Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Ludwik Grzymała Jabłonowski, BARYKADY I ARMATY (2)

   Komenda austriacka, ujrzawszy na placu św. Jura zgromadzonych do 4000 bagnetów, ułożyła przyszły sposób działania, najpraktyczniejszy. Niedługo po wystąpieniu przed Dwernickim, gen. Bordolo1, przyszedłszy do nas na naszą strażnicę po paru haustach „Lebens-Geistu”2, jak gorzałkę nazywał, może i z rozmysłu chcąc mi dać przestrogę, powiedział mi: „Bądźcie pewni, że gdybyście kiedy chcieli zrobić lub zezwolili na jakie szaleństwo, my z wami bić się nie będziemy, ale rozstrzelamy was i miasto, jednego żołnier za nie straciwszy”. Dziś wiedziałem, że to zwierzenie marną pogróżką nie było.
   Gdy tak stojąc nieopodal katedralnej barykady, biję się z myślami, szukając rady, na co żadnej nie było, słyszę, że obce dotąd na nas bijące baterie zamilkły, a wzdłuż Podwala i Wałów pluskające kartacze furkotać przestały. Zdziwiony spojrzę, a to od Krakowskiego prosto w linię strzałów od Hofmana3 pędzi galopem szybkowóz. Pocztylion trąbi w niebogłosy, a stojący na koźle konduktor czarno-żółtą wywija szmatą, wołając na cale gardło: Ist bombardiert!4 – na co wojska odpowiadają szalonym: „hurra! – teperka na lachiw!”. Korzystając z tak opatrznościowej od dział zasłony, dopadłem do szwadronu, odprowadziłem go do koszar, a gdy już biała chorągiew na ratuszu powiewała, konie do stajni wziąć kazałem. Tak smutny był koniec moich ideałów, ale w 40 koni, ani jednej ani drugiej stronie praw narzucić nie mogłem. Moje hułany żyły w zgodzie z piechotą, której koszary dopierały do Sykstuskiej do naszych, posłałem więc do majora, teraz na czele dwóch kompanii stojącego na ulicy, z zapytaniem, czy nas przepuści do miasta; zwlekać co nie było, gdyż w tej chwili kolumna piechoty stanęła na Szerokiej ulicy, a tuż za Panną Marią5 dywizjon huzarów plutonową kolumną zamykał Nowy Świat. Major odpowiedział: Nur schnell, denn wer kann wissen was kommt?6. Chodziło mi najmocniej, by nie być zmuszonym do złożenia broni, a chciałem także uratować około 40 wychodźców, czekających na konie w moim szwadronie, więc popod piechotę przeprowadziłem ich do angielskiego hotelu7. Tam także dziwnie się działo, co żyło wyniosło się na korytarze, bo frontowe okna gęsto dostawały strzały. Grenadierzy z okien gubernialnego budynku8 paliły na oślep, skoro w pokojach hotelu ruch dostrzegli. Krasnopolskiego, żyda z Brodów, który przybył na ślub, kula położyła trupem. Do pokoju znanej mi pani pięć kul wpadło, a jedna z nich odstrzeliła jej lok przy samej skroni. I na korytarzach świstały czasem kule, wpadając przez drzwi od pokojów, tak że o pewne miejsce niemające ani okna, ani drzwi na ulicę9 ubijano się namiętnie, i to nie tylko kobiety, które więcej opatrywaniem rannych niż sobą były zajęte. Uspokojony o moich ludzi około piątej wieczorem wróciłem do domu Podwalem. Kule jeszcze po nim przelatywały, czasami to od kamieni, to od bruku rykoszetując w dziwnych skokach, chociaż biała chorągiew od dawna kołysała się na wieży.

 

