Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

W KOLORZE BIELI

Zima przełomu lat 39/40 zeszłego wieku to była sroga zima. Ledwo skończyła się jesień, a już śnieg pokrył wszystko do­ko­ła. W ogrodzie przyklasztornym chodziło się w wy­ko­pa­nych w śniegu tunelach, w któ­rych łatwo było się schować w czasie za­ba­wy w cho­wa­ne­go. Góra śniegu sięgała do wierz­choł­ka murów, otaczających klasz­tor­ny ogród. Można było bez­piecz­nie podejść do nich po zamarzniętym śniegu i spojrzeć na okolicę. Patrzyłam więc na to, co było za murem, a raczej starałam się przypomnieć sobie to, co za nim było. W dole był wąwóz, przez który przepływała rzeczka. Ale teraz jej tam wcale nie było. Nawet nie można się było domyśleć jej istnienia. Po drugiej stro­nie wąwozu był wzgórek po­ro­śnię­ty lasem. Ale spod śniegu wyglądały tylko gdzie­nie­gdzie oszronione ga­łę­zie two­rząc na białym śniegu ciemne plamy. Zasypana była też droga i gdzieś tam poza nią istniejące domy, nad którymi czasami unosił się z nie­wi­docz­nych kominów biały dym. Na drodze nikt się nie pojawiał, nie poruszały się gałęzie drzew i nie dobiegał żaden głos. Nic, tylko pustka, cisza, bezruch i beznadzieja.

Jeżeli na drodze do klasztoru po­ja­wia­ły się sanie i siedzący w nich ludzie, nie wró­ży­ło to niczego dobrego. Na takich sa­niach w odległej bieli zniknęły z klasztoru dwie zakonnice w asyście żołnierzy w ba­ra­nich czapach ozdobionych czerwonymi gwiaz­da­mi. To wszystko działo się w tym bez­na­dziej­nym niedzianiu się w Jazłowcu.
Pięć lat później spoglądałam przez uchy­lo­ną bramę kamienicy na zasypany śnie­giem krakowski Rynek. Cisza była ab­so­lut­na. Nagle z którejś prowadzącej do Rynku ulicy wy­sko­czy­ła jak z procy cię­ża­rów­ka pełna niemieckich żołnierzy. Prze­je­cha­ła na ukos przez Rynek i znikła w na­stęp­nej ulicy. A za chwilę rozległ się strasz­li­wy huk, w oknach za­dźwię­cza­ły szyby i z tej strony Rynku, w której zniknęła cię­ża­rów­ka, wy­su­nę­ły się czołgi z czer­wo­ny­mi gwiaz­da­mi. Nie wiem, czy ich widok przy­no­sił ra­dość, ulgę, czy też znowu nie­pew­ne jutro.
Miasto było przykryte śniegiem. Pod gru­bą warstwą lodu i śniegu znikła Wisła. Wę­dro­wa­li przez nią ludzie, chcący prze­do­stać się do leżących po jej drugiej stronie dzielnic. Szłam po zakrywającej wszystko bieli, kiedy nagle padł strzał. Skądeś wy­biegł człowiek, ale nie starczyło mu już sił na dalszą uciecz­kę i padł na zwał czystego śniegu. Wokół niego zaczęła rosnąć czer­wo­na plama. Nad­bie­gli ludzie i stanęli w ci­szy nad już nie­ży­ją­cym. Nie było w nich ani smutku, ani trwogi, tylko bezruch i zdu­mie­nie.

Przypomniałam sobie, że są kraje, w któ­rych kolor biały to kolor żałoby. Bo czyż nie był nim zarówno widok z klasztornych mu­rów, jak i ten widok leżącego na białym śniegu zabitego czło­wie­ka?

Barbara Czałczyńska