Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Alfred Senze, Z TAMTYCH LAT, Z TAMTYCH DNI (1)

Wspomnienia z Akademii Medycyny Weterynaryjnej w okresie okupacji sowieckiej we Lwowie.
Przedstawione niżej wspomnienia, obok bezpośrednich relacji z wydarzeń na lwowskiej Akademii Medycyny Weterynaryjnej w czasie II wojny światowej, dają doskonały obraz ogólnej sytuacji miasta i jego ludności, zaistniałych w czasie obu pierwszych okupacji Lwowa – sowieckiej i niemieckiej.
Pojawiające się od czasu do czasu notatki na temat studiów weterynaryjnych w czasie okupacji sowieckiej i niemieckiej, tworzą cenne uzupełnienie w historii nauk weterynaryjnych. W okresie tym Wydział Weterynaryjny Uniwersytetu w Warszawie został przez władze hitlerowskie zamknięty, natomiast Akademia Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie kreowała swoją działalność z pełnym programem nauczania, jak za czasów polskich. Było to następstwem zajęcia naszych Ziem Wschodnich ze Lwowem na czele i włączenia ich sfałszowanymi wyborami do wschodniej Ukrainy.
Zmobilizowany z końcem sierpnia, celem przeprowadzenia poboru koni dla potrzeb naszej armii w Wiślicy (pow. Pińczów) i po zlikwidowaniu tego punktu na cmentarzu wiślickim przez sztukasy, przybyłem w pierwszych dniach września z całą falą cywili i wojska do Lwowa. W okresie tej wędrówki poznałem cały ogrom nieszczęść, jakich doświadczał nasz naród, traktowany z nieznanym dotąd okrucieństwem, spowodowanym bezwzględnymi działaniami wojennymi. Okrucieństwo to pogłębiał fakt braku oczekiwanej pomocy ze strony Anglii i Francji. Wojska niemieckie zatrzymały mnie na linii kolejowej Lwów–Stanisławów. Przebywałem tam do dnia wkroczenia wojsk sowieckich do Polski (17 IX 1939 r.). W krótkim okresie oczekiwania na uderzenie armii niemieckiej zaskakiwała nas wręcz śmiertelna cisza po ich stronie. Wyjaśniło się to po wkroczeniu wojsk sowieckich i dojściu do naszej świadomości faktu zawartego w sierpniu 1939 r. układu Ribbentrop–Mołotow.
Do Lwowa sowieckie oddziały wkroczyły 22 IX. Warunki, w jakich odbywało się to wkraczanie oraz rozbrajanie naszych żołnierzy (m.in. pozbawianiem dystynkcji oficerskich), pozostawiły na całe życie niezapomniane, smutne wrażenie. Tylko naiwni mogli sądzić, że zostaną potraktowani jako jeńcy wojenni. Wielu z nich, a między innymi mój kolega ze studiów Szpak oraz doc. Michalski z Katedry Chirurgii AM-Wet., tworzyli kadrę pomordowanych przez zbirów NKWD Starobielska i innych miejsc Rosji. Inni im nie wierzyli. Ja i doc. Moraw przebraliśmy się szybko na boisku stadionu 19 pp na Wzgórzu Cytadeli w odzież dostarczoną przez mieszkańców pobliskich domów. Dzięki temu dostaliśmy się do naszych rodzin. Kilka dni później idę na teren Akademii na ul. Kochanowskiego. W ciągu tych kilku dni zaskakują wręcz zmieniające się zachowania żołnierzy. Mieszkam w tzw. „Parlamencie”, tzn. w domach kolejowych przy ul. Gródeckiej (Gródek). Jest to uboga dzielnica Lwowa o czterech dużych blokach, znajdujących się na przeciwko towarowego dworca kolejowego, tzw. Dworca Czerniowieckiego.
