Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Jadwiga Wanda Kuczabińska, LWÓW I BUKOWINA

Życiorys i wspomnienia Polki

Jestem ostatnią z rodu Kuczabińskich, Polką urodzoną na obczyźnie z rodziców Polaków: ojca Jana Mieczysława Kuczabińskiego i matki Karoliny, z domu Dworeckiej.

Uważam, że prawidłowo zrozumieć i ocenić życie oraz uczynki człowieka można tylko poznając jego rodowód, gdyż rodzinne tradycje, przodkowie stawiani przez rodziców dzieciom na wzór, a w końcu rodzinne wychowanie – formują i wpajają odpowiednie poczucie tożsamości narodowej, charakter i światopogląd.
Przodkowie mego ojca pochodzili z Krakowskiego. Z opowiadań ojca wiem, że ród nasz był szlachecki, herbu Gozdawa z XV wieku. Kiedyś bogaty i stopniowo biedniejący, przy końcu XVII wieku wpisał się do mieszczaństwa miasta Lwowa.
Starszy brat mego prapradziada Wincenty Kuczabiński na początku XIX wieku miał we Lwowie własną drukarnię. Prapradziad Ludwik (1810–1880) – obywatel miasta Lwowa (to miano otrzymywano za zasługi dla miasta) i fortepianista* założył we Lwowie fabrykę pianin. Mieszkał przy ulicy Dominikańskiej 7 i został pochowany na cmentarzu Łyczakowskim w grobowcu rodzinnym. Od niego właśnie zaczęła się sławna na całą Galicję, a później Rumunię, dynastia słynnych mistrzów budowy i strojenia fortepianów, pianin i organów. Jego syn, a mój pradziad – Franciszek Kuczabiński (1847–1929), mistrz budowy organów i fortepianów, był długoletnim stroicielem fortepianów Filharmonii Czerniowieckiej**. To on założył w 1912 r. w Czerniowcach wytwórnię fortepianów***, gdzie terminowali i doszli do stopnia mistrzów jego syn – Zdzisław Leonard (urodzony we Lwowie w roku 1878, zmarł w 1945 r. w Czerniowcach), i wnuk, a mój ojciec Jan Mieczysław (1904–1968 na Bukowinie). Tylko ja – ostatnia z rodu płci żeńskiej, a nie męskiej – nie zostałam tradycyjnie stroicielem, choć los spłatał mi figla i połączył moje życie i z organami i fortepianem – ale w całkiem innym charakterze.
Do dziś spotykam fortepiany i pianina starych wiedeńskich marek, gdzie w określonym miejscu widnieją na klawiaturze podpisy mego pradziada, dziadka i ojca – to była ich zawodowa tradycja. To dla mnie bardzo wzruszające chwile i jestem im za to bardzo wdzięczna. Owe sygnatury zostawiły u właścicieli instrumentów bardzo wysokie zdanie o mistrzostwie tej rodziny, którego dziś już niestety brak. Ojciec nastroił mój fortepian ostatni raz w 1967 r. i do dziś nikomu nie pozwalam go dotknąć w sensie strojenia – jest w świetnym stanie, choć stale na nim gram.
Moi przodkowie pochodzili więc z Polski i dopiero na początku XX wieku osiedlili się na Bukowinie. Był to z pokolenia w pokolenie ród z krwi i kości Polaków, nie zrzekający się swej narodowości, gdy żyli pod Austrią (1902–1918), pod Rumunią (1918–1940) i od 1940 r. pod sowietami, a nawet w łagrach Sybiru.
Na początku XX wieku (w 1900 r.)
w Czerniowcach na stałe osiedlił się Franciszek Kuczabiński z żoną, córką i jednym z synów, Zdzisławem Leonardem, który w tym czasie już był żonaty. Już na Bukowinie urodziły się dzieci Zdzisława: Tadeusz Zygmunt (1903), Jan Mieczysław (1904), Antoni Józef (1905). Rodzina była dość liczna, ale wszyscy mieszkali razem. Ojciec (Franciszek) razem z synem założyli w roku 1912 wytwórnię fortepianów, która działała do 1945 roku. W tych czasach zawód mistrzów budowy i strojenia fortepianów, organów był prawie że unikalny i bardzo ceniony. Choć mieszkali w Czerniowcach, zawodowo byłi znani w całej Galicji i Rumunii.
