Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

POHULANKA

Niniejsze opowiadanie zaczerpnęliśmy z książki autorstwa Franciszka Jaworskiego pt. „Lwów stary i wczorajszy” (Lwów 1910)
Szczęściem jej było, że się nigdy nie stała modną okolicą Lwowa. Skutkiem tego nigdy tamtędy nie szedł owczy pęd lwowskiego tłumu, ani ścisku nigdy nie było na Pohulance. Spekulując na romantyczne ustronie, bankrutowali wszyscy, którzy tylko czar przyrody chcieli sfinansować, a więc restauratorowie, cukiernicy, przedsiębiorcy, utrzymujący łódki na wyschłym już dziś stawku, huśtawki i kręgielnie. Lwowskiemu filistrowi za daleko było chodzić na Pohulankę przez długą ulicę „na Rurach”1 ponad brzegiem Pełtwi i niebezpiecznie było wracać wieczorem koło niskich chałupek, koło cmentarza, ogródka Makolondry i ponurej Szumanówki.
A Pohulanka rosła sobie dziko i rozkosznie. Wielki wąwóz, który położył się w samym jej środku, miał w sobie cały wdzięk zaczarowanego ogrodu, o którym ludzie jakby zapomnieli. Toteż od stawku blaski szły i iskry, jakie tylko słońce w pogodny dzień odbić umiało i szmer strumyków kołysał kolebkę Pełtwi i jej źródliska takie czyste i jasne jak myśl dziecinna, dokąd jej życie nie zbrudzi, tak jak Lwów swojej rzeczki.
Sam wąwóz ciągnął się długo i jakby wprost wpadał w tonie błękitu, które jego zakończeniem były, światłem i niebieskim okiem, wyglądającym ciekawie spoza ciemnej i starej drzew zieleni.
A same drzewa z obydwu zboczy spadzistych aż na sam dół schodziły, jakby do zwierciadła wody i jakby ku straży kąpiącym się rusałkom.
Zieleń była tak jak i teraz jeszcze – od zielonej rogatki, Snopkowa, Krasuczyna, aż ku Żelaznej Wodzie i potem z drugiej strony poprzez folwark zakonnic ormiańskich, Cetnerówkę, Pasiejd, Łyczakowski park ku Kaizerwaldowi: olbrzymi zielony pierścień, któremu taka Pohulanka czy Cetnerówka drogimi były kamieniami... Pierścień jednak rwie się ustawicznie, bo miejsca pod parcelację potrzeba, a i sama Pohulanka, chociaż dzisiaj jeszcze tak czarowna, bodaj czy się długo oprzeć zdoła najazdowi najpierw lekkich will podmiejskich, a potem ciężkim szeregom kamienicznym.
Dziś to jeszcze lwowska Arkadia czy Szwajcaria, z zachowaną szczęśliwie pięknością swobodnie rosnącego lasu, wzgórz, dolin, jarów i polanek i z zachowanym dotąd komfortem z początków ubiegłego stulecia2. Bo na Pohulance dom restauracyjny jeszcze ma małe okna i białe nieozdobne ściany, jeszcze tam proste stoły i strasznie grająca muzyka, i jeszcze tam ciągle nawoływania kelnerów i wiedeńskich walców brzęk dokuczliwy profanacją jest ciszy, która legła na tym zakątku zadumą, tęsknotą i zapomnieniem.
Zadumą omszały stuletnie drzewa i zrywa się ona za szelestem uschłego listowia, razem z krzykiem ptaków i szumnym śpiewaniem wierzchołków drzewnych. Pełno jej tam, gdzie naga ziemia ku słońcu wyziera ciekawie i gdzie się wzgórze kłosami żyta zieleni młodego, i tam gdzie milczące, zamknięte mauzoleum tajemnicę kryje starego wodociągu miejskiego. I może właśnie dlatego chadzać tamtędy nie lubi tłum rozbawiony, że tak jakoś cicho i tęskno na Pohulance i tak jest inaczej niż na rozbestwionych festynach placu powystawowego3. Gdyby nie ta okropna muzyka w restauracji, której słuchać muszą słowiki i która tłumi śpiew wieczornego wiatru, to by zapomnieć można o tym, że się jest we Lwowie...
