Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Ewa Nadachowska, DOM NA GÓRCE JACKA

Górka Jacka* – jedno z siedmiu wzgórz, na których rozłożyło się miasto Lwów. Z jego szczytu od strony południowej, czyli od ulicy Tarnowskiego, za czasów mego dzieciństwa roztaczał się piękny i rozległy widok. Wodząc wzrokiem od wschodu do zachodu, najpierw widziało się zielone latem, a białe od śniegu zimą pagórki, na których wtedy uwijali się narciarze. Na przeciwległe zbocze wspinały się dwa parki: Snopkowski i Kilińskiego (zwany też Stryjskim). Na zachodzie tonęły w zieleni budynki miasta. Od północnej strony wzgórza, a więc z ulicy Krasińskiego, rozciągał się równie wspaniały widok na miasto – z jego zabytkową zabudową i w dali wznoszącym się Kopcem Unii Lubelskiej, ulubionym miejscem wycieczek lwowiaków.

Życie moich rodziców, od czasu założenia przez nich rodziny w 1912 roku, związane było z Górką Jacka. Najpierw zamieszkali w kamienicy wuja mojego Ojca, Bolesława Widajewicza, przy Tarnowskiego 68 (kamienica istnieje do dzisiaj). Mój ojciec Benedykt Fuliński urodził się w 1881 r. w Chlebowicach Świrskich, z ojca Karola Waleriana i matki Julii Adelajdy z Widajewiczów. Pochodził ze szlachty zagrodowej. Cechą tej warstwy społecznej był głęboki patriotyzm, zainteresowanie przeszłością kraju i pęd do wiedzy. Toteż Benedykt już jako uczeń gimnazjum w Stanisławowie organizował kółka samokształceniowe, na których on i jego koledzy zapoznawali się z historią Polski, geografią ojczystego kraju oraz jego przyrodą. Ulubioną lekturą młodego Benedykta były wtedy popularnonaukowe artykuły sławnego uczonego Benedykta Dybowskiego. Nic dziwnego więc, że zdawszy maturę obrał na Uniwersytecie Lwowskim kierunek przyrodniczy. Wiedzę swą przekazywali wtedy studentom tak znakomici profesorowie jak: zoologowie Benedykt Dybowski i Józef Nussbaum-Hilarowicz, botanik Marian Raciborski, fizyk Marian Smoluchowski, geolog Rudolf Zuber, filozof Kazimierz Twardowski i inni wybitni uczeni. W 1908 roku ojciec obronił pracę doktorską, której recenzentami byli profesorowie Nussbaum-Hilarowicz i Dybowski. Po złożeniu egzaminu dla nauczycieli szkół średnich rozpoczął pracę w szkolnictwie. Przez 11 lat uczył historii naturalnej, chemii i fizyki w VII i IV gimnazjum męskim we Lwowie. Kochał młodzież i cieszył się jej wielką sympatią. Był bowiem zwolennikiem nauki przyrody w terenie. Urządzał wycieczki w Karpaty Wschodnie i Tatry, które zarówno dla uczniów, jak i ich wychowawcy, pozostały niezapomnianym przeżyciem. W latach 1918–22 pełnił też funkcję sekretarza w muzeum Dzieduszyckich. Po rannych obowiązkach w szkole spędzał popołudnia i wieczory w gmachu Starego Uniwersytetu, w laboratorium prowadzonym przez profesora Nussbauma-Hilarowicza. W tej pracowni wykuwała się znana „lwowska szkoła przyrodników”. Pracowali tam prócz mego Ojca: Jan Grochmalicki, Antoni Jakubski, Jan Hirschler, Ludwik Jaxa Bykowski, Stanisław Czerski, Rudolf Weigl (późniejszy wynalazca szczepionki przeciw tyfusowi plamistemu) i inni. Prawie wszyscy zasilili później kadrę naukową polskich wyższych uczelni jako profesorowie.

