Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Ludwik Piotr Bułgar-Nowakowski, WSPOMNIENIE UCZESTNIKA KURSU SKAUTOWEGO W SKOLEM

Poniższy tekst ukazał się w „Krakowskim Roczniku Historii Harcerstwa”, Kraków 2005, s.16–22. Wydawca – Zarząd Okręgu Małopolskiego ZHR – wyraził zgodę na przedruk w naszym kwartalniku, za co serdecznie dziękujemy.

Młodzież polska, przeczuwając intuicyjnie nadejście czasów próby narodowej, zapisywała się gremialnie do paramilitarnych organizacji, jak również wstępowała do konspiracyjnych kółek postępowo-niepodległościowych.

Kilka uwag o skautingu
   Ja na razie stałem się członkiem – dopiero co powstających – gniazd skautowych przy stowarzyszeniu „Sokół”. Od kilku tygodni trenowałem zawzięcie w drugiej drużynie piłki nożnej „Kresy”. To była świetna okazja do zdzierania butów i chwytania licznych siniaków na nogach. Ale wszystko było w porządku, bo w nauce szczęściło mi się. Klasę trzecią ukończyłem z bardzo dobrym wynikiem. W nagrodę rodzice sprawili mi kompletny strój skautowy wraz z kapeluszem – na wzór angielski – o dużym rondzie.
A całe moje marzenie to było właśnie takie kowbojskie nakrycie głowy. Ten ekwipunek przydał mi się w sam czas, gdyż w połowie lipca zostałem wyznaczony na pierwszy ogólny kurs skautowy w Skolem. Wraz ze mną udział w tym kursie wzięło kilku kolegów z Tarnopola. Między innymi znaleźli się tam Janiszewski, Strzembosz, Domaradzki, Tennenbaum1.
   Ruch skautowski, jako nowość w Galicji, stawiał pierwsze kroki. Właściwej, centralnej organizacji jeszcze nie było. Ośrodki tego ruchu tworzyły się lokalnie. Pełna organizacja nastąpiła dopiero w 1911 roku. Na razie przygotowano jej początkowe zręby pod patronatem „Sokoła”2.
   Przyjęta nazwa „skaut”, pochodzenia angielskiego, oznaczała zwiadowcę. Początek tej młodzieżowej instytucji w Anglii sięgał 1884 roku. Twórcą jej był generał Baden-Powell. Przeszkoleni angielscy skauci brali udział w walkach z Boreami [Burami – red.] jako łącznicy, zwiadowcy, wartownicy i sanitariusze. Angielscy skauci pozdrawiali się słowami Be prepared, co po polsku oznaczało „Bądź gotów”. Stąd też pochodziło nasze zawołanie „czuwaj”. Ukłon skautowy przed zwierzchnikiem składaliśmy dotykiem trzema palcami do czoła lub do kapelusza. Kolegów pozdrawialiśmy przez podniesienie trzech palców na wysokość ramienia.
   W początkowym stadium rozwoju nasza pierwsza sekcja tarnopolska składała się z patrolowego, zastępcy i sześciu skautów. Moja osoba była obarczona funkcją zastępcy patrolowego. Członkowie zespołu – poprzez egzaminy – uzyskiwali stopnie: wilczka, skauta lub patrolowego. W niektórych zespołach nazwy stopni zmieniały się zależnie od uchwały sekcji na ciurę, młodzika, ochotnika, wywiadowcę czy ćwika. Gdy w 1913 roku zmieniono nazwę skauting na harcerstwo, wówczas doszedł jeszcze jeden stopień do zdobycia pod mianem „harcerz”3.
   Celem polskiego ruchu skautowego było: 
- wzbudzenie patriotyzmu 
- wyrobienie charakteru jednostki 
- służenie innym pomocą 
- wyuczenie sprawności pod każdym względem.
   W związku z tym każdy nowo wstępujący składał ślubowanie wierności Ojczyźnie, gotowości niesienia pomocy potrzebującym jej oraz posłuszeństwa prawu skautowemu.
   W początkowych pogadankach wpajano nam takie oto myśli wielkiego wychowawcy Stanisława Szczepanowskiego: „Nie ma żadnej siły dziejowej, która za nas bez nas to zrobi, do czego Naród dąży”. „Pamiętaj, żeś synem zabitej Ojczyzny i żeś chwili spokoju nie powinien doznać, dopóki zabita nie będzie na nowo do życia wskrzeszona”.