   Skończywszy sprawozdanie z tego, co się koło mnie działo, spojrzeć pora na akademię10 i sztab gwardii. W akademii od pierwszych strzałów wszczął się zamęt niesłychany, co było prawdziwych akademików, stało po barykadach, kilku legło, kilku było ciężko rannych, emisariusze przybyli z zagranicy, to jest gwardia Domagalskiego, po korytarzach i bezpieczniejszych zakątkach biwakując, już cieńszym głosem śpiewali: „Wszak mamy Heltmana”. Wódz zamateracowany na strażnicy z Biedkowskim układali plany, Podolecki, stojąc w oknie strychu Wilczka kamienicy, obserwował działanie wojska i chustką na lasce dawał znak, gdy się zbliżało.
   Wszystko szło jako tako, ale gdy granaty i race gęściej pękać zaczęły, a dachami płomyki zabłysły, akademicy rzucili karabiny, pozdzierali z siebie oznaki gwardii i rozlali się po sąsiednich kamienicach, tłocząc się na schody i dziedzińce. Schronienia te były całkiem bezpieczne, gdyż ani nowy teatr11, ani narożna policja nie były przeznaczone na spalenie. Na barykadach jeszcze na czas jakiś została garstka naszych akademików. Jak odbył się odwrót centrałów, nie wiem, dość, że wszyscy wyszli w najlepszym zdrowiu i humorze; o jednym wiem tylko, że go Adam Cybulski, adwokat, wyciągnął za nogi z pieca cukiernika Pola; cóż dziwnego? wszakże i Marat, i Maksymilianek, gdy borba dziać się miała, w chłodnych piwnicach zamieszkiwać lubieli.
   By zakończyć obraz, opowiem, co wiem z opowiadań Wybranowskiego, Kabata, Bilińskiego i stu moich znajomych. Po zawartej za pośrednictwem Al. Kabata i Rukstala między Wybranowskim i Hammersteinem konwencji, w ten moment gwardie rozpuszczono. Było to wielkim błędem. Kilka tysięcy, jak myśleć można było, nie kauczukowych bagnetów, stojących na placach zbornych miało swoje znaczenie, istotnie, jeżeli do rozstrzelania miasta Hammerstein miał aż nadto artylerii, mniej miał sił do brania go szturmem. Trzy bataliony wiedeńskiego pułku Deutschmeistrów12 stanowiły siłę, na którą mógł liczyć, kilkanaście rusińskich byłoby na sam widok takiej na bagnety idącej kompanii, uszło z pola. Gdy gwardie się rozeszły, wojska zostały na stanowiskach. Wybranowski, ufając konwencji, poszedł do gubernatora Zaleskiego13 na kawę; starzy panowie spokojnie odpoczywali po bezsennej nocy, lubując sobie w sandwichach, które poczciwa p. Zaleska, rada, że już bieda minęła, po mistrzowsku sporządzała, gdy przy drugiej filiżance zauważyli, że bateria stojąca pod oknami nie myśli zaprzodkowywać. Więc Wybranowski wysłał do gen. komendy Kabata, by zapytał o przyczynę tej zwłoki. Kabat, minąwszy ogniową strażnicę, dojrzał Hammersteina, objeżdżającego na czele sztabu piechotę i baterie. Meine Kinder, nur nicht schiessen, wenn sie nicht angreifen14, powtarzał ciągle, za nim zaś jadący Bordolo i Rukstal kiwali rękami, uśmiechając się do dowódców.
    Gdy ukończywszy przegląd Hammerstein wrócił do siebie, zameldował się Kabat, lecz zanim zdołał odkrząknąć po swojemu, by z oficjalną powagą a wrodzoną sobie precyzją zacząć przemowę o wycofanie wojska, wpadł Rukstal, od drzwi pośpiesznie meldując: Excellenz! die Akademie rückt vor und feuert15. Na takie dictum Kabatowi język zakotłował, ekscelencja z przyzwoitą godnością wychyliła szklanicę Feslauera, otarła usta, oparła się rękami o kolana i po długim namyśle mruknęła: Wenn so, schiesst in Gottes Namen!16 (zaślepieniec nie przeczuwał, że pierwszą ofiarą płochego rozkazu będzie własna jego ulubiona kucharka, która z koszykiem na targowicę koło Bernardynów od pierwszych wystrzałów padła, przez co obiad mocno spóźniony, a ekscelencja bezlitośnie wyłajanym został).
   Kabat usłyszawszy te słowa, jednym galopem wrócił do gubernium do Zaleskiego, lecz zanim zdołał odkrząknąć, Rukstal, duch jego prześladowczy, otworzył drzwi, ściągnął ręką po żołniersku, oświadczając Zaleskiemu: Seine Excellenz Gen. der Kavallerie komandierender in Galizien Baron Hammersfein, lasst Euer Excellenz melden, dass er laut hochsten Befehls, bis zur ganzlichen Herstellung der Ordnung die und Zivil-Macht in seine Hande ubernimmt17. Co rzekłszy, salutował i wyszedł. Zaleski pobladł i zemdlał, ocucił go ryk dział, które na rozkaz wychodzącego Ruckstala spod okien Namiestnictwa już grzmieć zaczęły.

Pałac Gubernatorski we Lwowie. W głębi widać kościół Karmelitów, jeszcze bez wież (gwasz J. Hallera, XIX w.)

