Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Mieczysław B. Lepecki, MARSZAŁEK W ZALESZCZYKACH

Wysunięte na południe, zasłonięte od pół­no­cy, położone w głębokim jarze Dnie­stru – Zaleszczyki są naj­cie­plej­szym i naj­sło­necz­niej­szym zakątkiem Polski. Tutaj jedynie dojrzewa winograd, istnieją sady morelowe i brzoskwiniowe, rośnie dziki mig­dał, a przed domami wdzięczą się egipskie rycynusy. Dzięki spe­cjal­nym warunkom te­re­no­wym wiosna zaczyna się w Za­lesz­czy­kach naj­wcze­śniej, lato kończy się naj­póź­niej, a ilość dni sło­necz­nych jest naj­więk­sza. Winnice, sady owoców południowych, plantacje me­lo­nów i arbuzów – wszystko to nadaje im wiele cech dla nas egzotycznych i mi­łych. Wskutek tych warunków jar dnie­stro­wy sta­je się Mekką wszystkich, któ­rzy tęsknią do słońca, kochają kwiaty i lu­bią owoce.
Zaleszczyki, rozłożone malowniczo na spadzistym brzegu wielkiej rzeki, któ­ra on­giś oddzielała świat muzułmański od chrze­ści­jań­skiej Polski, pełne wspo­mnień i le­gend – stanowią miejsce ide­al­ne dla je­sien­ne­go wypoczynku. Toteż nic dziwnego, że wów­czas, gdy brzeg mor­ski opróżnia się zu­peł­nie, gdy we wszyst­kich innych miej­sco­wo­ściach kli­ma­tycz­nych hula po pu­stych pen­sjo­na­tach zim­ny wiatr, tutaj panuje jesz­cze ożywiony ruch. Sezon trwa tu do po­ło­wy paź­dzier­ni­ka, a więc do czasu nie­spo­ty­ka­ne­go w żadnej innej miejscowości na­sze­go chłod­ne­go kraju.
Już na wiosnę, bodaj w maju [1933], kazał mi Marszałek pojechać do Bu­cza­cza, Ko­py­czy­niec, Czortkowa i Zaleszczyk. W Bu­cza­czu i Kopyczyńcach mia­łem przyj­rzeć się dokładnie urzą­dze­niom dwor­co­wym. Wia­do­mo­ści o nich były potrzebne Mar­szałkowi w związku z jakąś grą wo­jen­ną. W Czort­ko­wie miałem udać się do płk. Pie­kar­skie­go, który był wówczas dowódcą tam­tej­szej bry­ga­dy Korpusu Ochrony Po­gra­ni­cza, aby za­ko­mu­ni­ko­wać mu pewne po­le­ce­nie Mar­szał­ka. Co do Zaleszczyk zaś, to miałem rozkaz przyjrzeć się im dokładnie i opo­wie­dzieć, jak wyglądają. Marszałek nie ukrywał, że miał­by ochotę udać się tam na jesień, ale nie był pewny, czy od­po­wie­dzą Jego nadziejom. Ja mia­łem do­star­czyć Mu ele­men­tów do po­wzię­cia decyzji. Na­tych­miast wziąłem sa­mo­chód i udałem się w dro­gę. Z pod­ró­ży tej spo­rzą­dzi­łem spra­woz­da­nie, do któ­re­go do­da­łem cały album zdjęć wszyst­kich obiek­tów in­te­re­su­ją­cych Mar­szał­ka oraz szereg fo­to­gra­fii Za­lesz­czyk i ich okolic. Odnośnie do tych ostat­nich wy­ra­zi­łem prze­ko­na­nie, że acz­kol­wiek to nie Ma­de­ra1 ani Egipt, ale na pewno naj­cie­plej­sze i do tego jedno z mil­szych miejsc w Polsce. Marszałek wy­py­ty­wał mnie szcze­gó­łó­wo o winnice, sady owo­co­we i o po­go­dę, jaka podczas mojej tam byt­no­ści pa­no­wa­ła. Re­la­cja moja wy­pa­dła dla Zaleszczyk po­myśl­nie, niemniej jednak Marszałek nie wydał decyzji na­tych­miast, lecz odłożył ją na póź­niej. Nie wydał jej też wówczas, gdy wy­jeżdżał na urlop do Pi­kie­li­szek. Dopiero gdy wróciłem z pod­ró­ży na Sybir, Marszałek wezwał mnie i po­wie­dział, aby zająć się przy­go­to­wa­niem wyjazdu ­i odpowiedniej kwa­te­ry na miej­scu. Misję swoją roz­po­czą­łem od dłu­giej kon­fe­ren­cji z płk. War­thą, a potem z kpt. Zie­miań­skim. Trze­ba było tak działać, aby wia­do­mość o wy­jeź­dzie Mar­szał­ka nie stała się ta­jem­ni­cą poliszynela. Nie było to łatwe, gdyż byłem dość po­wszech­nie znany i mój przy­jazd mógł być łatwo skojarzony z póź­niej­szym przy­by­ciem Marszałka. Trze­ba więc było uda­wać zmę­czo­ne­go podróżą do Rosji i po­stę­po­wać bardzo ostrożnie. Bli­skość gra­ni­cy na­pa­wa­ła nas wszystkich obawami o bezpieczeństwo Marszałka. Przy­zna­ję, że wy­jeżdża­łem 1 czy 2 wrze­śnia do Za­lesz­czyk z duszą na ramieniu.