 

Skole i okolice
   Dobrze przygotowani duchowo rozpoczęliśmy bardzo ciekawy dla nas kurs. Miejscowość, w której mieliśmy przebywać w ciągu trzech tygodni, była wybrana trafnie. Miasteczko, uroczo położone nad rzeką Oporem wśród świerkowych lasów, przyciągało liczne rzesze letników z całej wschodniej Galicji.
   Nad wąską doliną rzeki wznosiły się, po obu jej brzegach, stoki górskie gęsto zalesione drzewem iglastym. Wschodnim obrzeżem doliny wiła się wstęga linii kolejowej, znad granicy węgierskiej, od Ławocznego przez Stryj do Lwowa. Ze Skolego do Stryja trasa wynosiła wszystkiego 38, a do Lwowa 113 kilometrów. Ogólnie, położenie tego karpackiego zakątka było wspaniałe. Wszędzie góry. Na zachód od Skolego, w odległości 5 godzin marszu, dominował nad wszystkimi grzbietami szczyt Fraszki, sięgający 1268 metrów ponad poziom morza. W kierunku południowo-wschodnim, w odległości 30 kilometrów, wznosi się druga taka kopa, zwana Magurą. Wysokość jej wynosi 1365 metrów. Cała okolica dookoła Skolego była otoczona górami, na których wznosiły się rozległe, ciemne bory. Za moich młodych lat były one pełne dzikiego zwierza. Panem tych niedostępnych uroczysk był niedźwiedź, a jego świtę tworzyły stada dzików, wilków, rysi i żbików. Spokojne ostępy zamieszkiwały rosłe jelenie i chyże sarny. Górą, nad koronami drzew, szybowały statecznie orły, żarłoczne jastrzębie i szybkolotne dzikie gołębie. Płazów i drobnicy ptasiej było w tych lasach zatrzęsienie.

 

Bojkowie
   W głuchych zakątkach, nad rwącymi potokami spotykało się tu i ówdzie ludzkie siedliska, które chyba od setek lat nie zmieniały swego oblicza. Chaty niskie, ciasne i kurne. Nad strzechą nie sterczał żaden komin. Dym z wewnątrz unosił się przez zwykły otwór w dachu. Dziki ten kraj zamieszkiwali Bójki, tacy górale Bieszczad Wschodnich. Lud gór zbliżony językowo i wiarą do Rusinów. W mowie miał dużo naleciałości wołosko-węgiersko-polskich. A oto niektóre wyrazy przejęte z obcych języków:
- z wołoskiego: pianina – połonina, bójko – wolarz, bałta – siekiera, meryndia –  pożywienie, tąjstra – torba, płaj – ścieżka, syhla – las, watra – ogień;
- z węgierskiego: hunia – opończa, łegień – parobek, kotiucha – pies, marżyna –  bydło;
- ze starosłowiańskiego: skot – bydło, werczy – obracać, kuł – worek, saraj – szopa.

