Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Wertując wydawnictwa

• Wiemy coraz więcej o losach deportowanych w trakcie obu okupacji sowieckich z Kresów II RP, szczególnie z Małopolski Wschodniej (najświeższymi przykładami książki Alicji Bober i Ewy Cieńskiej-Fedorowicz, których omówienie w tym numerze), choć i to jeszcze mało. Jednak prawie nieznany nam jest dramat Polaków wywożonych w latach 1930. z ziem ukrainnych, gdzie zamieszkiwali od paruset lat. Ziemie te zagarnęło w XVII i XVIII wieku carskie imperium*.
Jakiejś części tamtejszych Polaków udało się – w czasie lub zaraz po rewolucji bolszewickiej – zbiec z tamtych terenów. Były to jednak głównie „górne” warstwy społeczne: ziemiaństwo, inteligencja, mieszczaństwo. Pozostała najliczniejsza – masy wiejskie, rozrzucone po ogromnych obszarach wschodniego Podola i Wołynia oraz dawnych województw bracławskiego, kijowskiego i czernihowskiego. Ci nie mieli szans wyrwania się ze swych „małych ojczyzn”, ani miejsc w II Rzeczypospolitej, do których mogliby się udać.
Wielką część tych polskich mieszkańców ziem między Zbruczem a Dnieprem, a nawet dalej, spotkała rzecz najgorsza: wywózki w głąb nieludzkiej ziemi. Zostali uznani za wrogów ZSRR i wywiezieni do Kazachstanu bez prawa powrotu. Stało się to
w okresie od maja do października 1936 r. – właśnie mija od tamtego czasu 70 lat – a ogół Polaków w kraju miał o tym małe pojęcie. Gdy Polska międzywojenna wychodziła ze światowego kryzysu i rozpoczynała na nowo rozwój, naszych Rodaków z Ukrainy spotkało to, co miało w 4–5 lat później stać się udziałem mieszkańców miast i wsi naszych Ziem Wschodnich, od Wileńszczyzny po Pokucie. Choć – przyznajmy to sprawiedliwie – nie w takiej skali i nie tak beznadziejnie. Bo wywiezieni z Kresów II RP – jeżeli nie zmarli – na ogół stamtąd się wyrwali – albo na Zachód z Andersem, albo jako repatrianci po zakończeniu wojny.
Tamtym się to nie udało (prawnie nie byli obywatelami polskimi), w większości są tam do dziś**. Albo jeszcze gorzej: starsi wymierają, ich dzieci dożywają już swych lat. Kolejne pokolenia wynaradawiają się. Nielicznym udaje się wyrwać, ale jakże mało sympatycznie są przyjmowani nad Wisłą...
W piśmie „Wołanie z Wołynia” (nieraz na naszych łamach przywoływanym) nr 2/06 ukazał się artykył Stanisława Ciesielskiego: Deportacja Polaków do Kazachstanu w 1936 roku. Jeśli miejsce i czas nam jeszcze pozwolą (!), to za zgodą Księdza Redaktora przedstawimy ów artykuł w jednym z najbliższych numerów.

* Czytelnikom zainteresowanym przekazujemy kilkanaście tytułów książek o deportacjach sowieckich – jednak z lat II i po II wojnie. Wspomnień z wywózek z Ukrainy lat 30. nie znamy.
• W. Wielhorski, Trzy pytania i trzy odpowiedzi. Prawda o deportacjach Polaków pod panowaniem sowieckim. Londyn 1964, Kraków 1986 (niejawne).
• M. Wigierski, Ze Lwowa na Kołymę. Wrocław 1998.
• Hanka Ordonówna, Tułacze dzieci. Bejrut 1948, Dziekanów Leśny 2005.
• A. Bober, Życie autorem. Kolbuszowa 2005
Deportacje i przemieszczenia ludności polskiej w głąb ZSRR, 1939–1945. Warszawa 2005. Przegląd piśmennictwa.
• S. Ciesielska, G. Hryciuk, A. Srebrakowski, Masowe deportacje radzieckie w okresie II wojny światowej. Wrocław 1993.
• o. M. Karaś, Szlakiem zesłańców. Szesnaście trudnych lat w ZSRR 1944–1959. Kraków 1998.
• J. Tomczyńska, Z Tarnopola przez Sybir do Wadowic. Kraków 1992.
• ks. Z. Hałuniewicz, Zostaje tylko pamięć. Listy z łagru 1947–1953. Lwów–Kraków 1998.
• M. Myśliwski (wybór), Wschodnie losy Polaków. Łomża 1991.
• K.K. Karasowski, Wspomnienie z zesłania. Kęty 1998.
• M. Kulczyńska, Lwów–Donbas 1945. Warszawa 1998.
• Z. Stanek, Biała gama. Kraków 1997.
• Z. Stanek, Listy z Syberii. Lata 1951–1957. Kraków 1991.
• Z. Stanek, Listy z Syberii. Aneks. Kraków 2003.
• Z. Zwarycz, W syberyjskiej szkole. Warszawa 2004.