Gdy Kuczabińscy przyjechali na początku wieku na Bukowinę, panowała Austria i językiem państwowym był niemiecki. Dla byłych Iwowiaków nie było to nowością, ale od 1918 roku obowiązywał tu język rumuński. To już było dla nich za wiele! W rodzinie opowiadano dużo anegdotek o starciu Zdzisława z policją rumuńską na temat jego buntowania się co do worbesztania (vorbic numaj romaneszti – rozmawiać tylko po rumuńsku!). Rogata to była dusza, nie darmo zawsze twierdził, że urodził się batiarem lwowskim i takim umrze.
Z czasem zrozumieli, że może być problem z zachowaniem języka ojczystego, bo Polacy w Czerniowcach mieszkali na różnych krańcach miasta, a sąsiadami byli Niemcy, Żydzi i Rumuni (tak jest i teraz). Świadomi Polacy byli już zjednoczeni od 1869 r. w organizacji polonijnej, która nazywała się Polskie Towarzystwo Bratniej Pomocy. Gdy ojciec i syn zadecydowali o wstąpieniu do tej organizacji, wśród Polaków w Czerniowcach trwała zbiórka na budowę Domu Polskiego (zbudowany w 1905 r.). Każdy przyczyniał się czym mógł. Z tym, że pradziadek myślał trochę naprzód: biorąc pod uwagę przyszłe rozrastanie się rodziny, zadecydował, że oprócz pewnej kwoty pieniężnej wkładem rodziny Kuczabińskich na rzecz Domu Polskiego będzie fortepian własnej produkcji. Na tamte czasy to był cenny dar (prawie 100 lat później jego prawnuczka załatwiła dla Domu Polskiego pianino za 50$, na jej czasy – to prawie gratis). Tak jak jego ojciec swego czasu cieszył się uznaniem we Lwowie, tak on w Czerniowcach został obrany do Zarządu Stowarzyszenia Polskich Rzemieślników „Gwiazda”, które istniało od 1897 roku i od samego początku istnienia pracowało w Domu Polskim – aż do 1940 roku – jednocząc polskich rzemieślników, którzy od chwili osiedlenia się na Bukowinie byli krzewicielami różnorodnych rzemiosł nieznanych na tym terenie i swoją rzetelną, nowatorsko-fachową pracą przyczynili się do wszechstronnego rozwoju tego kraju.
Stowarzyszenie oprócz spotkań fachowych prowadziło działalność charytatywną – różnorodne imprezy z tematyką historyczną, koncerty (zapraszano artystów z Polski), konkursy, wystawy, targi, loterie celem zdobycia dobrowolnych datków dla finansowego wsparcia biednych rodzin rzemieślniczych. Oprócz tego wśród czerniowieckich rzemieślników było niemało utalentowanych amatorów, którzy różnymi formami występów na spotkaniach towarzyskich cementowali zachowanie języka polskiego i tradycji kultury polskiej. Od strony rodziny Kuczabińskich popularnością cieszyły się wieczorki humoru i piosenki lwowskiej. Był to już początek lat 20., gdy do Domu Polskiego przychodzili: dziadek, syn i trzech wnuków. A te wnuki, każdy po dwudziestce, pod wąsem, wysokie (wzrost prawie 2 m), wysportowane i mocne – prawdziwe dęby! Dla panienek to była straszna pokusa! Kwintet rodzinny zabawiał towarzystwo na spotkaniach w Domu Polskim humorem lwowskim i lwowskimi piosenkami. Role zostały podzielone następująco: Franciszek – senior rodu królował za fortepianem, na skrzypcach grali Tadeusz i Antoni – taka mini rodzinna orkiestra, solistą był Jan (miał piękny, silny głos – bas), a średnie pokolenie – Zdzisław prowadził konferansjerkę.
Czerniowce, dom przy pl. TeatralnymW młodości trzej bracia prawie we wszystkim mieli jednakowe upodobania, zawsze trzymali się razem i tylko II wojna światowa rozdzieliła ich na trzy różne kraje (do końca życia już się nigdy nie spotkali). Wspólną miłością ich młodości był sport. Byli członkami Stowarzyszenia Gimnastycznego „Sokół Bukowiński” i klubu sportowego „Wawel”. Różnili się wyborem zawodu. Ojciec miał żal do najstarszego i najmłodszego z synów, że nie kontynuowali zawodu rodzinnego, za to Janek w wieku 26 lat zdobył tytuł mistrza od Wysokiej Izby Rzemieślniczej w Czerniowcach w zawodzie stroiciela fortepianów i organów – na tamte czasy to był wielki sukces.