PilsudskiNa miejscu zamieszkałem w pen­sjo­na­cie „Ustronie”, pięknie położonym nad brze­giem Dniestru, i począłem rozglądać się w możliwościach zainstalowania Marszałka Piłsudskiego. Do tajemnicy musiałem do­pu­ścić miejscowego starostę Józefa Krzy­ża­now­skie­go2, gdyż bez niego byłoby mi trudno dać sobie radę. Już na drugi dzień po przybyciu doszedłem do przekonania, że w Zaleszczykach istnieją tylko dwa budynki zdatne do pomieszczenia Marszałka. Pierw­szym był pałac baronowej [Stelli] Tur­nau, należący ongiś do rodziny Ponia­towskich, drugim zaś ładna willa Zarządu Dro­go­we­go, położona w bezpośrednim są­siedz­twie parku baronowej. Pałac wyglądał wpraw­dzie okazale, ale był w stanie wy­ma­ga­ją­cym dość znacznych remontów, a po­nad­to wła­ści­ciel­ka, której nie mogliśmy powiedzieć, kogo miałaby ewentualnie gościć, projekt od­stą­pie­nia pałacu traktowała dość zimno. W re­zul­ta­cie zatrzymałem się na willi Zarządu Drogowego, przy czym jednak uzy­ska­łem od baronowej Turnau zgodę na za­ję­cie jej parku i przegrodzenie go drew­nia­nym, szczel­nym płotem z desek. Willa, po­ło­żo­na w odległości zaledwie 10 metrów od Dnie­stru, otoczona była niewielkim ogro­dem, którego prawdziwą ozdobę stanowił wielki orzech włoski, rzucający cień na werandę. Z okien roztaczał się wspaniały widok na Dniestr i wyniosły brzeg rumuński, prze­sło­nię­ty nieco, jakby dla dekoracji, drzewami ogrodu. Z boku drzemał olbrzymi park ba­ro­no­wej Turnau, założony jeszcze w 1805 roku, którego altanki, aleje starych drzew, trawniki i widok na fale Dniestru stwarzały piękną całość. W ten sposób uzyskałem dla Marszałka dość niezłą willę, która w po­łą­cze­niu z parkiem baronowej odpowiadała w moim mniemaniu warunkom niezbędnym dla letniej siedziby pana Marszałka. Po­zo­sta­ły do rozwiązania jeszcze dwie ­trudności: willa nie posiadała dostatecznie dużego pokoju na sypialnię i była zbytnio wy­sta­wio­na na widok publiczny, co na pewno by Marszałka krępowało. Powyższą trudność rozwiązałem w ten sposób, że kazałem wy­jąć jedną ścianę wewnętrzną i z po­łą­czo­nych dwóch pokojów uzyskałem jeden duży, dru­gą zaś zwalczyłem przez wystawienie wy­so­kie­go płotu, który, jakby w przeczuciu późniejszych zarządzeń premiera Sławoja Składkowskiego, kazałem pomalować na piękny kolor zielony.