W tym laboratorium poznał też Benedykt Fuliński swoją przyszłą żonę, pracującą tam młodziutką studentkę Stefanię Hauserównę. Była ona córką nieżyjącego już wtedy znanego lwowskiego sędziego, pierwszego prezesa Związku Sędziów Polskich w Galicji, Leopolda Hausera. Ten wybitny prawnik, historyk i pisarz (jest autorem cenionej monografii miasta Przemyśla) był wielkim patriotą, społecznikiem i miłośnikiem kultury polskiej. Jako młody sędzia został współzałożycielem „Fredreum”, działającego do dziś amatorskiego teatru w Przemyślu. W uznaniu zasług dla tego miasta został odznaczony tytułem honorowego obywatela Przemyśla**. Panna Stefania wzrastała w kulturalnej atmosferze domu, którą stwarzał zarówno jej wybitny ojciec, jak też wykształcona, pięknie grająca na fortepianie matka.
Młode małżeństwo, jak już wspominałam, zamieszkało na Górze Jacka przy ulicy Tarnowskiego. Tam przyszli na świat ich czterej synowie: Jędrzej, Jacek, Stefan i Wojciech. Mama w pewnym okresie próbowała połączyć obowiązki matki licznej rodziny z pracą zawodową. Uczyła przez kilka lat biologii w prywatnym żeńskim gimnazjum. Gdy jednak urodziła się najmłodsza latorośl, córka Ewa, poświęciła się wychowywaniu swojej gromadki. Wkrótce rodzina powędrowała kilkanaście metrów wyżej, na sam szczyt Góry, gdzie stanął nowo wybudowany dom przy ulicy Tarnowskiego 82. Była to piękna willa z dużym ogrodem schodzącym tarasami w dół stoku. Dolną jej część stanowiło obszerne dwukondygnacyjne mieszkanie dla rodziny, a górną wynajmowano lokatorom. Przez kilka lat, aż do 1942 roku, mieszkał tam ze swoją żoną i córką filozof, matematyk i malarz, prof. Leon Chwistek***. Oba mieszkania miały duże tarasy z rozległym widokiem na pobliskie wzgórza, parki i miasto.
Okres międzywojenny upływał rodzinie na pracy i nauce. Urządzano dom, sadzono w ogrodzie drzewa, krzewy i kwiaty. Ojcu, który w 1917 roku habilitował się na Uniwersytecie Lwowskim, w 1919 roku, jako profesorowi nadzwyczajnemu, powierzono katedrę Zoologii i Anatomii Zwierząt Domowych na Wydziale Rolniczo-Lasowym Politechniki. Wkrótce został profesorem zwyczajnym. Aż do 1939 r. prowadził też, jako zajęcia zlecone, wykłady z różnych działów nauk zoologicznych na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Wykładał ponadto biologię studentom Wydziału Farmaceutycznego i Akademii Medycyny Weterynaryjnej.
Dom rodziny Fulińskich przy ul. Tarnowskiego 82. Zdjęcie z 1987 r.
Dzieci studiowały i uczyły się. Dom dawał dobre warunki do pracy, wypoczynku i zabawy. Można było w zimie zjeżdżać na nartach lub sankach z pobliskich wzgórz, latem grać w tenisa na ogrodowym korcie, przekształconym niestety wkrótce przez młodszych chłopców w boisko piłki nożnej i plac do różnych gier z rówieśnikami. Na dobrą sprawę można było nie wyjeżdżać na wakacje. Ojciec jednak, miłośnik przyrody polskiej, zabierał nas na piękne wędrówki po Tatrach, Czarnohorze, Gorganach i innych pasmach górskich Karpat Wschodnich. Moja pamięć przechowała, jako szczególnie wspaniałe, wakacje na wsi wołyńskiej. Benedykt Fuliński, jako uczestnik walk o Lwów, odznaczony Krzyżem Walecznych, uzyskał działkę osadniczą na Wołyniu koło Wiśniowca. Osada nazywała się oficjalnie Wola Wilsona, a potocznie – Kniażyna. Tam wybudowano obszerny dom, założono duży sad wiśniowy, a uprawą roli zajmował się sympatyczny sąsiad-dzierżawca. W czasie tych wakacji chłopcy pracowali przy sianokosach i żniwach, a ja pasłam z wiejskimi dziećmi krowy sąsiadów i wędrowałam z nimi po ukwieconych, pachnących łąkach i miedzach.

