwa pisma? Postanowiliśmy być oryginalni. Kresowe wydawnictwa periodyczne ukazują się na ogół pod nazwami, które utrwalają terminy bliskie mieszkańcom utraconych terenów: są to nazwy miast, krain, rzek i in. Ostatnio nawet spotkaliśmy się z nazwą periodyku: Galicja (sic!)*, pewnie tylko dlatego, aby żyjący czytelnicy pisma nie zapomnieli, jak to dobrze było ich dziadkom w Małopolsce pod zaborem ck okupanta austriackiego, pod panowaniem najjaśniejszego pana.

My chcemy być oryginalni. Nie spotkaliśmy się jeszcze z nazwą czasopisma pochodzącą od nazwy... ulicy, z opuszczonej przez ekspatriantów miejscowości.

„ul. Na Bajkach”, pod takim tytułem od numeru 1 (101), będziecie Państwo spotykali się z dotychczasowymi INFORMACJAMI.
[...] Utrzymujemy (w nawiasie) ciągłość numeracji pisma.

A nazwa? Proszę ją traktować trochę z przymrużeniem oka. Nie wszystko musi być szalenie poważne. A sama nazwa ulicy: Na Bajkach, dla redaktora (w okresie jego lat chłopięcych) była zawsze zabawna, chociaż sama ulica wiąże się z pewnym wydarzeniem dramatycznym w okresie lat młodzieńczych (o czym niżej).

W okresie międzywojennym mieszkając przy ul. Potockiego we Lwowie, często przechodziliśmy przez skrzyżowanie z ul. Na Bajkach, ale wtedy mówiliśmy: „ulica Nabajki”, „ulica Bajki”, „ulica Nabajkach”. Nigdy nie zastanawialiśmy się, jaka jest poprawna nazwa tej ulicy.

Przy tej ulicy, przy jej skrzyżowaniu
z ul. A. Potockiego, w narożnej kamienicy znajdował się w okresie międzywojennym sklep kupca lwowskiego Edmunda Riedla, a potem (utkwił mi w pamięci ten szczegół), sklep piekarza Tabaczyńskiego, ze znakomitym pieczywem, miniaturowych rozmiarów bułek, kajzerek i rogali. To właśnie pieczywo („konfekcja” piekarnicza?) było marzeniem nas, chłopców, chociaż jedzenia w domu było pod dostatkiem.

Z tą ulicą Na Bajkach wiążę dramatyczne przeżycie, kiedy to podczas okupacji niemieckiej, na skrzyżowaniu z ul. Potockiego, omal nie wpadłem w ręce SS-policji i policji ukraińskiej, organizującej tam uliczną łapankę. Cudem jej uniknąłem, myląc polujących żołdaków.

To wspomnienie m.in. uzasadnia mój sentyment do tej nazwy, wymazanej obecnie dokładnie z aktualnych planów miasta. Ale nie z pamięci. Przypomnę Czytelnikom fragment fraszki odnoszącej się do tej ulicy, jaką zamieściliśmy na łamach INFORMACJI (nr 3, rok 1990):

Przesyłam fraszkę-igraszkę

kierując ją do młodzieży i dzieci:

niech mi z tej racji odpowiedź dadzą,

w jakim to mieście na świecie

była ulica „Na Bajkach” –

taka ulica niemała.

I jak się pisało:

łącznie czy rozdzielnie

i co oznaczała?

Pytajcie się Pana Nabielaka

lub Pana Potockiego:

gdzie była ulica taka

i „Na Bajkach” co to takiego?

O nazwie ulicy tej musimy mówić w czasie przeszłym. Nie ma jej w obecnym Lwowie. Jest jednak na planach przedwojennego Lwowa. Sięgnęliśmy do Planu Królewskiego Stołecznego Miasta Lwowa z 1890 roku (patrz: Rozwój terytorialny Król. Stołecznego Miasta Lwowa, M. Kowalczuk, odbitka z „Księgi Pamiątkowej wydanej w 25-letni Jubileusz autonomii Król. Stołecznego Miasta Lwowa”, 1895) [...], gdzie znajdujemy odpowiedź:

[...]

... obok dzielnicy NOWY ŚWIAT we Lwowie położona była dzielnica BAJKI, której to nazwy nie używano powszechnie. Ulica Na Bajkach to jedna z ulic tej dzielnicy. Ówczesna ulica Krzyżowa to późniejsza ul. Potockiego. Ul. Nabielaka i ul. Potockiego stykały się z ulicą Na Bajkach.