Ale muzyka gra w rozdzierający sposób, a ktoś jej wtóruje: Mizzi, Mizzi, sei ja nicht so bos’...4
Trywialne słowa padną w każdą szczelinę leśną, pełzają po wzgórkach i drożynach i aż się uszami przelewają, wraz z życzeniem, ażeby Mizzi poszła sobie do stu diabłów albo tam, gdzie chce jej adorator w wiedeńskiej piosence, która jakby przyrosła do tego miejsca, a na którą skarżył się już anonimowy autor w r. 1825, opisujący Pohulankę w lwowskich „Rozmaitościach”.
Był jednak czas, kiedy Pohulanka nie była wcale miejscem wycieczkowym ani nawet nazwy swojej obiecującej nie nosiła. Za czasów bowiem Rzeczypospolitej była to posiadłość wiejska, na której chłopi siedzieli pańszczyźniani, a nad nimi rodzina Deymów gospodarowała. Krzysztof i Franciszek Deymowie, obaj radcy lwowskiego sądu apelacyjnego, byli ostatnimi właścicielami wzgórz i jarów tutejszych i obaj woleli też życie miejskie raczej niż odległą wówczas od miejskich murów sielankę. Toteż wyzbyli się z rozkoszą gruntów, lasów i chłopów na rzecz rodziny Dziewałtowskich, od której całą posiadłość kupił mecenas Franciszek Węgleński.
Ciekawy człowiek i ciekawa kariera. Węgleński był adwokatem wówczas, kiedy adwokatom najlepiej się działo we Lwowie. Nieuregulowane stosunki prawne, lekkomyślność szlachecka, krach austriackich finansów, rabulistyka prawna przy braku stałych norm i przekupstwie urzędników, wszystko to wytwarzało grunt, na którym tylko fortuny adwokackie wyrastać mogły. A że Węgleński, obok Józefa Dzierzkowskiego, należał do najzdolniejszych adwokatów, gładki był w obejściu, dowcipny, wesoły, wszędzie, nawet do cesarza trafić umiejący, więc też wkrótce doszedł do wielkiego majątku.
A jako człowiek majętny dobre miał gusta i fantazje. W czasach sielankowego sentymentu zapragnął także sielanki, ale takiej, jaką miał Horacy i ludzie rzymskiego cesarstwa, których ten czas, za wzorem Napoleona, tak chętnie naśladował. Kupił więc starą posiadłość Deymów, wybudował u wstępu do niej pałacyk, ten sam, w którym dzisiaj restauracja, urządził prawdziwe tusculum, nazwał Pohulanką i hulał tam razem z całym Iwowskim towarzystwem do upadłego. Nazwa sama nie bardzo się zrazu przyjęła. Owszem, współcześni najchętniej nazywali posiadłość laskiem Węgleńskiego, „Pohulanka” zaś utarta się nieco później, już po wyjeździe Węgleńskiego ze Lwowa.
Trudno powiedzieć, co właściwie spowodowało wziętego adwokata do opuszczenia rozległej, a intratnej praktyki, wesołego towarzystwa lwowskiego i czarownej, z prawdziwie magnackim przepychem urządzonej Pohulanki. Syt zysków zapragnął może jeszcze sławy, czy też wiedzą swoją prawniczą, doświadczeniem i zdolnościami służyć zapragnął Polsce, dość że przeniósł się do Warszawy, wstąpił w r. 1809 w służbę Księstwa Warszawskiego, w dziewięć lat później był już senatorem-kasztelanem, a w r. 1819 objął po Sobolewskim tekę ministerstwa sprawiedliwości, zostawiając na tym stanowisku po sobie pamięć człowieka uczciwego i energicznego, podczas gdy we Lwowie długo jeszcze opowiadano kawały, na jakie brał sędziów i sądownictwo austriackie, o ile mu chodziło o wygranie jakiejś sprawy.
Już po wyjeździe Węgleńskiego ze Lwowa zwiedzał Pohulankę w 1820 r. Julian Ursyn Niemcewicz. Autor Śpiewów historycznych, który objechał całą Polskę i w Podróżach historycznych swoich pilnie notował każdą piękność przyrody i każde dziejowe wpomienie, poświęcił i uroczemu laskowi pochlebną wzmiankę: Pohulanka, wieś zeszłego J.P. Węgleńskiego, ministra sprawiedliwości w przyjemnej nader dolinie, otoczonej górami, pięknie udrzewionymi. Miłe prawdziwie zacisze dla męża lubiącego wiejską ciszę, spokojność i nauki...