** Obecnie w Kazachstanie mieszka ok. 50 tys. Polaków, z których wciąż wielu marzy o powrocie do ojczyzny przodków. Skoro w RP – jak czytamy ostatnio w prasie – „praca szuka ludzi” (a nie, jak dotąd, odwrotnie), to byłaby to okazja do szerszego zakresu repatriacji rodaków, zamiast ściągania niezbyt pożądanych sąsiadów.

• Krakowski krytyk, historyk literatury, publicysta, Jan Pieszczachowicz* napisał książkę: Stanisław Vincenz. Pisarz uniwersalnego dialogu (wyd. z dotacji Wydziału Kultury i DN UMK, Kraków 2005). Vincenz to dla nas przede wszystkim autor huculskiej epopei Na wysokiej połoninie, ale książka, którą tu przywołujemy, dotyka – zgodnie ze swym tytułem – głównie problematyki polsko-ukraińskiej i polsko-żydowskiej w zainteresowaniach i twórczości tego pisarza**.
Vincenz (1888–1971) był rozmiłowany w swej małej ojczyźnie i wszystkim, co się na nią składało: krajobrazie i przyrodzie, historii, ludziach i ich kulturze. Być może, że to zamknięcie się w lokalnej problematyce kierunkowało go niekoniecznie obiektywnie i niekoniecznie odpowiedzialnie, ale takie jest prawo artysty. Nie zdawał sobie zapewne sprawy, że jego pisarstwo – wbrew równowadze, którą mimo wszystko utrzymywał w życiu i twórczości – może posłużyć jako jeszcze jeden argument, usprawiedliwiający wszystkie przekręty polityczne i historyczne, jakie wydarzyły się po II wojnie światowej. Ale on był wtedy daleko, oderwany od brutalnej rzeczywistości. I zbyt stary...
Czytajmy piękną Vincenzowską epopeję, ale wystrzegajmy się historiozoficznej nadbudowy, jaką nam serwują mędrcy***.

Okładkę omawianej książki przygotowała art. plastyk Krystyna Grzegocka, lwowianka, zamieszkała od paru lat w Krakowie.

* Autor jest redaktorem naczelnym miesięcznika „Kraków”, który już nieraz cytowaliśmy, ponieważ znajdujemy tam leopolitana, którymi chętnie dzielimy się z Czytelnikami.
** Podobną orientację przejęli po śmierci pisarza jego żona i syn (zamieszkali za granicą), jednak bez talentów Homera Huculszczyzny (jak go nazwał inny pisarz, Andrzej Kuśniewicz).
*** Przy pewnej dozie „dobrej woli” i „sprzyjających” warunkach można by podobnie potraktować małe ojczyzny Ślązaków, Kaszubów,
a nawet tatrzańskich Górali. Próby były, tylko talentów zabrakło.

