Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Anna Obfidowicz, LIST Z KAZACHSTANU

Anna Obfidowicz i Alina Łukowska, lata przedwojenneAutorka listu, lwowianka, z domu Dolińska, była absolwentką Akademii WF w Warszawie (w r. 1930). W 1940 r. została wraz z siostrą wywieziona do Kazachstanu. Adresatką listu była jej koleżanka ze studiów
w Warszawie, też lwowianka, Alina Łukowska we Lwowie.
 
Kochana Alu!     13 I 41
Przed paru dniami dostałam Twój list z 11 XII. Szedł tak niesamowicie długo, bo był na adres kołchozu i tam się zdrowo przeleżał. My od początku września, odkąd poszłyśmy na robotę do kołchozu, więcej
w tym kołchozie kazachskim nie pokazałyśmy się. W czasie roboty przeniosłyśmy rzeczy, a teraz po zakończeniu prac na przerwę zimową, która ma trwać do marca, urządziłyśmy się w Georgewce – znacznie tu lżejsze życie, zwłaszcza w zimie, bo większe ludzkie skupisko, kwatery możliwsze i łatwiej się zaopatrzyć w prowianty. Mieszkamy b. miło w trójkę (p. Łuszczyńska, pewno ją znasz z hali „Pogoni”, Krysia i ja). Mamy domeczek dla siebie, izba i kuchenka (które ogrzewa jeden piec kuchenny), domek maluśki i gliniany, ale zawsze ciepły kąt własny. Gospodarujemy jak się da, roboty z tym dużo, bo to i latać i szukać żywności trzeba, i palić, wodę nosić, śnieg odgarniać, gotować itd. itd., roboty „chwatit” dla wszystkich, wiadomo! Chętnie byśmy poszły teraz na jakąś robotę, zamiast czekać, aż będzie cieplej, na roboty pomiarowe, ale żebyś się zabiła – nie ma pracy, nawet „ubo...” [nieczytelne] (mycie podłóg, palenie itp. w instytucjach), nie mówiąc o swojej specjalności, w której nikt tu nie pracuje z naszych, nawet przyjętych Polaków lekarzy zwolniono. Zima tu fantastyczna – wziąć na kupę „Białe piekło”, filmy arktyczne itp., a będzie się miało smak tej syberyjskiej zimy. Śniegi tego roku ogromne. Zaspy dookoła domu znacznie przewyższają nasz dach. Mrozy też bywają niezłe – największy dotychczas mróz był 46, ale dziwnie się je tu lekko znosi, bo jak duży mróz, to nie ma wichrów. Te ostatnie to tutejsza plaga – tzw. „burzany”, które wieją zresztą z każdej strony, są potworne – zupełnie świata wtedy nie widać, ludzie przepadają i zamarzają nawet w bliskości domów, zasypuje domy i zamrozi wszystko. Ostatnio przez dwa dni siedziałyśmy w domu jak
w grobowcu w czasie takiego cholernego burzanu. Wyobraź sobie miłe uczucie, kiedy otwierasz drzwi wejściowe i chcesz pójść na świat, a przed tobą gładka ściana śnieżna jak grobowa płyta – gdyby nie znajomi, którzy przyszli po burzanie i nas od zewnątrz odkopali – nie wiem, co by z nami było. Zresztą nie ma się czym przejmować, bo tu często takie rzeczy bywają. Ta śmierć jednak, myślę, nam nie grozi – prędzej głodowa – ceny coraz efektowniejsze. Pud mąki od 150 do 200 rubli, kilo ryżu 20 rubli, wiadro (małe) kartofli 30 rubli, kilo słoniny ±50 rb, do tego trzeba dodać, że dobrze się trzeba narozbijać po domach i mieć szczęście, żeby w ogóle to zdobyć. Cukier, cukierki podobno bywają w tych stronach, ale to chyba legenda. Śnimy często o ciastkach, owocach jako kompensacji naszego życia. Ale wiesz, mimo że tu tak strasznie ciężko, są rzeczy których nie ma we Lwowie – przede wszystkim spokoju i wolności myśli. Tu, nie licząc tubylczych Kazachów, 95% ludzi jest nie z własnej woli, jeżeli nie teraz, to dawniej, i tu się zaaklimatyzowali – farba tu tak łatwo do głębi nie wnika. Na mityngu od wyjazdu ze Lwowa nie byłam. Zresztą nawet nie byłoby gdzie pójść, paszporty mamy, a tu w ogóle żadnego głosowania nie było od naszego przyjazdu. „Prazniki” są okazją do siedzenia w stołówce i jedzenia mieszaniny niesamowitej (gulasz, lody, kapuśniak, wszystko pod rząd, po równym porządku) i tak tu idzie wszystko. Rok Nowy powitaliśmy (w naszym domu
w miłym kółku kilkunastu osób) godnie, śpiewając pieśń i stając na baczność – swoją drogą bardzo udany był sylwester, z wódką, śpiewankami i wcale bez ptaków. To samo zresztą z wilią, którą miałyśmy w czwórkę. Mimo ściśniętego serca nikt nie płakał, bo
w ogóle powiedzieliśmy sobie, że ten wyjdzie stąd, kto się nie będzie poddawał. Bardzo Kochanie dziękujemy za opłatek – tym symbolem podzieliliśmy się wszyscy, bliscy i dalecy, i może nigdy nie czuliśmy się wszyscy tak jedną wielką rodziną, jak tych Świąt.

Napisz, bardzo Cię proszę, tak strasznie się zawsze cieszę listem od Ciebie! Mocno bardzo całuję Cię i ściskam, Mamie ręce ucałuj, Siostrę pozdrów, a znajomych – co komu należy, uściśnij, ucałuj itp. A.
Co tam robi Wacuś mój „ulubiony”? Fajno tam nakręcił z moimi rzeczami, ale Bóg z nim, innym ludziom jeszcze więcej niż mnie przepadło. Czy jeździsz na deskach? My jeździłyśmy tylko na robocie, ale na takich dziadowskich nartach w ogóle się odechciewa tego sportu! Czy jest w szkole ślizgawka w tym roku? [...]

 

Nie są nam znane dalsze losy Anny Obfidowicz. Zdaje się, że po wojnie nie wróciła do kraju. Kto wie? Więcej o Kazachstanie – patrz omówienia książek A. Bober i E. Cieńskiej-Fedorowicz w tym numerze.


Tekst listu przygotowała do druku p. Lidia Tokarzowa, za co bardzo dziękujemy. Pisownię uwspółcześniono.