Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

NOWE KSIĄŻKI

• Nowością na rynku księgarskim jest książka napisana przez księdza Tadeusza Patera Listy o Kresach Południowo-Wschodnich (Wydawnictwo AA, Kraków 2006). Redakcyjnego opracowania podjęli się prof. Maria Pawłowiczowa i Mariusz Olbromski.
Oryginalna konstrukcja książki w postaci siedemnastu chronologicznie ułożonych listów do rodziny, przyjaciół i rodaków-kresowiaków pozwala na śledzenie rozwoju wydarzeń za naszą obecną wschodnią granicą. Listy, pisane w latach 1996–2002, dotyczą nie tylko tego okresu, ale poprzez odniesienia do przeszłości i przez aneksy mówią bardzo wiele o historii Ziem utraconych.
Autor po 50 latach nieobecności (wysiedleniu) przybywa do swej rodzinnej wsi Rumno pod Lwowem, w której był świadkiem w 1944 r. masowego mordu na polskich mieszkańcach wsi. Przytacza imienny spis ofiar. Odnawia znajomości z sąsiadami, jest dobrze przyjęty. Inicjuje uporządkowanie zbiorowej mogiły i postawienie krzyża-pomnika.
W Listach autor opisuje relacje z uroczystości we Lwowie i poza nim, w których brał udział jako przybysz z polskiej strony granicy. Relacjonuje swój udział w ważnych wydarzeniach kulturalnych, jak I i II Festiwal Kultury Polskiej na Ukrainie, obchody 175. rocznicy śmierci F. Karpińskiego w Stanisławowie i Kołomyi itp. Pilnie obserwuje życie i zachowanie środowisk, w których się znajduje, a równocześnie notuje swoje refleksje filozoficzno-religijne lub wtrąca dygresje dotyczące prawdy o tragicznych wydarzeniach na Ziemi kresowej.
W opisach pielgrzymek narodowych dodaje przewodnikowskie informacje o miejscach martyrologii narodu polskiego, a także o zabytkach – celowo dewastowanych dla zatarcia śladów polskości.
W sumie jest to – w formie listów (z dodatkami) – przejmująca opowieść o współczesnym i przeszłym życiu naszych Kresów wschodnich.
(DTS)

• W CL 2/06 omawialiśmy książeczkę o ofierze mordu ukraińskiego w Ihrowicy pod Tarnopolem – ks. Stanisławie Szczepankiewiczu. Szerszy opis ludobójstwa dokonanego na polskich mieszkańcach tej wsi dał ten sam autor Jan Białowąs w kolejnej książce: Krwawa podolska wigilia w Ihrowicy w 1944 roku (wyd. Polihymnia, Lublin 2003).
Ihrowica jest położona 16 km na północ od Tarnopola. Mniej więcej taka sama odległość dzieli ją – w stronę wschodnią – od Zbaraża. Wieś powstała już po rozbiorach, wokół dworu, a jej rozwój przyśpieszyła budowa traktu z Tarnopola do Brodów (i dalej, do Łucka) w połowie XIX w. Korzystne warunki gospodarcze spowodowały napływ ludności polskiej, ruskiej i żydowskiej. Nie było większych rozdźwięków między Polakami a Rusinami – przykładem mieszane małżeństwa, które np. w 1937 r. stanowiły połowę wszystkich zawieranych. Jednak już wtedy zaczęli się pojawiać ukraińscy nacjonaliści, którzy to względnie harmonijne współżycie usiłowali zakłócać.
Autor opisuje narastanie terroru, który stał się jawny już od chwili wybuchu wojny, a przybierał na sile w miarę napływających wiadomości o wydarzeniach wojennych i rzeziach wołyńskich, dochodząc do kulminacji w ciągu roku 1943.
Sowieci zajęli Tarnopolszczyznę w maju 1944 r. Polacy na wsiach tego oczekiwali, licząc na uspokojenie sytuacji, ponieważ nacjonaliści ukraińscy działali dotąd w porozumieniu z Niemcami. Istotnie na krótki okres napady ustały, z biegiem czasu jednak sowieci nie mogli albo też nie chcieli reagować i banderowcy wzięli górę. Kolejne miesiące to narastanie liczby morderstw pojedynczych i grupowych (np. w dniu 11 listopada ’44 zabito 131 osób w pobliskiej Berezowicy Małej, w tym samym czasie 106 osób w Łozowej). Dla Ihrowicy najgorsze nastąpiło w dniu Wigilii 1944: w wyniku rzezi zginęło tam 89 osób. Autor przedstawia ich listę.