Gdy wszystko było już gotowe, za­te­le­fo­no­wa­łem o tym pułkownikowi Warthcie, a ten z kolei zameldował panu Mar­szał­ko­wi.
Sprawa przyjazdu Marszałka Pił­sud­skie­go na jesienny wypoczynek do Za­lesz­czyk „wysypała się” na dwa dni przed Jego wy­jaz­dem z Warszawy. Zdradziły nas wy­sta­wio­ne w nocy płoty, szybkie urządzanie ­willi, instalacje telefoniczne i wielkie za­in­te­re­so­wa­nie się miasteczkiem, okazywane przez władze administracyjne. Wieść ta poruszyła oczywiście całe Zaleszczyki do głębi. Miesz­kań­cy zabrali się energicznie do robienia generalnych porządków, sprzą­ta­jąc i za­mia­ta­jąc ulice i w ogóle załatwiając sprawy, któ­re, jak wiadomo, robi się tylko „raz na rok około Wielkiej Nocy”.

Marszałek przybył do Zaleszczyk 5 wrze­ś­nia [1933] rano. Na stacji kolejowej ocze­ki­wa­li Jego przyjazdu: wojewoda tarno­polski Moszyński, starosta miejscowy Krzy­ża­now­ski oraz dowódca okręgu kor­pu­su gen. Bo­le­sław Popowicz. Przed opusz­cze­niem wa­go­nu Marszałek Pił­sud­ski przy­jął ocze­ku­ją­cych, roz­ma­wia­jąc z ni­mi prze­szło pół go­dzi­ny. W cza­sie tej roz­mo­wy zwró­cił uwa­gę sta­ro­ście za­lesz­czyc­kie­mu, aby nie urzą­dzał żad­nych uro­czy­sto­ści, czy też rau­tów, gdyż pod­czas od­po­czyn­ku nie lubi tego ro­dza­ju nie­po­trzeb­nych ce­re­mo­nii.
Poza tym Mar­sza­łek Pił­sud­ski wy­py­ty­wał wo­je­wo­dę i starostę o stan rol­nic­twa, w szcze­gól­no­ści interesując się miej­sco­wą szkołą rol­ni­czą. Była ponadto mowa o kli­ma­cie Za­lesz­czyk i ich przyszłości jako sta­cji kli­ma­tycz­nej. Informował się też Mar­sza­łek o kwe­stii ukraińskiej. Później w roz­mo­wie ze mną, gdy zagadnąłem Go na te­mat jakiegoś za­ła­twie­nia na dalszą metę współ­ży­cia z na­ro­dem ukra­iń­skim, od­po­wie­dział: Ja już tego nie za­ła­twię; za mego ży­cia nie da się to za­ła­twić. I do­dał nawet z pew­ną irytacją: Ja wszystkiego za was nie będę ro­bił.
Do willi udał się Marszałek sa­mo­cho­dem, wi­ta­ny przez ludność zebraną licznie wzdłuż drogi prowadzącej od stacji ko­le­jo­wej przez miasteczko. Willa podobała się Mar­szał­ko­wi. W szcze­gól­no­ści przyjemnie uderzyło Go jej położenie nad samym Dnie­strem. Pa­trząc na tę piękną rzekę, rzekł:
– Największą niespodzianką dla mnie tutaj jest ta bliskość Dniestru.
Pułkownik Kazimierz Glabisz, który był również obecny przy pierw­szych oglę­dzi­nach owe­go locum, dodał:
– Ale chyba, pa­nie Mar­szał­ku, miłą nie­spo­dzian­ką?
– Na­tu­ral­nie, że miłą – odrzekł Mar­sza­łek Piłsudski, który, jak wiadomo, lubił wodę. Nie bez wpływu na te Jego słowa musiało być też wspomnienie Pikieliszek, w któ­rych fale jeziora pod­cho­dzą tuż pod werandę dworu. Spoglądając później na wyniosły brzeg rumuński, zwrócił się do mnie i rzekł:
– Ta góra przypomina mi brzeg Leny w Kireńsku na Syberii. Wy tam byliście, to możecie też porównać.
