Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Nowe książki, czasopisma

Nowe książki

Alicji Bober – (wyd. Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kolbuszowej, 2005). Pani Alicja przypisuje autorstwo książki wydarzeniom krótkiego w istocie okresu swego życia – 1940–44, ale to nie były zwykłe lata ludzkiego życia. Wspomnienia Alicji Bober dotyczą jednego, lecz jakże niejednolitego ciągu wydarzeń: wywózki w 1940 r. do Kazachstanu, a potem – po opuszczeniu – kilku lat spędzonych w Palestynie, gdzie napłynęła rzesza głównie młodych Polaków. Dziewczęta i chłopcy mogli się tam wreszcie pozbyć poczucia zniewolenia i nadrobić stracone lata nauki, tworząc zarazem podstawy polskich sił zbrojnych. Wydawcy książki przypominają wcześniejsze relacje z lat zniewolenia: J. Czapskiego, M. Wańkowicza, B. Obertyńskiej, ks. Z. Peszkowskiego, S. Lisickiego itd., a ostatnio doszła do nich opowieść Hanki Ordonówny, którą omawialiśmy w poprzednim numerze CL. To wszystko są wspaniałe dokumenty, jednak książka A. Bober zawiera coś więcej: wspomnianą wyżej opowieść o latach nauki i służby w Nazarecie, widzianej oczami jednej z tych dziewcząt. Dodajmy: przeżywanej osobiście do samego końca tamtego okresu historii własnej, a także historii części pokolenia Polaków, najbardziej poszkodowanego. Postawmy „kropkę nad i”: czy naprawdę chodzi tylko o historię Autorki i jej pokolenia? Wcale nie. Weźmy pod uwagę, że po latach ci młodzi ludzie, kiedy minęło najgorsze, stanęli – lepiej lub gorzej – na nogi. Założyli rodziny, znaleźli (przeważnie) zawody i pracę, doczekali się dzieci i wnuków. Jednak w istocie chodzi o dramat o wiele większy. Ogromna część tej młodzieży nie wróciła do kraju, a w każdym razie nie do swoich stron rodzinnych. Chłopcy i dziewczęta, którzy – gdyby nie wojna – dorośliby we własnym kraju, we własnych stronach, na rodzinnej ziemi. We Lwowie czy w innych miastach tworzyliby dalsze ogniwa rozwoju naszego społeczeństwa, nowe pokolenie wschodniomałopolskich (lub wileńskich, wołyńskich) Polaków. To, że stało się to niemożliwe, uznajmy za , bardziej okrutny niż cała suma indywidualnych losów. Przeczytajmy i zastanówmy się nad relacją Pani Alicji, która opisuje swoją podróż latem 1977 r. na rodzinne zaproszenie do USA (ss. 281–83). [...]




* Irena Wanda Bober, zam. Majchrzycka, starsza siostra autorki. Patrz Notatki w CL 3/06.
** Mianem Nazaretanek określano wszystkie dziewczęta, które po wyjściu z ZSRR znalazły się w Nazarecie (nie ma związku z zakonem ss. Nazaretanek)

ALICJA BOBER, zam. Michałowska, ur. 1922 we Lwowie. Przed wybuchem wojny uczennica Liceum Pedagogicznego. W lutym 1940 wywieziona z rodziną do Kazachstanu. W 1942 opuściła rodziców i wraz ze zwolnioną z łagru siostrą Wandą wstąpiła do armii Andersa w Uzbekistanie. Wraz z wojskiem dotarła do Palestyny, gdzie ukończyła Wojskową Szkołę Młodszych Ochotniczek. Po wojnie w W. Brytanii, przez dwa lata studiowała medycynę na Polskim Wydziale Lekarskim Uniwersytetu w Edynburgu. W 1947 wraz z mężem wróciła do Polski. Nie mogąc kontynuować medycyny, ukończyła filologię polską na UMCS w Lublinie. Przez lata mieszkała i pracowała w Kraśniku, obecnie na emeryturze w Gdańsku. Wydała tomiki poetyckie.

