Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

ODPOWIEDŹ NA RECENZJĘ KSIĄŻKI pt. ARCHIDIECEZJA LWOWSKA OBRZĄDKU ŁACIŃSKIEGO OPOWIEŚĆ ILUSTROWANA

   Na łamach czasopisma „Cracovia–Leopolis” 4 (2005) ukazała się dość obraźliwa recenzja na temat powstałej we Lwowie książki, opisującej rzymskokatolickie kościoły wojewódzwa lwowskiego. Powyższą recenzję można by było zbagatelizować, choćby z tej przyczyny, że nikt nie odważył podpisać się jako autor niniejszej nibyrecenzji. Jednak wydaje się potrzebne przedstawienie choćby niektórych aspektów, dlaczego ukazała się niniejsza książka i jakie jest jej główne przesłanie, a także miejsce i rola Kościoła na Ukrainie.
   Na samym początku należy stwierdzić, że Kościół rzymskokatolicki nie jest kościołem narodowym i nie utożsamia się z żadną społecznością ani ugrupowaniem politycznym, czego oczekuje najprawdopodobniej redakcja czasopisma „Cracovia–Leopolis”. Cytując samych autorów opracowania Kościół rzeczywiście jest na tych ziemiach instytucją „autochtoniczną”, wobec tego nie można porównywać do lokalnych parafii polskojęzycznych w Anglii, Ameryce, Francji, czy też w innych państwach. Metropolia Lwowska na tych ziemiach powstała już w 1375 roku. Warto jednak przypomnieć drogiej redakcji, że do 1946 roku, kiedy to uległy zniszczeniu niemal wszystkie struktury kościelne na tych ziemiach, językiem kościelnym była jedynie i tylko łacina. Na tym tle wobec tego nie było żadnych problemów.
   Jednak i wtedy Kościół nie był jedynie dla Polaków. W samym tylko Lwowie już od XIV wieku kazania w kościołach były głoszone w różnych językach, z czego przeważającym językiem był niemiecki. W okresie II Rzeczypospolitej do Kościoła łacińskiego należeli zarówno Polacy, jak i Ukraińcy, Rosjanie, Niemcy, a nawet i Grecy.
   W dzisiejszych czasach sytuacja na tych ziemiach diametralnie się zmieniła. Choć w większości kościołów nadal jest sprawowana msza św. po polsku, to istnieją już takie parafie, gdzie nikt już nie rozumie języka polskiego. Dla przykładu może służyć parafia w Kulikowie. Czy wobec tego lepiej jest sprawić, żeby ta cenna XIV-wieczna świątynia zamieniła się w gruzy z braku mieszkających tam Polaków? Ponadto, jak poucza nas Sobór Watykański II, Kościół ma przepowiadać Ewangelię w języku zrozumiałym dla każdego człowieka. Z tej przyczyny w niektórych kościołach są msze św. dwujęzyczne lub też sprawowane msze św. na przemian.
   Kościół nie jest i nie będzie szkołą języka polskiego, lecz „szkołą zbawienia człowieka”. Problem ratowania polskości winien leżeć na sumieniu przede wszystkim kompetentnym organizacjom na Ukrainie, jak i w Polsce. Nie wolno pozostawać jedynie w pozycji krytykanctwa i krzykactwa. Drodzy redaktorzy, może lepiej pójść za konkretnymi czynami.
   Z kolei widzimy nieco inną rzeczywistość. Od wielu lat istnieje w Polsce taki projekt, aby na wyższe studia zapraszać młodzież do Polski. Jednak dla wielu dziś młodych ludzi taki wyjazd jest przysłowiową „furtką” ucieczki z tego kraju, gdzie się urodzili. To pytam, do kogo już za kilka lat kapłani będą przemawiali po polsku? Czy raczej sama Polska nie przyczynia się do tego, że już niebawem zniknie całkowicie język polski z tych ziem? Czy nie lepiej może byłoby wspomagać i faworyzować tę młodzież polską, która pragnie pozostać na tych ziemiach, tu studiować i tu w przyszłości budować polskość.
   Pozwolę sobie na jeszcze jeden wątek. Polacy mieszkający we Lwowie już od kilku lat starają się o powstanie samodzielnego polskiego radia. Dziś język polski w radiu jest słyszany jedynie w soboty przez 3 godziny, podobno z braku odpowiednich funduszy. Jednak znalazły się datki na stworzenie niby to polsko-ukraińskiego radia MAN, finasowanego w większości przez Polskę, gdzie w ciągu 24 godzin słyszanych jest 2 lub 3 pieśni w języku polskim, a cały czas w eterze jest nadawana muzyka, przerywana krótkimi wiadomościami w języku ukraińskim. To dlaczego droga redakcja nie widzi takiego problemu, który zakradł się we własnym „ogródku”?
   Zatem nie Kościół jest przyczyną powolnego zanikania języka polskiego w tutejszych rodzinach i nie ma on za cel całkowitej ukrainizacji Polaków. W każdym kościele, gdzie są Polacy, jest sprawowana liturgia w języku polskim i nikt nie poniża ani nie zaprzecza wytrwaniu tutejszych wiernych w wierze. Jeśli chodzi o wydanie ukraińskojęzyczne, to jest ono przeznaczone dla łacinników tych ziem z różnych województw, aby każdy mógł w zrozumiałym dla siebie języku dowiedzieć się o historii swojej parafii, gdyż na terenie Polski jest znacznie więcej wydawnictw, które wyświetlają bardziej lub mniej prawdziwą historię tych ziem i Kościoła.
   Zamiarem autorów było wydanie tego tomu również w języku polskim, ale z braku funduszu wyszła tylko wersja ukraińska. Wiele instytucji w Polsce nie odpowiedziało na prośbę autorów o sfinansowanie druku tego tomu po polsku. Autorzy gratisowo opracowali tę pozycję. Może tak trochę popytać i pomyśleć na przyszłość, a potem wydawać oceny. 