Moim argumentem za przyjęciem nowej nazwy biuletynu „Ulica Na Bajkach” są tylko osobiste wspomnienia. Sądzę, że Państwo mi to darujecie i tę nazwę zakceptujecie. Utrwalajmy przeszłość.

Oczywiście, że akceptujemy i prosimy o dalsze ciekawe informacje o rodzinach i wybitnych obywatelach lwowskich, o szkolnictwie, organizacjach, towarzystwach, o topografii miasta, o wydarzeniach i ciekawostkach. Jak dotąd.

— Fundacja Kresowa „Semper Fidelis” we Wrocławiu – właśnie ta, która wydaje nasze czołowe czasopismo o tym samym tytule – obdarza nas corocznie ściennym Kalendarzem Lwowskim. Wstyd, że nie omówiliśmy dotąd tegorocznego (2003), czynimy to więc z opóźnieniem (nie o reklamę wszak chodzi, bo to świetne wydawnictwo jej nie potrzebuje), ale równocześnie – tym razem z wyprzedzeniem – prezentujemy kalendarz przyszłoroczny (2004).

Kalendarz 2003 został pomysłowo opracowany przez dra Leszka Sawickiego. Każdy miesiąc ma swoją stronę, a na niej – poza samym kalendarzem – zamieszczono k a l e n d a r i u m l w o w s k i e oraz dużą ilustrację – grafikę lub zdjęcie, ze stosownym opisem. Uzupełnia je jeszcze jeden mały obrazek, a wszystko stanowi logiczną i aktualną na dany miesiąc całość. Przykład: na karcie marcowej pokazano akwarelę Juliusza Kossaka z roku pamiętnej Wiosny Ludów we Lwowie, przedstawiającą gwardzistów lwowskich z 1848 roku, a nawiązującą do podanej w kalendarium daty formowania Gwardii Narodowej 19 marca 1848. Wyjaśnia to wszystko uzupełniający opis, a mały obrazek pokazuje pożar ratusza lwowskiego w wyniku bombardowania miasta z cytadeli, z rozkazu gen. Hammersteina. Wtedy też spłonęła lwowska Akademia i jej biblioteka umieszczona w kościele potrynitarskim przy ul. Krakowskiej (dziś jest to cerkiew Przemienienia).

Tak oryginalnie przedstawione historie lwowskie znajdujemy na wszystkich 12 kartach. W sierpniu pokazano bitwę pod Zadwórzem (17 VIII 1920), a w listopadzie oczywiście Obronę Lwowa 1918 r. Znakomity pomysł, znakomita realizacja.

Inny temat prezentuje kalendarz na rok 2004, zatytułowany Ocalić od zapomnienia – zabytki Kresów II Rzeczypospolitej, opracowany przez dr Danutę Nespiak. Tu każdy miesiąc zajmuje obie strony karty. Awers – poza kalendarzem – zajmuje duże zdjęcie zabytku, w większości kościołów. Na odwrocie opis miejscowości i obiektu. Widzimy tu różne obiekty i w różnym stanie: niezabezpieczona przed destrukcją ruina renesansowego zamku w Starym Siole, walące się kościoły w Podhajcach i Buszczu, kaplica w Jazłowcu oraz pałacyk Pani Karoliny Lanckorońskiej w Komarnie/Chłopach. Są kościoły zabrane na cerkwie: w Świrzu i Podkamieniu, oraz pozostałe jako kościoły: w Buczaczu, Żółkwi i Zbarażu, a także zamieniony na galerię muzealną (i dzięki temu uratowany przed rozbiórką) XVII-wieczny kościół w Białym Kamieniu. I jeszcze zamek w Olesku oraz ruiny w Okopach św. Trójcy.

Przedstawiony zestaw daje nam dobry przegląd sytuacji naszych zabytków w tym niegdyś przebogatym historycznie i kulturowo regionie Polski. Oba kalendarze świadczą o wysokim poziomie wydawnictwa „Semper Fidelis” w zakresie programu i koncepcji. Dodajmy jeszcze luksusowe wydanie na kredowym papierze (format A3) i doskonałe kolorowe zdjęcia.