• Podobny los, który wyznaczył drogę autorce poprzednio omówionej książki – choć jej etapy nieco inaczej się układały – prowadził Ewę z Cieńskich Fedorowicz. Swoje losy, smutne w istocie, spisała w niedawno wydanej książce Wędrówki niezamierzone (Wydawnictwo LTW, Dziekanów Leśny 2005).
Ewa Cieńska pochodzi ze znanej wschodniomałopolskiej rodziny ziemiańskiej, związanej przede wszystkim z Oknem na Pokuciu i Pieniakami k. Brodów, ale sama wywodzi się z gałęzi osiadłej nad Dniestrem (Ossowce). Najbardziej jednak czuje się związana z Jezupolem Dzieduszyckich – autorka jest rodzoną siostrzenicą znanego nam Pana Wojciecha-Tunia i prawnuczką sławnego z dowcipu, hr. Wojciecha Dzieduszyckiego, XIX-wiecznego polityka i filozofa, profesora Uniwersytetu Lwowskiego, austriackiego ministra dla spraw Galicji. Urodzona w 1923 r., uczyła się u Sióstr w Jazłowcu i Niżniowie. W sierpniu ‘39 jej ojca powołano do wojska, znalazł się potem na Zachodzie. Matkę z trzema córkami wywieźli sowieci do Kazachstanu. Dla większości kobiet życie wyglądało tam tak
(s. 96):
Wszyscy zostali wysłani do mieszania kiziaku. Okropność! Do wielkiego dołu wrzucano na przemian świeży kiziak, czyli gnój „prosto od krowy”, dorzucano do tego słomę i wszystko, udeptując to na bosaka, mieszało się razem. A musiała ta papka być gładka, jednolita, prawie jak masło. Tak więc kobiety, stare i młode – niedawne lwowskie elegantki – młodzież, a nawet dzieci, wszyscy całymi godzinami, od rana do wieczora, chodzili w kółko po tym krowim łajnie. Kiedy było już dobrze wymieszane, ładowano je do drewnianych form i robiono cegły. Cegły zostawiało się potem na słońcu, by przeschły, a następnie układało w piramidy; zimą cały kołchoz wykorzystywał je jako opał. Była to katorżnicza praca, w palącym słońcu i niebywałym smrodzie. Ciężki kiziak przylepiał się do nóg, ledwo je można było wyciągnąć z tej mazi! Jeszcze dziś mam przed oczami panią Boekenheim, przemiłą, młodą i piękną kobietę, wyraźnie nieprzyzwyczajoną do jakiejkolwiek pracy fizycznej, która mozoli się z widłami pełnymi gnoju, a obok niej dwoje malutkich dzieci. Sprawiała wrażenie takiej bezradnej i przerażonej. Nie wiem, co się z nimi stało, nigdy ich potem nie spotkałam. Ciekawa jestem, czy przeżyli.
Po układzie Sikorski–Majski niewolnicy zostali formalnie zwolnieni. W międzyczasie niestety zmarła na tyfus jedna z sióstr, 17-letnia Ania. Sama Ewa też znalazła się w szpitalu.
Jedna z moich towarzyszek szpitalnych, Rosjanka, niezmiernie wzruszyła się na wiadomość, że jestem Polką: „Co to za cudowny kraj, ta Polska! Byłam tam podczas wojny, w Równem. Wyobraź sobie, jak mi się tam wspaniale powodziło, Miałam trzy garnki do dyspozycji, w każdym mogłam gotować osobno, w jednym zupę, w drugim kartoszki, w trzecim wodę na czaj. Ot, kultura!”. Inne Rosjanki nie mogły się tym opowiadaniom nadziwić i traktowały mnie z wielkim szacunkiem (s. 131).
Wyjazd z nieludzkiej ziemi nastąpił we wrześniu 1942 r. Zatrzymano ich w obozie dla uchodźców w Teheranie. Ale nim to nastąpiło:
Najważniejszym naszym problemem było wtedy odnalezienie Lili i Zosi. Gdzie one mogły się podziać? Pojechały w sierpniu przez Morze Kaspijskie do Pahlevi, nie wszystkie jednak transporty trafiły do Teheranu. W takim razie gdzie? Wiedziałyśmy, że niektóre sierocińce zostały już odesłane do Nowej Zelandii, Meksyku, Indii lub Afryki. Gdzie ich teraz szukać? Mama była zrozpaczona. Już nie chodziło o to, że gdzieś wyjechały, były przecież pod opieką, ale mówiono, że wiele dzieci zmarło w drodze lub potopiło się w otwartych kloakach. Podobno najwięcej zmarło na plażach w Pahlevi i tam zostały pochowane. Z własnego doświadczenia wiedziałam, że ewidencji prawie nie było i znikąd nie można było zasięgnąć informacji. Szukałyśmy więc po wszystkich czterech obozach. Byłyśmy w szpitalu hinduskim, gdzie leżało wielu Polaków i gdzie śmiertelność była podobno większa niż w Jungi-Julu. Wielu ludziom, którzy mieli silną wolę przetrwania i aż do wyjazdu z sowieckiego raju trzymali się jakoś, teraz nagle nie starczało sił do dalszej walki. Umierali często nie z powodu chorób i wycieńczenia, a z powodu nagłego dobrobytu. Po prostu organizm nie potrafił się w tak krótkim czasie przystosować do zwiększonej ilości jedzenia (s.147).
Potem był Bagdad i Palestyna – spotkanie z ojcem, nauka w polskiej szkole, wreszcie Nazaret i matura. W 1945 r. Ewa Cieńska dostała się na studia w Bejrucie (nauki polityczne).
Po zakończeniu wojny zlikwidowano Wojsko Polskie na Bliskim Wschodzie, a Polacy wyjeżdżali do Anglii. Autorka znalazła się tam z końcem 1947 r. W Londynie imała się różnych zawodów, a w 1951 r. wyszła za mąż za Jana Fedorowicza, z zawodu rolnika, ziemianina z Tarnopolskiego, który także przeszedł przez sowiecką gehennę – został aresztowany już 17 września ‘39 w rodzinym majątku, potem był Starobielsk, wreszcie Teheran, Szkocja i front z dywizją gen. Maczka.
Jan Fedorowicz był bratem dwóch wybitnych kapłanów: księży Aleksandra i Tadeusza, z których pierwszy po II wojnie uczynił z Lasek pod Warszawą słynne centrum życia religijno-społecznego; drugi w 1940 r. dobrowolnie wyjechał do Kazachstanu i tam pełnił posługę duszpasterską dla deportowanych Polaków, po wojnie krajowy Duszpasterz Niewidomych i kapelan w Laskach. Warto dodać, że również po stronie autorki było dwóch stryjów – znakomitych kapłanów: ks. Włodzimierz Cieński, przed wojną proboszcz kościoła św. Marii Magdaleny we Lwowie, po wojnie trapista we Francji, oraz ks. Jan – w latach powojennych proboszcz w Złoczowie, mianowany przez papieża biskupem „in pectore” – był w owym czasie jedynym biskupem, choć niejawnym, w okupowanej archidiecezji lwowskiej. Wszyscy czterej byli wielkimi patriotami, bohaterami narodowego oporu przeciw sowieckiemu agresorowi.
Ewa i Jan Fedorowiczowie, po latach spędzonych na emigracji, w r. 1975 zdecydowali się na powrót do Polski. Kupili sobie mały domek w Laskach pod Warszawą, tam Jan zmarł w 1994 r.
W książce można przeczytać o wielu jeszcze innych niezwykłych postaciach, które na swej lwowsko-kazachstańsko-bliskowschodniej i emigracyjnej drodze spotkała autorka. Wśród nich były Beata Obertyńska, Włada Majewska i środowisko kabaretu Hemara, gen Anders, nawet Halina Mikołajska – okazuje się, że też uczyła się w Jazłowcu.
Książka pełna tragizmu, ale ciekawa i świetnie napisana.