Pierwsi żołnierze, jakich oglądamy na Gródku, to kawaleria – mężczyźni i kobiety bardzo ubogo ubrani z karabinami najczęściej na sznurku. Z obuwiem było różnie. Kobiety z reguły siedzą na koniach na oklep. Jeszcze tego samego wieczoru po ich wkroczeniu zrabowane zostają, a potem spalone, wagony towarowe na Dworcu Czerniowieckim. W nich mieścił się przeważnie cały dorobek uciekinierów z centralnej Polski. Wynoszono i wywożono wtedy sterty dóbr, wyładowanych walizek i pakunków. Tych, którzy usiłowali się tam dostać okazując kwity bagażowe, na miejscu rozstrzeliwano. Oglądamy to wszystko z odległości 40–50 m, tj. szerokości ulicy.
Rozbestwione żołdactwo po dostaniu się do alkoholu i jego spiciu zaczyna wymianę ognia między sobą. Z dużych, pozbawionych szyb bram osiedla oglądamy to makabryczne widowisko aż do białego rana. Dopiero zbrojna interwencja żandarmerii sowieckiej przerywa tę barwną, przeplataną gryzącym dymem zabawę.
Podobnie działo się w pobliskich sklepach na Gródku i innych dzielnicach Lwowa – na Zamarstynowie, Łyczakowie i Kleparowie. Z takiej niepowtarzalnej okazji korzystały także męty społeczne, ze zwolnionymi z więzień na czele. Mąka, cukier, kawa, ryż, owoce, czekolady i wędliny są wynoszone workami. Często zaś, przy rozdarciu worków, zalegają długo przed sklepami. Wiedząc zaś o wydanym surowym nakazie przez wojskowe władze sowieckie, łącznie z rozstrzelaniem na miejscu przy schwytaniu żołnierza na gorącym uczynku, nie zastanawiają się, co jest im najbardziej potrzebne. Przybyli zresztą z raju, gdzie w tym czasie chleb był prawdziwym luksusem, a około 4 miliony ludzi zginęło z głodu nie chcąc poddać się kolektywizacji. W tych warunkach żywność była dla nich nieprawdopodobną okazją. Byli głodni i chcieli się najeść do syta. Dzięki temu uniknęły tego pogromu sklepy odzieżowe, z obuwiem, futrami i jubilerskie, w których przezorni właściciele z wybuchem wojny odpowiednio zabezpieczyli towary. Ta oglądana sceneria rabunku nie była mi jednak obcą. Bolszewickie wyczyny oglądałem po raz pierwszy w 1920 r. Lwów znajdował się wtedy w zasięgu frontu działań wojennych, pomiędzy armią Piłsudskiego a armią sowiecką. Linia frontu przebiegała wtedy w okolicy Mszany-Gródka Jagiellońskiego.
Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Siedemnastu kolejarzy z naszego „Parlamentu” chciało zrobić przyjemność swoim dzieciom i dostarczyć im choinki. Udali się więc do podlwowskiej zalesionej okolicy Brzuchowic. W dzień wigilijny przywieziono na sankach ich zwłoki wraz z choinkami. Byli półnadzy i niemiłosiernie okaleczeni, bez uszu, nosa, palców u nóg lub rąk, z pustymi oczodołami, wybitymi zębami, a niektórzy nawet bez języków. Oglądałem te zamarznięte i posiniaczone ciała jako dziewięcioletni chłopak wraz z rodzinami i moimi rówieśnikami, uczestnikami codziennych zabaw. Niektórzy z nich wśród lamentu i płaczu prześcigali się w rozpoznawaniu zwłok swoich ojców, natrafiając na duże trudności. Szloch dzieci i wspólna mogiła na Cmentarzu Gródeckim w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia zakończyły ten bohaterski wyczyn kolejarzy z „Parlamentu”. A przecież to był dopiero początek tej wielkiej radziecko-polskiej przyjaźni, tak konsekwentnie rozwijanej później przez ludobójcę Stalina.