• Po książkę Pawła Jaszczuka Foresta Umbra (Dom Wydawniczy „Rebis” 2004) sięgnąłem dlatego, że jej akcja rozgrywa się w przedwojennym Lwowie, na Kresach, a także dlatego, iż nagrodzono ją w ubiegłorocznej edycji Festiwalu Kryminału – organizowanego przez Stowarzyszenia Miłośników Kryminału i Powieści Sensacyjnej „Trup w szafie” – Honorową Nagrodą Wielkiego Kalibru. Można powiedzieć – nagrodzono egzotykę innego kalibru, bo w 2004 roku „Wielki Kaliber” przypadł Markowi Krajewskiemu za Koniec świata w Breslau. Jaszczuk stara się ukazać Lwów, serwując nam opisy ulic, wspominając nazwiska znanych postaci związanych z tym miastem przed II wojną światową. Jest to jednak zabieg dość sztuczny. Nie czuje się w tej książce tak wyzwolonej atmosfery zaginionej przeszłości jak w książkach Krąjewskiego.
Główny bohater – dziennikarz kryminalny Stern z lwowskiego „Słowa” – wydaje się dość mdłą postacią, którą miotają różne uczucia: to zazdrości o młodą żonę, to znowu poczucie niedowartościowania przez szefa, a z drugiej strony pewność swej reporterskiej kompetencji i misji.
W końcu nie wiadomo też, czy jego działania mają na celu wykrycie sprawcy, czy też przede wszystkim aspekt twórczy, w wyniku którego powstaje reportaż, który naprowadza policję na ślad przestępcy. Sama zbrodnia jest obrzydliwa i zapowiada się bardzo tajemniczo. Mordowanie kobiet i podkuwanie ich małymi podkówkami... Fabuła doprawiona jest aktem brutalnego i prymitywnego samosądu dokonanego przez mieszkańców wioski, rzuconej na skraj Rzeczpospolitej. W efekcie książka okazuje się dość płytka i mało zaskakująca (jak to w życiu zresztą bywa), ale i bardzo pokrętna, przez co wydaje się mało prawdopodobna i wiarygodna. Również sposób dochodzenia prawdy jest ślamazarnym śledztwem bez śledztwa...
Sam fakt osadzenia akcji w realiach Kresów wpływa pozytywnie na książkę i dodaje jej dodatkowej tajemniczości, stanowiąc swoiste koło ratunkowe dla powieści. Z innych powodów jest to bardzo ważny czynnik – rzesze młodych czytelników uświadomią sobie, że miasto Lwów było kiedyś – w końcu nie tak dawno temu – polskie. Nie udało się jednak autorowi przebić przez mgiełkę tajemniczości tej atmosfery Lwowa, o której się słyszy, czyta – może zabrakło bardziej szczegółowej pracy dokumentacyjnej? Skąd ten krytycyzm? Nie przepadam za współczesnymi kryminałami. Wychowałem się jednak na książkach Conan Doyle’a, Agaty Christie czy rodzimego Joe Alexa
i rozumiem, że trudno dorównać mistrzom. Cieszę się jednak, że i na moją biblioteczną półkę wracają kryminały i z czystym sumieniem mogę polecić autora.
(JMP)

• Doskonałą inicjatywę podjęto w Przemyślu: serię tomików pod ogólnym tytułem Kresy, poświęconą historycznym, zabytkowym miastom z odciętego obecnie od Polski obszaru Ziem Wschodnich. W niewielkich wymiarowo tomikach (format A5, ok. 50 stron) omawia się dzieje i zabytki danego miasta – wraz z wieloma zdjęciami współczesnymi i reprodukcjami starych rycin oraz uzupełniającymi przypisami. W sumie materiał dla szeregowego turysty zupełnie wystarczający. Dodajmy, że na okładkach znalazły się precyzyjnie opracowane herby tych miast. Brakuje natomiast schematycznego bodaj (współczesnego) planiku.
Mamy w rękach dwa z omawianych tomików: nr 4. Brzeżany, autor Bogdan W. Motyl (wyd. autor oraz Przemyskie Centrum Kultury i Nauki, 2005); nr 5. Żółkiew, miejsce kultu wodzów i dziejów wojennych Polaków, autor Janusz Polaczek (wyd. Przemyskie Centrum Kultury i Nauki, 2006).
Trzeba wyrazić uznanie dla wydawców, ponieważ oba miasta są dla historii Polski i Polaków niezwykle ważne, a ich popularyzowanie wśród młodzieży jest naszym zbiorowym obowiązkiem.