• W „Ozonie” (numer nie zanotowany) artykuł Ormianie: dubeltowi Polacy. Mowa tam o wystawie kultury Ormian polskich, otwartej w kwietniu ’06 w Warszawie – a jest to, jak sądzimy, powtórzenie wystawy ormiańskiej w krakowskim Muzeum Narodowym sprzed paru lat. Z ciekawszych rzeczy dowiadujemy się z artykułu o losach najcenniejszego eksponatu: ewangeliarzu z 1198 roku, który znajdował się w Katedrze Ormiańskiej we Lwowie, a teraz ma trafić do Biblioteki Narodowej.
Autorka artykułu, L. Łuniewska, opisuje rożne ciekawostki z historii polskich Ormian, uzyskane w rozmowach z przedstawicielami tej nacji, i przenosi na łamy liczne błędy. Głównym jest informacja o pani Zerygiewicz, która w wojnie polsko-bolszewickiej miała stracić trzech synów. Prawda jest inna: pani Stefania Zarugiewiczowa, lwowianka rodem z Kut, straciła pod Zadwórzem jednego syna, Konstantego. I rzeczywiście to ona wskazała jedną z trzech trumien nierozpoznanych poległych Polaków do Grobu Nieznanego Żołnierza w Warszawie. Inne błędy, to przekręcanie nazwisk: nie Agopszowicz, lecz Agopsowicz, a znany wszak szeroko duszpasterz Ormian, ks. Tadeusz, nazywa się Isakowicz-Zaleski, a nie Isakiewicz...

• Ktoś nam podrzucił dodatek Wysokie obcasy do „Gazety Wyborczej” (17/06). Na jednej ze stron prezentują jakąś pisarkę ukraińską, która urodziła się – gdzie i kiedy, nie ważne – a dorastała w miejscowości Jaremcha w Karpatach.
Nie wiadomo, co lepsze, czy rosyjska wersja nazwy (Ukraińcy używają na powrót starej nazwy Jaremcze), czy angielska pisownia. Jednym słowem Jewropa w tej redakcji.

• W niezawodnej „Gazecie Wyborczej” (z sierpnia ’06, numeru nasz korespondent nie zanotował) znalazło się wspomnienie – nieważne o kim – napisane przez Macieja Zarembę (?), który swój tekst rozpoczął tak:
Żegnamy (Józefa...) ze Stanisławowa – miasteczka niegdyś położonego na terenie zaboru austriackiego, potem Polski, ZSRR, Ukraińskiej SSR, pod okupacją niemiecką, a obecnie na Ukrainie [...].
Dla autora z GW informacje o Stanisławowie i tamtej Ziemi nie mają zapewne żadnego znaczenia, co jednak nie usprawiedliwia wyjątkowych bzdur serwowanych czytelnikom, którzy jeszcze to pismo nabywają.
Po pierwsze: Stanisławów to może nie jedno z wielkich miast polskich – obecnie odcięte jałtańską granicą – ale wojewódzkie, stare i kulturalne. Po drugie – całkiem tak, jak w krakowsiej encyklopedii, którą cytowaliśmy w CL 2/06 (s. 72)*: był zabór austriacki, krótko Polska, potem ZSRR, Ukraina – jednym tchem. A wieki polskości przed zaborem austriackim?
Nie wiemy, kim jest p. Zaremba, wygląda na to, że nie mieszka w Polsce. Ale skąd zaczerpnął te nieco „skrócone” informacje? Czy prezentowana ignoracja usprawiedliwia pismo, które to drukuje bez zastrzeżeń?

* W tym jednak wypadku powołana encyklopedia informuje prawidłowo.

• O problemie zwiedzania i przewodników pisaliśmy już parę razy. I oto ostatnio w krakowskim „Dzienniku Polskim” znalazły się dwie relacje, bardzo się od siebie różniące.
W nrze 199/06 pisze znany krakowski dziennikarz Wacław Krupiński, który we Lwowie przebywał zaledwie parę godzin, by odświeżyć sobie obraz miasta. Był to czas wystarczająco jednak długi, by odrodził żal do wyroków historii. Krupiński daje krótki opis rzeczy we Lwowie widzianych, także Cmentarz Łyczakowski – jeden z najbogatszych zespołów sztuki sepulkralnej w Europie, jak ocenia prof. Jan K. Ostrowski. Tu wszystko jest Polską, kamień każdy i okruch każdy... – kojarzą mi się słowa Wyspiańskiego o Wawelu. Tymi słowami kończy Krupiński swoją relację. Oprowadzała go Kasia G., która nie tylko dawała objaśnienia, ale wzbogacała je anegdotami z dawnego Lwowa.
Druga relacja (w nrze 202/06) ma dwa aspekty. Pierwszy dotyczy wyjazdu w Bieszczady, w ramach którego biuro podróży reklamuje i organizuje wyskok do Lwowa.
O przewodniku z tegoż biura autor relacji (WAK) pisze m.in.:
Na zwiedzanie [Lwowa] zostało raptem ok. 6 godzin i nie było ani widoków z Wysokiego Zamku, do apteki-muzeum wpadliśmy na nasze wyraźne żądanie, podobnie zresztą przegłosowaliśmy wejście do teatru [...] Znacznie więcej czasu zajął nam za to obiad, na który sprytnie namówił niemal całą grupę przewodnik, opisując smakowitości w „najlepszej restauracji miasta” Daliśmy zatem po 19 zł (ok. 30 hrywien), by wylądować w jakimś pubie karmiącym jakże mizernie. Odradzam!
Jeśli jednak potraktować taką wycieczkę jako urozmaicenie pobytu w Bieszczadach, warto się na nią wybrać – zwłaszcza jeśli trafimy na tak miłą i kompetentną przewodniczkę, jaka towarzyszyła nam. Bo Lwów to naprawdę urzekające, choć i rodzące smętek w duszy miasto.