Takie i podobne myśli w trakcie drogi z „Parlamentu” na ul. Kochanowskiego skracały zawsze czas marszu. W pierwszych dniach po wkroczeniu wojsk sowieckich nie jeździły jeszcze tramwaje. Spora natomiast odległość z „Parlamentu” na uczelnię, wynosząca około 4 km, stwarzała dobre warunki do obserwacji i rozmyślań. A każdego dnia zmieniało się tu jak w kalejdoskopie. Zamiast rozhukanych żołdaków i towarzyszących im wszędzie roześmianych i usłużnych Żydów z czerwonymi opaskami na skrzyżowaniu większych ulic pojawili się pierwsi agitatorzy. W ceratowych brązowo-ciemnych kurtkach skupiali wokół siebie mieszkańców Lwowa. W tym swoim powojennym marszu na ul. Kochanowskiego zetknąłem się z nimi na rogu ul. Leona Sapiehy vis a vis kościoła św. Elżbiety, potem vis a vis Politechniki i na rogu przy Poczcie Głównej. Każdy z nich miał przy sobie egzemplarz Konstytucji ZSRR i na pytania gawiedzi, dostojnie ją otwierając, podawał odpowiedzi w oparciu o cytaty zebrane w treści największych kłamstw, przeznaczonych jako duchowa karma dla naiwniaków. A ludzie jak ludzie, nawet ja sam czasem ulegałem chwilowemu złudzeniu. Ich rozmiary ustalił dopiero późniejszy okres. Nie mogłem także w tych pierwszych dniach przyzwyczaić się do takich obrazów jak noszenie na plecach worka z ziemniakami lub wanienki do kąpieli dzieci na głowach wysokich oficerów sowieckich. Ale i to zrozumiałem, kiedy na pierwszym przedstawieniu w naszej operze zobaczyłem niektóre damy w nocnych koszulach. Docieram wreszcie do Akademii. Na chodnikach i skwerach dużo ludzi, przeważnie wojskowych, trochę młodzieży. Niektórzy w polskich wojskowych mundurach. Dziwić się temu nie można, jest przecież po wojnie i egzaminach wstępnych i przed nowym rozpoczynającym się rokiem akademickim.
Na portierce p. Dyszczakowski z czerwoną opaską przy wejściu demonstruje już swoją ukraińską przynależność. Podobnie przy wejściu do sali wykładowej Anatomii dwóch woźnych, Dyrda i Majkut, z czerwonymi opaskami na ramieniu. Widocznie już dali się nabrać na slogan państwo robotniczo-chłopskie. Być może myśleli o jakimś przyszłym poważnym awansie życiowym we władzach uczelni. Później, kiedy przypominaliśmy im o tych chwilach, występowała przy pochylonych twarzach czerwień wstydu. Opaski zdjęli zresztą szybko i pozostali w całym okresie obu okupacji bardzo dobrymi Polakami, chętnymi do największych poświęceń.
Zbliżam się do grupy ludzi, zebranych dookoła zwłok trzech dobrze wzdętych koni. Są to przeważnie dobrze nam znani woźni z Interny oraz prof. Szczudłowski. Doznaję szoku. Jest on w kaszkiecie na głowie i koszuli z wykładanym kołnierzykiem. Jeszcze kilka miesięcy temu widywałem go często w cylindrze, względnie chabiku na głowie. W kawiarni „Szkockiej” siedział zawsze w ciemnym garniturze. Widocznie stracił te swoje akcesoria w wojennej zawierusze. Teraz, trzymając konia za nogę, zwrócił się do mnie o pomoc w dźwignięciu zwłok i wciągnięciu ich na wóz prosektoryjny. Ten jego zamiar przerwał nagle dochodzący z tyłu tubalny, podniesiony głos: Panie rektorze, co pan robi? To jest robota dla naszych woźnych. Machinalnie odwracamy głowy, spotykając się z postacią i zdumionym wzrokiem naszego arbitium elegantiarum, prof. Zygmuntem Markowskim. Był w śnieżnobiałej koszuli z muszką przy kołnierzu, w modnym ciemnym chabiku i jasnym beżowym ubraniu. Opierał się na swojej tradycyjnej laseczce, zakończonej srebrną główką. Tak rozpoczął się mój kontakt z uczelnią po wojnie.