• Pamięć po znakomitym konserwatorze zabytków architektury, prof. Alfredzie Majewskim, utrwaliło Muzeum Historyczne M. Tarnobrzega, wydając album pamiątkowy w opracowaniu Aleksandry Janas i Adama Wójcika pt. Alfred Majewski. Wielki Odnowiciel Zamków Polskich (Tarnobrzeg 1999).
Zamków tych – i nie tylko zamków – było niemało. Poza Wawelem i Collegium Maius UJ lista obejmuje większość bezcennych budowli zamkowych i pałacowych Małopolski: Pieskową Skałę, Wiśnicz, Baranów, Krasiczyn, Niedzicę i Czorsztyn, Suchą Beskidzką, Niepołomice, a także Krzyżtopór i Przecław oraz parę innych pomniejszych lub takich, gdzie interwencje konserwatorskie nie miały prowadzić do pełnego przywrócenia do użytkowania, lecz do uratowania – architektonicznie, historycznie i krajobrazowo – cennych ruin (podobnie jak w Czorsztynie lub Krzyżtoporze).
Powyższa lista obiektów eksponowanych w omawianym albumie dotyczy jednak działalności powojennej Profesora, a przecież już w latach przedwojennych rozpoczęła się niezwykła droga Majewskiego, związana z zamkami. Były to zamki w województwie tarnopolskim, przede wszystkim Olesko, a także Trembowla, Tarnopol i Zbaraż (obok wspomnienia tych nazw pokazano zdjęcia zamków w Olesku i Tarnopolu). Alfred Majewski urodził się w 1907 r.
w Kozicach w powiecie lwowskim. Studia na Politechnice Lwowskiej ukończył w 1932 r., a już rok później związał się (podobno przypadkiem!) z konserwacją, obejmując stanowisko zastępcy konserwatora zabytków województwa tarnopolskiego. Współpracował wtedy z prof. arch. Witoldem Minkiewiczem, który wkrótce po II wojnie (będąc profesorem na Politechnice Gdańskiej) został dyrektorem odnowienia Zamku Wawelskiego. Funkcję tę niebawem po Minkiewiczu objął Majewski i dzierżył ją aż do emerytury w 1983 r. Związał się ponadto z Wydziałem Architektury Politechniki Krakowskiej, został profesorem i dziekanem. Zmarł w 1998 r.

Uratowanie i przywrócenie do życia wielu zamków Polski południowej jest więc jeszcze jednym darem, jakie dały polskiej kulturze wiedza i talent lwowian.
Członkowie TMLiKPW w Krakowie spotkali się przed kilkunastu laty z prof. Majewskim, który opowiadał o wschodniomałopolskich latach swego bogatego życiorysu.