• Jeszcze inne wspomnienie z wycieczki za wschodnią granicę – tym razem na Huculszczyznę – przeczytaliśmy w tej samej gazecie nr 204/06 (bo to czas wakacji!). Autorem jest 65-letni stryjeczny wnuk bohatera Obrony Lwowa 1918 r., brygadiera Czesława Mączyńskiego, pan Andrzej T. Mączyński. Wrócił pełen zachwytu, a swoją relację – po odwiedzeniu Cmentarza Obrońców Lwowa i grobu swego antenata – zakończył słowami: Modliłem się nad tym grobem w skupieniu i mogę powiedzieć jak on, cztery pokolenia później – kocham tę ziemię, jej polskość będzie żyć w moim sercu.

• W „Dzienniku Polskim” 192/06 artykuł G. Starzak pt. Ratunek ze wschodu, który przedstawia – jak nietrudno się domyślić – problem siły roboczej w miejsce Polaków, wyjeżdżających masowo na Zachód, gdzie praca i wyższe zarobki czekają. W Polsce odczuwa się coraz bardziej brak ludzi zarówno na poziomie wyższego i średniego wykształcenia, jak i pracowników fizycznych.
Niestety autorka artykułu zauważa jedynie doraźną, ekonomiczno-ilościową stronę zagadnienia. Jednak obserwacja Zachodu – przede wszystkim Francji, Wielkiej Brytanii, Niemiec – każe zastanowić się szerzej. Doświadczenia tamtych krajów, które dziś przeżywają dość istotne problemy demograficzno-obyczajowe, a także społeczno-polityczne – nie brane wcale pod uwagę przed parudziesięciu laty – zmuszają do analizowania nie tylko bieżących potrzeb, ale również tego wszystkiego, na co nacięły się tamte kraje. Polsce na pewno w mniejszym stopniu zagraża imigracja z kierunków, jakie dotyczyły Europy zachodniej, mamy natomiast specyfikę naszej strony rubieży Europy. I o tym myślmy, żeby nie zbudzić się z ręką... (przepraszamy!).

• W „Gazecie Wyborczej” z 14–15 VIII ’06 znalazła się informacja A. Dudzińskiej i B. Kurasia: Jak studiować, to tylko we Lwowie. Tytuł może zbyt optymistyczny, ale dowiadujemy się, że na uniwersytecie lwowskim studiuje obecnie kilkuset młodych ludzi z RP, głównie takich, którzy nie dostali się na krajowe uczelnie, a studia w tamtych szkołach wyższych są o wiele tańsze niż w RP (należy sądzić, że po roku–dwóch zechcą powrócić). Paradoks w tym, że równocześnie młodzi Polacy ze Lwowa i Małopolski Wschodniej starają się o studia na uczelniach polskich – o tym pisaliśmy szerzej we wcześniejszych numerach.
Studia we Lwowie w języku ukraińskim kosztują 2200 USD za cały rok, w języku rosyjskim 2300, a angielskim 3300. Młodzież z RP wybiera jednak te ostatnie, co oczywiście zrozumiałe.

Artykuł zilustrowano fotografią gmachu Uniwersytetu Lwowskiego. Szkoda, że nie napomknięto, co to właściwie jest. Ale czy młodzi dziennikarze – nawet nie posądzając o złą wolę – wiedzą w ogóle cokolwiek?