— Dostaliśmy z Wrocławia, od p. Danuty Tabińskiej, porcję „Zeszytów Tłumackich” z dwóch ostatnich lat. Kwartalnik ten omawialiśmy przed kilku laty (CL 3/99), ale od owego czasu mieliśmy mało okazji obserwowania jego rozwoju.

W ZT, obok oczywistych walorów merytorycznych – które cechują wszak ogół pism kresowych – podoba się nam ich „rodzinność”, serdeczna więź nawiązywana z pokuckimi krajanami, rozproszonymi dziś po całym świecie. I wiele ciekawych informacji.

Przed czymś jednak chcielibyśmy przestrzec redaktorów tłumackiego czasopisma: bądźcie ostrożni w kwestii korzystania z opracowań badaczy ukraińskich, nawet jeżeli nie są to jawnie antypolskie teksty. W opracowaniach tych, pisanych sowieckim językiem, Polska jest po prostu nieobecna, chyba że poczciwemu ludowi ruskiemu przeciwstawia się polskich wielmożów (skąd to słowo – rodem z wczesnej komuny?). Czytamy, że nawet jarmarki mogły się w Tłumaczu odbywać na rozkaz króla! A może od tłumacza (przez małe t) należałoby więcej żądać? Sądzimy, że nieprzygotowanym czytelnikom (co naturalne) należałoby oszczędzić podobnej interpretacji historii.

Po co taka skaza w sympatycznym piśmie?

— Do obchodów 60. rocznicy ukraińskiego ludobójstwa najrzetelniej spośród krajowej prasy odniósł się „Nasz Dziennik”, zamieszczając na pierwszej stronie nru 161 z 12–13 lipca 2003 artykuł z rzucającym się w oczy tytułem FAŁSZ POJEDNANIA. W artykule (pióra M. Rutkowskiej) czytamy również – poza relacją o znanych już przekrętach strony ukraińskiej – o uroczystej akademii, jaka odbyła się w Galerii Porczyńskich w Warszawie oraz odsłonięciu pamiątkowej tablicy w kościele św. Jacka.

Dodajmy, że o fałszu pojednania – niestety przyjętym przez stronę polską – świadczy m.in. o g r a n i c z e n i e sprawy do Wołynia, a pominięcie Małopolski Wschodniej. W końcu dzięki temu zabiegowi udało się „zmniejszyć” liczbę ofiar o połowę! I tak poszło w świat...

Jedno, czego musimy pozazdrościć Ukraińcom, to że mają bystrych i cwanych polityków, działających na rzecz swoich interesów. U nas takich próżno by szukać.

— Dostaliśmy kolejny „Biuletyn Koła Samborzan” (ósmy z wydanych w Kraju – o krajowych i emigracyjnych pisaliśmy już w CL). Dużo jak zwykle interesujących materiałów i fotografii (te niestety w części mało czytelne, dlaczego?). Najciekawsze są wspomnienia ludzi i o ludziach oraz o rodzinach (choć nie wszystkie potrzebne, np. o Iwanie Mazepie lub B. Łepkim. Co mieli wspólnego z Samborem i Samborszczyzną?) i listy. Zwracają uwagę ciekawe teksty przygotowane przez p. Annę Milewską i p. Bolesława Solarskiego – tylko, na Boga, dlaczego refleksje ukraińskie – do Ukrainy daleko, nie należy więc mieszać z państwem Ukraina, które w naszych stronach jest faktem politycznym, a nie geograficzno-historycznym. Zaś Sambor to Małopolska Wschodnia. Pochlebia nam za to, że z CL przedrukowano tekst A. Pawłowskiego o Jaceku Kuroniu.

— Pani Maria Sajdak, dzięki której poznaliśmy twórczość literacką ks. Pawła Heintscha i przedstawiliśmy naszym Czytelnikom, nadesłała nam tomik szczególny: śpiewnik. Są to piękne teksty Księdza oraz nuty muzyki do nich, skomponowanej przez Andrzeja Guta z Warki. W tomiku znalazło się 18 takich utworów poetycko-muzycznych, głównie o tematyce religijnej, ale w tym jeden poświęcony Lwowowi, zatytułowany: Rodzinnemu Miastu, który zaprezentowaliśmy w CL 2/02. Całemu tomikowi nadano właśnie tytuł tego jednego. Książeczkę zilustrowano starymi rysuneczkami Lwowa.