• Ks. prof. Józef Wołczański wydał (w formie broszurki) ciekawy dokument: Księdza Ignacego Chwiruta wspomnienia o arcybiskupie Józefie Bilczewskim (Analecta Cracoviensia XXXVIII, Kraków 2004). Ks. Chwirut był w latach 1913–23 sekretarzem i spowiednikiem przyszłego świętego, poznał więc tę światłą postać gruntownie. Pisze wiele o różnych aspektach działalności Arcybiskupa, o problemach, jakie powstawały, i umiejętności ich rozwiązywania, przytacza Jego wypowiedzi na różne tematy. Warto zacytować fragment wspomnień, dotyczący szczególnego we Lwowie tematu. Ks. Chwirut pisze:
O sprawach polsko-ukraińskich Ks. Arcybiskup nie zabierał głosu w publicznych dyskusjach. Starał się, budując kościoły, utrzymać w obrządku łacińskim tych, którzy z dziada pradziada byli Polakami. Miał żal do ukraińskich kapłanów za przyciąganie łacinników do obrządku wschodniego, bo żywił to przekonanie, które mówiąc wyrażał nieraz: „że ci, którzy pozostaną w obrządku łacińskim są pewniejsi zbawienia”. Potwierdziły to zaraz najlepiej wypadki z czasów pierwszej wojny światowej, kiedy podczas 9-miesięcznej okupacji diecezji przez wojska rosyjskie przeszło na schizmę w ukraińskich parafiach około 200 000 unitów i 27 kapłanów, a po drugiej wojnie światowej na schizmę około 2/3 duchownych greckokatolickich.
Gdy chodziło o pomoc dla bratniego narodu, nigdy jej nie odmawiał, nawet z narażeniem się na osobiste przykrości. Dowodem tego była pomoc udzielona więźniom politycznym ukraińskim, zesłanym przez rząd austriacki pod zarzutem zdrady państwa na rzecz Rosji do ciężkiego obozu w Talerhofie. Obciążono tym zarzutem całe stronnictwo moskalofilskie.
Wpływem swoim u władz austriackch wielu uratował życie. O tej działalności Ks. Arcybiskupa na rzecz więźniów ukraińskich (moskalofilskich) dowiedziałem się przypadkiem, Ks. Arcybiskup bowiem nigdy nie mówił o swoich dobrych uczynkach. Spotkałem na ulicy znajomego Ukraińca, radcę dworu cesarskiego [...], który przywitał mnie z rozradowanym obliczem i powiedział: „Żyję i jestem tu tylko dzięki dobroci i wpływowi waszego Arcybiskupa, który wyratował mnie z Talerhofu”.
Ks. Arcybiskup postarał się również i o to, że został usunięty z wysokiego stanowiska we Lwowie gen. (Letowsky?), zwany we Lwowie „wieszatielem”, który dużą ilość Ukraińców skazał na śmierć po cofnięciu się armii rosyjskiej. Ks. Arcybiskup razem z ormiańskim Ks. Arcybiskupem Teodorowiczem wyjednali w głównej komendzie austriackiej usunięcie go z zajmowanego stanowiska.
Czuł żal do Ks. Arcybiskupa Szeptyckiego, że nie potępił, mimo jego prośby, mordowania polskich kapłanów w czasie walk polsko-ukraińskich w 1918 roku. O ile pamiętam, zostało zamordowanych 7 księży. W czasie wizytacji kanonicznych odwiedzał Ks. Arcybiskup także cerkwie i błogosławił zebranych wiernych greckokatolickiego obrządku. Wchodząc i wychodząc z cerkwi pozdrawiał wiernych słowami: „Sława Isusu Chrystu”. Nieznajomość bowiem języka ukraińskiego nie pozwalała mu na wygłaszanie przemówień w tym języku. Cieszył się także poważaniem wśród wielu kapłanów greckokatolickich, o czym świadczy to, że kiedy Rosjanie wywieźli w głąb Rosji Ks. Arcybiskupa Szeptyckiego, zastępujący go mitrat Bielecki przychodził do Ks. Arcybiskupa Bilczewskiego codziennie, by zasięgnąć rady w różnych bieżących sprawach swojej archidiecezji.

Na marginesie: Czytelnicy pamiętają zapewne wypowiedź kard. Glempa, który przepraszał kard. Huzara za uparte polonizowanie ludności ruskiej (pisaliśmy o tym w Naszym zdaniem CL 4/05, s. 59). Z kolejną wyjątkowo trafną wypowiedzią tej Osobistości na temat świstków spotkaliśmy się nie tak dawno...

• Książce prof. Stanisława Sławomira Niciei pt. Twierdze kresowe Rzeczypospolitej. Historia, legendy, biografie (Wyd. „Iskry”, Warszawa 2006) poświęcony jest osobny obszerny artykuł, napisany przez Jerzego Dudę, zawarty w tym numerze.