W chwili jednak, gdy sędziwy i zasłużony autor pisał te słowa, przestała być Pohulanka i zaciszną, i spokojną, a z mężami lubiącymi nauki wzięła rozbrat na zawsze. Od spadkobierców Węgleńskiego kupił ją bowiem restaurator Jan Diestl, który w pałacyku założył piwiarnię, na staw puścił flotyllę łódek, zostawiając resztę ogrodu i cały lasek do użytku par zakochanych i samotników o pokładzie poetyczno-melancholijnym.
Do tych ostatnich należał autor artykułu o Pohulance, pomieszczonego w „Rozmaitościach” z r. 1825. Był to snadź wielki amator podlwowskich drzew i zieleni, bo opisał je prawie wszystkie dokoła Lwowa i nieraz w dalszym ciągu niniejszych szkiców przyjdzie nam się powołać na jego nastroje i wylewy uczuć. Jedna litera podpisu wskazuje, że autorem tych przedmiejskich nastrojów jest może Stanisław Jaszowski, jeden z pisarzy, który głębiej i lepiej kochał Lwów, aniżeli to nawet opisać potrafił.
Wyszedłszy używać świeżego powietrza udał się autor na Pohulankę, gdzie z rzadką prawdziwie radością przechadzał się po krętych ulicach gaju, przypatrywał się źródłom, wytryskującym z brzemiennej wodami ziemi.
I byłby może autor zapomniał o całym świecie, gdyby nie brzęk szklanek i gwar pijących, skutkiem którego już za małą chwilę widzimy i jego samego w restauracji, razem
z Niemcami, którzy rozmawiali o dawnych hecach wiedeńskich, i fanfaronami, których ubiór złożony był ze szczególniejszych kolorów. Mieli kapelusze kratkowe, chustki kratkowe, surduty kadrylowane, czyli po prostu powiedziawszy, podszyte kratkową kitajką i pantaleonki w prążki. Byty to wzory ostatniego żurnalu, który tym razem zupełnie wypadł niesmacznie i jak gdyby na przekorę wszelkiej powadze, zdradzając zasady zwolenników swoich, czynił z nich istnych arlekinów.
Od kufla poszedł znowu nasz autor oglądać piękne widoki: Przedzierając się przez gęste chaszcze stanęliśmy na szczycie góry, okrytej wesołymi drzewami i panującej nad Pohulanką. Co za boski widok odkrył się stamtąd oczom naszym. Naokoło wysokie góry, a w środku padół wyścielony drzewami, spomiędzy których wyzierały niedbale małej kaplicy wieżyczki. Głuche naokoło nas panowało milczenie i tylko żab skrzeczenie przerywało je swoim nieharmonijnym dźwiękiem. W tym miejscu na szczycie, mchem leśnym uścielonej góry, zapomnieliśmy o stosunkach stolicy, o obowiązkach powołania i z przepełnionymi sercami, w milczeniu, bo prawdziwe uniesienie nigdy nie używa wyrazów, poglądaliśmy to po sobie, to na drzew gałęzie, którymi jakby od niechcenia łagodny wietrzyk kołysał. Urwawszy na pamiątkę kilka nadobnych płodów Flory, z tęsknotą odrywaliśmy się od tego przyjemnego ustronia, gdzie wdzięk natury z każdego do nas uśmiechał się listka, w każdym odbijał się kwiatku i gdzie nasz umysł był wolny od namiętności i tak spokojny, jak te wody pobliskiego stawu, które nie zmarszczyły nawet szklanej powierzchni swojej.
Pałacyk mecenasa F. Węgleńskiego,
Czytając ten wylew uczuć, trudno się oprzeć wrażeniu, że przecież dawnymi czasy większe było we Lwowie odczucie piękności własnego gniazda aniżeli dzisiaj. Być może dlatego, że trudniejszy był dostęp do widoków szwajcarskich, włoskich i innych, do których obecnie połowa Lwowa latem pielgrzymuje.