Już w niedługim czasie po tym incydencie prof. Szczudłowski zaproponował mi asystenturę przy swoim zespole katedr. Ponawia więc propozycję, wyrażoną po złożeniu przysięgi z okazji odbioru dyplomu kilka miesięcy temu. Wtedy odmówiłem. Gaża młodszego asystenta wynosiła 120 zł miesięcznie plus skromny dodatek z tytułu opłat klinicznych. W terenie miałem już podpisany kontrakt na etat sejmikowego lekarza weterynarii – 200 zł oraz dwa razy w tygodniu opieka nad targiem w Działoszycach, płatne kierownictwo nad rzeźnią i rytualnym ubojem krów plus przegląd transportu cieląt do Katowic oraz prywatna praktyka. W pierwszych miesiącach zarabiałem już 1200–1400 zł miesięcznie, a dobra krowa kosztowała 400 zł. Suma więc nie do pogardzenia dla 25-letniego młodzieńca. Teraz propozycję tę przyjąłem bardzo chętnie, myśląc przede wszystkim o doktoracie.
W okresie tym prof. Szczudłowski prowadził Katedry i Kliniki Ortopedii i Położnictwa oraz wykłady z propedeutyki chorób chirurgicznych. Katedrę Chirurgii oraz Okulistykę prowadził prof. Gajewski z doc. Michalskim, późniejszą ofiarą Katynia. W katedrach kierowanych przez prof. Szczudłowskiego obowiązywała kapitalna zasada. Mawiał zawsze, że asystentura nie jest żadną posadą, a w związku z tym każdy z nas przechodził dwumiesięczną rotację i dzięki temu specjalizował się w dwóch kierunkach. Asystenci zmuszeni zatem byli do stałego dokształcania się w tych kierunkach. Zwolniony od tej zasady był tylko doc. Moraw, specjalizujący się w ortopedii. Po śmierci prof. Gajewskiego prof. Szczudłowski przejął dodatkowo Katedrę Chirurgii wraz z Okulistyką.
W związku z krótkotrwałą wojną polsko-niemiecką powstały pewne luki personalne. Do kraju nie wrócili profesorowie Aleksandrowicz (histologia wraz z embriologią), Olbrycht (ogólna i szczegółowa hodowla z genetyką), doc. Mglej (interna), dr Heil (położnictwo), dr Ginsberg (anatomia), dr Kawa (farmakologia – Kanada), dr Rupp (anatomia patologiczna – RFN). Zaginął dr Bulik prowadzący sztuczne unasienianie przy Katedrze Hodowli Ogólnej. M.in. profesorowie – Kulczycki i Runge, stworzyli podstawę dla otwarcia studiów weterynaryjnych w Anglii, z polskim językiem wykładowym.

Teraz szyld przy głównym wejściu na teren Akademii – Akademia Medycyny Weterynaryjnej i podobna tablica głównego gmachu rektoratu, zastąpione zostały w języku rosyjskim Państwowy Instytut Weterynaryjny oraz Dyrekcja Państwowego Instytutu Weterynaryjnego. Byliśmy więc nadal samodzielną uczelnią, a nie jak pisze prof. Baczyński, jednym z Wydziałów Instytutu Zootechnicznego. Powstał on dopiero w daleko późniejszym czasie, po drugim wkroczeniu wojsk sowieckich do Lwowa oraz wybudowaniu dwóch dodatkowych gmachów z włączeniem klasztoru i kościoła przy ul. Domagaliczów. Kościół ten zamieniony został na teatr młodzieżowy powyższego Instytutu. Dyrektorem Instytutu został kandydat nauk Czinczenko. W pierwszych miesiącach jego urzędowania zniknęły: krzyż i lichtarze ze świecami, wykorzystywane przy odbieraniu ślubowania dyplomowego. Zniknęły także insygnia rektorskie z łańcuchem na czele, a dyr. Czinczenko urzędował zawsze w czapce na głowie, nie zdejmując jej nigdy, nawet przy wejściu profesorów. Nie zdejmował jej również przy wymianie ukłonów na ulicy czy terenie Akademii. Urzędował więc twardo w tzw. stalinówce. Zamiast książki przyrzeczeń na biurku rektora leżała jego dysertacja kandydacka, obejmująca kilkadziesiąt stron maszynopisu z dziedziny botaniki. Po obronie pracy kandydackiej jej posiadacze otrzymywali stopień docenta. Natomiast stopień doktora nauk weterynaryjnych otrzymywali wytrawni pracownicy naukowi po przedłożeniu i obronie pracy doktorskiej, odpowiadającej naszej habilitacji. Podstawą kariery naukowej była więc praca kandydacka. Ze zrozumiałych względów przy ogólnej ocenie naukowej, zwłaszcza równorzędności obu kandydatów, decydowało zawsze czynne zaangażowanie polityczne. Zajęcia teoretyczne i praktyczne odbywały się w starych pomieszczeniach rozrzuconych pomiędzy ulicami Piekarską i Kochanowskiego, w oparciu o główny gmach, gdzie mieścił się Rektorat oraz Katedry: Anatomii, Histologii z Embriologią, Zoologii z Parazytologią, a także muzeum ortopedyczne.