Spokojne, acz pracowite życie w domu na Górze Jacka zburzyła wojna z wieloma jej dalszymi konsekwencjami. Wtedy dom, ze względu na swoje wyjątkowe położenie i gotowość jego gospodarzy do niesienia pomocy potrzebującym, nabrał szczególnego znaczenia. Wojna spowodowała, że wielu ludzi z zachodu Polski uciekło przed naporem wojsk niemieckich na wschód lub nie zdążyło wrócić z wakacji do swoich domów. Pozostając w okupowanym przez sowietów Lwowie, często nie mieli dachu nad głową, pieniędzy ani wymaganych dokumentów. Narażeni też byli na wywózkę w głąb Rosji. Władze okupacyjne określały ich jako tak zwanych „bieżeńców”, czyli uciekinierów. Ludzie ci potrzebowali pomocy rodaków. Tu trzeba złożyć hołd mojej ukochanej matce, która zawsze znalazła dla nich kąt, miejsce przy stole i dobre słowo. Nieraz zdarzało się, że przeżywaliśmy mrożące krew w żyłach chwile, gdy w nocy gwałtowne walenie kolbami karabinów „stróży porządku radzieckiego” w bramę budziło cały dom. Wtedy „bieżeńcy” uciekali przez ogród na wzgórza lub chowali się w pobliskich krzakach. Pierwsze zetknięcie z nieproszonymi gośćmi brała na siebie z wielkim spokojem nasza matka. Po sprawdzeniu dokumentów obecnych w domu osób i sakramentalnym pytaniu „bieżeńców u was niet?”, na które otrzymywali zawsze przeczącą odpowiedź, intruzi opuszczali dom, a uciekinierzy, po odpowiednim sygnale świetlnym z okna, mogli powrócić. Oprócz „bieżeńców” z zachodu pojawili się wkrótce uciekinierzy ze wschodu Polski. Niektórzy przybyli do nas z Kniażyny na Wołyniu, uniknąwszy cudem wywózki na Sybir. Większość mieszkańców tej miejscowości w straszliwych warunkach wywieziona została w głąb Rosji. Dwu ocalonych zamieszkało jakiś czas w naszym domu. Wkrótce zaczęły przychodzić listy od wywiezionych osadników i trzeba było jakoś im pomóc. Wysyłaliśmy paczki z żywnością, odzieżą i książkami polskimi, o które prosili. Cytuję tu wzruszający list ucznia piątej klasy, syna osadnika.

Ural – Stiepanówka 1 I 1941
Bardzo dziękuję za przysłane książki, których brak bardzo tu odczuwamy, gdyż musimy korzystać ze śmiecia. Przechodziły one również przez kontrolę, zostały mi jednak zwrócone w całości. Przy odbiorze pytał się mnie komendant, dlaczego czytam książki polskie, mając na miejscu dużą bibliotekę rosyjską. Odpowiedziałem mu, że jestem Polakiem, dlatego wolę czytać książki polskie. Książki, które przyszły na adres p. Kurylciowej, zostały jej zwrócone. W jednej z książek, w której znajdowała się podobizna naszego I Marszałka, wypalono oczy papierosem. Chodzę tu do klasy piątej, nauczyłem się już czytać i pisać po rosyjsku, obecnie mamy wakacje, które trwać będą 13 dni, skorzystam więc z tych wolnych chwil i będę dużo czytał. Zima tu sroga i bardzo dokuczliwa, śniegu dużo, tak że bez nart trudno z domu się ruszyć. Mróz był dziś 48 stopni, trzeba siedzieć w domu, gdyż ciepłej odzieży brak. Prujemy kilimy na wełnę, aby zrobić coś ciepłego, kłopot tylko z wełną, gdyż są to bardzo krótkie kawałki, które tatuś zszywa. W szkole czym dzień ostrzej, zaczęli od medalików, a teraz włażą do dusz. My jednak nie dajemy się i da Bóg wytrwamy. Pozdrawiam serdecznie – Leszek Urbaniec.