   Na rynku był prawdziwy sądny dzień. Artyleria miała od dawna ściśle obliczoną odległość, więc każda raca ognistym wężem padała w ratusz, a granaty, półnabojami pod ostrym kątem ciskane, z przecudną dokładnością spuszczały się nie pękając aż na bruku. Przed strażnicą gwardii stała wszystkiego szczupła 4-ta kompania J. Zawadzkiego, ale gdy dużo gwardiaków, już poprzednio przez wojska do domów dostać się nie mogło, kilkuset błąkało się po ratuszu, to gasząc ogień, to ratując w płomieniach stojącą tabulę miejską. Włóczyło się także kilkudziesięciu ludowców, nie mogących się pomieścić po szynkach i tylnych zaułkach przepełnionych niedawno tak wrzaskliwym motłochem. Miał to być widok przerażający, gdy gwardiacy uwijających się po drugim piętrze – a pierwsze już stało w ogniu – po zewnętrznych gzymsach gimnastykowali, by się dostać na wolne jeszcze korytarze. Już ratusz był jednym kłębem dymu, wszystkimi oknami buchały ogniste kłęby iskier i dymów, akta i referaty latały, niby ogniste smoki unoszone wichrem – wiele z nich uratował z bohaterskim poświęceniem dyrektor miejskiej tabuli Leon Świeprawski – gdy Aleksander Cetner dostał się na szczyt wieży i białą wywiesił chorągiew. Jednakże to nie zostało uwzględnione.

Pożar Lwowa 2 listopada 1848 r. (wg O. Czerner, Lwów na dawnej rycinie i planie)
   O 5 po południu stojąc w oknie u siebie, widziałem deputację pod białą chorągwią idącą do Hammersteina. Ks. Karol Jabłonowski szedł na czele, a za zbliżaniem się tego wszystkim oficerom dobrze znanego a odznaczającego się oblicza milkły strzały i wojska rozstępowały się spokojnie. Ta deputacja dopiero przerwała bombardowanie, jednak godzin jeszcze parę czasami race waliły w płomienie na zagładę przeznaczonych budynków, jako to ratusza, akademii, starego teatru, realnych szkół, techniki, biblioteki, dopiero nawalny deszcz, który koło ósmej lunął, ograniczył pożar. Gdyby nie zlewa, prawdopodobnie całe śródmieście byłoby stanęło w płomieniach. Na bliskich mego okna wałach, naliczyłem sześciu poległych grenadierów, gdy ich brano na nosze. – Kto ich położył? – może być własne granaty, gdyż o ile wiem, tylko z okien Ormiańskiej ulicy, na Dominikańskim placu kilku artylerzystów ubito. Z samego początku bombardowania widziałem z jezuickiej dzwonnicy głową na dół wiszącego oficera, tego jeden z moich pieszych bawełną z okna wiedeńskiej kawiarni spuścił, w ogóle około 30 żołnierzy położyło się na bruku. Widziałem dokładnie pożar miasta, a niezwykłą przepowiednią był w oczach moich ratusz, którego wieża już drugi raz w przytomności mojej konała. Szczyt jej o kilkadziesiąt sążni nade mną wzniesiony, był dla mnie dotąd nieodgadniętą optyczną zagadką, o tyle wyższy zdawał się być pode mną, tak żem z góry patrzał w palące się wnętrze jak w płomienisty kocioł. Z ognistej paszczy sterczał żelazny pręt, unoszący dwugłowę18, zwolna żarły go pożary, topniał, a dwugłowa to w tą, to w ową kołysząca się stronę, w końcu skręciła się sama w sobie i łbami na dół zanurzyła w piekło. Ze zmierzchem, gdy ogień ustał, popod moje okna przesuwała się szeroką ulicą gremialnie centralizacja, idąca do Heltmana mieszkającego obok w wąskiej uliczce. Januszewicz, Heltman, Podolecki, Jakubowski, Sokulski, Malinowski, Domagalski, w rozkosznych humorach, śmiejąc się i dowcipkując, zbierali po bruku walające się kartacze i czerepy granatów.  Nazajutrz byli wszyscy u mnie, krokodylimi łzami opłakuiąc niszczenie miasta i upadek gwardii. W dni kilka potem pożegnałem tych moich przyjaciół, gdy wyjeżdżali szybko za granicę, bo już reakcja dobierała się do nich. Najpoczciwszy z nich Pius Groza, który mieszkał u mnie, zapóźniwszy się, został ujęty przez Moskali, a poznany jako dezerter z pułku moskiewskiego, zginął pod praszczętami19.
   Podczas bombardowania padło 180 ofiar, rannych byto wiele, opatrywano na razie w kościele Bernardynów i w teatrze. Wojsko popełniało oburzające swawole: w oknach gmachu gubernialnego widno było eleganckie kobiety stojące pomiędzy grenadierami i palcami wskazujące, gdzie strzelać mają. Były to żony urzędników Rusinów, pohulać rade. Mostem ku angielskiemu hotelowi szedł katedralny dziad, strzał położył go trupem, nadchodząca żebraczka, chcąc go podźwignąć w piersi dostała kulę. Wszystkim znana kawiarka Malwina Łysakowska, zatrzymawszy się chwilkę nad nimi, śmiertelnie postrzelona ułożyła się przy nich. I Deutschmeistry nie chcieli zostać w tyle. Na Krakowskiem gęsto leżało trupa; jedenastoletnie dziewczątko biegło z lekarstwem: Um ein Pakel Tabak schies ich sie nieder, zawołał zmierzając się podoficer od Deutschmeistrów. Schies zu20, bąknął pan porucznik, a biedne piersi przeszyła kula.
   Sto takich zbrodni popełniono bezkarnie, między nimi trafiały się i zabawne. W zajeździe Kuhnów stał łubieński mużyk z końmi, zebrała go ciekawość, co to się dzieje na mieście. Uchyliwszy ostrożnie furtkę, gdy ujrzał, że to nie żarty i zwracał się chcąc iść do sieni, dostał w tej chwili kulką, która przez parę tygodni usiąść mu nie pozwoliła. Do starego konsyliarza wpadło zapite żołdactwo; na próżno dufając w swą lojalność, chcąc przerwać rabunek wrzeszczał na całe gardło:
Dobri ludie, ja kaiserlich, ja kein Polak21.
Sam skazał szczo Polak,
i nuż w kolby, że o mało niemieckiej nie wyzionął pary. Tym wszystkim tak się rozbestwiło wojsko, że na drugi dzień jeszcze włóczyli się kupkami, strzelając do okien i wpadając do domów. W końcu na Krakowskiem formalny rozpoczęto rabunek, a nawołującego do porządku oficera pokłuto bagnetami. Wałami widno było grenadierów, uginających się pod łupami. Nazajutrz z południa ruszyły setki ładownych wozów. Policja z wojskiem szła od kamienicy do kamienicy i zabierała wszystko, co było lub być mogło bronią, nawet kuchenne noże nie w jednej brakły kuchni. Gdy nikt na to przygotowanym nie był, wyobrazić sobie łatwo, jakie masy przeróżnej broni zawaliły arsenał. W parę lat potem za okazem pozwolenia, iż się tyle sztuk broni posiadać może, prowadzono upominających się do składów, w których sterty broni leżały. Mało kto swojej odszukał, ja z 18 zabranych sztuk odebrałem 1 dubeltówkę i 1 pałasz, za to dozorca powiedział mi: Nehmen sie was ihnen gefallt22. Można sobie wyobrazić, ilu z takiego pozwolenia skorzystało, co tylko było lepszego, poszło w zagraniczny handel.
W arsenale widziałem troteę z naszych lanc z podpisem: Erobert im Kampfe mil der polnischen Garde23. – Zbytek honoru dla nas, bohaterski nasz zwycięzco!