Ks. Marian Skowyra
Wykładowca Historii Kościoła

ODPOWIEDŹ NA LIST ZE LWOWA


   Przewielebny i drogi Księże, wypada nam odpowiedzieć na opublikowany obok list. Na wstępie: nie jest prawdą, że nikt nie odważył podpisać się jako autor niniejszej niby recenzji. Na tej samej stronie w dolnym rogu widnieją dwa nazwiska (dla całego działu Nowe Książki), a skoro notatka nie jest sygnowana DTS, to znaczy, że autorką jest Elżbieta Mokrzyska. Druga narzucająca się replika odnosi się do słów Autora, iż ukazała się dość obraźliwa recenzja. Czcigodny Księże, to chyba nieporozumienie. Czy napisanie  s w o i c h  uwag zasługuje na określenie obraźliwe? Dla pełnej jasności – bo może Czytelnicy nie pamiętają treści numeru sprzed roku – przytaczamy tamtą notkę. Szkoda, że – żądając od nas przedruku listu Księdza (co oczywiście czynimy) – nie postąpiono analogicznie w internecie z naszą notką z CL 4/05. Liczymy więc na naprawienie tego zaniedbania, aby sprawa była fair.

   I jeszcze parę uwag o charakterze merytorycznym.

  1. Nie bardzo rozumiemy sensu pierwszego akapitu listu Księdza. W całym polskim i światowym Kościele rzymskokatolickim do II Soboru Watykańskiego obowiązywała łacina, a więc i w Kościele lwowskim. Jest prawdą, że po II wojnie uległy zniszczeniu niemal wszystkie struktury kościelne na tych ziemiach, ale przez cały czas – do dziś – pozostali wierni, Lud Boży, który odbudowę owych struktur swoim istnieniem i godną postawą uzasadnił i umożliwił. Bez struktur Kościół mógł przeżyć, ale bez polskiego Ludu nie byłoby to możliwe. Nie lekceważmy go przeto i dobrze o tym pamiętajmy. Przypomnieć wypada, że lwowska Katedra jednak działała w czasie sowieckiej okupacji, pewna więc ciągłość została zachowana*. Stary Fredro pisał: znaj proporcją, mocium panie.
  2. W samym tylko Lwowie już od XIV wieku kazania w kościołach były głoszone w różnych językach, z czego przeważającym był niemiecki – pisze Ksiądz. Uściślijmy: poza polskim i niemieckim nie było innych, bo po łacinie kazań raczej nie wygłaszano (nie mówimy oczywiście o ormiańskim i ruskim, bo to były inne Kościoły). A co do niemieckiego: taki był niestety los wszystkich (większych) polskich miast, ponieważ w wiekach średnich nasze mieszczaństwo było w większości pochodzenia niemieckiego, a Polacy parali się głównie pługiem i mieczem. I ono głównie budowało i wyposażało świątynie katolickie (dla siebie, taka jest niestety prawda). Także np. w Krakowie, pod królewskim zamkiem, Wawelem.
   Warto przypomnieć, że król polski Władysław Łokietek musiał uchodzić przed mieszczaństwem niemieckim ze swojej stolicy – Krakowa (tzw. bunt wójta Alberta na przełomie XIII/XIV w. – znamy to z podręczników szkolnych). Kazania w krakowskim kościele Mariackim do XIX w. były wygłaszane po niemiecku. We Lwowie nie było inaczej, a nawet trochę lepiej, bo tam w średniowieczu napływali nie tylko Niemcy, także np. Włosi, Węgrzy i inni katolicy (nie mówiąc o Ormianach lub prawosławnych Rusinach czy Wołochach). Tak było więc w całej Polsce i nie ograniczajmy problemu do samego Lwowa.
   Nie jest ścisłe stwierdzenie, że w okresie II Rzeczypospolitej do kościoła łacińskiego należeli zarówno Polacy, jak i Ukraińcy, Rosjanie, Niemcy, a nawet Grecy. Można jeszcze dodać Węgrów, Czechów, Wołochów czy Francuzów, ale to byli Polacy, potomkowie dawno osiadłych imigrantów**.
   Podobnie więc było z ludźmi o nazwiskach niemieckich***, ruskich i wielu innych. Mogły być oczywiście jednostki, które w dwudziestoleciu z takich czy innych powodów (nieraz całkiem prozaicznych) odsunęły się lub odeszły ze wspólnot unickich, prawosławnych czy protestanckich, posiadających we Lwowie (i innych miastach) własne świątynie. Jednak z tą wielonarodowością w kościołach tamtego czasu nie przesadzajmy.