• W „Gazecie Lwowskiej” 14/06 znaleźliśmy kilka interesujcych materiałów:

• Dwa teksty, wystosowane przez Prezydium Rady Naczelnej Federacji Organizacji Kresowych, w sprawie odsłonięcia pomnika w Pawłokomie – wydarzenie to w rzeczywistości przysłoniło istotę ludobójstwa ukraińskiego, eksponując nieporównywalną w swym rozmiarze reakcję odwetową AK na rzezie OUN-UPA.
Teksty te oczywiście znamy, jednak budujący dla nas jest fakt opublikowania ich we Lwowie.
• O obchodach 130. rocznicy śmierci Aleksandra Fredry we Lwowie i w Rudkach w lipcu br.
•Sylwetka Teodora Torosiewicza, aptekarza i naukowca lwowskiego (1789–1876), napisana przez świetnego popuaryzatora naszej kultury J. Smirnowa.
Do ww. numeru GL załączono 14. numer „Z Grodu Rewery”, gdzie przede wzystkim:
• o Hucułach i Huculszczyźnie sprzed półtora wieku.
W GL 15/06 – poza cd. o T. Torosiewiczu – znajdujemy wspomnienie Stanisławy Nowosad o profesorze i księdzu in pectore, Henryku Mosingu, postaci, która domaga się pośmiertnego wyróżnienia. Omawia Jego pracę i osiągnięcia zawodowe oraz niezwykłą działalność – podczas licznych podróży po całym obszarze imperium ZSRR – wśród Polaków-katolików. Wspomina lata we Lwowie:
[...] Jakie to były czasy – i jaka Jego pozycja? Było kilka zaufanych domów, gdzie gromadzono się przy zasłoniętych oknach, w najgłębszym sekrecie. Prowadził tajny Instytut Wikariatu pod wezwaniem św. Wawrzyńca, gdzie wychowywał, kształcił młodych ludzi – kandydatów do stanu kapłańskiego. Były to szczególne komplety, biorąc pod uwagę Jego wielką erudycję i zrozumienie stanu duchownego. Będąc człowiekiem stałej, głębokiej, wewnętrznej modlitwy, w sposób szczególny wszczepił to swoim wychowankom. Wielu doprowadził do kapłaństwa, zbierając bogate, złote żniwo jeszcze za życia. Jego wychowankowie okazali się kapłanami nadzwyczaj godnymi. Wśród nich – jeden otrzymał sakrę biskupią, inny – z ogromnym poświęceniem, z pieczołowitością i troską najczulszej matki służył Mu w Jego chorobie do końca. Męczeństwo, o którym mówił często (chyba o nim marzył) spełniło się w Nim. [...]
Jak żył w opinii świętości, całkowitym oddaniu się Panu Bogu, tak zmarł w tej opinii 27 listopada 1999 roku, mając prawie (bez 2 miesięcy) 90 lat.

• Redakcja „Dziennika” zaaranżowała w sierpniu br. cykl 5 wywiadów z wybitnymi przedstawicielami polskiego życia publicznego na temat: Jak się Pan czuje w IV RP? Nas zainteresowała głównie wypowiedź lwowianinajednego z najwybitniejszych żyjących polskich kompozytorów (jak pisze prowadząca rozmowy J. Lichocka, 23 VIII ’06). Rozmowa nosi tytuł: Wojciech Kilar, Pomimo błędów w IV RP czuję się lepiej.
Warto przytoczyć informację biograficzną o W. Kilarze, zamieszczoną obok wywiadu.
WOJCIECH KILAR, wybitny polski kompozytor muzyki poważnej, a jednocześnie jeden z najbardziej znanych na świecie kompozytorów muzyki filmowej. Absolwent PWSM w Katowicach i PWSM w Krakowie. Sztuki kompozycji uczył się w Paryżu u Nadii Boulanger. Lauteat wielu nagrów, m.in. Fundacji im. Lili Boulanger w Bostonie (1960), Fundacji A. Jurzykowskiego (1983). Do jego najbardziej znanych dzieł należą: I Symfonia na orkiestrę smyczkową, II Symfonia koncertująca na fortepian i orkiestrę, Oda „Bela Bartok in memoriam” na skrzypce, instrumenty blaszane i perkusję, balet Maska czerwonego moru, poemat symfoniczny Kościelec 1909, Missa pro pace. Skomponował muzykę do ponad 100 filmów, m.in. Zanussiego, Kutza, Konwickiego, Hoffmana, Stuhra, Polańskiego (Frantic, Pianista), Coppoli (Dracula), Wajdy (Ziemia obiecana, Pan Tadeusz).