„Gwiazda” i inne stowarzyszenia były integralną częścią Domu Polskiego, a imprezy kulturalne były wspólne dla wszystkich, którzy należeli do Domu Polskiego, bez względu na to, kto był jej organizatorem. W mieście cieszyły się popularnością bale w Domu Polskim, na które zapraszano liczne grono młodzieży innych narodowości. Podobało się wszystkim, że bale rozpoczynano zawsze uroczystym polonezem. A tańczono go w składzie co najmniej 100 par – tańczyli nawet ci, dla kogo ten taniec był nowością. Tańce tańcami, ale był też świetny bufet, gdzie oprócz lekkich napojów byty wyśmienite zakąski i wyroby cukiernicze, tak fachowców, jak i prywatnych pań. Sławą cieszyły się wyroby cukiernicze p. Laurentego Krajewskiego – ojca ks. Franciszka Krajewskiego (pochodził z Krakowa, był renomowanym cukiernikiem, wypiekał torty dla dworu wiedeńskiego). Do dziś pamiętam zapach i smak tortu orzechowego, którym mnie poczęstowano w 1948 roku w domu rodzinnym Krajewskich, i uważam, że żaden dzisiejszy wyrób, nawet w Polsce, nie dorówna temu arcydziełu. Widać p. Laurenty Kiajewski miał swoje indywidualne sekrety zawodowe, a już na pewno wielki talent i zamiłowanie.
Jesienią 1932 r. na jednym z balów ojciec poznał jedną z trzech sióstr Dworeckich – dwie już były żonami jego braci. Średni dotychczas nie był żonaty, bo chciał zostać księdzem. Ale na tym balu przetańczył całą noc z jedną partnerką, a potem były zaręczyny. Pobrali się dopiero w 1937 roku. Pięć lat narzeczeństwa to był termin dla sprawdzenia uczuć oraz przygotowania fundamentu dla założenia przyszłej rodziny (budowa domu). Tu warto podać do wiadomości porządek, jaki istniał w tym czasie dla osób, które miały zamiar się pobrać. Żeby otrzymać oficjalne pozwolenie na zawarcie związku małżeńskiego w Urzędzie Stanu Cywilnego, mężczyzna musiał udowodnić dokumentami posiadanie mieszkania oraz wysokość zarobku dla utrzymania rodziny.
Matka moja Karolina z Dworeckich (1909–1966) pochodziła z wielodzietnej rodziny (była dwunastym i ostatnim dzieckiem). Jej ojciec – Karol Dworecki był zastępcą naczelnika miejskiej Straży Pożarnej. Po szkole podstawowej ukończyła polską bursę rękodzielniczą im.Jana Kilińskiego, którą założył w Czemiowcach w 1907 r. lekarz Eugeniusz Mitkiewicz. Po ukończeniu tej szkoły zaczęła pracować w małej fabryczce dywanów perskich, właścicielką której była Niemka. Widząc rzetelność matki w pracy, ta pani załatwiła jej dwuletni staż w Wiedniu. Wróciwszy z dyplomem, została szefem produkcji. Na tym stanowisku przepracowała do początku wojny, bo Niemka wtedy fabrykę zlikwidowała i wyjechała, podporządkowując się wezwaniu Hitlera do powrotu Niemców do Vaterlandu (do II wojny dzielnicę Rosza w Czerniowcach zamieszkiwali osadnicy niemieccy).
Ja, Jadwiga Wanda Kuczabińska, urodziłam się 28 sierpnia 1941 r. Pierwsze moje dziecinne wspomnienia utrwalone w pamięci jak na zdjęciu – to długa ulica z ciągnącym się w nieskończoność szeregiem idących ludzi, których konwojowali żołnierze [sowieccy] z bronią, i szczekającymi bez przerwy psami – owczarkami. Tam był mój ojciec. Prowadzono ich pieszo z więzienia na dworzec kolejowy. Rodziny aresztowanych stały na chodnikach, żegnając się z bliskimi płaczem i krzykami rozpaczy. Ten widok i krzyki śnią mi się w nocy do dziś. A moja matka szła tą drogą ze mną czteroletnią na rękach, żebym choć przez chwilę mogła widzieć ojca. To było 15 listopada 1945 r.
W nocy na 17 listopada zmarł dziadek. Strasznego rozpaczliwego żalu za najukochańszym synem nie wytrzymało jego serce, tak zawsze pełne optymizmu (wiek nie był sędziwy – 67 lat). Wyzionął ducha ze słowami: Ja już nigdy więcej nie zobaczę kochanego Janka.