   W parę tygodni po bombardowaniu najzjadliwszy batalion galicyjskich grenadierów, dostawszy rozkaz wymarszu na Węgry, wysłał 4 podoficerów i tyleż żołnierzy w deputacji do Hammersteina, że nie wyjdzie ze Lwowa, bo musi pilnować by „Polacy znowu gwardii nie zrobili”. – Hammerstein poszeptał z Rukstalem, deputacja przed frontem dostała po 80 ojcowskich napomnień, a batalion z placu egzekucji bez pakunku ruszył za rogatki, gdzie bez chleba i ognia, do tego w śnieżycę pod karabinem przestał noc całą. Ten batalion cały prawie wyginął na Węgrzech, ledwo kilkunastu wróciło. Przed wejściem na linię bojową porządek musiał być przywrócony; i oto dojeżdżając do Zimnej Wody, widziałem na polu stojący batalion, przed którego frontem siedmiu żołnierzy biegało przez rózgi.
   Trzeciego dnia po bombardowaniu zwołano jakieś zgromadzenie miejskich znakomitości do Angielskiego hotelu, by utworzyć komitet bezpieczeństwa; idąc do moich ludzi naszedłem na te narady, które się odbywały na schodach i korytarzach. Kilku z mieszczan z byłej rady narodowej naradzało się na uboczu; ta namiętność radzenia poruszyła żółć we mnie, więc przystąpiłem mówiąc: Ojcowie ojczyzny radzą pewnie, jakby to można miasto drugi raz zbombardować. Na to lakiernik Kasper Boczkowski, wielki między nimi matador, odpowiada: Tać to panowie sami winni, wiedzieliście, że my osły, było krzyknąć: a do pędzla, do pocięgla, a nie do rady.
   W parę dni po bombardowaniu Wybranowski od nas zażądał szczegółowych raportów; gdyby je można mieć, dałyby najlepszy obraz tego zdarzenia. Sąd kryminalny także nas dowódców gwardii indagował. Ale to była czysta komedia i nic więcej.
   Tak zakończyła się wiosna narodów we Lwowie.