— Polskie wydanie „National Geographic” pisze w nrze 7/03 – piórem Zofii Skubiszewskiej – o Polakach żyjących we Lwowie. We wstępie autorka zauważa: W pierwszych dniach maja słychać we Lwowie niemal wyłącznie polską mowę. Tysiące turystów spacerują uliczkami, tłoczą się w kawiarniach i pielgrzymują do polskich kościołów. Lwowianie narodowości ukraińskiej wyjeżdżają wtedy z miasta – nadszedł sezon sadzenia ziemniaków...

Ale właściwy artykuł zaczyna się tak:

Kiedy w XIX w. Warszawa dopiero zyskiwała wielkomiejskie szlify, Lwów był już metropolią. Ulicami jeździły tramwaje, do każdej części miasta doprowadzona była elektryczność i linie telefoniczne, działały wodociągi miejskie.
A wszystko dzięki autonomii, jaką w połowie XIX w. Galicja uzyskała od Austrii.
W tamtych latach Lwów mógł bez obaw konkurować z wielkimi ośrodkami europejskimi: nowoczesna architektura, słynne uczelnie wyższe, bezcenne zbiory sztuki – z dziesiątkami prac Rembrandta i Dürera należącymi do powołanego w 1817 Zakładu Narodowego im. Ossolińskich. Miasto cieszyło się w świecie dobrą opinią. Europejczycy znali je jako centrum tolerancji. Wszak od kilku wieków Lwów był ośrodkiem administracyjnym czterech religii: rzymskokatolickiej, unickiej, ormiańskiej i judaizmu. Powstanie niepodległej Polski jeszcze zdynamizowało rozwój miasta, jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać nowoczesne instytucje finansowe, otwarto międzynarodowe targi...

Artykuł zilustrowano wieloma pięknymi zdjęciami Krzysztofa Hejke, nie tylko znanych widoków miasta, ale – co ciekawsze – z kilku wnętrz mieszkań lwowiaków, do których dziennikarze dotarli i rozmawiali z gospodarzami. Na marginesie artykułu zamieszczono kalendarium – Przez wieki, niestety pominięto w nim datę uzyskania przez Galicję a u t o n o m i i – o której była mowa na początku artykułu – a która miała ogromny wpływ na repolonizację Lwowa po 90 latach germanizacji kraju przez Austriaków (co prawda data ta nie jest jednoznaczna – autonomia była wprowadzana przez kilka lat w ciągu lat 60. XIX wieku).

Dziękujemy Redakcji i Autorom NG za ten materiał.

— W prasie wyczytaliśmy, że Adam Zieliński, pisarz wiedeński, otrzymał Austriacki Krzyż Zasługi dla Nauki i Sztuki. Mało by nas to obeszło, gdyby nie polskie nazwisko, i po drugie – że podaje się za Galicjanina. Sięgnęliśmy więc do naszych zasobów archiwalno-bibliotecznych, a oto efekty poszukiwań:

A. Zieliński urodził się w Drohowyżu (koło Mikołajowa nad Dniestrem) w 1929 r. Po wojnie znalazł się w Krakowie i tu rozpoczął pracę jako dziennikarz radiowy. W 1957 r. wyemigrował do Austrii, został biznesmenem, a potem – pisarzem. Koleje swego życia streszcza tak: najpierw była Lwowszczyzna (po jakiemu to? – przyp. red.), potem Kraków, Wiedeń itd. Książki pisze po niemiecku, a na polski sam tłumaczy, uważa się więc za pisarza polsko-austriackiego.

Zajrzeliśmy do jedynej posiadanej jego powieści Powrót (1996), której akcja toczy się w Stryju. Jeden z pierwszych akapitów dzieła brzmi:

Na przykład Galicja... Kraina, która wraz z upadkiem monarchii austriackiej w dniu jedenastego listopada 1918 roku zniknęła z mapy świata. Co prawda, tradycja, a może i duma z osiągnięć przeszłości wciąż powodowały nawroty do nazwy Galicja i dlatego, między Bogiem a prawdą, nazwa ta nosiła w sobie posmak dalekiej niepowtarzalnej przeszłości, jako że nowa władza zmartwychwstałej w osiemnastym roku Polski – a komu opłaci się walczyć z władzą o nazwę? – ochrzciła ten region mianem Ziemi Lwowskiej, aby zatrzeć austriacką przeszłość.

Tu właśnie, na tej Lwowskiej Ziemi, usadowił się Stryj... I tak dalej.