Bez sądu i aktu oskarżenia ojciec został skazany na 8 lat więzienia (na podstawie donosu sąsiada Ukraińca – jako szpieg, działający na szkodę ZSRR) i wywieziony na Sybir. Podczas aresztowania skonfiskowano cały warsztat stroicielski i wszystko w mieszkaniu, zostawiając tylko gołe ściany. Matka ze mną została sama bez najbliższej rodziny. Jej ojciec i matka zmarli jeszce przed wojną, bracia i siostry rozsypali się po świecie (Rumunia, Stany Zjednoczone, Kanada, Brazylia, bez kontaktów między sobą). Starszy brat ojca Tadeusz w 1940 r., gdy na Bukowinę pierwszy raz weszli Moskale, został służbowo przeniesiony do Suczawy. Wyjechał od razu z całą rodziną (więcej do Czerniowiec nie wrócił). Młodszy Antoni w 1944 r. zgłosił się do Wojska Polskiego, a gdy dowiedział się, że brata wywieziono na Sybir, bał się wracać i ściągnął żonę z synem do Polski. Mój ojciec nie zaciągnął się do Wojska Polskiego na błagania swego ojca, który choć jednego syna chciał mieć koło siebie. I to było właśnie największym oskarżeniem siebie i przyczyną pęknięcia serca dziadka, bo jak powiedział mojej matce: z wojny można wrócić, a z Sybiru nigdy i on sam zgotował synowi taki los.
W Czerniowcach mieszkała ciotka ojca (siostra dziadka, też urodzona we Lwowie). W tym czasie była sama – córka z mężem i synem wyjechali na początku wojny do Rumunii (była wdową – mąż zginął w I wojnie). Mieszkała w centrum miasta, a będąc sama, bała się nacjonalizacji domu lub zakwaterowania lokatorów Rosjan, więc przytuliła nas u siebie. Była renomowanym fotografem.
W tym domu rozmawiano tylko po polsku, dopiero wychodząc czasem z matką do miasta słyszałam obcy język. Pamiętam, że dom ciotki był zawsze szczelnie zamknięty. Tak żyłyśmy w stałym strachu przed Rosjanami (my mówiłyśmy na nich Moskale). Rosnąc, słyszałam że mój ojciec jest w więzieniu, ale nie za przestępstwo, lecz za to, że jest Polakiem. A życie biegło. Ciotka uczyła mnie robótek ręcznych: cerowania, wyszywania, szycia. Wyszywane poduszeczki, firanki matka sprzedawała na bazarze, a za to był w domu chleb i ziemniaki. Tak więc w wieku 5 lat ja też już potrafiłam się przyczynić swoją pracą do budżetu domowego. Do dziś lubię cerować.
Czerniowce, rynek z ratuszem
W dzieciństwie byłam strasznie ciekawska, szperałam po wszystkich kątach (ale rozłożonego i schowanego za szafami fortepianu nie odkryłam, choć byłby bardzo potrzebny do ćwiczeń – tak ciotka wszystkiego się bała, nawet moja matka nie wiedziała, że w domu jest fortepian). Osobliwą ciekawość przedstawiał stary strych, było tam dużo starych rupieci i ksiąźek. Jednego dnia zauważyłam pod nogami deskę z małym kółkiem, a gdy pociągnęłam – deska się podniosła i przede mną otworzył się schowek. Zobaczyłam dużo, dużo książek. Pierwsza, którą wzięłam do rąk – było to „Ogniem i mieczem” Sienkiewicza. W wieku 6 lat umiałam już czytać po polsku. Dobrze, że to było latem, bo zimą siedzieć całymi dniami na strychu nikt by mi nie pozwolił. Czytałam w dzień na strychu, a potem wieczorami i w nocy po kryjomu, bo inaczej trzeba by było się przyznać, że odkryłam kryjówkę (a to nie wróżyło nic dobrego oprócz dobrej porcji, przyłożonej trzepaczką, po której parę dni ciężko by było siedzieć – w tym domu była pruska dyscyplina, ale w życiu to mi na dobre wyszło). Po pierwszej książce był ciąg dalszy – cała „Trylogia”. Dużo nie rozumiałam (nie miałam jeszcze wiedzy o historii Polski), ale w całości to było tym bardziej ciekawe, bo zabronione?