• Niezwykle wartościową pozycję wydało Międzynarodowe Centrum Kultury w Krakowie: Lwów na dawnej pocztówce, autorstwa Iriny Kotłobułatowej (Kraków 2006). Nazwisko autorki, miłośniczki historii i zabytków tamtego Lwowa, nie jest nam nieznane – już parokrotnie pisaliśmy o jej pracach oraz udziale w różnych imprezach naukowych w Krakowie.
Gruby tom zawiera ponad 250 reprodukcji widokówek z lat 1894–1944. O Lwowie tamtego czasu pisze w przedmowie dyrektor krakowskiego MCK oraz animator badań nad Lwowem XIX i XX w. prof. Jacek Purchla – cytujemy fragment: Lwów* należy do tych miast środkowej Europy, które fascynują swoją legendą. Szczególnym jej rozdziałem stał się przełom wieków, owa „la belle epoque”, która stanowiła niewątpliwą kulminację złotego okresu w rozwoju miasta. Któż mógł wówczas przypuszczać, iż XX wiek przyniesie mieszkańcom grodu nad Pełtwią tak wiele tragedii i cierpienia. Dziś, sto lat później, Lwów jest tym samym, ale i zupełnie innym miastem. Choć mimo ciężkich doświadczeń II wojny światowej zachował nieomal w niezmienionym kształcie rdzeń swej tkanki urbanistycznej, to utracił ciągłość swej tkanki społecznej, a wraz z nią także system znaków i symboli składających się na tożsamość miasta. W tym sensie utracił też część swojej pamięci. Fakt ten stanowi istotną część fenomenu współczesnego Lwowa. Badania nad tym zjawiskiem i nad znaczeniem grodu Lwa dla dziejów Ukrainy, Polski i Europy prowadzone są dziś w bardzo wielu środowiskach, także za oceanem. [...]
Materiał, z którego wybrano widokówki do albumu, obejmuje 4263 pozycje, zestawione przez I. Kotłobułatową. Większość jest własnością Igora Kotłobułatowa, który – jak czytamy – gromadził je przez blisko 30 lat, ale także innych zbieraczy ze Lwowa, Wrocławia (Ossolineum), Krakowa i Warszawy.
Album przedstawia Lwów w latach największego rozkwitu, zamkniętego w latach 1894–1944. Pierwsza data oznacza punkt szczytowy rozwoju polskiej autonomii w austrowęgierskiej Galicji, zwieńczonej pamiętną Wystawą Krajową i związanymi z nią osiągnięciami gospodarki i kultury**; druga data wiąże się z klęską w zakończeniu II wojny światowej, które pozbawiło Polskę jej naturalnego miejsca w Europie.

* Nie rozumiemy, dlaczego w tłumaczeniu na język angielski nazwę Lwowa – w polskim wydawnictwie – podano jako Lwiw. Sądzimy, że tzw. poprawność polityczna nie powinna przekraczać pewnych granic.
** O znaczeniu lwowskiej Wystawy Krajowej 1894 pisał prof. Jacek Purchla w CL 2/95.

• Wśród ludzi różnych zawodów – najchętniej i najlepiej piszącymi literacko są lekarze. Ich przeciwieństwem są przeważnie inżynierowie – w tym także architekci, którzy wszak są po trosze humanistami. Rzadko spotyka się dobre książki – poza typowo zawodowymi – napisane przez architektów. Dlatego z zainteresowaniem przyjęliśmy niezwykle ciekawe Wspomnienia architekta, spisane przez Władysława Czarneckiego (1895–1983), lwowianina, który całe swoje życie zawodowe po studiach we Lwowie spędził w Poznaniu.
Przypomnijmy, że w latach 20. po odzyskaniu przez Polskę niepodległości wielu lwowian wyjeżdżało ze swego rodzinnego miasta, osiadając na ówczesnych terenach zachodnich, przede wszystkim na Śląsku, także w Poznaniu i w nowo budowanej Gdyni. Działo się tak z prostej przyczyny – by użyć określeń fizycznych – nadciśnienie inteligencji we Lwowie i podciśnienie w województwach poza Galicją, głównie zachodnich, gdzie inteligencji polskiej prawie nie było albo było zbyt mało, zwłaszcza w zawodach humanistycznych. Wielu naukowców lwowskich (a także krakowskich) wyjeżdżało do Warszawy, gdzie tworzył się polski uniwersytet (podobnie w Poznaniu i Wilnie). Szanse więc na atrakcyjną pracę i lepsze zarobki były tam wtedy o wiele większe niż we Lwowie, który z pozycji stolicy kraju zszedł do roli jednego z 17 miast wojewódzkich oraz jednego z kilku głównych ośrodków kultury i nauki (Warszawa, Poznań, Wilno, nie licząc oczywiście Krakowa).
Władysław Czarnecki urodził się we Lwowie – jego dom rodzinny był przy ul. Słodowej na Łyczakowie. Studia architektoniczne rozpoczął na Politechnice Lwowskiej w roku 1912, jednak przerwała je I wojna światowa. Przebywał w niewoli na Syberii, dokształcał się jednak samodzielnie i to pozwoliło mu na ukończenie studiów po powrocie do Lwowa z końcem 1923 r.
W 1924 r. przeniósł się do Warszawy, której nowa stołeczność dawała większe możliwości niż powojenny Lwów. Ale już w rok później został wybrany spośród 30 kandydatów na stanowisko architekta miejskiego w Poznaniu. Miał wtedy 30 lat, a za sobą lwowską szkołę architektoniczną.
Wiele projektował. Tworzył gmachy publiczne i domy mieszkalne. Znaczący był jego udział w przygotowaniu Powszechnej Wystawy Krajowej (PWK) w 1929 r. Przypomnijmy, że była to druga tego typu wystawa na ziemiach polskich – pierwsza była Wystawa Krajowa we Lwowie w 1894 r. (pisaliśmy o niej szeroko w CL 2/95).
Czarnecki pisze sporo o swych wczesnych latach we Lwowie, o rodzinie, o Politechnice i profesorach, o innych familiach lwowskich (bardzo ciekawe!). Pierwszy tom wspomnień kończy się z rokiem 1930. Mają nastąpić jeszcze dwa tomy (do śmierci autora w 1983 r.). Będą jednak dotyczyły wyłącznie Poznania oraz jego wielkiego wkładu w rozwój tego miasta i jego architektury.