Do tego dodajmy: urodzony we Lwowie w 1932 r., mieszka w Katowicach. W roku 1994 nadesłał na naszą prośbę swój utwór na koncert Homagium Leopoli (24 XI ’94 w Filharmonii Krakowskiej, dyrygował Stanisław Gałoński), zatytułowany Preludium chorałowe

• Obszerne, ciekawe i serdeczne wspomnienie o Kazimierzu Górskim Kaju, zamieścił w „Gazecie Wyborczej” prof. Tadeusz Łodziana. Tekst przedrukował „Semper Fidelis” 4/06.


Ucrainica

• Z okazji 15-lecia proklamowania niepodległości państwa Ukraina „Dziennik” z 24 VI ’06 przedstawia trzy głosy pod wspólnym tytułem: Ukraina wciąż na rozdrożu. Rozważa się trzy scenariusze:

• Kijów wchodzi do NATO (L. Kuczma, b. prezydent Ukrainy),
• Ukraina buduje wschodnioeuropejski sojusz z Rosją (A. Rahr, ekspert niemiecki),
• Państwo rozpada się na dwie części: wschodnią i zachodnią (O. Suszko, politolog ukraiński).
Dywagacje poprzedza kilka zdań wstępu, wspominających pomarańczową rewolucję w 2004 r. Cytujemy:

[...] Nad krajem zawisło widmo rozpadu na dwie części: wschodnią ze stolicą w Doniecku lub Charkowie, która opowiadała się za Wiktorem Janukowyczem, i zachodnią ze stolicą we Lwowie lub Kijowie – jednoznacznie popierającą kandydata opozycji, a dziś prezydenta, Wiktora Juszczenkę [...].

Zastanawiamy się jednak, czy poza Lwowem (nie mówiąc o Kijowie) nie byłoby godniejszego usytuowania stolicy zachodniego państwa? Czy musi to być wielkie miasto, a nie – jak choćby w Kanadzie – mniejsza miejscowość, np. historyczne miejsce urodzenia jakiejś wybitnej postaci ukraińskiej – poety, pisarza...

• W „Dzienniku Polskim” 229/06 (z 30 IX) artykuł Tomasza Kułakowskiego (nie znamy) pt. Magiczne miasto. Dowiadujemy się, że Lwów stał się obiektem zainteresowania licznych Ukraińców, przybywających tu ze wschodniej Ukrainy i zainteresowanych miastem. Urzeka ich średniowieczna zabudowa, brukowane [!] uliczki, dziesiątki kościołów, renesansowe kamienice.
Autor informuje, iż politycy docenili, że Lwów jest jedynym miastem z dwoma tysiącami architektonicznych pamiątek oraz średniowieczną zabudową. Uchwalono ustawę, w której zamieszczono 10-letni plan rozwoju miasta. Jego realizacja ma się rozpocząć 1 stycznia 2008 r.
No proszę, ocknęli się. Lwów spadł zapewne z nieba. Na całym świecie,
a w każdym razie w Europie, miasta starsze lub młodsze, ładniejsze lub brzydsze, nie stanowią samotnych wysp, różnych od wszystkiego wokół. Tak jest jednak ze Lwowem – on jest „obcym ciałem” w kraju,
w którym nic nie usprawiedliwia – ani historycznie, ani kulturowo – jego obecności.
Sądzimy, że autor tego nie wyczuwa, skoro niezwykle taktownie pisze, iż tysiące Ukraińców oraz obcokrajowców, w tym wielu Polaków (podkr.red.) przybyło do Lwowa, by wziąć udział w rozpoczynających się obchodach 750-lecia miasta. Polacy jako obcokrajowcy. Homo novus albo niewiele mający z polskością...

Na marginesie: zaniepokoił nas ów 10-letni plan rozwoju miasta. Czy nie zaczną w śródmieściu powstawać kolejne monstra, jak to przy placu Mariackim? Albo gmaszysko obok Teatru Wielkiego, psujące harmonijną perspektywę Wałów Hetmańskich? Albo manewry buldożerów, jak niedawno na Rynku i obok Katedry?