W lutym 1941 roku listy od wywiezionych osadników przestały nagle przychodzić. Widocznie NKWD położyło na nich łapę. Nastąpiły też wywózki mieszkańców Lwowa. Wielu naszych sąsiadów, znajomych i przyjaciół deportowano do Rosji. Od nich również zaczęły przychodzić smutne, czasem tragiczne listy i im też trzeba było pomóc w postaci paczek z żywnością i innymi potrzebnymi im rzeczami.

Rodzina miała wtedy własne ciężkie przeżycia. Jeden z moich braci, Jacek Fuliński, wkrótce po wkroczeniu wojsk sowieckich do Lwowa zaangażował się w ruch oporu. Był w 1939 i 1940 roku dowódcą grupki kurierów przechodzących przez granicę rumuńską do ambasady polskiej w Bukareszcie. Dostarczali oni różne informacje o sytuacji Polaków, zwłaszcza mieszkających na Wołyniu i we Lwowie. W czerwcu 1940 roku dwóch kurierów zostało złapanych przez Rosjan w okolicy Kut. Jeden z nich prawdopodobnie nie wytrzymał tortur, w wyniku czego w listopadzie 1940 roku Jacek został aresztowany. Udało mu się uciec, musiał się jednak ukrywać. Najpierw w Bóbrce pod Lwowem, a potem w domu, w specjalnie przygotowanej przez braci kryjówce na strychu. Od tego czasu nasiliły się wizyty radzieckich towarzyszy, którzy pytali już nie tylko o „bieżeńców”, ale także o Jacka Fulińskiego. Otrzymywali odpowiedź, że wyjechał służbowo do Żółkwi, ale nie wiemy, gdzie teraz przebywa. Dopiero po zajęciu Lwowa przez Niemców w czerwcu 1941 roku mógł wyjść ze swojej kryjówki i znowu zamieszkać z nami. Były to chwile wielkiej ulgi dla rodziny.
Tymczasem dom przy ulicy Tarnowskiego 82 zaczął pełnić ponownie swoje obowiązki. Zmiana okupanta przyniosła nowe wyzwania. Wkrótce po wkroczeniu Niemców do miasta schronienie w murach domu na Górce Jacka znalazł profesor matematyki Hugo Steinhaus. Zamieszkał z żoną i matką w mieszkaniu zajmowanym poprzednio przez Leona Chwistka, który w obawie przed Niemcami wyjechał na wschód, a żona jego i córka wyprowadziły się do rodziny w Borysławiu. Pani Chwistkowa była siostrą Hugo Steinhausa. Będąc żydowskiego pochodzenia, profesor obawiał się pozostać u siebie. Nie wychodził też z naszego domu, znajdując jedyne wytchnienie w spacerach po ogrodzie i w długich rozmowach z moim ojcem, który kiedyś powiedział mu: „nie martw się, Hugo, jeszcze będziesz profesorem we Wrocławiu”. I tak się stało. W swoich Wspomnieniach i zapiskach Hugo Steinhaus wspomina tę rozmowę. Rodzina Steinhausów musiała w końcu opuścić dom, aby ukryć się w bezpieczniejszym miejscu pod Lwowem. Na odchodnym mój ojciec ofiarował matce profesora pieczołowicie przechowywaną metrykę swojej matki Julii Adelajdy Widajewicz, uzupełniając niezbędne dla tej rodziny fałszywe dokumenty. Profesor wspomina także o tym w swojej książce.
Najstarszy mój brat Jędrzej był w tym czasie już inżynierem chemikiem, Jacek architektem, Stefan studentem wydziału inżynierii lądowo-wodnej, a Wojciech elektrotechniki. W momencie wybuchu wojny miałam ukończoną dopiero drugą klasę gimnazjalną, musiałam więc uczyć się dalej na tajnych kompletach. Lekcje na nich odbywały się między innymi w naszym domu. Dyrektorką Tajnego Nauczania, zarazem komendantką Lwowskiej Chorągwi Harcerek i zastępcą referentki Wojskowej Służby Kobiet w Komendzie Obszaru Lwów, była Stefania Stipal****. Wkrótce zostałam jej łączniczką. Dostarczałam wiadomości od Luny (pseudonim Stefanii Stipal) nauczycielom i innym osobom związanym z jej pracą konspiracyjną.
Nasz ojciec bardzo podupadł na zdrowiu, zwłaszcza po wiadomości o mordzie dokonanym przez Niemców na profesorach lwowskich wyższych uczelni, przeważnie jego dobrych znajomych, a często przyjaciołach. Mimo to wziął udział w kursach dla maturzystów. Niestety niebawem, 2 lutego 1942 roku, zmarł. Był to ciężki cios dla rodziny. Pochowany został, jak na przyrodnika przystało, w pięknym miejscu na Górce Powstańców na Cmentarzu Łyczakowskim, w pobliżu grobu swojego patrona Benedykta Dybowskiego.