• W CL 3/05 omawialiśmy śpiewnik Piosenki lwowskie i kresowe, opracowany przez Emila Hliba, który obecnie nadesłał nam drugi tomik pod nieco zmienionym tytułem: Piosenki lwowskie i biesiadne. Domowe muzykowanie (Wrocław, roku wydanie nie podano, ale zapewne 2006. We wstępie podano rok wydania tomu I: 2004, czego tam również nie znaleźliśmy).
Bogaty materiał – 220 utworów, zawarty w omawianej książeczce, został podzielony na trzy części w układzie chronologicznym: z czasu I wojny światowej i wcześniejsze, z okresu międzywojennego oraz z lat II wojny i powojenne. Naszym zdaniem nie jest to najlepszy układ – widzielibyśmy bardziej podział merytoryczny:
• piosenki lwowskie (czyli to, co w tytule, rozumiejąc w tym związane z całą Małopolską Wschodnią),
• wileńskie lub związane w ogóle z całymi naszymi ziemiami wschodnimi sprzed 1939 r.,
• wojenne, sybirackie, emigracyjne,
• ogólnopolskie,
• niepolskie (naszym zdaniem absolutnie niepotrzebne).
Dodajmy, że uznając wartość pracy Pana Emila (co podkreśliliśmy już omawiając pierwszy tomik) uważamy, że owo wymieszanie może prowadzić – zwłaszcza u młodych pokoleń odbiorców – do zatarcia pojęcia lwowskości czy kresowości, a w utworach niepolskich nie znajdujemy żadnych związków
z tym, co nam bliskie (nawet geograficznie).
Pozwalamy sobie przepisać słowa świetnej piosenki emigracyjnej autorstwa (słowa i muzyka) Ref-Rena.

ODPOWIEDŹ

Powiedział mi pan, proszę pana,
Przedwczoraj – nawiasem, w rozmowie,
Że pan ma już dość, proszę pana,
Piosenek o Wilnie i Lwowie!
Że to wspomnienie zbyt boli,
Że czas już skończyć raz z tą udręką!
Być może. Czy pan mi pozwoli,
Że na to odpowiem piosenką?

Już mi raz zabrali Wilno,
Już mi raz zabrali Lwów,
Ale z serca mi nie wyrwą
Moich dwóch najmilszych słów!
Zrabowali mi już sporo
Z moich snów i moich łez,
Lecz tęsknoty nie zabiorą,
Bo tęsknota we mnie jest!

Przypuszczam, że pan mnie zrozumie
I sądzę, że pan mi wybaczy,
Bo ja już inaczej nie umiem,
Ja już nie potrafię inaczej!
Pan patrzy realnie na wszystko,
A ja – zamknę oczy czasami
I Lwów mam przed sobą tak blisko!
I Wilno mam tuż przed oczami!

Już mi raz zabrali Wilno,
Już mi raz zabrali Lwów,
Ale z serca mi nie wyrwą
Moich dwóch najmilszych słów!
Zrabowali mi już sporo,
Przesunęli Bug i San,
Lecz tęsknoty nie zabiorą,
Ani oni, ani pan!