  3. Nie podzielamy poglądu, że istnieją już takie parafie, gdzie nikt już nie rozumie języka polskiego. Pewnie się gdzieś zdarzają, ale na pewno nie
w miastach. Wielokrotnie słyszymy skargi Polaków z prowincji na eliminowanie polskiego z kościołów. Nawet jeśli nie używają go w życiu codziennym, modlą się i chętnie słuchają mszy św. po polsku. W imię czego ich tego pozbawiać? Język ukraiński należy niewątpliwie wprowadzać do kościołów, ale nie wolno zarazem wyrzucać języka polskiego. W każdym kościele msza w języku polskim powinna być odprawiana na równi z ukraińską, a przynajmniej jedna dziennie. Nie wylewajmy dziecka z kąpielą.
   Warto też zwrócić uwagę – nie po raz pierwszy – że wierni całkowicie zdepolonizowani i wiążący się (co naturalne) z rodzinami ukraińskimi będą sukcesywnie – pod ich kulturowym naciskiem – przechodzić na obrządki wschodnie. Nie wolno więc dla dobra naszego Kościoła – odrywać Polaków czy pół-Polaków od polskości. Proszę więc nie głosić teorii, iż Kościół rzymskokatolicki nie jest kościołem narodowym, bo przecież wcale nie o to chodzi. Nie spłycajmy zagadnienia i nie mówmy o krytykanctwie i krzykactwie.

  4. Pisze Ksiądz o ucieczce młodzieży polskiej i stawia pytanie: czy raczej sama Polska nie przyczynia się do tego, że już niebawem zniknie całkowicie język polski z tych ziem?
   Otóż odpowiedzmy sobie, dlaczego młodzież polska po studiach w RP nie chce wracać – słowem: ucieka. Jest tego kilka przyczyn: z pewnością warunki materialne (choć dziś i po tej stronie nie jest różowo z otrzymaniem pracy), ale także swojskość otoczenia i obrona przed depolonizacją. Ta ostatnia wynika zarówno z obecnych warunków geopolitycznych, jak i – no właśnie! – działań depolonizacyjnych, tych celowych i tych „przy okazji”. Sapienti sat.
   A co do koncepcji zapraszania młodzieży na studia do RP, idea ta wydawała się kiedyś sensowna, niestety pod pewnymi względami nie spełniła się, ale żeby o to oskarżać? Istnieje oczywiście pomysł, by raczej wspomagać studentów-Polaków po tamtej stronie, jednak nie mamy bliższej wiedzy, czy to działa. Zasięgniemy informacji i napiszemy. Problem na pewno jest.
  5. W sprawie tzw. polsko-ukraińskiego radia ma Ksiądz absolutną rację. Poruszaliśmy ten problem, gdy ono powstawało. Nie wykluczamy, że wchodziła w grę całkiem świadoma działalność destrukcyjna. Temat będziemy się starali nagłośnić.
  6. Na koniec dopiero wraca Ksiądz do sprawy zasadniczej – naszych uwag (obraźliwych?) na temat wydawnictwa o kościołach. Dowiadujemy się, że zamiarem autorów było wydanie tomiku również w języku polskim. Dlaczego od niego nie zaczęto? Skąd taka nadgorliwość? Dalsze przykłady aż się cisną. Co powiedzieć, gdy na polskiej uroczystości narodowej w Katedrze lwowskiej zaleca się odczytanie modlitwy wiernych nie po polsku, a „niepokornych” się beszta? Co powiedzieć o drukach stosowanych w Katedrze – pokazaliśmy ich zdjęcia w poprzednim numerze CL na III stronie okładki. Dzieje się to akurat w świątyni, gdzie niezaprzeczalnie bywa ogromna większość Polaków, miejscowych i przyjezdnych, a nie w jakiejś wiosce na prowincji. Czy podobne druki nie powinny być przynajmniej dwujęzyczne? Czy „odpowiedzialne czynniki” nie widzą tu poniżenia polskiej społeczności, która tak wiele dała z siebie przez minione pół wieku, by s w ó j (a nawet nie tylko swój!) Kościół ratować? O co tu właściwie chodzi? Są różne przypuszczenia we Lwowie i nie tylko, ale nie tu miejsce, by o nich mówić.
   Proszę wybaczyć powyższe (też obraźliwe?) słowa. Ze swej strony myślę, że najbardziej słusznym zdaniem zawartym w liście Księdza jest zdanie ostatnie.
   Osoba Księdza – znając Jego pracę redakcyjną, opracowania i artykuły (które nieraz w CL omawialiśmy) – jest nam bliska. Pozostaje więc życzyć dalszej, niezależnej działalności. Szczęść Boże!
Andrzej Chlipalski