• Bardzo dobrze napisany zbiór reportaży z wędrówek po Ziemiach Wschodnich zawierają dwa tomy Katarzyny Węglickiej: Kresowym szlakiem i Wędrówki kresowe (wyd. „Książka i Wiedza”, Warszawa 2005 i 2006). Reportaże te nie są jednak zwykłym opisem miejsc zwiedzanych – mówi o tym jednobrzmiący podtytuł w obu tomach: Gawędy o miejscach, ludziach i zdarzeniach. Oba też liczą po ok. 400 stron, sporo ilustracji (także kolorowych, na wkładkach), mapy. Pierwszy zawiera 43 rozdziały, drugi 65. Każdy rozdział jest poświęcony wybranemu miejscu lub okolicy, związanym z naszą historią i kulturą. Dość zabawny jest sposób uszeregowania rozdziałów: alfabetycznie wedle tytułów, tak więc czytelnik ma do wyboru – czytać po kolei, zmieniając co chwilę region, epokę, nastrój, albo wyłuskać tematy, które go interesują szczególnie.
Dedykacja umieszczona przez autorkę brzmi: Tym, którzy trwają na Kresach – z podziękowaniem, Młodym Polakom – by nie zapomnieli! To ostatnie wezwanie dotyczy zapewne młodych po obu stronach kordonu. Zamierzenie realizuje Węglicka konsekwentnie: wiąże odwiedzane miejsca nie tylko z zabytkami lub krajobrazami, ale za ich pośrednictwem z ważnymi wydarzeniami naszych dziejów, z wielkimi Polakami. Także z dziełami literatury i ich bohaterami, przez nie rozsławionymi w naszej kulturze. A więc z tym wszystkim, o czym Polacy, szczególnie młodzi w RP i na Wschodzie – wiedzieć powinni. Dla tutejszych to prostsze (gdyby się tylko zechcieli zainteresować), dla tamtych bardziej skomplikowane, bo przecież nawet w nielicznych polskich szkołach państwowych czy nieco liczniejszych sobotnio-niedzielnych – o polskiej historii i kulturze niewiele można mówić (w tych drugich także z braku wystarczającego czasu i odpowiedniej literatury). Byłoby więc korzystne, gdyby bodaj nauczyciele i działacze polskich towarzystw tego typu książki dostali do rąk.
Na owych w sumie 108 rozdziałów-opowiadań – Lwowa i Małopolski Wschodniej dotyczy 35, a więc jedna trzecia, co niewątpliwie świadczy o szczególnym znaczeniu naszej Ziemi w polskiej historii i kulturze. Dodajmy do tego bliskie sąsiedztwo: Wołyń, Kamieniec Podolski, Bukowinę. Jasne, że drugim takim wspaniałym jądrem polskości jest Wilno i cała Wileńszczyzna, Grodno. I wreszcie nie mniej ważne miejsca polskich zdarzeń i ludzi oraz zabytki – na Litwie, Białej i Czarnej Rusi, na ziemiach ukrainnych. Żałować trzeba, że brakuje Kresów północnych – Kurlandii i Inflant, które też przecież tak wiele i tak wielu Polsce dały.
A może będzie jeszcze tom trzeci?