Istotnie, podobnie jak w Za­lesz­czy­kach nad Dniestrem, tak i w Kireńsku nad Leną dźwiga się ku niebu potężny brzeg-góra, przygniatająca swoim ogromem ludz­kie sie­dzi­by, wyglądające przy niej jak le­go­wi­ska karzełków.

Józef Krzyżanowski, starosta zaleszczycki (zdjęcie przedwojenne)Pierwsze dni pobytu w „polskim Me­ra­nie” nie bardzo usprawiedliwiały jego na­zwę. Było pochmurnie, deszczowo. Słoń­ce wpraw­dzie pokazywało się wielokrotnie, ale nigdy na dłużej aniżeli na kilkanaście minut. Pomimo tego Marszałek Piłsudski ko­rzy­stał ze spa­ce­rów nad Dniestrem, w pięk­nie położonym parku.
Pobyt w Zaleszczykach nie był po­by­tem wypoczynkowym w całym tego sło­wa zna­cze­niu, gdyż Marszałek postanowił nie prze­ry­wać swoich najważniejszych czyn­no­ści. Wprawdzie przyjęcia dygnitarzy pań­stwo­wych były rzadsze niż w Warszawie, nie­mniej jednak korowód interesantów był spo­ry. Rozpoczął go wojewoda lwowski Belina-Prażmowski. Przyjechał 13 wrze­śnia i jesz­cze tego sa­me­go dnia został przy­ję­ty. Mar­sza­łek roz­ma­wiał z nim dłu­go, naj­pierw na cie­nistej we­ran­dzie, a póź­niej w swo­im ga­bi­ne­cie w wil­li.
Na­stęp­ne­go dnia za­wi­tał do Za­lesz­czyk mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych Jó­zef Beck z dy­rek­to­rem Se­we­ry­nem So­ko­łow­skim i se­kre­ta­rzem Frie­dri­chem. Mar­sza­łek Pił­sud­ski przy­jął go w cią­gu doby dwu­krot­nie. Mi­ni­ster opo­wia­dał póź­niej, że po za­ła­twie­niu spraw urzę­do­wych roz­mo­wa z Mar­szał­kiem ze­szła oczywiście na Za­lesz­czy­ki i pobyt w nich. Piłsudski wów­czas po­wie­dział:
– Tutaj jest nie do wiary cicho i spo­koj­nie, tutaj nawet koguty nie pieją, nawet psy nie szczekają w nocy.
Istotnie willa Marszałka Pił­sud­skie­go położona była w miejscu zasłoniętym, od­gro­dzo­nym od wszelkich hałasów i nie­po­ko­jów. Broniły tym intruzom wstępu wy­so­kie drzewa parku i wysoki nasyp, pro­wa­dzą­cy do zburzonego podczas wojny mostu na Dniestrze. Jedynym odgłosem do­cho­dzą­cym do ogrodu był stłumiony od­le­gło­ścią turkot wozów, jadących szosą na ru­muń­skim brzegu. Ciszy i spokoju, tych nie­odzow­nych warunków wypoczynku, w Za­lesz­czy­kach nie brakowało, a w szcze­gól­no­ści nie brakowało ich w willi zaj­mo­wa­nej przez Marszałka.
Ponieważ ministrowi Beckowi po­zo­sta­ło po załatwieniu wszystkich spraw jesz­cze kilka godzin czasu, pojechaliśmy przeto do pobliskiej uroczej miejscowości, do Czer­wo­no­gro­du. Znajduje się tam, w pięknym jarze rzeki Dżurynu, stary zamek, w któ­re­go ru­iny wbudowano półtora wieku temu pałac2. Posiadłość ta należała do księżnej Lu­bo­mir­skiej, starszej pani, która z za­mi­ło­wa­niem oddawała się pracy nad kulturą owoców południowych w swoich ma­jąt­kach. Po­sia­da­ła sady morelowe oraz plantacje me­lo­nów i kawonów. Robiła próby za­ło­że­nia win­nic i sadów brzoskwiniowych.
Pojechaliśmy tam pod wieczór. Głę­bo­ki jar wydawał się nam z wysokiego brze­gu siny i niebieski. Z jego dna wyrastała stro­ma fałda, na której szczycie usadowił się zamek. Musiała to być kiedyś groźna for­te­ca. Dwie wysokie baszty świadczyły o jego obronnym charakterze. Mury jego widziały Turków, Tatarów, Kozaków i Wo­ło­chów. Do dnia dzisiejszego pokazują miej­sce, gdzie stał namiot baszy, dowódcy suł­tań­skich wojsk oblężniczych.