Wyrazy rektor czy rektorat z uwagi na ich kapitalistyczne pochodzenie zastąpione zostały słowami dyrektor i dyrekcja. Do jednych z największych niepowodzeń tego okresu zaliczyć należy zabranie przez wojsko sowieckie dwóch wspaniałych świeżo zakończonych klinik – Ortopedii i Położnictwa. Olbrzymie szklane gmachy, pozwalające na odbywanie zajęć w każdej porze roku, przypominały kliniki w Lipsku o bardziej zmodernizowanych pomieszczeniach. Gdyby wojska sowieckie wkroczyły do Lwowa o 2 miesiące później, zajęcie wcześniej tych pomieszczeń przez wspomniane katedry ocaliłoby przed niepowołanym nowym gospodarzem. Pomieszczenia te, graniczące z koszarami 40 pp, zostały natychmiast włączone jako obiekt wojskowy. Z podanych zaś relacji przez żołnierzy sowieckich, te dzieci prof. Szczudłowskiego zostały szybko zaadoptowane dla wojskowych potrzeb (kuchnie, stanowiska dla zwierząt, magazyny itp.). Towarzysząca temu dewastacja zmieniła ich funkcjonalność do tego stopnia, że do dzisiejszego dnia nikt się o nie więcej nie upominał. Zresztą w warunkach toczącej się totalitarnej wojny stare pomieszczenia zupełnie wystarczały na odbywanie zajęć teoretycznych i praktycznych. Na materiał kliniczny nie można było narzekać. Zapewniały go trzymane w dużych ilościach krowy, konie, kozy i świnie w bezpośrednim sąsiedztwie uczelni na Łyczakowie czy Pohulance. Również psów i kotów było pod dostatkiem.
W pierwszej okupacji sowieckiej zajęcia na wszystkich latach studiów rozpoczęły się w pierwszych dniach października i prowadzone były w języku polskim. Ich program pokrywał się zupełnie z polskim przedwojennym, obejmując w każdym roku studiów dwa semestry.
Po zakończeniu I roku studiów, obowiązywały egzaminy z fizyki (prof. Nikliborc), chemii ogólnej (prof. Niemczycki), zoologii (prof. Poluszyński), botaniki (prof. Janowski) oraz kolokwia z encyklopedii rolnictwa, nauki o mleku oraz propedeutyki nauk weterynaryjnych. Po drugim roku studiów do egzaminów obowiązkowych należały egzaminy z anatomii opisowej (prof. Bant), histologii i embriologii (prof. Aleksandrowicz), fizjologii (prof. Klisiecki) oraz chemii fizjologicznej (doc. Grzycki). Nowo wprowadzonymi przedmiotami były: historia WKPB (wszechzwiązkowej partii bolszewików), której wykładowcą był lektor z Katedry Marksizmu i Leninizmu, Paszczenko z Boczarowem na zmianę, oraz język ukraiński. Był to najtrudniejszy rok studiów, zamknięty ścisłym rygorem złożenia tych egzaminów w odpowiednim czasie.