• W księgarniach dostępny jest od niedawna przewodnik po środkowym paśmie wschodniokarpackim – między Bieszczadami wschodnimi a Czarnohorą – Gorgany (wyd. „Bezdroża”, Kraków 2006). Autorami jest dwoje młodych ludzi: Krzysztof Bzowski i Eliza Malawska-Kłusek, którzy – jak można się domyślić – musieli rozpoznać topografię od podstaw, ponieważ poza rzeźbą terenu wszystko uległo zmianie. Zagładzie uległy przedwojenne schroniska, oznakowanie, a nawet i dróżki, które przez kilkadziesiąt lat uległy zatarciu. Od niedawna dopiero tu i ówdzie buduje się coś nowego (często w niezgodzie z zasadami ochrony krajobrazu), dostępne są też gdzieniegdzie prywatne kwatery, ale tak czy owak, wybierając się na większe „wyrypy”, trzeba liczyć na własne wyposażenie biwakowe.
Opracowanie przewodnika uzupełniają dobre mapki i przekroje pionowe tras, orientujące w odległościach i różnicach wzniesień.
Na końcu przewodnika zamieszczono ogólne informacje krajoznawcze (topografia terenu, przyroda, historia-kultura-zabytki sztuki). Nie zadbano jednak, a szkoda, o wiele wiadomości istotnych dla Polaka*. Prawie nic o bogatej wszak literaturze**. Parokrotnie wspomniano nazwiska Ossendowskiego i Vincenza, jednak bez bliższych wyjaśnień. Nie wspomniano powieści Bieniasza W puszczy nad Salatrukiem i jej przeróbki dla dzieci Turul, król karpackiej puszczy. Nie padło nazwisko prof. Stefana Lenkiewicza i jego wspomnień Dawnymi szlakami Gorganów, a także całego grona pionierów międzywojennej turystyki w tamtych górach.
Wreszcie opis miejscowości regionu – tu kilka negatywnych zaskoczeń. Kościół w Dolinie dość dawno przestał być salą gimnastyczną i jest czynną świątynią, z aktywnym ośrodkiem oazowym dla polskiej młodzieży z Małopolski Wschodniej. W Jabłonicy od dwóch lat czynny jest kościół, pierwszy pod wezwaniem św. Zygmunta Gorazdowskiego. Jaremcze – z uporem nazywane Jaremcza, a tak mówiono za czasów sowieckich. Mikuliczyn – było tam sanatorium uczelni l w o w s k i c h, a nie Uniwersytetu Jagiellońskiego (zapewne pomylono UJ z UJK!). Mniejszym przeoczeniem jest zapewne mylna nazwa: po polsku Broszniów, a nie Broszniew. Szkoda, że nie wspomniano, że w Delatynie urodził się wybitny malarz Fryderyk Pautsch, profesor krakowskiej ASP, który wraz z K. Sichulskim i K. Jarockim utrwalali uroki Huculszczyzny i jej górali, zyskując miano „trójki huculskiej”.