Czas leciał (zabronione książki czytało się tylko latem) i podprowadzał do nowego etapu w życiu – do szkoły. Czemuś matka zapisała mnie do szkoły rosyjskiej. To był dopiero dla mnie szok! Z takim trudem wyuczony zadany wierszyk, a cała klasa ryczy ze śmiechu. Na przerwach na każdym kroku zaczepki i dość bolesne szturchańce. Niejeden dzień przepłakany. A cała moja wina – mój akcent i nieznajomość języka rosyjskiego. Ale tak było do czasu. Widać, że miałam zdolności do języków, bo rosyjski opanowałam dość szybko, a podrastając nabierałam sił fizycznych (choć od dzieciństwa nie byłam ułomkiem), pozbywając się stopniowo strachu i wstydu, tak że od klasy 7 byłam już postrachem szkoły, tłukłam wszystkich – chłopców i dziewczęta, rówieśników i starszych. Były uwagi w dziennikach, ale zbyt srogich kar nie było, bo w tym czasie należałam do czołówki najlepszych uczniów szkoły. A w domu koniec końcem dowiedziano się o moim literackim odkryciu. Pozwolono czytać, z zastrzeżeniem że o tym nie będzie nikt wiedzieć oprócz matki i ciotki. To była moja pierwsza w życiu tajemnica. I wtedy ze skrytki wyciągano po jednym z 29 tomów cyklu Dzieje Polski Kraszewskiego. Razem ze mną czytały matka i ciotka. Na tych dziełach poznawałam i uczyłam się historii Polski.
Będąc fotografem, ciotka na werandzie mieszkania prowadziła maleńki zakład fotograficzny razem z moją matką (mama nauczyła się retuszować). Wszystkie zarobione środki finansowe były dzielone tak, że na życie zostawiano minimalnie (jadłospis niezmienny w ciągu dziesięciu lat: mleko, chleb, ziemniaki, kwaszona marchewka jako witaminy; smak mięsa poznałam w 1956 roku w wieku 15 lat, gdy na skromnym urodzinowym stole pojawiła się kiełbasa tylko dzięki temu, że ojciec był już na wolności i zarabiał. Wcześniej wszystko szło na wysyłanie paczek żywnościowych dla niego**** i dzięki temu ojciec przetrwał i wrócił jako jedyny z listopadowego transportu 1945 roku.
Na Sybirze dla zesłanych, oprócz głodu, tragedią był miejscowy klimat, przede wszystkim zima. W Uchcie mrozy dochodziły do 50 stopni. Ptaki zamarzały w locie. Nie wszyscy byli w stanie psychicznie to wytrzymać. Dochodziło do makabrycznych decyzji. Ojciec był świadkiem tego, że mężczyzna błagał współwięźniów, żeby ktoś z nich uciął mu prawą rękę. To by dawało prawo do zwolnienia od ciężkiej pracy przy wyrębie lasu. Nikt z mężczyzn na to się nie zdecydował. Nie z powodu strachu przed karą, ale nawet w tych przerażających warunkach życia potrafili zachować ludzkie uczucia. Nikt nie wziął grzechu na swą duszę, więc zdesperowany wykonał to sam. Jak mu się to udało, nikt nie widział (chodziły słuchy, że pomogła mu w tym zaprzyjaźniona kobieta, ale głośno o tym nikt nie mówił, nie chciano jej narażać na karę), lecz to wydarzenie stało się faktem. Jedni współczuli mu, drudzy podziwiali męstwo, bo nie każdego stać było na taki czyn. Lecz on czuł się szczęśliwy, bo mógł do wiosny pobyć w ciepłym lazarecie z nieco lepszym wiktem, a później liczyć na lżejszą pracę. Żeby nie zginąć z głodu, ludzie zjadali wszystko co można było znaleźć w lesie, nawet korę z drzew. Jednej zimy zjedzono nawet zamarzniętą koninę, wygrzebaną spod śniegu, pamiętając miejsce zakopania zdechłego konia miejscowego chłopa. Będąc w zmowie z felczerem z lazaretu, otrzymywali od niego wnętrzności ludzkie po sekcji, gotowali je i zjadali. Tak było na Sybirze (przytoczyłam tylko niektóre fragmenty z opowiadań ojca. O całej gehennie ludzkiej na Sybirze może napisać całą prawdę tylko świadek naoczny), a w domu co dnia modlono się o zdrowy powrót ojca.

Jadwiga Wanda Kuczabińska (Czerniowce)

* Tak napisano w zachowanym nekrologu.
** Dowodem nekrolog w językach niemieckim i rumuńskim.
*** Emil Biedrzycki, Historia Polaków na Bukowinie, s. 184.
**** Pozwalano na 8-kilogramową paczkę dwa razy na miesiąc. Wysyłano salami, słoninę, smalec, cebulę, czosnek, tran, makarony, topione masło, cukier, ryż, mąkę, mleko w proszku, kakao, czekoladę, mielone orzechy z cukrem, masłem i mlekiem, miód, oczyszczone orzechy, suszone śliwki.