PRZYPISY
1 Generał austriacki (bliższych informacji nie znaleźliśmy).
2 niem. Duch życia
3 Na pl. Mariackim była kamienica Hofmana.
4 niem. Bombardują!
5 Ulica Szeroka – późniejsza Kopernika; Nowy Świat – póżniejsza Leona Sapiehy. Panna Maria – niejasne: przy ul. Kopernika był kościół Dominikanek (zamieniony na cerkiew, zburzony w czasie II wojny) oraz b. kościół Trynitarzy, zakupiony przez Ossolińskiego na bibliotekę, ale żaden nie miał wezwania Panny Marii. Może chodzi o kościół św. Marii Magdaleny?
6 niem. Tylko szybko, bo kto wie, co będzie?
7 Hotel Angielski stał na rogu ówczesnych ulic Karola Ludwika (potem Legionów) i Jezuickiej (potem Jagiellońska). Po zburzeniu hotelu wybudowano tu gmach Galicyjskiej Kasy Oszczędności (dziś mieści się w nim ukraińskie muzeum etnograficzne).
8 Urząd gubernialny znajdował się przy tzw. Wałach Gubernatorskich, na późniejszej ul. Czanieckiego, na odcinku między ul. Karmelicką a Łyczakowską. W okresie autonomicznym (od lat 1860.) nie było już gubernatora i urzędu gubernialnego, lecz namiestnik i Namiestnictwo. Na przełomie XIX/XX w. został wzniesiony obok – na samym rogu ul. Karmelickiej – nowy, wielki gmach Namiestnictwa (w latach międzywojennych Urząd Wojewódzki). Wszystkie budynki dziś istnieją.
9 Chodzi zapewne o ustęp.
10 Akademia (uniwersytet) – po usunięciu przez Austriaków z gmachów pojezuickich – mieściła się do 1848 r. w dawnym klasztorze Trynitarzy (między ul. Teatralną a Krakowską).
11 Nowy teatr: Teatr Skarbkowski, otwarty sześć lat wcześniej (1842).
12 Wyborowa formacja austriacka.
13 Wacław Zaleski (1799–1849), w 1848 r. gubernator Galicji; poeta, badacz folkloru, wydawca.
14 niem. Moje dzieci, nie strzelajcie, jeśli oni nie atakują.
15 niem. Akademia rusza i daje ognia.
16 niem. Jeśli tak, strzelajcie, z Bogiem!
17 niem. Ekscelencjo, Generał dowodzący Kawalerią w Galicji, baron Hammerstein, polecił zameldować Waszej Ekscelencji, że zgodnie z Najwyższym [tzn. cesarskim] rozkazem przejmuje w swoje ręce władzę cywilną aż do całkowitego przywrócenia porządku.
18 Chodzi prawdopodobnie o dwugłowego orła, herbu cesarstwa austriackiego.
19 Tego słowa nie znaleźliśmy w żadnym słowniku starej polszczyzny.
20 niem. Za paczkę tytoniu bym ją zastrzelił... No to strzelaj.
21 ukr.-niem. Dobrzy ludzie, ja cesarski, ja żaden Polak.
22 niem. Niech pan bierze, co się panu podoba.
23 niem. Zdobyte w walce z polską strażą (gwardią).

 

LUDWIK JABŁONOWSKI h. Grzymała (1810–1887), ur. w Warszawie, zm. we Lwowie. Właściciel majątków Lubień Wielki i Kiernica pod Lwowem, a po ich sprzedaniu w 1850, zakupił Nastasów w Tarnopolskiem. Powstaniec, spiskowiec, pamiętnikarz. Brał udział w powstaniu styczniowym (1831), po powrocie do Galicji – aktywny w życiu społecznym, narodowym i gospodarczym. W wydarzeniach 1848 r. należał do Rady Narodowej, ale w walkach nie wziął udziału. Na starość pisał utwory poetyckie i pamiętnik pt. Złote czasy i wywczasy.