I tak dalej.

Teraz rozumiemy: nie Polak, tylko Galicjanin. Nowa władza polska ochrzciła ten region mianem Ziemi Lwowskiej, aby zatrzeć austriacką przeszłość. Zwróćmy uwagę: zostało to napisane po niemiecku, dla Austriaków. Taktownie, prawda? Jakże to świetnie współbrzmi z bzdurami, które słyszymy dziś we Lwowie. Słusznie więc, że pan Zieliński podaje się za Galicjanina, a nie Polaka. Nie dziw, że go Austriacy nagrodzili.

W dodatku pan Zieliński trafił jak kulą w płot. Nazwy Ziemia Lwowska wcale nie wymyśliła w osiemnastym roku „nowa władza” (ładnie określone, prawda?), bo używano ją potocznie nie inaczej niż Ziemia Krakowska albo Ziemia Kielecka. Natomiast Ziemia Lwowska to nazwa rodem z późnego średniowiecza, tak jak Ziemia Przemyska czy Ziemia Halicka (pisaliśmy o tym w CL 1/03). Poza tym byłoby trafniej, gdyby pan autor napisał o M a ł o p o l s c e W s c h o d n i e j, bo tę właśnie XVI-wieczną nazwę przywrócono i używano po I wojnie. A w ogóle, to Stryj leży na dawnej Ziemi Przemyskiej, a nie Lwowskiej. Ale skąd były biznesman ma to wiedzieć?

Dalej już nie czytaliśmy. Szkoda czasu.

Z ostatniej chwili: Adam Zieliński otrzymał w listopadzie ’03 „Nagrodę Stoł. Król. Miasta Krakowa za promocję kultury polskiej”. Gratulujemy trafności wyboru!

: Adam Zieliński otrzymał w listopadzie ’03 „Nagrodę Stoł. Król. Miasta Krakowa za promocję kultury polskiej”. Gratulujemy !

— W artykule Niechciana stolica autorka Agnieszka Sabor („Tygodnik Powszechny” 4/03) pisząc o wojennym Krakowie, przytacza opinię Żyda, ukrywającego się kolejno we Lwowie, Warszawie i Krakowie:

Lwów w jego oczach to metropolia, śmiechem i elegancją broniąca się przed grozą najpierw sowieckiej, a potem niemieckiej okupacji. Warszawa – miasto młodych mężczyzn w krótkich wojskowych kurtkach i wysokich, oficerskich butach. Wreszcie Kraków, z którego najsilniejszym wspomnieniem okazał się widok ludzi siedzących w kawiarni – rozmawiających po polsku, lecz czytających niemieckie gazety. To, co w pierwszej chwili zaszokowało, budząc głęboki moralny sprzeciw przybysza z konspiracyjnej Warszawy, stało się wkrótce jego własnym udziałem. Ukrywający się Żyd pisze, że szybko zrozumiał mechanizm obrony okupowanego Krakowa...

Tak, niektórzy z nas zetknęli się z tym w owym czasie.

— Notatka z Polskiego Radia: w niedzielę, 5 X mieliśmy wątpliwą przyjemność usłyszeć wypowiedź niejakiego Michnika. Powiedział mniej więcej tak: Są narody, które wymyślają swoją literaturę. Są też narody, które z o s t a ł y w y m y ś l o n e przez swoją literaturę. Do takich należy Polska. Prowadząca audycję Iwona Smolka, która podała w swojej cotygodniowej audycji ten cytat, śpiesznie wyjaśniła, że jego autorowi chodziło zapewne o romantyzm Polaków. Trudno nam się wznieść na takie wyżyny intelektualnego esprit.

— Ze środków przekazu dowiadujemy się, że niebawem ma być uruchomione połączenie kolejowe z Kijowa przez Polskę do Wiednia. Między Lwowem a Krakowem ciągle istnieje jednak styk torów o różnej szerokości: normalnotorowych kolei europejskich i szerokotorowych rosyjskich. Przeszkoda ta może być pokonana przez zastosowanie polskiego wynalazku automatycznej zmiany rozstawu kół. Dotychczas trwało to kilka godzin.

A przecież lepiej byłoby wprowadzić normalną szerokość torów do Lwowa. Był taki projekt – niedawno o tym pisaliśmy.