W maju 1942 roku domowi przybył nowy mieszkaniec. Był nim znajomy mego brata Wojtka sprzed wojny, lotnik Mieczysław Borodej. Przedostał się on do Lwowa po dramatycznej ucieczce ze Stalagu w Lamsdorfie, gdzie znalazł się, gdy jego samolot został strącony przez niemiecką artylerię przeciwlotniczą nad Bremą. Czuł się w obowiązku walczyć nadal i chciał nawiązać kontakt z polskim podziemiem. Wiedziałam, że Stefania Stipal mogła mu w tym pomóc. Udaliśmy się z Wojtkiem do niej, przedstawiając problem. Właśnie wyjeżdżała do Warszawy i dzięki niej Borodej nawiązał kontakt z Armią Krajową. O naszej wizycie i roli, jaką odegrał później Mieczysław Borodej, pisze ona w swoich wspomnieniach umieszczonych w książce Harcerki 1939–1945. Borodejowi powierzono kierownictwo wywiadu wojskowego w Inspektoracie Lwów-miasto. Nasza matka oddała mu na biuro jedno z domowych bezpiecznych pomieszczeń. Było to malutkie mieszkanko na parterze,
z którego łatwo było uciec w razie zagrożenia przez okno do ogrodu, a z niego dalej. Moja dzielna mama została razem z moimi braćmi zaprzysiężona jako żołnierz Armii Krajowej. Będąc przeważnie w domu czuwała nad bezpieczeństwem osób pracujących w biurze. Gdy przed bramą wejściową ujrzała mundur niemiecki (co zdarzyło się kilka razy) lub nieznaną osobę, ostrzegała ich, aby mogli ukryć papiery, maszynę, broń i uciec.
W kwietniu 1943 roku Borodej dowodził ubezpieczeniem udanej akcji odbicia ze szpitala więziennego Lecha Sadowskiego – „Wasyla”, komendanta BIPu (Biura Informacji i Propagandy). Był też dowódcą sił, które zajmowały rejon starego Uniwersytetu podczas akcji „Burza”. Aresztowany przez Sowietów, skazany został na 20 lat w łagrze. W kopalniach złota na Syberii przepracował 10 lat. Stracił oko i zachorował na płuca. Przyjechał do Polski w 1955 roku. Zmarł we Wrocławiu.
Prócz lekcji na kompletach – w domu przy Tarnowskiego 82 odbywały się kursy pielęgniarskie dla harcerek, organizowane przez Służbę Wojskową Kobiet. Prowadzone były przez lekarzy i pielęgniarkę w ramach przygotowań do działań wojennych we Lwowie. A mogły się przydać, bo front zbliżał się do miasta i miała rozpocząć się akcja „Burza”.
W lipcu 1944 roku po raz trzeci przez Lwów przeszedł front. W oswobodzeniu miasta od Niemców pomagali Polacy w ramach akcji „Burza”. Część oficerów polskich biorących w niej udział, wśród nich Mieczysław Borodej, zostało podstępnie zwabionych na niby to naradę z dowódcami sowieckimi i aresztowanych. Zostali oni potem skazani na wieloletnie więzienia i obozy na Syberii.
27 lipca Lwów po raz drugi znalazł się we władaniu sowieckim. Zaledwie kilka dni po wkroczeniu Rosjan do miasta w domu przy Tarnowskiego 82 zjawili się dwaj cywile. Dopytywali się o ilość mieszkańców, sprawdzali dokumenty, a w końcu jeden z nich zapytał: a gdzie jest Jacek Fuliński? Otrzymali odpowiedź taką jak zwykle – kilka lat temu wyjechał służbowo do Żółkwi i nie ma od niego wiadomości. Zdumieliśmy się, że pomimo wypadków wojennych NKWD zdołało zabezpieczyć dokumenty sprzed dwu lat i zacząć działać rutynowo, jakby nic się nie wydarzyło. Jasne było dla wszystkich, że Jacek nie może pozostać we Lwowie. Pod zmienionym nazwiskiem, jako Jan Skuratowski (było to panieńskie nazwisko naszej prababki), pojechał do Przemyśla, a gdy otworzyła się taka możliwość, dalej na zachód. Do swego nazwiska wrócił dopiero kilka lat po wojnie.
Tymczasem parę dni po odjeździe Jacka dom przy ulicy Tarnowskiego przyjął pod swój dach nowego uciekiniera. Był nim Serb Dragan Sotirović (pseudonim Draża), oficer armii jugosłowiańskiej. Po ucieczce z niemieckiego obozu jenieckiego w Rawie Ruskiej, znalazł się we Lwowie, nawiązał kontakt z Armią Krajową i został skierowany do leśnych oddziałów 14. pułku ułanów w lasach Winnickich pod Lwowem. Podczas akcji „Burza” dowodził tymi oddziałami. Aresztowany przez Rosjan, uciekł w czasie transportu i ukrywał się w naszym domu na Górze Jacka. Po kilku tygodniach wyjechał na zachód. Jakiś czas przebywał na Dolnym Śląsku, a potem, mając obywatelstwo francuskie, wyjechał do Francji i zamieszkał w Paryżu.