* Generalnie mamy żal do Wydawnictwa „Bezdroża”, że mało dba o naszą polską godność. Omawiany przewodnik ma nadtytuł: Góry Ukrainy z plecakiem. Czy nie wystarczyłoby Karpaty Wschodnie z plecakiem? Ten sam autor napisał inny przewodnik z tytułem Ukraina Zachodnia. Nie omawialiśmy go, ponieważ w księgarniach jest dość innych przewodników, o mniej drażniących tytułach.
** Nie podano bibliografii przedmiotu, a trudno sobie wyobrazić, by autorzy nie przeczytali przedwojennych przewodników. Nie wspomniano naszych pionierów turystyki po Karpatach Wschodnich.

• Czytelnicy CL dobrze pamiętają, kim jest ks. Witold J. Kowalów: proboszczem w wołyńskim Ostrogu i redaktorem naczelnym „Wołania z Wołynia”. Od czasu do czasu relacjonujemy kolejne numery WzW (wyszło ich dotąd ponad 70), ale przede wszystkim wydawane przez Redakcję książki. Właśnie nadeszły dwa nowe tomy. Pierwszy z nich to Akademia i Drukarnia Ostrogska autorstwa Tomasza Kempy (nr 46, Ostróg 2005)
Prawosławna Akademia Ostrogska została założona przez Konstantego Wasyla Ostrogskiego (1524/25–1608), wojewodę kijowskiego. Ten podobno najmożniejszy magnat Rzeczypospolitej wywodził się z kniaziów ruskich, którzy z czasem spolonizowali się (podobnie jak niektóre inne nasze wielkie rody litewskie czy ruskie – Radziwiłłowie, Czartoryscy, Sanguszkowie, jednak Ostrogscy wcześniej wymarli), a w końcu przechodzili na rzymski katolicyzm (lub protestantyzm, podobnie jak i liczni Polacy tamtego czasu).
Akademia Ostrogska w czasie swego parodziesięcioletniego istnienia stała się głównym ośrodkiem myśli prawosławnej na terenie tzw. ziem ruskich Rzeczypospolitej*, o specyficznym charakterze: słowiańsko-grecko-łacińskim, łącząc tym samym grecko-słowiański obszar kulturowy z katolicką Europą. Wzorce ostrogskie zostały przejęte przez późniejszą Akademię Kijowską.