Na marginesie warto zwrócć uwagę, że podobny problem czeka linię kolejową z Litwy, Łotwy i Estonii przez Polskę na Zachód – od chwili wejścia tych państw do Unii Europejskiej. Kraje te nigdy nie miały normalnych torów, bo w czasie gdy wprowadzano kolej, były one częścią imperium rosyjskiego. Nie zmieniono tego w międzywojennym dwudziestoleciu. Jak się okazuje, także dziś jest to problematyczne, bo – abstrahując od kosztów – państwa te nadal są związane gospodarczo z Rosją.

— Biuletyn Informacyjny TMLiKPW w Warszawie (nr 30 z VII–IX 2003) zamieścił artykuł Jana Stryjskiego pt. Kwartalnik krakowski, recenzujący serię opublikowanych w CL w ciągu trzech ostatnich lat tekstów, a dotyczących wyników badań nad najdawniejszą przeszłością Lwowa i Ziemi Czerwieńskiej. Autor powołuje się na opracowania dra L. Walczego, prof. J. Nalepy, prof. G. Labudy, w których mowa o prapolskości ziem między górnym Bugiem, górnym Dniestrem i górnym Sanem.

Cieszymy się, że nasze publikacje docierają – także pośrednio – do coraz szerszego grona odbiorców, bo w ten sposób spełnia się cel, jakim jest zaznajomienie Polaków z prawdą historyczną, która, także po naszej stronie, była mało znana, a gdzieniegdzie nawet zakłamywana.

— W „Dzienniku Polskim” 238/03 przypomniano wydarzenie kulturalne z roku 1936 – spotkanie góralskich zespołów folklorystycznych z całego Podkarpacia – od Czeremoszu po Śląsk Cieszyński. Jako punkt zborny wyznaczono Lwów, stamtąd zaś przybyłe grupy odjechały do Warszawy, a w następnej kolejności do Krakowa. Okazale wystąpili s a m b o r z a n i e – w swoich sukmanach i rogatywkach. Zabłysnęli g ó r a l e spod Stryja, Doliny, Nadwórnej, Kołomyi. Podobała się dzikość i wojowniczość zbójnickich tańców Podhala i Huculszczyzny – tak relacjonował dziennikarz krakowskiego „Światowida”. Artykuł zilustrowano trzema zdjęciami, z tego dwa przedstawiały Hucułów, jedno górali z Podhala.

Ucrainica

— W „Rzeczpospolitej” 108/03 Grzegorz Przebinda relacjonuje książkę Mykoły Riabczuka pt. Od Małorosji do Ukrainy (nazwisko tego autora padało już w naszej relacji z konferencji w Krakowie, CL 2/03). Riabczuk przedstawia różne problemy Ukrainy, przede wszystkim wobec postawy Rosji. Zdaniem Rosjan państwo ukraińskie pojawiło się na mapie Europy dziwnym zbiegiem okoliczności i racjonalne będzie jego zniknięcie z wielkoruskiej mapy przyszłości. [...] Państwo to nie odgrywa ważnej globalnie roli kulturowej ani nawet nie jest czymś wyjątkowym etnicznie i geograficznie [...]. Jedynym logicznym uzasadnieniem niepodległego bytu państwowego Ukrainy (zwłaszcza w jej obecnych granicach) jest spełniana przez nią rola kordonu sanitarnego, ponieważ [istniejące na Ukrainie] siły o diametralnie odmiennej orientacji geopolitycznej nigdy nie pozwolą temu państwu opowiedzieć się definitywnie po stronie bloku wschodniego albo zachodniego, czyli Rosji, Eurazji albo Europy Środkowej [...].

Bardziej życzliwie – z perspektywy Ameryki – patrzy na Ukrainę Zbigniew Brzeziński, który ocenia, iż powstanie tego państwa to koniec imperialnej Rosji, koniec ostatniego w Europie imperium. Mimo to Riabczuk uważa, że Rosja nigdy nie pogodzi się z istnieniem niepodległej Ukrainy. Równocześnie zarówno autor, jak i tłumaczka jego książki na język polski, B. Berdychowska (!), zwracają uwagę, iż na Ukrainie mało czyni się dla promocji własnej kultury, sprowadzając ją do wąsko pojętej etniczności, która w istocie przeszkadza w zbudowaniu sprawnego państwa ukraińskiego. Oto badacze na uniwersytetach tworzą mity o „starożytności Ukrainy” (skąd my to znamy!), doszukując się jej korzeni w IV–V tysiącleciu przed Chrystusem.