Z tych też lepszych czasów dla lwowskich drzew i zieleni pochodzi i litografia z widokiem Pohulanki, którą tutaj w reprodukcji podajemy. Z drugiej jednak strony przyznać trzeba, że Pohulanka nie natchnęła żadnego z wieszczów lwowskich na nutę piękniejszą i trwalszą. W 1831 r. napisał Michał Suchorowski sztukę teatralną pod tytułem Hanusia z Pohulanki, ale tutaj osoba samego autora jest o wiele ciekawsza aniżeli jego utwór. Suchorowski był bowiem jakąś niezwykle zwyrodniałą i zbrodniczą jednostką, a koleje jego życia nadają się raczej do kryminalnego romansu. Doktor praw, wzięty adwokat, o literackich i naukowych aspiracjach – napisał bowiem kilka utworów dramatycznych, zbierał pieśni żebrackie, miał własne teorie lingwistyczne – dopuścił się Michał Suchorowski zbrodni pospolitego oszustwa, za którą długie lata przesiedział w Szpilbergu i wsławił się tym, że był ostatnim więźniem tego osławionego więzienia. Wyszedłszy zeń, zamordował do spółki z jakimś lokajem, w celach rabunkowych, proboszcza kościoła świętej Anny, za co na śmierć skazany, poszedł na dożywotnie więzienie właśnie w chwili, kiedy gramatyka jego porównawcza opuścić miała prasy drukarskie. Drukarz, nie wiedząc co zrobić z nakładem, zniszczył go. Suchorowski zaś, gdy się o tym w więzieniu dowiedział, wytoczył mu proces z Brygidek, proces ten wygrał i uzyskał odszkodowanie w kwocie kilkuset złr.5, które dla niego złożono do depozytu sądowego.
W czasie zaślubin cesarza Franciszka Józefa napisał Suchorowski w Brygidkach wiersz okolicznościowy w sześciu językach, który to wiersz zarząd więzienia posłał do kancelarii cesarskiej, skąd przyszła niespodziewanie... amnestia dla poety.
Suchorowski wyszedł na wolność po kilkudziesięciu latach więzienia, za wspomniane wyżej odszkodowanie kupił sobie domek przy ulicy Sieniawskiej, drukował jeszcze kilka utworów, między innymi Szczytną pieśń Sławianów we wszystkich językach słowiańskich, i umarł w ósmym dziesiątku lat ubiegłego stulecia6 jako porządny i Bogu ducha winien staruszek.
Wracając jednak do Hanusi z Pohulanki, to była ona pierwszy raz dnia 9 czerwca 1830 na król. miejskiej widzialni lwowskiej, przez grono lubowników sztuki muzykalnej i dramatycznej na dochód ubogich we Lwowie wystawiona – sama zaś zaczyna się następującym kupletem:
Chłopaki z Pohulanki
Węglińskie dzieweczki
Splatajcie śliczne wianki
Dla naszej Haneczki...
Już ten czterowiersz pouczy, że sztuka Suchorowskiego zupełnie zasłużonym pokryła się pyłem zapomnienia, tak samo jak i druga krotochwila, oryginalnie napisana przez A. Ładnowsfciego pt. Majówka na Pohulance, czyli Miłość i polędwica.
Od roku 1848 jest Pohulanka własnością rodziny Kleinów. Przeprowadzono wówczas na posiadłości znaczne zmiany, a mianowicie osuszono ją częściowo, przy czym Klein zbudował browar, z którego piwo przez długie lata dzierżyło we Lwowie prym z powodu swojej dobroci, a konsumowane było przede wszystkiem na miejscu przez wycieczkowiczów, którzy każdej niedzieli obsiadali stoły restauracyjne. Główną atrakcją Pohulanki w tych czasach były pierogi, kurczęta i lody wyrabiane w letnim pawilonie cukierni Maisona.
Lwowskie akcyjne towarzystwo browarów wykupiło browar, którego budynki zamieniono w dom mieszkalny, stawek został zupełnie osuszony, pozostała zaś tylko tradycyjna restauracja i tradycyjna piękność przyrody, która oby jak najdłużej oparła się parcelacji i zabudowaniu...


PRZYPISY REDAKCJI
1 Ulica „Na Rurach” (późniejsza Kochanowskiego) założona na skanalizowanym potoku, spływającym do Pełtwi (patrz CL 2/2000).
2 Autor ma na myśli oczywiście początek XIX wieku.
3 Plac Powystawowy – po Wystawie Krajowej 1894 r. (patrz CL 2/95), obok Parku Stryjskiego.
4 Mizzi, Mizzi, nie bądź taka niedobra... (niem.).
5 złotych reńskich
6 XIX stulecia