 Skole, widok od zachodu


   Bojkowie byli narodem biednym i niedożywionym. Ze względu na trudne warunki bytowania, Bójko był usposobienia powolnego oraz bez zrozumienia wartości czasu. Jemu nigdy się nie spieszyło. Przy tym był zarozumiały i skory do bałaganiarstwa. Mimo ubóstwa Bojkowie byli bardzo gościnni. Wędrowiec bez względu na pochodzenie i stanowisko zawsze znalazł tu cichy kąt na odpoczynek. Lud przedsiębiorczy, z dużym sprytem handlowym. Szalenie lubili tańczyć kołomyjki przy prymitywnej muzyce. Skrzypce, bas i bębenek to najczęściej spotykane u nich instrumenty muzyczne. Ubiór ich był skromny i nieskomplikowany. Mężczyźni nosili w lecie kierpce, białe spodnie lniane, lnianą koszulę związaną pod szyją czerwoną tasiemką, kamizelkę, a na niej wełnianą kurtkę. Głowę okrywano filcowym względnie słomkowym kapeluszem. W okresie zimowym zakładali sukienne spodnie, zwane chołoszniami, wyszywany kożuszek bez rękawów, a na głowę kuczmę, czyli czapkę baranią. Gazda nosił obowiązkowo długie włosy. Niewiasty nosiły również kierpce. Na siebie wdziewały wyszywaną wzorkami czerwono-czarnymi długą koszulę lnianą. Na nią wkładały koszulę z dymki lub kolorowy kilimowy fartuch. W lecie nosiły wełniany serdak, a w zimie wyszywany kożuszek z rękawami, uzupełniając tym całość ubioru. Bojczychy przepadały za koralami czy paciorkami, które wkładały na szyję. Barwne chusteczki stanowiły nieodmiennie nakrycie głowy. Dziewczęta nosiły długie warkocze. Natomiast mężatki obcinały warkocze poniżej szyi. Kobiety bojkowskie prawie nigdy nie myły głów. Porządek wśród głów robiono iskaniem. Co znamienitsze elegantki smarowały włosy odrobiną masła dla nadania im połysku. Oczywiście przy takiej higienie panowały wśród nich nagminnie: zapalenie skóry, kołtuny i wszawica. Jednakże tameczni kawalerowie na takie drobnostki nie zwracali żadnej uwagi. Bo miłość nie znała żadnych przeszkód.
   Gleba tego pięknego zakątka uboga, kamienista, była trudna do upraw. Zaś krótki okres wegetacji dawał za mało, ażeby normalnie żyć, a za dużo, żeby umrzeć. Nabiału też nie było za wiele, gdyż gazda chował bydło raczej dla produkcji nawozu, a nie mleka. Tę niewesołą sytuację góralską ratował – w dość poważny sposób – zarobek przy wyrębie i wywózce drzewa.
   Ludność wzmiankowanego rejonu żywiła się bardzo jednostajnie. Zamiast chleba konsumowano placki owsiane. Zasadniczo podstawą żywienia były ziemniaki, kapusta, żur owsiany i bób. Z jarzyn znano tylko czosnek, cebulę, buraki ćwikłowe i marchew. Mięso uważano za rarytas, który mógł być spożywany tylko w wielkie święto. Chyba że udało się schwytać jakąś zwierzynę we wnyki. Wówczas używano sobie na mięsie, ile tylko dusza zapragnie – aż do zachorowania. Drób szedł zawsze na sprzedaż, by za otrzymane pieniądze zakupić soli i nafty. Bo to były najbardziej potrzebne artykuły
w każdym gospodarstwie (...).
   I kto by uwierzył, że wśród tych Bojków, pomiędzy borami i górami, trafiały się jeszcze, częściowo zniszczone, szlacheckie zaścianki zasiedziałe w tym bezludziu od setek lat. Potwierdzeniem tych faktów były takie oto nazwiska, jakie na terenie skolczyzny spotkałem: Łodzińscy, Jaworscy, Hołyńscy czy Winniccy. Trzeba jednak przyznać, że odróżniali się oni od sąsiadów wyglądem, organizacją pracy, ubraniem, obyciem i kulturą. Wiele innych ciekawych wiadomości
o tej pięknej krainie zbierałem z opowiadań wujka, który był pochodzenia bojkowskiego, oraz z własnych obserwacji. Często moi rodzice i ja bywaliśmy w tych stronach jako wczasowicze, a także jako ich mieszkańcy.

 

Kurs skautowy w Skolem – budowa obozu
   W takim właśnie uroczym zakątku, na szerokiej szmaragdowej łące, u podnóża Paraszki rozbiliśmy po raz pierwszy obóz skautowski. Obok, skrajem łąki, płynął gęsto zadrzewionym korytem wiecznie szemrzący potok górski.