W tym miejscu posłużmy się informacją dr Danuty Nespiak, która pisze w liście do Redakcji „Rzeczpospolitej” (138/03):

Jako śmieszny przykład może służyć wydany w 1994 r. „Słownik staroukraińskiej mitologii” Serhija Płaszczyndy, pisarza, etnografa, krytyka literackiego, współpracownika „Literaturnoj Ukrainy”. Można tam przeczytać, że Chrystus pochodzi z praukraińskiego plemienia Etrusków, a wszyscy apostołowie z wyjątkiem Judy Tadeusza [?] byli galicjanami, bo z Galicji wywodzą się ludy Palestyny! Tego typu megalomania jest śmieszna i można by ją skwitować wzruszeniem ramion, gdyby nie niosła pewnego niebezpieczeństwa narodzin nowego totalitaryzmu.

Trzeba dodać, że w trakcie wycieczek do Lwowa i Małopolski Wschodniej nieraz można usłyszeć – może nie tak drastyczne, ale jednak – bzdury. Przykład: wszystko co stoi we Lwowie wartościowe i piękne, to zbudowali Ukraińcy i Austriacy.

Jaka szczęśliwa ta Austria, no nie?

— Rzadką gratką dla psychologów i psychiatrów może być wypowiedź niejakiego Rostysława Nowożeńca zamieszczona w ukraińskim piśmie „Postup” z 3 VII 2003, przedrukowana w części przez „Angorę” 28/03. Oto fragment: – Jeśli Polacy nie powstrzymają swego szowinistycznego zapału w sprawie wydarzeń na Wołyniu, to zaproponujemy im, aby odkupili od nas stojący w centrum Lwowa pomnik Adama Mickiewicza – zbudowany przez Ukraińców, ale będący również symbolem Polski. Natomiast w tym miejscu, gdzie teraz stoi Mickiewicz, wzniesiemy pomnik ku chwale Ofiar – Ukraińców, którzy zginęli w walce przeciwko polskim kolonizatorom w latach 1349–1939.

I jeszcze ów Nowożeniec proponuje, by pod nowo postawionym pomnikiem Tarasa Szewczenki w Warszawie umieścić cytat z jego utworu: Wycinałem wszystko, co tylko Lachem się nazywało. Od siebie dodaje: Ale my możemy pójść z Polakami na kompromis i zmienić słowo „Lachem” na „Polakiem”.

Okazuje się więc, że nawet gest, jakim było postawienie pomnika ukraińskiego wieszcza, może być wykorzystany do tak kulturalnych (i dowcipnych) komentarzy.

Powyższe zdania zostały wypowiedziane w czasie pikiety pod Konsulatem Generalnym RP we Lwowie, w której wzięło udział aż... 50 osób. Rzucano hasła, takie jak: OUN-UPA to nasi bohaterowie (no, skoro się nie ma innych...), Zakierzonie – ukraińska ziemia (a gdzie to leży – to zakierzonie? Napiszemy o tym niebawem), Polska nie będzie uczyć Ukrainy historii itp.

No cóż, każdy orze jak może. A temu Nowożeńcowi pozostaje tylko poradzić, by udał się do zakładu w Kulparkowie, a jeżeli tam mają przepełnienie, to zapraszamy do Kobierzyna lub Tworek.

Jako dobre pendant do powyższego, pokazujemy Czytelnikom aktualne zdjęcie „Skiza” – domu Gabrieli Zapolskiej na Łyczakowie. Należy żałować, że inteligentniejsi od tego Nowożeńca Ukraińcy nie podejmą próby przekonania świata, że do gospodarowania na ziemiach wschodniomałopolskich i pozostałym tam bogactwem kultury są w ogóle zdolni. Właśnie ostatnio – jak się dowiadujemy – zagrożono administracji Lwowa skreśleniem tego wspaniałego europejskiego zespołu zabytkowego z listy Światowego Dziedzictwa UNESCO. Ale o tym piszemy osobno w dziale Z tamtej strony.

— W „Rzeczpospolitej” 201/03 znalazł się ciekawy i znamienny artykuł Tatiany Serwetnyk pt. Całe życie na Sowieckiej. Rzecz dotyczy miasta Korostyszów gdzieś na Ukrainie, typowego w tym dziwnym państwie. Pomniki wielkich postaci komunizmu stoją nadal (uznano je za zabytki). Ulice noszą nazwy Bolszewicka, Sowiecka, Lenina, Marksa, Radziecka, Komunistyczna, Proletariacka, 50-lecia Komsomołu...