* Nie zaliczamy do nich oczywiście Małopolski Wschodniej – były to ziemie koronne.


• Osobom zainteresowanym historią XIX-wiecznych polskich zesłańców w głąb Rosji polecić można pracę Wiktorii Śliwowskiej: Ucieczki z Sybiru (Wydawnictwo „Iskry”, Warszawa 2005).
Ogromne przestrzenie Rosji – głównie azjatyckie – przez co najmniej stulecie (nie mówiąc o XX wielu) zasiedlane były polskimi zesłańcami. Autorka książki zajęła się historią XIX wieku. Zapoznała się z materiałami archiwalnymi (protokoły z procesów), literaturą, pamiętnikami, i na tej podstawie opracowała dzieje tragicznych – nieudanych i nielicznych udanych ucieczek z rejonu Irkucka, Zabajkala i innych części Sybiru.
Byli tacy skazańcy, którzy w chwili zakładania im kajdan zaczynali myśleć o ucieczce. Byli tacy, którzy przygotowywali ucieczkę przez wiele miesięcy, nikomu nie powierzając tajemnicy swych zamiarów. Albo i tacy, którzy próbowali buntować się z bronią w ręku, i ich koniec był tragiczny. Najciekawsza i najlepiej udokumentowana jest udana ucieczka Rufina Piotrowskiego, który w przebraniu rosyjskiego chłopa-pątnika pieszo pokonał tysiące kilometrów od Bajkału do Rosji europejskiej, aby na koniec znaleźć się w Paryżu. Ta ucieczka była tak nieprawdopodobna, że ludzie nie chcieli wierzyć.
Praca podzielona jest na dwie części:
I – Zesłańcy polistopadowi i II – Zesłańcy postyczniowi. Do tego dodany jest rzetelny wstęp o polskim Sybirze pt. Cnota w kajdanach to cnota prawdziwa oraz indeks osób i nazw geograficznych (łącznie 440 stron i 45 ilustracji – fotografii i rysunków). (DTS)

• Rzeszowskie środowisko historyczne (które już niejednokrotnie zwracało naszą – pełną nadziei – uwagę, wydało niezwykle ciekawy zbiór wspomnień i relacji z czasu pierwszych lat II wojny: Lwowskie pod okupacją sowiecką (1939–1941), pod redakcją Tomasza Berezy (wyd. IPN, Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, seria „Relacje i wspomnienia” tom 9, Rzeszów 2006).
Pojęcie lwowskie jest tu rozumiane po dawnemu: chodzi o obszar międzywojennego województwa lwowskiego – sięgało wszak po zbieg Wisły i Sanu*, a geograficznie – Małopolskę środkową, historycznych Ziem Przemyskiej i Sanockiej, które od paru wieków grawitowały ku Lwowowi.
W książce znalazło się 29 tekstów, spisanych przez ludzi – przeważnie pochodzących z regionu przemysko-rzeszowskiego – którzy albo na swoim terenie, albo we Lwowie i innych miejscowościach Małopolski Wschodniej (Mościska, Stary Sambor, Sokal) albo na nieludzkiej ziemi przeżyli dramaty sowieckiego terroru.
Teksty, profesjonalnie opracowane przez grono historyków, dają nam sporo nowych informacji o odciętej części województwa lwowskiego, ze Lwowem na czele. Czy to samo grono nie zechciałoby rozszerzyć swego zainteresowania na inne jeszcze obszary Małopolski Wschodniej, choćby – zgodnie ze swym ścisłym zainteresowaniem – na tamtą część historycznej Ziemi Przemyskiej, a to przecież Sambor, Dobromil i Chyrów, Turka, Drohobycz i Borysław. Dokumenty zapewne są, a i ludzie jeszcze żyją (uwaga: ostatnie dzwonienie!).

* Po stronie wschodniej kończyło się tuż za Lwowem – np. podlwowskie Zadwórze to już wojew. tarnopolskie).

Barbara Barta, Danuta Trylska-Siekańska (DTS)