Rzeka Opór w Skolem


   W pierwszej kolejności budowy obozu został wzniesiony wysoki maszt z proporcem biało-czerwonym u jego szczytu. Wyznaczono plac zbiórek. Następnie półkolem wokół masztu, pod okiem instruktora, ustawiliśmy 16 namiotów dla 32 kandydatów na skautowskie stopnie. Po przeciwnej stronie, za masztem i za placem zbiórki, ustawiono 3 większe namioty. Dla kierownictwa obozu, instruktorów i na magazyn. W odległości 50 kroków od linii namiotów, tuż nad potokiem, zbudowaliśmy paleniska pod duże kotły kuchenne, a nad nimi dach.
   Gotowaniem zajęła się rutynowana kucharka, do pomocy której wyznaczano codziennie po dwóch skautów ze służbowego zastępu. W górnym rejonie potoku o czystej, krystalicznej wodzie urządzono polową umywalnię. W każdy ciepły wieczór obowiązywała nas kąpiel generalna w niedaleko przepływającej rzece Oporze. W dalszej odległości od rzeki i od obozu przygotowaliśmy obszerną i pojemną latrynę. Wszystkie wymienione urządzenia i prace zostały wykonane w ciągu jednego dnia.
   Miejscowe stowarzyszenie „Sokoła” objęło nad nami troskliwą opiekę. Dostarczało ono nam codziennie świeżą żywność, słomę do namiotów oraz zaopatrzyło każdego skauta w koc i prześcieradło. Poza tym każdy z nas miał w tornistrze: koc zapasowy, przeciwdeszczową pelerynę, zapasowe płócienne trzewiki, drugi komplet bielizny, ręcznik i menażkę. W chlebaku mieściły się: manierka, sztućce i przybory toaletowe wraz ze szczoteczką do zębów. Oczywiście do tych zawartości należałoby jeszcze dodać zaopatrzenie matczyne w postaci różnych frykasów. Zastęp był jeszcze wyposażony w dwa kompasy, łopatkę, kilof i siekierkę. Obowiązkowo każdy skaut w marszu dzierżył w ręku długą laskę skautową.
   Wszystkimi sprawami kierował pionier tego ruchu dh Małkowski wraz z trzema instruktorami wyszkolonymi w Anglii. Wieczorem w dniu ukończenia budowy obozu odbyły się wybory na tymczasowe stanowiska patrolowych. Do czasu zdania egzaminów patrolowy pełnił funkcję zastępowego.
   Druhowie z Tarnopola i Brzeżan wybrali mnie na to zaszczytne stanowisko. Mój zastęp liczył 6 skautów. Mimo że byliśmy w tych sprawach żółtodziobami, to jednak dyscyplina, porządek i pracowitość stały na wysokim poziomie. Naszym poczynaniom pogoda sprzyjała nadzwyczajnie. Powietrze dookoła nasycone było zapachem żywicy i siana. Oddychało się lekko, pełną piersią.

 

Dzień obozowy
   Skoro tylko na skolskim kościele wybiła 6 godzina rano, odzywała się natychmiast trąbka z sygnałem pobudki. W tym momencie odpinały się klapy namiotów, a z ich wnętrz wysypywały się – jak groch ze strąków – rozespane skauciki. W koszulkach, majtkach i pantoflach gimnastycznych stawaliśmy na placu zbiórki. 15 minut gimnastyki, a potem mycie się nad potokiem, ubieranie i zbiórka do apelu. Po sprawdzeniu stanów ilościowych oraz samopoczucia kursistów – na sygnał trąbką Do modlitwy – padała komenda Baczność. Po chwili ciszy nasz proporzec o barwach narodowych wznosił się majestatycznie na szczyt masztu. Po komendzie Spocznij pomiędzy wzgórzami i dolinami, aż pod mury miasteczka, płynęła modlitewna pieśń poranna:

 

Kiedy ranne wstają zorze,
Tobie ziemia, Tobie morze,
Tobie śpiewa żywioł wszelki,
Bądź pochwalon, Boże wielki!

 


   Następnie w karnej kolejce stawało się po śniadanie. Zazwyczaj dostawało się zupę mleczną z makaronem lub z kaszą, kawę z mlekiem i dwie duże pajdy chleba z masłem, obłożone serem względnie wędliną. Jedną kromkę chleba konsumowało się na miejscu, drugą zabierało się na wymarsz.
   Zajęcia poranne zaczynały się o godzinie 7, a kończyły o 12. W czasie tych zajęć przerabialiśmy musztrę, ćwiczenia terenowe, sygnalizację i teorię z różnych dziedzin. Przerwa obiadowa wraz z odpoczynkiem trwały 2 godziny. Czas po odpoczynku poświęcano wycieczkom połączonym z ćwiczeniami zwiadu, podchodzenia, pionierki i terenoznawstwa. Kolacja o godzinie 18 oraz zdjęcie proporca z masztu zamykały dzień pracy szkoleniowej. Najmilsze były wieczory, kiedy przy ogromnym ognisku zbierał się cały obóz i liczni goście ze Skolego. Programy przy ognisku były solidnie opracowane i atrakcyjne. Zebranie wieczorne otwierał zawsze dh Małkowski pogadankami historycznymi, wychowawczymi i przyrodoznawczymi. Potem następował dalszy ciąg programu, na który składały się: oryginalne tańce, dowcipne monologi, utwory muzyczne grane przez własną orkiestrę mandolinistów, krotochwilne obrazki sceniczne z przebieraniem się. Wieczór kończyły wspólne z gośćmi piosenki. Repertuar tych piosenek był obfity. Oto urywki najczęściej śpiewanych piosenek: Hej, strzelcy wraz / nad nami Orzeł Biały..., Jak wspaniała nasza postać (kiedy w słońcu błyśnie stal..., Stańmy, bracia, wraz / ilu jest tu nas..., Choć burza huczy wkoło nas / do góry wznieśmy skroń..., Czerwony pas, za pasem broń / i topór, co błyszczy z dala...
   I naturalnie nigdy niezapomniany Góralu, czy ci nie żal... Zabawę przy ognisku kończono o godzinie 20.30.
   Skauci stawali na apel celem sprawdzenia obecności kursantów i na modlitwę wieczorną, którą kończono pieśniami: Wszystkie nasze dzienne sprawy / Przyjm litośnie, Boże prawy... i na zakończenie: Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród...
   Nasi kochani goście z miasteczka i sąsiedniej wioski towarzyszyli nam do końca apelu, bawiąc się i śpiewając razem z nami. Nieraz wyglądało, że ciężko im przychodzi rozstawać się z naszą młodzieżą.