Autorka artykułu rozmawiała z wieloma ludźmi. Odpowiedzi były mniej więcej takie: – Po co nam zmiany? Historia jest historią. Lepiej niech nie myślą o ulicach, a o takich emerytach jak ja, którzy muszą żyć za 100 hrywien miesięcznie (ok. 90 zł). Rozmawiała także z merem miasta Liną Kazmirską, która tłumaczy się brakiem pieniędzy – ciągle ich brakuje, oraz akceptacją mieszkańców. Ale ktoś inny wyjaśnił: ...prawda jest taka, że ona sama, przedstawicielka Socjalistycznej Partii Ołeksandra Moroza, marzy, by Lenin, który od lat stoi na naszej Krasnoj Płoszczadi, ożył, zszedł z postumentu i zaprowadził naród tam, dokąd prowadził go przez siedemdziesiąt lat...

I jeszcze jedna ciekawostka, którą znaleźliśmy w tym artykule: nazwiska. Nauczycielka polskiego w podstawówce nazywa się Kazimiera Chmielnicka, i to jest jasne. Ale poza tym: pani mer nazywa się Kazmirska (zapewne Kazimirska), dyrektor muzeum – Śliwiński, miejscowy rzeźbiarz – Rożek.

Na marginesie: artysta ten, Witalij Rożek, stworzył pomnik hr. Gustawa Olizara, marszałka szlachty kijowskiej (polskiej oczywiście), poety i działacza społecznego, właściciela dóbr korostyszowskich w I połowie XIX w. Pamiętamy to nazwisko w związku z Mickiewiczem, który był gościem w rezydencji Olizara w Gurzufie na Krymie, u stóp Ajudahu skały. Pałac ten to Artek, w którym i wokół którego bolszewicy założyli sławetny obóz dla młodzieży komsomolskiej – kuźnię kadr partyjno-państwowych Związku Sowieckiego.

Przypomnijmy przy okazji, że słynny pałac carski w Liwadii koło Jałty na Krymie – w którym odbyła się w 1945 r. pamiętna dla nas konferencja jałtańska Stalina, Roosevelta i Churchilla – zbudowali sobie Potoccy.

— Dotarły do nas materiały pokonferencyjne (w języku angielskim) z International Weigl ConferenceMiędzynarodowej Sesji Weiglowsiej pt. Mikroorganizmy w patogenezie i ich odporność na leki, która odbyła się we Lwowie we wrześniu 2003 r. Została ona zorganizowana przez tamtą stronę oraz PAN i Polskie Towarzystwo Mikrobiogiczne. Honorowymi gośćmi były córki prof. Rudolfa Weigla, panie Ewa Poznańska i Krystyna Albert. Współprzewodniczącą komitetu organizacyjnego była Stanisława Tylewska-Wierzbanowska. Ponadto z RP przybyło do Lwowa kilkanaście osób (Warszawa, Kraków, Katowice i in.), a także z USA p. Wacław Szybalski (University of Wisconsin, Madison WI), który wygłosił pierwszy referat, zatytułowany: Geniusz Rudolfa Weigla (1883–1957). Lwowski łowca i hodowca mikrobów – in memoriam. W swojej doskonałej i bardzo obszernej charakterystyce osobowości, życia i dzieła Uczonego referent mocno podkreślił jego wybraną polskość.

Trudno nam się ustosunkować do zmieszczonych w broszurze referatów, było ich w ciągu 4 dni w sumie kilkadziesiąt. Uszeregowano je – poza częścią ogólną – w czterech działach: Riketsje, Mikroorganizmy i zdrowie ludzkie, Leki przeciwbakteryjne: mechanizm działania i odporność, Mikroorganizmy i otoczenie.

Na marginesie – zwróciła naszą uwagę duża część polskobrzmiących (czasem niemiłosiernie przekręconych) nazwisk ze strony ukraińskiej: Szablowska (Kijów), Grabik (Winnica), Kozicki, Krzyżanowska, Kułaczkowski, Gudz, Koryniewska, Szyszka, Łomnicka (wszyscy Lwów). Na okładce zamieszczono zdjęcie Uniwersytetu Lwowskiego sprzed wojny.