Zamku nie można było właściwie na­zwać ruiną. Wystarczyłoby trochę go tyl­ko od­re­mon­to­wać i mógłby stać się zdatny do za­miesz­ka­nia. Część tej pracy księżna Lu­bo­mir­ska nawet wykonała. Szereg po­ko­jów doprowadziła do stanu używalności, za­pro­wa­dza­jąc w nich elektryczność i wo­do­cią­gi; do wykończenia całości jednak dro­ga była jeszcze daleka.
Właścicielka zamku, dowiedziawszy się o obecności ministra Becka, przyszła nie­zwłocz­nie i zaprosiła nas do siebie na pod­wie­czo­rek. Księżna mieszkała w ma­łym, lecz bardzo ładnym dworku, w bliskim są­siedz­twie starego zamczyska. Spędziliśmy w nim kilka bardzo miłych chwil na roz­mo­wie o prze­szło­ści Czerwonogrodu i o przy­szło­ści sadownictwa w tej części Podola. [...]

Odtworzony pomnik na zaleszczyckim cmentarzuWprawdzie nie przez cały czas po­by­tu Marszałka Piłsudskiego panowała po­go­da, jednak kilka ostatnich dni było na­der uro­czych, wynagradzających sowicie kilka in­nych, niepogodnych i dość chłod­nych. W słoń­cu termometr wskazywał wówczas 46OC, a nawet były chwile, gdy słupek rtęci zbliżał się ku 50 stopniom. Cudowny jar dniestrowy roztaczał przed nami wszystkie swoje uroki: słońce, gorąco, brak duszności i wiatru, no i cudowny błękit nieba.
Marszałek Piłsudski korzystał z tych pięk­nych dni pełną dłonią. Codziennie uda­wał się do parku i spacerował po cienistych ale­jach, gdzie stawały do konkursu pięk­no­ści: zieleń drzew, złote plamy słońca i szum wielkiej rzeki. A potem, na ocienionej wi­no­gra­dem werandzie, czytywał gazety i przy­wie­zio­ne z sobą książki. Dla człowieka zmu­szo­ne­go do mieszkania w mieście, moż­ność przesiadywania na świeżym powietrzu sta­no­wi prawdziwą przyjemność. Tym lepiej, gdy przyłączy się do niej spokój i cisza, gdy powietrza nie przecinają nawet tak zgodne z naturą odgłosy, jak pianie koguta i szcze­ka­nie psów.

Opowiadanie pochodzi z książki M.B. Lepeckiego pt. „Pamiętniki adiutanta mar­szał­ka Piłsudskiego” (1936). Tytuł nadany przez Redakcję.


1 Marszałek Piłsudski wypoczywał na Maderze (wyspa portugalska na Atlantyku) w r. 1931. Pobyt ten opisał Zygmunt Nowakowski w opo­wia­da­niu Złotówka Manoela.
2 Starosta Józef Krzyżanowski należał do czo­łów­ki działaczy Związku Uzdrowisk Polskich, był członkiem jego zarządu w Warszawie (ZUP powstał we Lwowie i tam mieścił się jego za­rząd do 1925 r.). Po II wojnie J. Krzyżanowski został dyrektorem uzdrowiska w Go­czał­ko­wi­cach. Zmarł w latach 60., pochowany na cmen­ta­rzu Rakowickim w Krakowie.
3 Pałac zburzono za czasów sowieckich, za­cho­wa­ły się jedynie obie baszty. Polska ludność Czerwonogrodu została wymordowana przez banderowców w 1945 r.


MIECZYSŁAW BOHDAN LEPECKI, rodem spod Puław. Legionista, kombatant wojny polsko-bol­sze­wic­kiej 1920 r. Oficer, 1932–35 adiutant mar­szał­ka Piłsudskiego. Podróżnik, pisarz, wydał wiele książek reportażowych, głównie o Ameryce Płd. i J. Piłsudskim, w tym Pamiętnik adiutanta...