Po zakończeniu drugiego roku studiów następowała duża różnica w przedstawionych wymaganiach za czasów polskich i sowieckich. W okresie studiów polskich obowiązywał jedynie rygor złożenia egzaminów z mikrobiologii (prof. Mikulaszek) oraz patologii ogólnej (prof. Moraczewski). Egzaminy z parazytologii (prof. Poluszyński), hodowli ogólnej i szczegółowej (prof. Olbrycht, potem Herman), anatomii topograficznej (prof. Bant), propedeutyki chorób chirurgicznych (prof. Szczudłowski) można było składać na dalszych latach studiów. Studenci tacy przedłużali niekiedy studia o wiele lat, stąd też i ich nazwa „żelaźni” studenci. Natomiast w okresie okupacji sowieckiej wszystkie egzaminy z III, IV i V semestru, tzw. egzaminy dyplomowe, ujęte były także surowymi rygorami terminów ich składania i warunkiem przejścia na kolejny rok studiów. Należały tu: anatomia patologiczna i weterynaria sądowa (prof. Zakrzewski wraz z doc. Żulińskim), interna z diagnostyką (prof. Markowski wraz z doc. Hamerskim), zakaźna (prof. Markowski z doc. Parnasem), chirurgia z okulistyką (prof. Gajewski), położnictwo i ortopedia (prof. Szczudłowski z doc. Morawem), nauka o mięsie (prof. Trawiński), farmacja weterynaryjna wraz z farmakologią (prof. Skowroński), administracja weterynaryjna, z której wykłady i egzamin przeprowadzał wojewódzki lekarz weterynarii. Zajęcia nadobowiązkowe prowadził inż. Weber z chorób pszczół oraz dr Myczkowski z anatomii ptaków.
Pałac Turkułłów-Comello przy ul. Piekarskiej, od 1937 siedziba Akademii Medycyny Weterynaryjnej
Różnica w egzekwowaniu egzaminów obowiązujących regulaminem studiów w czasie studiów polskich i sowieckich przyjęta została z zadowoleniem przez naszą Radę Wydziału. Dzięki takiemu programowi zniknęli bowiem tzw. „żelaźni studenci”, studiujący nawet 10 i więcej lat. Studentami w okresie pierwszej okupacji sowieckiej byli tylko tacy, którzy złożyli egzamin wstępny w czerwcu 1939 r., w tym pewna liczba kobiet. Większość stanowili Polacy, mniejszość Ukraińcy. Nie było żadnego studenta pochodzącego zza Zbrucza. Wszyscy oni chętnie garnęli się na studia, chcąc przetrwać zawieruchę wojenną.
W przeciwieństwie do czasów polskich studia były teraz bezpłatne, a studenci otrzymywali stypendia oraz pomieszczenia w domach akademickich. Żelazna kurtyna Zbrucza miała swój ściśle określony cel, odnoszący się nie tylko do studentów, ale i pozostałych mieszkańców ZSRR. Chodziło o to, aby nie zetknęli się oni z istniejącym dobrobytem w Polsce. Według opowiadań żołnierzy, byli oni w koszarach karmieni fałszywą propagandą o nędzy istniejącej w kapitalistycznej Polsce. To, co zobaczyli, było dla nich prawdziwym szokiem. Nie przyjeżdżali także do naszej uczelni w tym czasie pracownicy naukowi i administracyjni. W rektoracie urzędował tylko dyr. Czinczenko i nasi starzy pracownicy: Borusiewicz, Królikowski i jeden woźny „tatuńciu”. W katedrach nastąpiły tylko nieliczne zmiany w składzie nauczającym. Z Polaków dochodzą: Augustyn i jego żona, Dobrowolska, Ewy, Szmyd, Eliasiewicz, Lorenz, Senze i Wandokanty; z Ukraińców: Kłymkił, Uhryn, Pyłypeć i Terlecki; z Żydów: Fuchs, Gelb i Parnes; z Rusinów: Sawczuk i Zając. Do laborantów i techników dołączają: Kraczkowski, Mryc i Rzeczkowski. Z pierwszego ogólnego zebrania pracowników Instytutu Weterynaryjnego poświęconego wpisywaniu się do związku zawodowego (profspiłka) dowiadujemy się, kto jest jakiej narodowości. Każdy kandydat musiał bowiem podać swoją narodowość oraz krótki życiorys. Bez należenia do związku zawodowego nikt nie mógł być pracownikiem żadnego zakładu pracy. Bez takiego zaświadczenia były także duże trudności w otrzymaniu nowego dowodu osobistego, tzw. paszportu.