*   Byłem we Lwowie w 1968 r. i widziałem w Katedrze sporo Rusinów w czasie mszy św. (poznać ich było po sposobie żegnania się). Po polsku dobrze rozumieli. Po przełomie wrócili do swoich cerkwi.
** Moje osobiste wyznanie: jeden z moich pradziadków był Czechem, który uszedł do „Galicji” z Pragi przed represjami po Wiośnie Ludów; inna prababka miała nazwisko węgierskie; byli też gente rutheni – natione poloni. Duży napływ ludzi z całej monarchii austro-węgierskiej nastąpił w wieku XIX, ale ich dzieci były już Polakami. Ksiądz zna na pewno nazwisko słynnego Polakożercy austriackiego we Lwowie, Reitzenheima, którego syn poszedł solidarnie wraz z polskimi kolegami do Powstania Listopadowego, a po jego upadku był wybitnym działaczem Wielkiej Emigracji, u boku ks. Czartoryskiego. Warto też przypomnieć, że w arcypolskim Krakowie do II wojny większość szyldów nad sklepami na Rynku nosiła nazwiska z ck monarchii, przykładowo: Wenzl, Hawełka (Havelka z Czech), Redolfi, Maurizio (ci z tzw. południowego Tyrolu), Fischer, Grosse. A średniowieczny Wierzynek – Wirsing?
 Tu przypomina się swoista argumentacja z nieco innej beczki (wiadomo czyja) – że wśród zamordowanych przez Niemców profesorów lwowskich (na Wulce, 1941) byli nie tylko Polacy, także np. Francuzi. Chodzi o ostatniego rektora UJK (zabitego wraz z trzema synami), ze znanej rodziny lwowskiej o francuskim nazwisku. Otóż rodzina ta przybyła do nas na przełomie XVII/XVIII wieku (uszli z Francji jako hugenoci) i w polskim Lwowie żyli przez dwa i pół wieku, do czasu ekspatriacji. Byli naturalnie całkowicie spolonizowani, walczyli w polskich powstaniach. Oczywiście żenili się z Polkami – jedną z nich była np. znana działaczka patriotyczna („klaudynka”) Wanda z Dybowskich.
 Pozwólmy sobie – dla rozrywki – na takie obliczenie: skoro na jedno stulecie przypadają średnio cztery pokolenia, to na 2,5 wieku wypadnie 10 pokoleń. Jeżeli pierwsza generacja miała 100 proc. krwi francuskiej, to druga już 50, trzecia 25, czwarta 12,5, piąta 6,25, szósta (upraszczając) 3,12, siódma 1,56, ósma 0,78, dziewiąta 0,39, a dzisiąta niecałe 0,2 procent (dwa promile – bez aluzji!).
*** Polacy z niemieckimi nazwiskami walczyli o Polskę we wszystkich wojnach i powstaniach (o czym wyżej), byli wybitnymi polskimi generałami I i II wojny (rok 1939: Kleeberg, Fieldorf, Mond, Rómmel – wszyscy z Ziem Wschodnich), ginęli w walkach AK z okupantami, w hitlerowskich i sowieckich więzieniach, w lagrach i łagrach.