• Ognisko Bukaczowczan (Poznań–Wrocław 2006) wydało własnym sumptem albumik pt. Cmentarz w Bukaczowcach, opracowany przez Krystynę Tokarską, Tadeusza Tomkiewicza (teksty) oraz Ryszarda Sołomiewicza (zdjęcia). Z podziwem oglądamy cały zespół nie najgorzej zachowanych kamiennych nagrobków, datowanych od 1. połowy XIX wieku po II wojnę. Album jest bardzo starannie wydany, załączono mapkę i plan cmentarza.
Janusz M. Paluch (JMP), Danuta Trylska-Siekańska (JTS), Kazimierz Selda

PRZYKŁAD: BUKACZOWCE

Obecność na IX Dniach Lwowa w Poznaniu (które opisaliśmy w CL 4/06) dała nam jeszcze jedną, całkiem niespodziewaną korzyść: poznanie p. Tadeusza Tomkiewicza, redaktora „Biuletynu Bukaczowieckiego”, o którego istnieniu – wstyd się przyznać – wcale nie wiedzieliśmy. Pan Tadeusz nadesłał nam zaraz kilka ostatnich numerów (45–49 z lat 2005–2006) tego ciekawego i sympatycznego kwartalnika, który – jak obliczyliśmy – ukazuje się już od lat dwunastu (format A5, stron 24–28, zawsze kolorowa okładka).
Wyjaśnijmy na wstępie, że Bukaczowce to miasteczko położone w powiecie rohatyńskim, województwie stanisławowskim (omawialiśmy je w Słowniku w CL 1/99), przy linii kolejowej Lwów–Stanisławów, 88 km na płd. wsch. od Lwowa. Obok prezentujemy fragment mapy kolejowej, gdzie zobaczyć można pobliskie miejscowości, często przez nas wymieniane i omawiane przy różnych okazjach: z jednej strony Chodorów, Żydaczów i Żurawno, z drugiej Rohatyn i Bursztyn, z trzeciej Bołszowce i Halicz, a z czwartej płynie Dniestr, do którego wpada rzeczka Świrz, która niesie swoje wody z północy, spod świrskiego zamku. A więc – okolica wspaniała.
O czym piszą w „Biuletynie”? Rzecz jasna, przede wszystkim o Bukaczowcach, jego historii, zabytkach, krajobrazie, ludziach – dawnych i dzisiejszych. Bo wspólnota Bukaczowczan* – może właśnie w jakiejś mierze dzięki swojemu pismu – trzyma się razem, spotyka się przy różnych okazjach, jeździ na wycieczki nie tylko w ojczyste strony, lecz w wiele historycznych miejsc po tamtej i tej stronie jałtańskiego kordonu, a potem spisuje przeżycia. Plusem jest styl, jaki w piśmie utrzymują redaktorzy: podtrzymywanie serdecznego kontaktu między sobą i z opuszczonym wspólnym gniazdem. Pismo nie stroni od problematyki wychodzącej poza sprawy lokalne, rejestruje prowadzone dyskusje na tematy aktualne dziś w Polsce.
Wielką zasługą wspólnoty jest inwentaryzowanie i porządkowanie starego cmentarza w Bukaczowcach, a także innych w okolicy, starania o utrzymanie stanu technicznego kościoła. W piśmie pokazuje się czytelnie opracowane planiki miejscowości, cmentarzy, kościołów. Wszystko to budzi uznanie dla Zarządu Ogniska Bukaczowczan oraz zespołu redakcyjnego, z którego na pierwszym miejscu trzeba wymienić bardzo fachowego prezesa i redaktora Tadeusza Tomkiewicza. Bardzo nam się podoba kompetentnie prowadzony Kącik Krystyny Tokarskiej. Sporo wierszy: Teresy Tomsi, Kazimierza Ozgi i paru innych twórców.
Apelujemy do licznych wschodniomałopolskich środowisk – ekspatriantów i ich potomnych w RP, za kordonem i za granicą – związanych z licznymi miejscowościami i okolicami, dla których dotąd nie podjęto wspólnego działania i wydawania najskromniejszych bodaj biuletynów – bierzcie przykład z niewielkich wszak Bukaczowiec!
Przy okazji: gdzie można nabyć „Zeszyty Łukowieckie”, o których przeczytaliśmy w BB 1/06 (s. 4)?
* Czy nie byłoby właściwiej bukaczowian, bukaczowski? Co na to językoznawcy?