Niezależnie od kadry asystenckiej, w której nie istniał podział na asystentów młodszych i starszych (jak za czasów polskich), byli także etatowi ordynatorzy oraz tzw. aspiranci naukowi. Przy pełnieniu łącznej funkcji asystenta i ordynatora gaża była podwójna i wynosiła około 700 rb miesięcznie. Oprócz normalnych zajęć dydaktycznych obowiązkiem ich było obsługiwanie pacjentów oraz pełnienie dyżurów nocnych (2–3 x w tygodniu) Oddzielną grupę tworzyli aspiranci naukowi. W zasadzie zwolnieni byli z wszystkich zajęć dydaktycznych. Ich zadanie polegało jedynie na pogłębianiu wiedzy danej specjalizacji, przeprowadzaniu badań naukowych, napisaniu i obronie pracy kandydackiej, nauce języka obcego oraz znajomości zagadnień politycznych (marksizmu i leninizmu) na pamięć.
Z aspiranturą rozstaję się stosunkowo szybko i w niecodziennych warunkach. Na jednym 2 przedłużających się wykładów z marksizmu i leninizmu w dużej nieopalanej jeszcze sali wykładowej Anatomii Patologicznej zacząłem szurać zmarzniętymi nogami. Wykładowca popatrzył na mnie spod oka, kończąc po chwili wykład. Następnego dnia rankiem czekał na mnie na portierce i poprosił na rozmowę w swoim gabinecie. Miała ona zaskakujący przebieg. Paszczenko zapytał mnie, czy wiem, kto to był Pawłow. Kiedy twierdząco odpowiedziałem, wtedy zagaił: Istotnie Pawłow należał do najwybitniejszych fizjologów na świecie i był kontrrewolucjonistą do ostatnich godzin swojego życia. Na łożu śmierci poprosił o krzyż i księdza. To był Pawłow, a wy Senze, dopiero zaczynacie wąchać naukę, a już jesteście kontrrewolucjonistą i szuracie nogami na znak niezadowolenia z nieśmiertelnej nauki Marksa i Lenina. Tak daleko nie zajedziecie. Wyjaśniłem, że jest w błędzie, bo właśnie na zgniłym Zachodzie dobry wykład kwitują słuchacze szuraniem nogami, uderzaniem dłońmi o pulpity, a nawet oklaskami. Zaskoczony moją odpowiedzią, znalazł się w kłopotliwej sytuacji, z której wyprowadziłem go pożegnaniem i wyjściem z gabinetu. O treści rozmowy powiadomiłem natychmiast prof. Szczudłowskiego. Był przekonany, że powinienem zrezygnować z aspirantury i przejść na asystenta-ordynatora. Tak też zrobiłem. Dzięki temu miałem podwójną gażę i kontakt z terenem. Mogłem więc korzystać na co dzień z honorarium aprowizacyjnego, zapewniającego dobre ziemniaki, ser, jaja, śmietanę, a nawet świeżo pieczony chleb z pieca. Doskonale zaś wyposażona biblioteka uczelni, mieszcząca się przy ul. Supińskiego w Domu Akademickim i prowadzona przez p. Nowickiego, pozwalała na studiowanie najnowszej literatury światowej dochodzącej do 1939 r. Prawie każdy z nas miał temat pracy doktorskiej. Należało więc okres pobytu na uczelni najwłaściwiej wykorzystać. Odbywały się także co miesiąc posiedzenia naukowe z dyskusjami. Referowano różne prace, a także ciekawsze przypadki kazuistyczne. Był to prawdziwy wypoczynek po zajęciach dydaktycznych, łagodzący nieprzyjemne wieści polityczne dochodzące z miasta i kraju.
Niezależnie od zajęć uczelnianych, w okresie wakacyjnym do obowiązków naszych należała także kontrola studentów, rozmieszczonych w rejonowych lecznicach weterynaryjnych. Ja kontrolowałem ich działalność w Kołomyi, Kutach i Kosowie. Tam też zetknąłem się z miejscowymi Ukraińcami, którzy trudnili się przemycaniem przez granicę Polaków na Węgry. Studenci poza zajęciami dydaktycznymi wykorzystywani byli w koniecznych potrzebach przy zbiorze ziemniaków i wywózce drewna z lasu.
Alfred Senze