 

 Śródtytuły i przypisy pochodzą od redakcji.

LUDWIK PIOTR BUŁGAR-NOWAKOWSKI, ur. 1894 w Jarosławiu, zm. 1983 w Krakowie; 1914: ukończył Wyższą Szkołę Realną w Jarosławiu; 1911: w „Zarzewiu” i Polskich Drużynach Strzeleckich; 1912: ochotnik w wojnie Bułgarii przeciw Turcji; 1914–1918 żołnierz 1 i 7 pp Legionów, ranny w bitwie pod Laskami; w Wojsku Polskim początkowo szef zaopatrzenia 5 pp Leg. w Radymnie, dwukrotnie przebija się z pomocą do walczącego z Ukraińcami Lwowa; potem – 1919: porucznik, d-ca kompanii sztabowej l pp w Grodnie i Wilnie, 1924: kapitan, 1924–1929: w Wołyńskiej Brygadzie KOP, 1929–1931: kierownik referatu Biura Personalnego Ministerstwa Spraw Wojskowych, d-ca batalionu 36 pp Legii Akademickiej, ukończył Wyższy Kurs Oficerów Sztabowych, 1931: major, d-ca batalionu 86 pp Strzelców Mińskich, 1935–1938: dowódca batalionu KOP „Ludwikowo”, 1938: zastępca d-cy 85 pp Strzelców Wileńskich, we wrześniu 1939 r. ranny, jeniec oflagów Brunszwik i Woldenberg, po wojnie w stopniu podpułkownika w Szkole Piechoty w Łobzowie i WOP, 1947: aresztowany i skazany na 4 lata więzienia, 1950: zwolniony z wojska (Na podstawie opracowania Krzysztofa Nowakowskiego, www.historia.zhr.pl).

 

1 Trudno jednoznacznie stwierdzić, o którym kursie pisze Nowakowski. Czesław Blicharski (Harcerstwo tarnopolskie 1911–1944, Londyn 1991) pisze, że 5 uczestników z Tarnopola znalazło się na kursie w Skolem dopiero w 1912 r. Pierwszy skautowy kurs w Skolem odbył się latem 1911 r. Wcześniej mogły być kursy „Sokoła”. Od 1910 istniały Drużyny Młodzieży Sokolej, pracujące podobnie do skautingu. Nowakowski spisywał swoje wspomnienia po wielu latach.
2 W lutym 1911 r. doszło do porozumienia „Sokoła” z „Zarzewiem”, a w maju 1911 r. lwowskie Drużyny Młodzieży Sokolej przekształcono w Drużyny Skautowe. Wkrótce powstała Naczelna Komenda Skautowa i Związkowe Naczelnictwo Skautowe.
3 Z pracy Blicharskiego nie wynika, czym mogła być pierwsza sekcja tarnopolska. Może to któryś z patroli drużyny sokolej lub skautowej. Z biografii Nowakowskiego wynika natomiast, że bardziej był zaangażowany w „Zarzewie” niż w skauting. Harcerskie nazewnictwo pojawiało się już przed 1913 r., a potem drużyny nadal nazywano drużynami skautowymi.