Nowe życie w ponownie okupowanym przez Sowietów Lwowie dawało nam się we znaki. Niepewność jutra i rozłąka z Jackiem szczególnie przygnębiająca była dla naszej matki. Lwowianie zaczęli masowo opuszczać swoje miasto. Wyjeżdżali znajomi i przyjaciele. Powstawała wokół nas pustka. Zwlekaliśmy z decyzją długo, ale doszliśmy w końcu do przekonania, że w tym, teraz już obcym kraju nie ma dla naszej rodziny żadnych perspektyw. Z ostatnim transportem Politechniki Lwowskiej opuściliśmy ukochane miasto i ten piękny, pełen wspomnień dom na Górce Jacka.
Ewa Nadachowska

PRZYPISY REDAKCJI
* Tak zdrobniale nazywa autorka Górę św. Jacka. Obszernie opisywał ten rejon miasta w kilku numerach CL (m.in. 3/03) Adam Trojanowski.
** Sylwetkę Leopolda Hausera (1844–1908) zamieściliśmy w CL 1/03. Na końcu znalazła się tam taka uwaga: Nie wiemy, czy i gdzie żyją potomkowie Leopolda Hausera (najstarsza córka Maria nazywała się po mężu Fulińska). Wspomnienie wnuczki wyjaśnia.
*** Pisała o tym córka L. Chwistka, Alina Dawidowiczowa, w książce wspomnieniowej Zeschnięte liście i kwiat, oraz w CL 2/05.
**** O Stefanii Stipal – patrz CL 2/04.


EWA NADACHOWSKA, z domu Fulińska, ur. 1925 we Lwowie. W czasie okupacji niemieckiej Lwowa uczestniczyła w pracy konspiracyjnej w harcerstwie oraz w Wojskowej Służbie Kobiet. Uczęszczała na tajne komplety, zdała maturę 1943. Po wyjeździe ze Lwowa zamieszkała w Gliwicach, ukończyła wydział chemiczny Politechniki Śląskiej. Pracowała w szkolnictwie średnim, obecnie na emeryturze, mieszka w Krakowie.